życie w świecie wyobrażeń

Mam wrażenie, że zaczynają przynosić jakieś wnioski te wizyty u psychologa… Po pierwsze traktuje mnie poważnie – jak osobę dorosłą (niby normalne, ale dla mnie to miła odmiana; chociaż inni też zaczynają… i powiem szczerze, że mi się to podoba). I chyba zaczynam się otwierać, opowiedziałem o rodzinie… to co tu wtedy i chyba nawet więcej, to dobrze. Myślę, że dobrze, bo chyba o to chodzi.
A te ciekawe wnioski… opowiedziałem o zabawach z dzieciństwa. Bawiłem się wyobraźnią… to była moja ulubiona zabawa, bo co miałem robić z lalkami? A ile można bawić się samochodami? A wyobraźnia jest nieskończona. Zawsze obejrzy się nowy film i nowy bohater może być nowym przyjacielem. Ale co najważniejsze… jeśli chciałem mieć przyjaciół to miałem, jeśli chciałem wrogów to miałem, chciałem mieć dziewczyn na pęczki to też miałem, chłopców… no nie przesadzajmy, wtedy nie myślałem o facetach jeszcze :D W życiu tak nie ma. Nie mogę kierować innymi ludźmi, więc wolę w ogóle nie mieć nic z nimi wspólnego. Nie podchodzę do grupy i nie zaczynam rozmowy, bo nie zareagują tak jakby zareagowali moi wymyśleni przyjaciele (czyli tak jak chcę), bo nie wiem jak ci żywi ludzie zareagują. Lubię dyskusje, ale ich nie toczę, bo boję się, że ktoś powie, że to on ma rację, a ja mu nie zaprzeczę, po prostu powiem: „Niech ci będzie”. Bo jestem dominujący, ale na zewnątrz uległy… tzn. nigdy nikt nie zdominuje moich myśli, moich przekonań nie zmieni mnie drastycznie, jestem dominujący jeśli mi na kimś na prawdę zależy. Ale jak ktoś mniej ważny upiera się przy swoim to stwierdzam: „A niech mu będzie, mam to/go gdzieś”.
Wracając do „zabawy”… każda z występujących w tej zabawie osób była kimś z filmu/serialu/zespołu muzycznego itp. i tylko ja nie. O dziwo. Ja byłem wciąż niebieskookim blondynem tyle, że w wieku 20 lat i z nieskazitelnie męskim ciałem… Więc chyba nawet w marzeniach nie chciałem być nikim innym… tylko sobą. I tak właściwie było zawsze (no prawie, raz się bawiłem w film, w którym byłem oryginalnie występującym tam bohaterem), był jakiś film, a ja siebie po prostu „wkładałem” w jego akcję – jak kolejnego bohatera, który czasem był zamiast kogoś z występujących, ale najczęściej dodatkowo. A jaki byłem? Odważny, dobry, śmiały, bohaterski :D Czyli prawie odwrotnie niż w rzeczywistości… tylko co jest rzeczywistością? to jak się zachowujemy czy to jacy na prawdę jesteśmy?
A potem „zabawa” stała się wyobraźnią i została do dziś (już inna, ale ten sam typ). I tak na prawdę, to dobrze mi jest… tam nie jestem samotny i się sobie podobam, więc jak mam z tego wyjść i po co? Kto jest w stanie mnie przekonać, że „świat żywych” jest lepszy niż ten, który wykreowała moja wyobraźnia? Może nie umiem żyć w świecie, bo wciąż jeszcze wolę wyobraźnię?
To tak brzmi jakby to było coś złego… bo wiem, że powinienem żyć w „świecie żywych” (i mam nadzieję się tego nauczyć), ale z drugiej strony dobrze jest mieć też ten świat wyobraźni.
Pytanie brzmi: dlaczego uciekłem w świat wyobraźni i dokąd zmierzam? Pytanie też przed czym uciekłem, ale tego mogę nie pamiętać. Ale ja pamiętam… Po pierwsze to jako jedynak musiałem wymyślić sobie zabawy w pojedynkę, więc też nie ma co dorabiać za dużej ideologii, po prostu tak było najlepiej. Ale chyba też trochę uciekłem… uciekłem bo nie chcieli mi wierzyć, że jestem chłopcem. Musiałem uciec. Nie chcieli mnie takiego jakim byłem, więc uciekłem w świat gdzie byłem sobą i wszyscy mnie chcieli. Może dlatego jestem „do wewnątrz”? Tak się nauczyłem. Do wewnątrz kierować uczucia i do wewnątrz kierować wszystko. Ludzie dzielą się na dwie grupy. Jedni kierują agresję na zewnątrz – krzyczą, biją, protestują. I drudzy, którzy kierują ją do wewnątrz – to ja. Buntuję się w środku, wewnątrz wszystko we mnie protestuje, ale na zewnątrz nie zobaczy tego nikt. Wszystko fajnie, tylko niestety odbija się to na zdrowiu. A dokąd tak zmierzam? Do wyjścia z tych marzeń i rozpoczęcia życia w świecie realnym? ale będąc tym kim w wyobraźni… muszę się nauczyć tego, może tego protestowania… nie da się ciągle uciekać przed światem tylko dlatego, że świat nie rozumie, że jestem ‚m’, a nie ‚k’. Nie lubię starć, ale muszę zetrzeć się ze światem, bo on musi zaakceptować (lub choćby „przyjąć do wiadomości”) to, że jestem facetem.
Tak… ja to wszystko (już) wiem. Nie wiem tylko co dalej. Ale zobaczymy.

link – baardzo ciekawy komentarz. Bardzo słuszna uwaga…. tia…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.