Wielkanoc i trochę takich innych ważnych przemyśleń…

Jak już kiedyś wspominałem, wolę Wielkanoc od Bożego Narodzenia. Bo jest cieplej (no przynajmniej powinno być), jest wiosna, a jedzenie jest smaczniejsze niż na wigilię. Poza tym jest ta główna atrakcja – święcenie. I ja lubię święcenie. To chyba jedyny dzień, którego w kościele nigdy nie opuściłem :D Tak do końca to nie wiem co mi się w nim podoba… może to, że niby w kościele, a krótko :D I fajnie jest stać na dworze, jest tyle ludzi, można poobserwować innych, dużo znajomych (to akurat teraz raczej wada)… Tak było kiedyś, teraz mamy innych księży i nie święcą na dworze. Wkurwiające, przyjadą se tacy Bóg wie skąd i zmieniają nasze lokalne „tradycje” :/
Za to byłem u Świadków Jehowy na ich uroczystości. Za bardzo to nie ma o czym pisać ;) Po prostu wykład, a na pamiątkę ostatniej wieczerzy podawanie sobie chleba i wina (jedzą i piją tylko mający nadzieję na życie w niebie, z tym, że u ŚJ to nie takie niebo jak u katolików, ale nie chce mi się tłumaczyć… chodzi o te stoczterdzieścicztery tysiące wybranych mających królować w niebie), czyli tu nikt nie jadł/nie pił :P Przynajmniej się za świętych nie uważają.

A tak z innych „religijnych” rzeczy… nie lubię tego gadania o poście. Post to wyrzeczenie, dla mnie rezygnacja z mięsa/ciasta to wciąż nie wyrzeczenie, więc nie rozumiem dlaczego miałbym to robić akurat w dzień postu. Chyba dla zasady czy dla tradycji (co mnie nie przekonuje). Jakbym z internetu w ten dzień zrezygnował, to by miało sens, to by było wyrzeczenie. Ale nie, dzięki :P
W ogóle to szczyt żebym ja musiał katolikom tłumaczyć zasady ich religii :D choć to dumą rozpiera taka świadomość, że wie się na temat danej religii więcej niż jej podobno wyznawca :D

Ależ oczywiście, że NIE dostanę tutaj odpisu aktu urodzenia :/ tylko w USC właściwym dla miejsca urodzenia. Dobrze choć, że można to załatwić korespondencyjnie, toteż jutro wysyłam co trzeba. Dobrze, że się tym teraz zainteresowałem, bo jakbym miał już wszystko do sądu, a takiej pierdoły nie (w sensie „pierdoły”, bo można to było dawno załatwić i nie denerwować się teraz, że jeszcze tego nie mam), to bym się chyba pochlastał. I jeszcze mi tego do chaty nie przyślą tylko do USC tutejszego (chyba, tak mówili coś przez telefon…), ciekawe kiedy, no masakra. A jak nie przyślą, to w drodze do Kraka zrobię sobie przystanek i osobiście tam wparuję…

A teraz poważnie… mam dość zastanawiania się nad wszystkim. Wiem, że bywam niekonsekwentny, nic na to nie poradzę. Kapryśny i zmienny. Czasem pewnie bywam egoistą (to pewnie stąd, że zawsze byłem sam i nie musiałem liczyć się z innymi). Niezdecydowany w niektórych kwestiach. I sam nie wiem czy bardziej dojrzały czy bardziej dziecinny (mój prezent), chyba zależy kiedy. Chyba wszystko zależy od danej chwili. I są sprawy, w których nie mam zdania, jak aborcja na życzenie, wojna w Iraku… po prostu nie mam. Ale mam dość myślenia o tym wszystkim (czy jestem w porządku, czy tak powienem postąpić, a może inaczej, a jak tak to potem… a jak inaczej to cośtam…), czasem mam wrażenie, że od tego zwariuję. Mam dość.

Się okazuje jak wielu rzeczy jednak jeszcze nie wiem. Z „trójki” (trzeciej operacji) się zrobiła trójka, czwórka i piątka :] nie no, po zmianie dokumentów idę do roboty, bo kurde do końca życia na to wszystko nie zarobię XD
Dobra, to był czarny humor. 2 dni temu było zabawnie, wczoraj mi już mniej do śmiechu, a dziś sam nie wiem. Chociaż nie, może gdzieś tam robią kilka etapów za jednym razem, nikt nic nie wie… Z resztą jeszcze czas, może coś się zmieni… Tia, bo to się „etapy” nazywa. Jeszcze w dodatku mało który lekarz się niektórych etapów chce podjąć.
Tylko co z tego tak właściwie? Nawet gdyby operacji było ze dwadzieścia, to i tak nie zmienia stanu rzeczy. I tego, że to najlepsze wyjście moim zdaniem.
Ale znowu wraca to przeświadczenie „dlaczego ja?”. Bo właśnie sobie uświadomiłem ile tego jeszcze przede mną… Nie, jasne, przecież to nie jest obowiązkowe… tia, poproszę o inny zestaw zagadnień (czytaj: może obowiązkowe nie jest, ale nie wyobrażam sobie zatrzymać się na jakimś etapie przed ‚końcem’). Co tam jeszcze… tak jakoś wywnioskowałem, że każdy ts pewnie umrze przedwcześnie z różnych powodów (to wszystko nie pozostaje bez wpływu na zdrowie). A ja jakoś nie mam ochoty umierać :P w ogóle nigdy, a już zwłaszcza przedwcześnie. I jeszcze najprawdopodobniej wzrasta ryzyko raka (chociaż jak jest na prawdę, to nikt nie wie), pocieszam się, że w rodzinie nikt raka nie miał. Tak, wiem, że teraz chyba trochę przesadzam, ale tak jakoś wpadłem w przygnębiający nastrój. Tak jakoś się poczułem jakbym miał mniej życia przed sobą. Ale tu po raz kolejny: tylko co z tego? Przecież i tak dostałem całą resztę życia bliżej normalności. To już dużo.
No i jednak niektórzy mają jeszcze gorzej… Niedawno widziałem program (nie w polskiej tv) o ludziach chorobliwie otyłych, wręcz takich, którzy się nie mogą ruszać. I jedna z takich osób była ts m/k. I to dopiero jest kanał, nie dość, że ts to jeszcze taka otyłość uniemożliwiająca życie (więc także i operacje z resztą, to była osoba nie operacyjna).

I jeszcze kolejną rzecz sobie uświadomiłem… Nie można się odciąć od przeszłości, ludzie zawsze przypomną. Bo oni tego wszystkiego nie rozumieją nawet gdy się bardzo starają. A ja nie potrafię… im tego wyjaśnić. Ani nikomu i chyba nigdy nie będę umiał. Chyba się nie da. Sam sobie nie potrafię określić co czuję czasem (jak na przykład rozmyślając nad tymi kwestiami poprzedniego akapitu), więc jak miałbym wytłumaczyć to innym? Chociaż nie lubię mówić, że ktoś czegoś nigdy nie zrozumie, to zdaje mi się, że tutaj mogę tak powiedzieć. Życie osoby ts jest na każdej płaszczyźnie tak skomplikowane, że to wszystko na raz pojąć jest chyba niemożliwe. A jeszcze zrozumieć co czuję? W różnych sytuacjach? Nie sądzę, że się da. I nie radzę się starać (bo po co się zadręczać, starczy, że my to przeżywamy).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.