żart Boga…

Może czas powrócić do ‚myśli przewodniej’ tego bloga… może lepiej nie, bo po co się dołować, kiedy ostatnio udaje mi się (tym) nie dołować, ale już za późno… przeczytałem notkę u Big Doggy’ego
Ja chyba tego tutaj w ten sposób nigdy nie napisałem, bo nie potrafiłem… a on potrafił, więc i ja też teraz mogę… „Bóg ( o ile istnieje… ? ) stworzył mnie , żeby sie pośmiać…Żeby pożartować , żeby widzieć i śmiać się z mojego cierpienia…” i ja też mam takie myśli… bo dlaczego inaczej? Bóg kocha wszystkich ludzi… tak zwykło się mówić… ale dlaczegoby nie miał zrobić wyjątku i ja nie miałbym być tym wyjątkiem? 1000 razy zastanawiałem się nad tym… albo może żyję dlatego, żeby Bóg wiedział, kto ma najgorzej… a może żeby inni wiedzieli, że jest taki ktoś kto ma gorzej od nich? Takie pytania zadawałem sobie setki razy… Nic na to nie poradzę. Nie chodzi tylko o transseksualizm i nie powinienem wszystkiego na to zwalać (choć najchętniej bym tak zrobił… i nie było by to tak do końca błędne, bo to leży u podstaw). Gdyby nie ts byłbym odważniejszym człowiekiem i nie ‚bałbym się własnego cienia’. Nie czułbym się głupio kiedy biorą mnie za chłopaka i nie czułbym się upokorzony kiedy biorą mnie za dziewczynę. Nie odwracałbym głowy kiedy na mnie patrzą, bo nie wstydziłbym się siebie!
Pewnie, że nie byłbym może ideałem, ale miałbym przynajmniej siebie…
A kiedy się czyta podobne myśli na blogach bliskich, to to jest rozdarcie… z jednej strony radość, że ktoś jeszcze podobnie czuje, a z drugiej smutek, że ktoś jeszcze musi tak czuć. No i to dziwne uczucie, bo ktoś wywleka „MOJE” najgłębsze uczucia i pisze o nich ;) Jak on tak może kiedy ja czasem nie mam odwagi…
Druga notka z bloga Lupina kiedy ją przeczytałem, poczułem się tak jak wtedy a to nie jest miłe uczucie… Kiedy wyzywają kogoś podobnego, to czuję się jakbym dostał w twarz…
[Notka Lupina w całości:
Rodem z s-f… (ludzie myślcie, to nie boli…)
Wszedłem dzisiaj do pokoju, w którym pracuję. Przy biurko obok siedział młody chłopak, w wieku gimnazjalnym. Patrzył na czubki swoich adidasów przygarbiony, w wyciągniętej bluzie dresowej, nerwowy i rozkojarzony. Pierwsze co przyszło mi na myśl, to kolejna próba kradzieży w sklepie spożywczym lub z ciuchami, skrojenia małolata z podstawówki, wybita szyba w aucie lub paserstwo lewej komórki. Miałem go spisać, sporządzić protokół, sprawdzić jego dane i skontaktować się z opiekunami, bo kolega który miał to zrobić pojechał na porodówkę. Pierwsze dziecko- poważna sprawa, pomyślałem i chcąc nie chcąc mimo, że od godziny powinienem być w domu przystąpiłem do rzeczy. Usiadłem przy stole, wziąłem kartkę i przeczytałem: „podrobienie legitymacji- kontrolka w autobusie”. Nagle wchodzi gość z dochodzeniówki, z którym codziennie widuję się na korytarzu (te samo piętro, dwa pokoje dalej), a on mi zaczyna bluzgać do chłopaka: „Ty zboku, ty ch… mam to w dupie k… kim jesteś i co robisz, ale jak się nie odpier… od Agaty to ci taki wpier… spuszczę, że cię matka rodzona nie pozna. Już jej powiedziałem, kto ty jesteś”. Wszystko trwało kilkanaście sekund. Nie do końca rozumiałem. Otwieram tę legitymację i patrzę a tam… wydrapane imię- wyraźnie poprawione, choć na pierwszy rzut oka niewidoczne, zwłaszcza że legitymacja była w przyciemnianej, pożółkłej wkładce na dokumenty. Pytam chłopaka jeszcze zdezorientowany: dlaczego to zrobiłeś, co? Jak się dokładnie nazywasz, imię, nazwisko, adres i data urodzenia. Po chwili słyszę wysokim głosem mówione: ADRIANNA D., zamieszkała…, ur. 20 marca 1976r…. No comments.
].

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.