#1084

Wracając do „Adama”… (oto i zalety nie skończonych notek, zawsze można coś swobodnie dopisać, a zwykle się coś jeszcze przypomni). Rozmawiałem potem o tym filmie ze znajomą i napisałem coś w stylu, że widać na nim dobrze jak osoby z ZA nie nadają się „do niczego a już zwłaszcza do związku”. Tak to niestety wygląda i dziwić się trudno.
Swoją drogą ona gdzieś tam wspomniała, że takie dzieci są trudne i robią problemy (np. nauczycielom), z tym że napisała to nieco mniej ładnie. Zrobiło mi się trochę dziwnie, no bo to takie w sumie przykre że ludzie nie dostrzegają drugiej strony – a jak te dzieci musiały się czuć? Ale tak to (znowu niestety) jest, że trudno się postawić na czyimś miejscu (o ile się nie ma z tym kimś cech wspólnych).
Tu mi się przypomniała szkoła i ta osoba, co do której dziś jestem przekonany że miała ADHD. Całymi latami jej nie cierpiałem, ale dziś z perspektywy czasu… no po prostu wiem, że nie była w pełni odpowiedzialna za swoje zachowania i na pewno też nie było jej lekko. Za to wspomniałem drugą nie lubianą przeze mnie osobę i trzecią. Druga powiedzmy była po prostu złośliwa chociaż też z perspektywy czasu stwierdzam, że może nie aż tak jak mi się kiedyś wydawało. Ale tej trzeciej nie potrafię rozgryźć, zupełnie. Od początku nawet była zwyczajna, dopiero gdzieś w późniejszym okresie podstawówki jakby coś jej odbiło. I to odbiło totalnie, bo do dziś nie wiem czym tłumaczyć jej idiotyczne zachowania. I szczerze powiem, że dziś to jej nie chciałbym nigdy więcej na żywo oglądać.
Swoją drogą kiedy rozmawiałem z tą znajomą na tematy jak w tych notkach, napisała że pewnie mam traumę po gimnazjum jak wielu ludzi. I cóż ja mogę na to powiedzieć, chyba tylko ciężko westchnąć jak zwykle. Tak, oczywiście, gimnazjum to całe zło tego świata. Niestety muszę rozczarować Wasze oczekiwania i po raz kolejny podkreślić że akurat okres mojego uczęszczania do gimnazjum był najlepszym okresem mojej edukacji jak tak wspominam. Już prędzej mógłbym mieć traumę po podstawówce (btw. z jednym z bardziej nieprzyjemnych zdarzeń, związane jest coś, co również mogłoby podpadać pod ZA u mnie, taki drobiazg, ale ostatnio rzuciło mi się w oczy jak czytałem o objawach). Ale przecież już zdążyłem zauważyć, że coś było jeszcze przed podstawówką, jeszcze w przedszkolu albo i wcześniej. Ale to temat na notkę o toksycznym wstydzie, to też jeszcze nie tym razem.
A skoro już tak jednak wspominam okres szkoły… heh, pamiętam jak podjąłem decyzję o zmianie klasy (chyba pierwsza tak odważna i ryzykowna decyzja, chociaż tak naprawdę z mojej perspektywy to nie było w tym żadnego ryzyka – trudno byłoby sobie bowiem wyobrazić, że coś mogłoby zmienić się na gorsze). Nigdy nie opisywałem tego tak dokładnie, opiszę teraz. Moja klasa była dość liczna (nigdy nikt nie został na drugi rok nie licząc takich których nam dołożono z rok czy dwa wcześniej, no przecież to była klasa geniuszy… szkoda tylko że za zdolnościami do nauki nie zawsze idą inne pozytywne cechy, aha no i może nie licząc dziewczynki, która od kilku lat powtarzała pierwszą klasę – miała ona jednak pewną niepełnosprawność, swoją drogą chyba w następnym roku już przeszła i dalej pamiętam że cały czas chodziła do klasy z rocznikiem rok młodszym, dziś myślę więc że w jej przypadku wystarczyło odnalezienie akceptujących przyjaciół, ale mogło chodzić też o pomocnego nauczyciela, a najpewniej jedno i drugie, jednak najlepiej to świadczy o tym jak ważna jest akceptacja), a inna klasa była z kolei bardzo mało liczna (trochę osób nie zdało, taka zbieranina, z kolei klasa chyba najsłabsza). Wtedy wychowawczyni nasza zapowiedziała nam, że ktoś powinien się przenieść, bo klasy będą wyrównane i jeśli nikt nie będzie chętny, to po prostu te kilka osób zostanie wybranych losowo. Chodziło chyba o 4 osoby, tego nie pamiętam już dokładnie. Dopiero wtedy przyszło mi do głowy, że to przecież mogę być ja! Powiedziałem o tym mojej ówczesnej koleżance ponieważ i ona nie cieszyła się wtedy zbytnią sympatią klasy (pewnie dlatego trzymała się ze mną). Tzn. ja jej powiedziałem, że ja się przenoszę, a ona to jak chce. I zrobiłbym to nawet sam. Nie wiem czy na decyzję potrzebowałem nawet dwóch dni. Ona się bała, ja wcale (swoją drogą też dobrze na tym wyszła). Pamiętam kiedy klasa dowiedziała się, że się przenosimy, jedna osoba zapytała mnie wtedy: „Do jakiej klasy wy chcecie się przenieść?” a pytanie było dla mnie tak kuriozalne, że odpowiedziałem niewiele myśląc: „Do normalnej” :D Dziś też mnie to bawi (kiedy ta osoba zapytała: „A to my nie jesteśmy normalną klasą?”), powiedziałem to po prostu na zasadzie… no wiecie jak się czasem odpowiada bez zastanowienia co ślina na język przyniesie. Z resztą no do jakiej klasy? Przecież my nie wybraliśmy sobie klasy do której chcieliśmy się przenieść, była tylko jedna mało liczna klasa i od początku było jasne że do tej możemy się przenieść, więc jej pytanie było dla mnie zwykłą złośliwością (wszyscy doskonale wiedzieli, że to nie mój pomysł na przeniesienie się był pierwszy ale taka niejako konieczność narzucona z góry – że ktoś ma się przenieść; chociaż jednocześnie wiedzieliśmy dobrze, że na siłę tej klasy nie ruszą, bo nasza wychowawczyni była liczącą się w gronie pedagogicznym osobą). Tak więc informacja że „ktoś powinien się przenieść, bo inaczej zostaną wytypowane do tego losowe osoby” była pewną formalnością, jednak skoro już znalazły się chętne osoby (czego chyba nikt się nie spodziewał, z drugiej strony wychowawczyni nie była zbytnio zaskoczona naszą decyzją, ja myślę że coś tam widziała, coś musiał widzieć każdy, kto miał oczy), nie dość że niejako może uratowały resztę klasy + wychowawczynię (bo mogłoby to jednak niezbyt ładnie wyglądać w gronie pedagogicznym że jednak są ci równiejsi, których klasa zostaje w komplecie), to przecież można było im na koniec okazać trochę złośliwości, nie? ;) To było głupie pytanie z samej swej natury – wszyscy doskonale wiedzieli do jakiej klasy (bo tylko jednej) wchodziło w grę przeniesienie. Moja odpowiedź była więc nieprzemyślana i nie to miałem wtedy na myśli… ale dziś myślę, że cholernie dobrze mi się ta riposta udała :D choć przypadkowo. Jak sobie znów wspomnę tę osobę, której odbiło (swoją drogą jak dziś patrzę na jej zdjęcie profilowe na FB to mam wątpliwości czy znormalniała od tamtego czasu), to miałem właściwie rację :D
Zmierzam jednak do tego, że w sumie mnie wkurza jak inni myślą, że wiedzą wszystko lepiej – i że to akurat gimnazjum… Doprawdy nie rozumiem nagonki na gimnazjum. Przymusowa edukacja to w ogóle jest kijowy okres i nie widzę to zbyt wyraźnie dlaczego to na gimnazjum jest taka nagonka.
Ale wracając… ech, te moje dygresje ;)
Właściwie po co to wszystko rozkminiam?
Bo to jest tak, że sobie zażartowałem: „Najpierw praca, później mieszkanie, potem facet” ;) i skoro zaliczyłem dwa pierwsze kroki… Ale… Po prostu zacząłem analizować. Nie da się nawiązać znajomości zachowując się tak jak ja. Pytanie: dlaczego się tak zachowuję (dlaczego jestem jaki jestem)? To może nie jest właściwe pytanie bo ostatnio mówi się, że nie trzeba znać przyczyn aby leczyć skutek, ale mnie się wydaje, że dobrze by mi zrobiło poznanie przyczyn. Miotam się, co z resztą widać. Ech, chyba chciałbym w ogóle nie zastanawiać się nad moim życiem, ale widocznie nie jest to możliwe. To znaczy bo ja powiedzmy może nawet wiem jak się… przybliżyć do normalności (tak to ujmijmy :P ), ale nie chcę tego robić nie przepracowując i nie rozumiejąc uprzednio przyczyn – o, może tak to ujmę. Bo mam poczucie, że to będzie tylko powierzchowne i kiedyś znowu wróci.
“Całe życie w jakimś sensie jest procesem, zmianą, przemianą.”
– już nie wiem gdzie przeczytałem. Ale tak jest, chciałbym nadążać za tymi zmianami… i mieć na nie wpływ, i zmieniać na lepsze…
Ciąg dalszy nastąpi…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.