Nocne bezsenności…

Noce sprzyjają przemyśleniom. Kiedy już wysiedzę się w internecie, kładę się do łóżka i nie zasypiam, nie czytam nawet książki choć leży obok. Zawsze jakaś leży. Nie zamykam oczu, patrzę w sufit. I myślę. I mam tak co wieczór, czasem spokojniej, czasem mniej, czasem nawet o niczym nie myślę tylko tak się wpatruję. Kiedy o niczym nie myślę, to po chwili biorę książkę i czytam i jest ok. Ale kiedy myślę, to nie potrafię już później się skupić. I co gorsza zasnąć czasem też już wtedy nie mogę… Tak miałem parę dni temu. Ułożyłem w głowie notkę chyba kilometrową. Ta też taka będzie, ale zarazem będzie inna, bo nie przypomnę sobie już wszystkiego. A może to i dobrze. Z resztą nawet gdybym sobie przypomniał, to dziś, w świetle dnia nie odważyłbym się tego wszystkiego napisać. Za dużo prywatności jednak. Choć jeszcze wtedy byłem przekonany, że mogę, że napiszę. No cóż, zobaczymy…
Nie widzę wyjścia z mojej sytuacji. Jestem beznadziejny, tak wiem o tym. I wiem, że znowu pisze to samo, ale skoro piszę, to widocznie muszę. I może to prawda, że nic w życiu nie osiągnę i do niczego się nie nadaję, ale nie pisanie o tym nie sprawi, że cudownie stanie się inaczej. Nie znam większego tchórza i bardziej… jałowej (?) osoby. Nie potrzebuję zaprzeczenia i nie potrzebuję potwierdzenia i nie potrzebuję pouczania. Stwierdzam tylko fakt, więc jeśli ktoś też tak myśli, to niech wie, że ja zdaję sobie z tego sprawę. Czasem mi się wydaje, że zrobię coś z sobą i że jeszcze będę przynajmniej względnie szczęśliwy… ale zazwyczaj 'nie widzę' tego. Nie wyobrażam sobie, że zacznę działać. Nie potrafię (sobie wyobrazić). I tak się miotam… bo najgorsze jest to miotanie się…
Nienawidzę tego, a jednocześnie nie mam sił by to zmienić. Może motywacji? Może dlatego, że nie mam nikogo, dla kogo chciałbym żyć i kto by był przy mnie pomimo wszystko.
Ludzie się tną, a ja zawsze słysząc o tym myślę, że to oni właśnie mają siłę walczyć! Bo się tną, a to jest działanie. Choćby rozładowanie emocji na własnym ciele. Nigdy tego nie zrobiłem. Też nie widziałem sensu w tym, nie chciało mi się… Ludzie różnie reagują, a ja reaguję w najgorszy z możliwych sposobów – nie robię nic. Przyjmuję na siebie ciosy i w żaden sposób ich nie odreagowuję. A potem dziwię się, że mam problemy z żołądkiem itp… normalne. Takie rzeczy nie pozostają bez wpływu. Jeśli nawet jakimś cudem radzę sobie z nimi psychicznie (podziwiam sam siebie) to fizycznie jest już gorzej.
Mam tylko strach i poczucie bezsilności.
Łatwo mówić: „zmień to”, trudniej zrobić. Zwłaszcza bez pomocy. Trudno znaleźć pomoc mając takich charakter jak ja i koło się zamyka. „Najtrudniej jest poprosić o pomoc, gdy się najbardziej tego potrzebuje” – wczoraj usłyszałem takie zdanie.
Ale to wyszło teraz, a tamtej nocy myślałem… o czym ja myślałem? Może to błogosławieństwo, że już zapomniałem, bo po co to znowu roztrząsać? Ale nadejdzie kolejna noc i znowu sobie przypomnę… Może myślałem o poświęceniu. Ciągle słyszę (zwłaszcza od babci) jak to się poświęcała dla innych. No tak, ma rację. Ale nie podoba mi się ten punkt widzenia, że życie polega na ciągłym poświęcaniu się dla kogoś. A poza tym przecież poświęcenie poświęceniu nie równe. Czym innym jest poświęcenie się i zmiana miejsca pracy, a czym innym rezygnacja ze wszystkiego.
Nienawidzę tego stanu w jakim się znajduję. Bo ja się staram MIMO WSZYSTKO JAKOŚ żyć, a wszyscy wokół mają ciągle tylko jakieś pretensje. Babcia, że wyglądam tak jak wyglądam, rodzice że nic mnie jakoś tak nie cieszy (czy nie mam planów czy nie wiem jak to ująć), „pseudo-koleżanka-homofobka” że śmiem nie pałać nieprzepartą radością na jej propozycję spędzenia wspólnego sylwestra (taaa… normalnie bez komentarza… to prawda uraz został, szczerze mówiąc w ogóle nie mam ochoty jej oglądać)… Ostatnio nawet usłyszałem, że jestem straszny złośnik, że ciągle jestem na coś zły. No rozwaliło mnie to, bo mi się wręcz wydaje, że za bardzo udaję milutkie dziecko. Ale skoro udając miłego jestem postrzegany jako złośnik, to jak przestanę udawać, to już nie wiem… Nie jestem zły, tak mam może po prostu. (Kto mnie zna lepiej, ten wie, że faktycznie za często podnoszę głos, ale nie robię tego ze złości, robię to nieświadomie i głupio mi nawet trochę, ale tak już mam. Przepraszam, że czasem na niewinne osoby krzyczę.)
A czego ja chcę? Nie wiem jak to ująć… może tego żeby nie patrzyli na mnie jak na konia na wyścigach? Który zawsze był idealny (no prawie) i nigdy nikogo nie zawiódł. Bo już nie daję rady być idealny i zawodzę co raz częściej. Chcę żeby moje błędy były czymś normalnym, a nie rozpaczaniem przez pół roku jakie to straszne, że popełniłem błąd.
Do idealności mi baaardzo daleko, więc nie wiem dlaczego wszyscy uparli się, że mogę być idealny.
Jestem „jałowy”, to prawda, ale dużo myślę… Jednak myśli nie widać. I nie da się (nawet gdybym chciał) wytłumaczyć komuś, że większą część czasu absorbuje mi myślenie o rzeczach, o których oni nawet sobie nie wyobrażają, że można myśleć. O sprawach, na które oni nie zwracają najmniejszej uwagi. Na coś co jest dla nich normalne, zupełnie neutralne bez znaczenia. Bo „oni” nie są transseksualni. To jest jak stygmat faktycznie…
I jak „im” to powiedzieć? Boże… gdyby się dało w jednej chwili wtłoczyć im to wszystko do głowy… wszystkie myśli, uczucia, pretensje, wahania, niedogodności…
I jeszcze mam pojebaną rodzinę. Jedni drugim nie mówią o swoich niepowodzeniach, baa… wręcz zatajają jakby to była tajemnica wagi państwowej… raz usłyszałem, że gdybym nawet nie zdał matury (bo wiecie jak to było, byłem przekonany, że nie zdałem), to ktośtam komuśtam by powiedział, że i tak zdałem, bo po co ma wiedzieć i cieszyć się, że po naszej stronie coś tam nie poszło. No kurwa nie mam pytań. Taka pierdoła i taka afera. A jak się jednak będę leczyć, to co? Zamkniecie mnie w pudełku, żeby przypadkiem nikt się nie dowiedział, że macie zboczeńca w najbliższej rodzinie? Albo może już nie uznacie mnie za rodzinę. A może dostaniecie z miejsca zawału i to znowu ja będę winny… I jak ja mam przejść do porządku dziennego nad tym wszystkim? Nie wiem, nie wiem nic i nie będę nawet udawał, że jest inaczej. Że mam jakieś plany. Bo nawet jak miewam, to takie teksty zwalają mnie z nóg.
I wystarczy. Nie chce mi się więcej już pisać i chyba bym nie dał rady.
Mama też… wczoraj (przedwczoraj?) pyta się mnie czy idę do spowiedzi. Ja na to, że nie idę. Ona: „Bo…” (i nie czekając na moją odpowiedź: „bo nie wierzysz?”), ja: „Nie. Bo nie zgadzam się z KK w kwestii tego co jest grzechem” i zacząłem tłumaczyć. Ale głównie to chyba chodzi mi o kwestię porno, jakoś podejście KK do tego najbardziej mnie mierzi. Ale mogłem zapytać czy bo było takie dziwne, że ktoś nie wierzy w coś, czego istnienia nie da się udowodnić… zawsze nie pomyślę :/

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.