artykuł… i właściwie w sumie znowu religijnie

Biskupi: nie istnieje „prawo do dziecka” – a skomentuję (bo mi się akurat ładnie wpasują inne tematy, które chciałem poruszyć).

„Stanowcze „nie” dla in vitro i związków homoseksualnych potwierdzili polscy biskupi w liście do wiernych w niedzielę Świętej Rodziny.”
I co w związku z tym? I po co potwierdzili po raz kolejny? Toć nie żadna nowość, wszyscy już to wiemy, szkoda języka, a Polska to nie jest państwo wyznaniowe.
A poza tym i tak nikt ich nie słucha :D Mama zapytana o treść listu odczytanego na niedzielnym kazaniu odpowiedziała mi sugestywną ciszą :D

„A zrównanie praw związków homoseksualnych niszczy człowieka i urąga jego godności”
Oni są ciężko chorzy. Szkoda komentarza, a z drugiej strony jakże mógłbym nie powiedzieć, że w głowie mi się nie mieści jak można dojść do tak… dziwnego wniosku? Cóż to jest za rozumowanie, bo na prawdę nie kumam. Ja bym powiedział, że jest dokładnie odwrotnie.

„Wszelkie formy zapłodnienia poza organizmem matki są moralnie niegodziwe”
Aborcja niegodziwa, a teraz się okazuje, że zapłodnienie też jest niegodziwe – super.

„Podkreślił również, że metoda in vitro sprzeciwia się również godności ludzkiej, zarówno rodziców, jak i poczętego dziecka, ponieważ dziecko zostaje powołane do życia poza aktem małżeńskim jako znakiem wzajemnej miłości.”
Ech… dziecko może sobie zrobić każda płodna para i to nie jest filozofia, i to nie zawsze dzieje się w „akcie miłości” bo może i się stać w akcie gwałtu. Natomiast czy wieloletnie niekiedy starania się pary o dziecko, leczenie, a w końcu np. decyzja o in vitro (bo nie ma innej nadziei) nie jest aktem miłości? Czy to nie jest właśnie świadectwo miłości? Że tyle razem przeszli, są ze sobą na dobre i na złe. Moim zdaniem taka para ma większe szanse na udany związek niż para, która bierze ślub z powodu wpadki (do której doszło w tym tak wychwalanym „akcie miłości”).

„‚Narastająca agresja wobec rodziny’ – Hierarchowie w swoim liście do wiernych zwracają również uwagę na potrzebę troski o rodziny, zwłaszcza wielodzietne.”
I to są te tematy, które chciałem od dawna poruszyć.
Są dwie rzeczy związane z rodzicielstwem, które mnie przerażają. I to nie jest aborcja. Tylko matki alkoholiczki i rodziny wielodzietne. No bo taka matka alkoholiczka (albo palaczka), przecież jej to zwisa, że jej dziecko będzie chore, że będzie cierpiało bo ona w ciąży musiała się upić albo nie mogła rzucić fajek. Zwykle z resztą dziecko nie było planowane, ale przytrafiło się to jest. I ja myślę, iż czasem w takim przypadku aborcja byłaby lepszym rozwiązaniem. Nie mogę zrozumieć jak można dziecko narazić na takie cierpienie. Przecież zwykle dzieci takich matek albo są ciężko chore, albo umierają po kilku dniach (często się męcząc) albo nawet z pozoru wyglądają na zdrowe, a dopiero w późniejszych latach się okazuje, że jednak nie są. Mnie to przeraża.
A rodziny wielodzietne… to nie chodzi o to, że uważam wielodzietność za coś złego. Bo wszystko według możliwości. Weźmy np. Angelinę Jolie, słyszałem, że chce nawet zrezygnować z kariery i poświęcić się tylko dzieciom, których z resztą chce mieć jeszcze więcej. I ja to podziwiam. Ponieważ ona ma pieniądze by tym dzieciom zapewnić byt i wykształcenie! A jeśli do tego kocha dzieci i ma dla nich czas, to przecież super. Ale jak widzę taką zapomnianą przez świat wioskę, rozpadający się dom bez bieżącej wody, bezrobotnych rodziców i piętnaścioro dzieci, to… to jest ta druga rzecz, która mnie przeraża. Bezmyślność? Jak można pozwolić sobie na piętnaścioro dzieci nie mając środków na ich utrzymanie?! Jak można pozwolić sobie choćby na piątkę w takim przypadku?! I oni proszą o pomoc telewidzów (niektórzy to się jej wręcz domagają). No oczywiście, bo jedni płacą na dzieci innych. I ja jeszcze rozumiem jak rodzinie dobrze się wiedzie i ma kilkoro dzieci, a potem nagle powinie się noga i potrzebują pomocy – to co innego, każdemu może się zdarzyć. Zwykle jednak niestety tacy ludzie są bezrobotni od początku – nie mają co robić i robią dzieci jak ja to mówię. To jest przerażające. Jednak zamiast płodzić kolejne dziecko, było trzeba kupić sobie np. paczkę prezerwatyw. A że to kosztuje? Wszystko kosztuje, nie rozumiem dlaczego przyjemność nie miałaby kosztować (w rezultacie i tak wyszłoby taniej niż utrzymanie dziecka). Ale wiem też, że jak jest bieda to zawsze są pilniejsze wydatki, dlatego chyba jednak dobrze by było gdyby antykoncepcja była refundowana. Cóż z tego, że w Polsce maleje przyrost naturalny skoro to ci bogaci przestają rodzić, a w biedzie niestety dzieci wciąż nie brak. Chociaż jest jeszcze taka kwestia, że nie można też nikomu zabronić posiadania dziecka… i rzeczywiście jeśli to pierwsze dziecko, to ja bym pomagał nawet całkiem biednym rodzicom, bo ja też wiem jak to jest chcieć mieć dziecko. Ale jeśli się na prawdę ma kiepską sytuację materialną, to na Boga jak można skazywać na takie warunki piętnastkę dzieci? Czy choćby dwójkę… Szczerze mówiąc ja nawet jednego bym nie skazał i nie ważne jak bardzo chciałbym kiedyś być ojcem, jeśli nie będzie mnie stać na godne wychowanie dziecka, to nie będę go miał! (ale to ja, jeśli ktoś już na prawdę chce, to z tym jednym powinno się mu pomóc).
To straszne, że aby prowadzić samochód trzeba zdobyć prawo jazdy, żeby wykonywać jakiś zawód trzeba się częstokroć uczyć wiele lat, a żeby spłodzić dziecko wystarczy kilka minut i nie potrzeba do tego zezwolenia.

„Hierarchowie twierdzą, że dzisiaj małżeństwo i rodzina są celem ataków, „zarówno na płaszczyźnie ideologicznej, jak i prawodawstwa”. W tym kontekście wymieniają próby akceptowania związków tej samej płci na prawach równych związkom kobiety i mężczyzny oraz przyznawania im prawa do adoptowania dzieci. W opinii biskupów, mówienie o tym w kategoriach „praw człowieka” i „wolności” „niszczy człowieka i urąga jego godności.”
Yhym, tak. To że dwóch facetów/dwie kobiety zawrze sobie zalegalizowany związek w Urzędzie Stanu Cywilnego spowoduje zniszczenie heteroseksualnej rodziny. W JAKI SPOSÓB to niczy instytucję rodziny? Bo nie rozumiem. Oni w ogóle mają na to jakieś wyjaśnienie ci biskupi czy tak se rzucają tekst, który im do głowy przyjdzie? Czy kiedy np. ja jako soba samotna wybuduję sobie dom obok domu małżeństwa, to czy ich dom się od tego zawali? No bo na prawdę nie rozumiem takich głupot.

Za artykułu to tyle, ale mam jeszcze coś… Wracając do tej wspomnianej w poprzedniej notce metryki ts… No niby, że KK ma prawo swoje zasady mieć, ale z drugiej strony… No przeanalizujmy sytuację od początku: państwo wystawia nam po urodzeniu akt urodzenia i Kościół go nie podważa (nie sprawdza czy aby na pewno to jest chłopiec/dziewczynka, nie neguje, przyjmuje bez żadnych „ale”). Wyrok sądowy stwierdza jednak, że ten pierwszy akt jest (i zawsze był!) błędny i prostuje go. Dlaczego to kościół podważa? Gdzie tu logika? Tak na prawdę w świetle prawa to nie jest zmiana, to jest sprostowanie błędnie wypisanego aktu urodzenia, a skoro wtedy Kościół kieruje się aktem, to teraz także powinien.

A teraz jeszcze oficjalne stanowisko Świadków Jehowy (specjalnie mi fragmenty odpowiedzi listownej „od góry” przeczytali), to se chcę wpisać: ts jest przykrym doświadczeniem i oczywiście należy dotkniętej nim osobie współczuć, ale jednak nie powinna ona zmieniać płci, tylko „oddalać od siebie pokusy” i modlić się, bo Bóg potrafi zdziałać cuda i wyprostować całą sytuację (tia ;) ).
Osoba, która zmieniła płeć może zostać Świadkiem Jehowy, nie ma tu zamkniętej drogi, jednak np. k/m nie będzie mógł pełnić męskich funkcji w zboże (wygłaszać przemówień itp. rzeczy, które są właściwe tylko mężczyznom), ponieważ wg nich obowiązuje „stara” płeć (hehe, jednocześnie m/k też pewnie nie ma szans na pełnienie męskich funkcji w zboże :P ). [Tutaj jeśli ktoś myśli, że wystarczy nie przyznawać się do swojej przeszłości, to znaczy, że nie rozumie sensu bycia Świadkiem Jehowy, więc chrzest z punktu widzenia tego wyznania i tak będzie nieważny = zabawa niewarta świeczki, chyba, że z czystej przekory ;) ].
Osoba już będąca ochrzczonym Świadkiem Jehowy, która by się zdecydowała na zmianę zostanie wykluczona ze zboru (jak każdy grzesznik ;) ). I to jest w ogóle ważne czy osoba podejmująca leczenie jest ochrzczonym ŚJ czy nie (wychowanie w rodzinie Świadków Jehowy nie świadczy o całkowitej przynależności do wyznania, potwierdzeniem jest dopiero chrzest, bo to jest świadome przyjęcie wiary). Jeśli nie, to (tutaj już tylko gdybam) rodzina na pewno będzie ją od leczenia odwodzić. Jednak ŚJ powinni z założenia być… jakby to ująć… pozytywnie nastawieni do bliźnich, więc co by się nie działo nie powinni odwracać się od innych, a że ich dziecko nie będzie (czy też nie będzie mogło w pełni) podzielać ich wyznania, to będą musieli zaakceptować (jest wiele rodzin, w których nie wszyscy są ŚJ, często jest np. tylko żona, a mimo to odnosi się ona z szacunkiem do męża i jego światopoglądu).

I tyle. Bez komentarza, bo nie mam nic do powiedzenia. Ot przedstawiam fakty :P Oni przynajmniej nie uważają się za mądrzejszych od państwa i respektują decyzje państwa (co z resztą wręcz nakazuje im ich wiara).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.