Bo też chcę być szczery…

Nie ma sensu pytać, o czym myślimy, bo przez 96,5 proc. czasu myślimy o seksie.
– z „manifestu mężczyzny”
I nawet to zaczyna się sprawdzać. No ale bo to nie jest w porządku, że ja prawdopodobnie się nigdy nie dowiem co to seks :/
Zazwyczaj wieczorami, kiedy się kładę… czytam. No ale potem marzę sobie, że mam kogoś. Ale wczoraj zamiast nadal miło sobie marzyć, to zacząłem myśleć o tych marzeniach. I tak sobie myślałem czy ja aby nie jestem gejem? W ogóle kiedyś seks gejowski wydawał mi się jakiś taki „nie tego” (choć faceci zawsze mnie pociągali), ale teraz… teraz wcale tak nie uważam. Seks, to seks i na pewno zawsze jest piękny. Ale nie jestem gejem. Jestem bi.
Ale nie, nie o tym marzę gdy się kładę ;) Najczęściej marzę, że mam żonę i koło niej zasypiam… No albo o jakimś facecie czasem też… Chodzi o to, że mam kogoś w tych marzeniach. Bo w rzeczywistości nie mam. I mieć nie będę. Bo co ja mogę sobą zaoferować? Nic. Taka jest prawda. To znaczy mogę… bezgraniczną miłość (bo gdybym był z kimś, to jestem pewien, że kochałbym bezgranicznie), ale czy to się liczy? Nie, w dzisiejszych czasach jest to mało ważne. Mam dużo wad i zdaję sobie sprawę z nich… jestem leniwym bałaganiarzem, lubię sobie popijać Colę nie patrząc na to jak działa na moją cerę, nie przywiązuję dużej wagi do ubioru, jestem milczący (więc pewnie i nieciekawy), ważę parę kilo za dużo i mam kurwa ‚półtora metra’ wzrostu! Ale myślę, że niektóre z nich mógłbym zwalczyć… gdybym miał dla kogo. Myślę, że gdybym mieszkał z kimś i ta osoba np. nie życzyłaby sobie żebym zostawiał wszędzie talerze, kubki czy ogryzki/skórki od owoców i sprzątał regularnie, to to dałoby się zrobić… Ale są rzeczy niezmienne i mojego charakteru też tak do końca nie zmienię… myślę, że zawsze będę tym, który słucha zamiast mówić. Tym, który może nie jest jakiś super, ale zawsze JEST kiedy się go potrzebuje. Który zrobiłby wszystko dla kochanej osoby…
Bo jak ktoś chyba już na swoim blogu kiedyś napisał (nie pamiętam dokładnie)… jestem jak ten pies, który merda ogonem do każdego, kto chociaż troszeczkę będzie dla niego miły…
Kocham, kocham… kocham Stephena Kinga, Rammstein, tego czy innego aktora/aktorkę, mój komputer, telefon… kocham… bo kogo mam kochać? Z resztą to nie tak, że kocham tych ludzi/te rzeczy jakoś „na siłę”, o nie, ja ich kocham na prawdę, ale chyba do przesady… bo nie ma nikogo innego, kogo mógłbym pokochać.
Ale miłość to wszak nie wszystko. Ludzie realizują się też na płaszczyźnie zawodowej… i tu kolejna klapa, bo i na tej płaszczyźnie jest awykonalne bym się zrealizował…
Nie no… żeby mieć tak zjebane życie w każdej dziedzinie, to trzeba być mną.
I jeszcze wszyscy chcą czegoś ode mnie. Tzn. nikt nie mówi tego wprost, ale to się czuje… a co ja mam poradzić na to, że chcą rzeczy niewykonalnych?
Normalnie się czuję jak frankenstein (wreszcie się dowiedziałem, że mówiąc o monstrum piszemy z małej). Bo to nie było złe stworzenie (choć z filmów, to chyba tak się wnioskuje). Boże, to była najsmutniejsza książka jaką kiedykolwiek przeczytałem. Najsmutniejsza, bo jak o mnie.
„Gdziekolwiek się rozglądałem, nie widziałem nigdy kogoś podobnego do mnie, nigdy też nie słyszałem o kimś takim. Czyżbym więc był wybrykiem natury, potworem, od którego wszyscy uciekali i którego wszyscy sie wypierali?
Nie jestem w stanie opisać ci ogromu udręki, jaką sprawiły mi te rozmyślania.
(…)
O, przeklęty, przeklęty stwórco! Po co ja żyłem?! Dlaczego w tej chwili nie zgasiłem iskry istnienia, którym mnie tak lekkomyślnie obdarzyłeś? Nie wiem.”

– Mary Shelley – „Frankenstein”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.