Zatrzymanie nad losami innych…

Ostatnio znów się czuję jak ostatni debil. Oglądam jakiś program – przeżywam cierpienie bohatera jakby dotyczyło mnie. Czytam czyjeś wyznania – zaczynam się przejmować. Widuję szczególnie na forach ludzi, którzy czasem piszą w jakimś temacie: „Nic mnie to nie obchodzi” i czasem im zazdroszczę. Tzn. mnie to nie dołuje, ale po prostu czuję współczucie.
Program taki fajny (o właśnie… tu też się czuję wyalienowany, bo czasem oglądam coś na niemieckim i nawet kurwa nie mam z kim o tym pogadać! bo 99% ludzi w ogóle nie ma tych programów… a programy są duuużo lepsze niż to co serwują nam polskie stacje), chodziło o to, że 17-sto latka była w ciąży (chłopak oczywiście się nie zainteresował), więc chciała ‚sprzedać’ swoje dziecko żeby spłacić długi matki. A ta matka gdy się o tym dowiedziała, to z tekstami „Dlaczego mi to zrobiłaś?!” no jap****… No tak jasne, przecież to oczywiste, że zaszła w ciąże na złość matce! Umowę, że odda dziecko danej parze za kasę też na pewno na złość… Jak ja takiego czegoś nie mogę zdzierżyć! Chciała matce pomóc, a ta do niej jeszcze z wyrzutami. I myślicie że się pogodziły? Wcale nie wiem, bo dziewczyna postanowiła dziecko zatrzymać, a matka z tekstami, że sobie nie poradzą finansowo. Aż ta psycholog prowadząca powiedziała jej (tej dziewczynie), że jak coś, to może się zwrócić do domów pomocy samotnym matkom itp.
Bo przecież to jasne – jak dziecko robi coś złego albo „złego”, to zawsze na złość rodzicom/rodzinie! Normalnie aż mi się płakać chciało dostrzegając pewne analogie…
Wyznanie… paradoksalnie zwyczajne: „mam żonę, ale spotykam się z facetami”. I czuję się w głupi sposób współwinny tej zdrady tylko dlatego, że też jestem bi. Chujowe uczucie. Wiem, właściwie powinienem to olać. Może z czasem.
Tak sobie myślę… już teraz wiem dlaczego niektórzy tak często wolą się odseparować od „swojej” mniejszości seksualnej. To pragnienie nie bycia kojarzonym/porównywanym z tymi, którzy niby są podobni, a jednak tak bardzo inni.
Natomiast nie dam się wpędzić w depresję spowodowaną narzekaniem na życie w ogóle. Niech opowiada jak jej źle, bo kolejny chłopak ją olał albo że nie ma z kim ani gdzie wyjść w przyszłą sobotę. Niech wszyscy mówią, ja będę słuchać, w tym jestem chyba niezły. Słuchanie zawsze się opłaca. Ale nie dam się razem w to wciągnąć. Ostatnio wszystko to co powinno trafić we mnie, tylko po mnie spływa… (tzn. fizycznie nie czuję się do końca dobrze, właściwie często boli mnie tu czy tam, ale bo ja wiem… może zaczynam być hipochondrykiem jak każdy facet ;) a jeśli nie… cóż, to pozostałości „starych urazów”). Ja ułożyłem/zaplanowałem sobie życie na tyle na ile potrafiłem, przykro mi, że im nie wyszło choć pewnie mają większe możliwości. Moją bronią jest spokój i cierpliwość (nawet jeśli wewnętrznie nie zawsze tak jest). Bo kiedy nie można czegoś zmienić, trzeba wady zamieniać w atuty.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.