O tajemnicy podejścia do ludzi…

Zakończenie roku szkolnego, choć nie mojego, to jednak wzięło mnie na wspomnienia. To chyba za sprawą notek na wielu blogach – jak się okazuje sporo osób (głównie mylogowiczów) kończyło gimnazjum. Cóż, M. też jest w tym wieku… i tak sobie myślę jak inaczej traktuje się ludzi 'na żywo' niż tych w internecie. W internecie nie liczy się wiek, do pięćdziesięciolatków mówię na „Ty” i są „kolegami”, jednocześnie z trzynastolatkami można całkiem poważnie pogadać i też są kolegami. Co innego na żywo – może to dlatego, że ludzie nie są tak otwarci widzi się różnicę wieku i pewnych rzeczy nie wypada.
Ale ja chciałem o czymś innym. Przypomniałem sobie moje zakończenie gimnazjum. Niespecjalnie rozpaczałem (cóż, samotnik z natury niespecjalnie przejmuje się rozstaniem z jakimiś grupami tylko dlatego, że od 9 lat praktycznie ich zna). Tzn. w tamtej klasie 2 lata byłem, ale w takim mieście… ja większość nawet z przedszkola znałem, tak to jest – jedno przedszkole, jedna podstawówka, jedno gimnazjum… Już bardziej mogłem żałować rozstania z nauczycielami. I nawet z B. ostatnio wspominaliśmy mojego wychowawcę z gimnazjum, bo ją też uczył. B. mówi: „A pamiętasz klasówki? Ten pod kaloryferem udaje, że nie widzi, wszyscy ściągają.” pamiętam :D faktycznie ten człowiek bał się swojego cienia. Stary kawaler oczywiście. Ale ja go nawet rozumiałem. Nawet lubiłem. Bo trochę wspólnego mieliśmy. Niestety.
A w liceum mój wychowawca… no właśnie. On był zupełnie inny. Młody, już żonaty. Próbując rozgraniczyć to, że był nauczycielem od reszty, to wydaje mi się, że był przebojowym i dowcipnym człowiekiem, zapewne takim, którego się lubi od pierwszej chwili. Ale wiecie co… on mnie rozumiał. „A więc lubisz horrory” – powiedział na początku pierwszej klasy i już wiedziałem, że jest w porządku, zna się na książkach, które czytam :) A później pamiętam jak mama przychodziła z wywiadówek i mówiła: „A wiesz co Twój wychowawca mi powiedział?! (…) Jest tak?” a ja ze śmiechem: „Jest, jest.” Na prawdę mnie znał. Albo mama coś do niego mówiła, a on „No ja wiem, że *(tutaj ja)* taka jest.” I kiedy pojawiła się propozycja, że ja mam być do pocztu sztandarowego (bo brali pod uwagę tych z najlepszymi stopniami), a ja powiedziałem, że nie i koniec to tylko się śmiał i przekornie spytał „Dlaczego nie?” ale wiedział, że nie jestem kimś kto się na to zgodzi, więc dwa razy nie pytał (nie to co mój gimnazjalny wychowawca – tamten mnie próbował usilnie przekonać, że muszę być przewodniczącym w klasie). O to właśnie chodzi, nie o to by być takim samym, ale by rozumieć i akceptować innych. Bez względu na to czy chodzi o związek, przyjaźń, pracownika i pracodawcę czy ucznia i nauczyciela właśnie. To jest idealny układ gdy ludzie są różni, jednak ci „lepsi” rozumieją tych „gorszych” i umieją do nich odpowiednio podejść. A kiedy dostałem za wyniki w nauce książkę bo takie lubię to się prawie wzruszyłem. Bo nikt (spoza rodziny) nigdy wcześniej nie starał się sprawić mi przyjemności, nie zadał sobie trudu, żeby wyszukać coś co na prawdę mi się spodoba. A przecież nie musiał. Nie musiał nawet pamiętać co lubię. Mógł dać pierwszy lepszy słownik jak to zazwyczaj się dostaje za wyniki. I niewielu jest ludzi, którzy potrafią na prawdę zrozumieć mój charakter. On znał nas wszystkich i do każdego umiał odpowiednio podejść. Właśnie takiego nauczyciela widzę pod pojęciem „dobry pedagog”. Wiedział kiedy można pożartować, nawet z kogoś ale na tyle by go nie urazić.
Chciałbym jeszcze kiedyś spotkać na swojej drodze takiego człowieka.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.