lęk

„To szalejące serce!
Ten niepokój!
Ten koszmarny lęk, że się rozpadnę na kawałki!
Ten lęk, że zatracę moją duszę!”

Przeczytałem niezłą książkę: „Mój lęk, mój koszmar”. Autorka cierpi na zaburzenia lękowe, ma ciężkie ataki paniki… no niewesoło generalnie, nie zazdroszczę… Miło wreszcie powiedzieć – ja tak NIE mam! ;) Ale i tak w wielu fragmentach mogę się odnaleźć, z resztą to uświadamia, że są na świecie ludzie z takimi problemami i to niemało ludzi… Dlatego trochę cytatów sobie tutaj wkleję.
(wycwaniłem się wreszcie, zamiast przepisywać to FreeOCR + jakiś amatorski polski i działa wręcz rewelacyjnie! także cytaty będą długie, ale mi się ta książka podoba…)

„Ten zawrót głowy. Świat, który cicho drży, dygoce.
To łaskotliwe mrowienie w stopach, jakby tysiące mrówek biegało po moich żyłach, spacerowało po pasmach nerwów. A mimo to moje stopy są jak sparaliżowane, bez czucia.
Serce bije tępo i szybko. Zbyt szybko. Podwójne uderzenie i jeszcze jedno, ten stukot rozchodzi się na wszystkie strony, wypełnia moją klatkę piersiową, pobrzmiewa echem, każe wibrować całemu ciału.
To odurzenie.
Ten huk, dudnienie.
Jak pompa, której tempo nieustannie wzrasta, bije serce, spieszy się, pędzi, goni, próbuje dotrzymać kroku. Tępo i głucho rozbrzmiewają uderzenia i tak strasznie, tak niesamowicie, jak ono ma to wytrzymać, moje serce? To tempo jest za szybkie i wciąż wzrasta, coraz szybciej i szybciej, pędzi na łeb na szyję, jakby ktoś je poganiał, smagał batem. Jak gdyby chciało wyskoczyć z mojej piersi!
I ten potworny żar.
Drzwi. Muszę się stąd wydostać — gdzie są drzwi?
Ale moje nogi, takie słabe i bezwolne, stopy nie chcą mi być posłuszne. I ten zawrót głowy… Dlaczego nadchodzi teraz, co to może być, co mam z tym zrobić? Muszę go zatrzymać, za wszelką cenę muszę go zatrzymać, powietrze, brakuje mi powietrza! I tak mi zimno, tak lodowato zimno, oddech pędzi, szaleje. Szum w głowie narasta, jasny świst, jakiś wysoki ton rozbrzmiewa w tle, miesza się z tym szumem, zagłusza go, sygnał ostrzegawczy, kakofonia przerażenia. Moje dziecko… Kładę rękę na brzuchu. Muszę oddychać, oddychać dla ciebie.
Nie chcę umierać!
Telefon.”

Autorka fragmenty książki przeplata takimi wstawkami – tym co czuje w momentach ataku paniki. Jest dużo tych fragmentów, ale nie nuży, przeciwnie, moim zdaniem to była też ciekawa po prostu powieść :)

„Nawet krótki spacer do szpitalnego kiosku był dla mnie przedsięwzięciem ponad siły, podstępnym i zdradzieckim torem przeszkód. Nigdy nie wiedziałam, czy dotrę do mety, czy przeżyję, czy w następnym momencie zawrót głowy nie zwali mnie z nóg, czy ziemia się nie rozstąpi i mnie nie pochłonie. Przez cały czas umierałam ze strachu, że zasłabnę, że zemdleję, że stracę wszelkie oparcie i kontrolę, że upadnę na kamienną posadzę w korytarzu, że będę tam leżeć w nieskończoność, wydana na pastwę ciekawych ludzkich spojrzeń Boże, co za wstyd!
Myśl, że może mi się przydarzyć taka katastrofa, była dla mnie nieznośnie przykra i żenująca.”

Właśnie… te myśli…
„I zawsze to serce.
Jak głucho i szybko bije, jak wypada z rytmu. Szum rośnie, rozprzestrzenia się, wypełnia moją klatkę piersiową, całe moje ciało, jest wszędzie.
I ten zawrót głowy.
Świat, który cicho drży, dygoce.
Łaskotanie w stopach – to już nie mrówki, ale wielkie chrabąszcze, szybko i zwrotnie pędzące wzdłuż pasm nerwów.
To zimno! Ten żar!
I ten szum w głowie, który z każdą sekundą potężnieje.
Zagłusza miotające się wściekle serce, nabrzmiewa, huczy, szaleje, eksploduje.
Zawrót głowy jest nie do zniesienia. Dłużej tego nie wytrzymam!
Nic nie słucha mnie już w tym ciele, nic, nic.
Dlaczego kręci mi się w głowie? Dlaczego serce wyrywa się do przodu, pędzi jak szalone? Dlaczego w moich stopach biegają mrówki, dlaczego szumi w głowie?
Jak się to wszystko skończy?
Czy ja umrę?
Umrę!
Nie chcę umierać.
To jest piekło…”

zawsze to serce….

„Minęło trochę czasu, dzień po dniu zaciskałam zęby i brałam się w garść. Ale chociaż robiłam wszystko co w mojej mocy, żeby żyć normalnym życiem, wszystko wydawało się rozpadać, rozłaziło w szwach. Czułam, że tracę kontrolę. Nie miałam odwagi wsiąść do autobusu albo kupować w supermarkecie chleb i masło. Szłam z Matsem na spacer i zawracałam po dwustu metrach, ponieważ każdy krok, który oddalał mnie od domu, był krokiem ku przepaści, w którą nie chciałam wpaść. Co myśleli sąsiedzi, którzy nas widzieli? [u]Albo ludzie w tramwaju, kiedy moje serce biło tak głośno i kiedy szum w uszach tak bardzo narastał, że również oni musieli to niechybnie słyszeć?[/u] Co działo się w głowie mojego męża, moich rodziców, kiedy ich błagałam, żeby przyszli jak najszybciej, ponieważ nie mogę wytrzymać sama w swoim własnym mieszkaniu? Co czuli moi przyjaciele, kiedy na godzinę przed umówionym spotkaniem dzwoniłam do nich z jakąś idiotyczną wymówką, przepraszając, że niestety, nie będę mogła przyjść, ponieważ nie miałam odwagi wyjść z domu? Zawsze byłam absolutnie pewnym, niezawodnym i godnym zaufania człowiekiem, a teraz to się zmieniło. I nie mogło być inaczej. Lęk przychodził nagle, jak niespodziewany, zdradziecki atak. Odbierał mi całą moją wiarygodność.
Kim byłam, ja, dorosła kobieta, która nie potrafiła jeździć autobusem ani tramwajem, robić zakupów i spotykać się z przyjaciółmi?
Kim, u diabła, byłam?”

ten podkreślony fragment… to też tak mam czasem (jak dzwonię przez telefon :P ), choć wiem, że głupie…

„Czy uda mi się przejść na drugą stronę ulicy przy skrzyżowaniu Rosenweg, nie wpadając przy tym w panikę? Czy będę mogła jechać autobusem do rodziców, nie dostając przy tym ataku serca? Czy wytrzymam stanie w kolejce do kasy w supermarkecie i nie oszaleję przy tej okazji?
Wpadłam w sam środek diabelskiego kręgu lęku. Moją codzienność determinowała choroba. Lęk był moim nieodłącznym towarzyszem. Bałam się i robiłam uniki. Walczyłam zaciekle, żeby wyjść z tego piekła. Ale wszystkie stosowane przeze mnie strategie pomagały jedynie chwilowo. Żyłam w permanentnym napięciu i nie widziałam drogi wyjścia.”

„Cierpliwie opisywałam swoim przyjaciołom i znajomym mój lęk, moje ataki paniki, starałam się im wytłumaczyć, dlaczego się wycofałam, umykałam, „kręciłam”, dlaczego robiłam uniki, dlaczego kłamałam albo kazałam się im zadowalać byle jaką wymówką.
Byłam dumna, że mi się to udało.
A reakcje były zaskakujące.
Przyjaciółki zwierzały się, że nie cierpią jeździć windą. Znajomi opowiadali o swoich fobiach, mężczyźni bali się pająków i psów, albo nie mogli wydobyć z siebie słowa, kiedy musieli wystąpić z jakimś przemówieniem na forum publicznym. Kobiety bały się ciemności, jeszcze inne źle się czuły w zatłoczonych pomieszczeniach, nawet jeśli była to ich ulubiona kawiarnia. jeszcze inne prześladowały natręctwa…
Nikt nie cierpiał na uogólnione zaburzenia lękowe tak jak ja, u której chorobliwy lęk utrzymywał się przez dłuższy czas i rozciągał na wiele obszarów życia. Ale ludzie wokół mnie wyjawiali bez żenady, że również oni mają problemy – i że też się boją. Zapewne dlatego większość z nich potrafiła tak dobrze wczuć się w moją sytuację.
Byłam zaskoczona, jak mało było ludzi ‚normalnych’.
To pozwoliło mi pozbyć się uczucia, że coś jest ze mną „nie tak”.
Byłam inna.
Ale nie szalona.”

warto pamiętać…

„Serce.
Głuche, tępe i szybkie uderzenia, jak młotem pneumatycznym. Huk potężnieje, wypełnia moją klatkę piersiową, całe moje ciało, jest wszędzie.
Zawrót głowy. Dygotanie. Mrowienie.
Zimno i ciepło w kąpieli naprzemiennej.
Szum w głowie, który zagłusza tętno, nabrzmiewa, pali, szaleje, huczy, eksploduje.
Jak się to skończy?
Czy ja umrę?
Umrę!
Nie chcę umierać.”

„W Lund poprosiłam Svena, żebyśmy pojechali najpierw do informacji turystycznej. Blondynka o jasnoniebieskich oczach wręczyła mi listę telefonów alarmowych, a także numery telefonów i adresy lokalnych lekarzy oraz najbliższego szpitala.
– Jak daleko jest stąd do kliniki w Haemmerby? – zapytałam.
– Z tego miejsca dojedzie tam pani w kwadrans. Karetka jest jeszcze szybsza.
Odetchnęłam.
(…)
– Czyżby przyjechała pani tutaj, żeby zwiedzać miejscowe kliniki? – uśmiechnęła się nieco figlarnie.
Zawstydziłam się, ale czy naprawdę musiałam jej wyjaśniać, dlaczego to dla mnie takie ważne? Dlaczego wiedza, że w pobliżu jest lekarz i szpital bardzo mnie uspokaja? Na wypadek, gdybym miała dostać ataku serca. Na wypadek, gdybym miała umrzeć.”

:D to w sumie nie jest śmieszne, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że autorka mimo wszystko stara się swoją książkę zachować w tonacji takiej przyjaznej i sympatycznej. Ale lęki takie miała na prawdę, że taki atak to już coś poważnego, kilka razy wzywała pogotowie. W sumie tak w ogóle… tacy ludzie lubią to poczucie bezpieczeństwa, że blisko jest lekarz. Też tak mam.

„Bałam się innych matek, tego tłumu kobiet, które były tak perfekcyjne, które wspaniale funkcjonowały. Gdybyż tylko moje ciało było chore, wtedy na pewno nie wstydziłabym się tak bardzo. A tak, czułam się, jakbym popełniła jakieś wyjątkowo ohydne przestępstwo.”

noo… rozumiem…

„– Musi się pani nauczyć sobie odpuszczać. Przynajmniej od czasu do czasu – powiedziała terapeutka i uśmiechnęła się.
Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem.
Ona patrzyła na mnie.
– Ale jeśli sobie odpuszczę, wtedy wszystko się zawali.
– No to się zawali – odpowiedziała z całym spokojem terapeutka.
– Nie mogę sobie na to pozwolić.
– Czasami lepiej jest sobie odpuścić, upaść, a potem znów wstać.
– O nie, tylko nie to! Już na samą myśl o czymś takim zaczynam się bać!
(…)
– Już sama myśl, że mogłabym sobie odpuścić, napawa mnie lękiem – powtórzyłam jeszcze raz.”

no właśnie… bo to tak trudno sobie odpuścić…

„Lęk.
Ten lęk, że nie podołam.
To rozpaczliwie walące, dudniące serce, ten zawrót głowy, ten żar.
W końcu powiedziałam sobie: Niech się dzieje, co chce. Wszystko mi jedno.
I nawet jeśli umrę w autobusie: Wszystko mi jedno.
I nawet jeśli umrę w pociągu i wszyscy będą się gapić: Wszystko mi jedno.
Tak jak do tej pory nie mogę i nie chcę już dłużej żyć.
Bo inaczej będę umierać każdego dnia po trochu, po kawałku.
Ze strachu.”

No i autorka podjęła terapię. Jedną drugą… Konfrontacyjną… No i książka niby jest optymistyczna, znaczy nawet na okładce pisze, że autorce się udało powrócić do normalnego życia. Ale tak szczerze? Jeżeli ktoś pisze, że lęk nie zniknął, a ona to wszystko robi mimo lęku (znika dopiero jak się przyzwyczaja, więc każde nowe wyzwanie… to znów lęk…) i że ludzie z atakami paniki w każdej chwili mogą się liczyć z nawrotem ciężkiego stanu to… jak dla mnie nie jest takie optymistyczne :P Ale co zrobić, jeżeli ona tak uważa, to może dobrze… może o to chodzi… może lepiej być po prostu nie może…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.