Dla odmiany już nie dół ;)

Bo przypływ sił. Bo jest postęp.
Ale po kolei… a tak jakoś mam ochotę opisać trochę przyziemnych spraw. W większości nie są warte zapisać się w moim ‚przenajświętszym’ pamiętniku ;) ale jak mam dobry nastrój, to chyba lubię sobie o takich rzeczach popisać. Siadam więc z Verdiną w filiżance, bo niech choć tyle zrobię dla wątroby (jak to śmiesznie napisała wczoraj jedna osoba na ts forum: „(a wątroba woła „help me or kill me please”)” ;) ) i piszę….
Poszedłem rano (czytaj: po zwleczeniu się z łóżka z trudem o 10:30 ;) ja nie wiem jak ja się będę zwlekać na kurs 4 godziny wcześniej…), więc około 11:00 do miasta. W UP była kolejka! o.O Tak mnie to ‚szokuje’, bo jeszcze NIGDY nie widziałem tam kolejki :D zazwyczaj nikogo nie ma, czasem jedna-dwie osoby przede mną, a dziś wchodzę a tu ludzie na ławeczce siedzą, jedna stoi… przyszedł jeszcze ktoś i zaczął się wykłócać z kimś tam, że pierwszy tu był itp. To polazłem do domu, bo mi się stać nie chciało, wrócę jutro i jutro to już muszę, bo mam podpis na dzień, kiedy będzie trwał kurs i nie zdążę wtedy (nawiasem mówiąc podobno w wielu miastach Polski nie ma już tych podpisów, jak czegoś chcą to wysyłają listy bądź dzwonią, ale nie, oczywiście u nas wciąż trzeba przychodzić). Po drodze kupiłem… no to do kabla to się nazywa fachowo „beczka” (taki dings) + dwa wtyki F (nakrętki), tyle wystarczy, 3zł kosztowało i działa :] więc nic nie stoi na przeszkodzie przemeblowaniu pokoju (co też zamierzam jutro uczynić, i to gruntownie, na miejscu zostanie tylko biurko i największa szafa obok).
W domu zastałem awizo. Ponieważ nic ostatnio nie kupowałem, nic nie wygrałem ;) ani w ogóle od nikogo znajomego się poleconego nie spodziewałem, to zakiełkowała nadzieja, że to z sądu (nawiasem mówiąc listonosz musiał mieć nas – mnie i mamę – za jakichś pomylonych ;) jak się ostatnio rzuciliśmy na listy z sądu jakby to conajmniej kupon totolotka z główną wygraną był :D normalnie ludzie nie lubią sądów, a my uradowani, że polecone z sądu przyszły :D ). Także się wybrałem wieczorem jeszcze raz do miasta i… stwierdzam, że już NIGDY nie pójdę nigdzie wieczorem jeśli to nie będzie sprawa życia i śmierci. Najpierw spotkałem jednego psa (no a ja się boję, to od razu hiperwentylacja i te sprawy, pies oczywiście nie zwrócił na mnie uwagi poza podniesieniem głowy na kilka sekund, ale ja mało zawału nie dostałem ;) nie no, ja się teraz śmieję, ale na ulicy to spanikowałem i na dobre kilka sekund wbiło mnie w ziemię, no bo ciemno było, to go nie widziałem aż dopiero wyrósł przede mną), w drodze powrotnej spotkałem tego samego + jeszcze dwa mniejsze i już poważnie się wracałem myśląc jakby tu dojść inną drogą, ale jakoś sobie poszły. A przed samym domem… kolejne dwa psy (sąsiadów). I nic to, że miały kagańce i sięgają mi nie wyżej niż do kolan, ale po nich to ja nie wiem czego się spodziewać (a poza tym na dziś już miałem dość). W takich chwilach idę i mówię sobie „nienawidzę psów”, ale to nie prawda, przecież to nie ich wina, że się ich boję (wolę nie pisać „mam fobię”, bo raz, że fobii się nie powinno oswajać, a dwa, to nie jest tak źle żebym nawet na zdjęcie psa nie mógł patrzeć, jak pies jest na smyczy to się nie boję, w innym wypadku – jak wyżej) i nie ich wina, że ich głupi właściciele ich nie pilnują. Tak długo na mnie szczekały (a ja stałem kawałek dalej) aż wyszła sąsiadka i je zawołała. I bardzo dobrze, niech widzi, że się ich boję.
Noo ale do rzeczy. Na poczcie wyciąga list, a ja nie widzę „loga sądu” i już dół ;) poza tym odręczne pismo… no ale czytam, że psycholog kliniczny, to jednak musi być coś. I tak, następny biegły i tym razem w ZG, na głównej ulicy to myślę, że trafię (całkiem możliwe, że to w tym samym budynku co Urząd Celny… bo to wielki budynek jest i różne rzeczy się tam mieszczą). Zobaczymy. I oczywiście znów krótkie wyprzedzenie, ale tym razem się cieszę, będzie szybciej.
Jestem szczęśliwy. (chociaż nadawca listu mógł sobie „Sz. Pani” darować… wystarczyłoby „Sz. P.”).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.