#1090 – „Toksyczny wstyd’ – John Bradshaw

Ok, no to czas na notkę z cyklu tych poważniejszych…

Jakiś czas temu przeczytałem „Toksyczny wstyd”. Już sam tytuł tej książki sprawił, że poczułem się… hmm… no po prostu wiedziałem, że ta książka będzie dla mnie ważna i że muszę ją przeczytać.
Ciężko się ją czytało, bo połowa jest teorii – trochę to nawet nudzi. Druga połowa powiedzmy jakichś sposobów na radzenie sobie z toksycznym wstydem, ale tu również duża część dotyczy terapii grupowej (na którą bym chętnie poszedł tylko chyba nie ma takiej :/ ).
„Wstyd” to przykre słowo. Tak przykre, że aż… wstyd o nim mówić. Jak się tak zastanowić to ja chyba nawet rzadko używałem go na blogu…

W sumie nie wiem jak poprowadzić ten wpis, więc może przytoczę cytaty z książki, niektóre skomentuję, inne nie, bo myślę że nie trzeba…

„Człowiek odrealniony sprawia nieodparte wrażenie, że nigdzie do końca nie pasuje, że stoi obok i zagląda do środka. Wewnętrznej alienacji i izolacji towarzyszy chroniczna, niezbyt głęboka depresja. Przyczyną tej depresji jest smutek z powodu utraty autentycznego Ja. Najpoważniejszym, najbardziej destrukcyjnym aspektem neurotycznego wstydu jest chyba właśnie odrzucenie własnego Ja.”

„Nie jesteśmy istotami materialnymi, które wybrały się w podróż duchową; jesteśmy istotami duchowymi, które do osiągnięcia pełnej duchowości muszą odbyć podróż po ziemi.”

– to akurat jeden z po prostu ładnych cytatów, podoba mi się, poza tym stałe przypominanie sobie o tym poprawia samopoczucie (przynajmniej mi :) ).

„Dzieci Maxa też były przekonane, że miały szczęśliwe dzieciństwo. Na tym właśnie polega urojeniowy charakter sfrustrowanego narcyzmu. Ludzie porzuceni emocjonalnie w dzieciństwie zawsze opisują swe młode w sposób wyzbyty wszelkich emocji.”

– to bardzo ciekawa kwestia z tym przekonaniem o szczęśliwym dzieciństwie… Zgadnijcie jak ja bym w sumie określił moje dzieciństwo? ;) Nie musicie zgadywać, parokrotnie o tym pisałem. Nie rozumiem tylko ostatniego zdania, może to jakiś błąd w druku (i miało być „opisują swą młodość”?), ale fragment „w sposób wyzbyty wszelkich emocji” nagle zapalił we mnie taki impuls – przypomniałem sobie moje wizyty u psychologa, jeszcze te sprzed leczenia. Temat braku emocji w moim domu rodzinnym był właściwie tematem przewodnim tamtych wizyt, co ja osobiście wtedy bagatelizowałem (miałem przecież poważniejszy i bardziej męczący problem: transseksualizm), dziś myślę że coś jest na rzeczy i to bardziej niż myślałem. I że babka w sumie miała dużo racji, i że może jednak jest świetnym psychologiem. Chociaż wtedy nie czas był dla mnie na zajęcie się tym problemem, ale teraz już i owszem.

„Płci się nie ma, ani nie uprawia, płcią się jest. Patrząc na drugiego człowieka, najpierw zwracamy uwagę na płeć. Płciowość jest najbardziej podstawowym aspektem każdego stworzenia.”

– a to tak o… przytaczam, bo świetnie ujęte.

„Zlepki obrazów
Jest i trzeci sposób przyswajania wstydu. Polega on na przyswajaniu określonych obrazów. Człowiek potrafi tworzyć wewnętrzny obraz osoby, która go zawstydza, miejsca, konkretnego przeżycia. Potrafi sobie również przyswajać obrazy słowne – ślady dźwięków. Wystarczy, by ktoś wypowiedział określone słowa, by uruchomiło się dawne przeżycie wstydu. Za pomocą języka i wyobrażeń, oderwane, wstydliwe przeżycia łączą się w jedną całość. Jak pisze Kaufman: „Wstydliwe sceny łączą się ze sobą i ulegają wyolbrzymieniu”. W miarę, jak skojarzone ze wstydem słowa, obrazy i sceny stapiają się w jedno, zmienia się sens wstydu. Zamiast uczucia „wstydzę się” pojawia się teraz przekonanie, że „jestem niegodziwcem, człowiekiem pod jakimś ważnym względem ułomnym”. Wstyd przestaje być jednym z wielu przelotnych uczuć, jest teraz podstawowym zrębem tożsamości. Wstyd uwewnętrzniony wprowadza człowieka w stan zamrożenia. Wstyd nie jest już krótkotrwałym sygnałem emocjonalnym, jest trwale zadomowionym, wszechobejmującym poczuciem własnej ułomności. Ta podstawowa świadomość własnej ułomności tworzy podstawę, która determinuje inne odczucia na swój temat. Z czasem to zastygłe przekonanie staje się coraz mniej uświadomione. I w ten sposób wstyd zaczyna być podstawowym wyznacznikiem poczucia tożsamości. Człowiek wkracza na drogę wstydu.”

„Autonomia funkcjonalna
Wstyd uwewnętrzniony uruchamia się bez żadnych bodźców z zewnątrz. Do tego, by się pojawił, nie jest już potrzebne żadne zawstydzające wydarzenie interpersonalne. Pamiętam, że kiedyś poszedłem zapłacić mandat za przekroczenie dozwolonej prędkości i odczułem przy tej okazji dotkliwy wstyd. Zmuszony byłem powiedzieć recepcjonistce na komendzie, za co wlepiono mi mandat. Ona traktowała mnie życzliwie, uśmiechała się do mnie, a ja się wstydziłem. Mój wstyd był niezależny od zachowania recepcjonistki.”

– tia, skąd ja to znam.

„Spirala wewnętrznego wstydu
Ostatnią konsekwencją uwewnętrznienia wstydu jest coś, co Kaufman nazywa spiralą wewnętrznego wstydu, a charakteryzuje w sposób następujący: „Zdarza się coś, co uruchamia wstyd. Człowiek próbuje się na przykład do kogoś zbliżyć i zostaje odtrącony. Bliski przyjaciel wyraża się o nim krytycznie… i człowieka ni stąd, ni zowąd ogarnia wstyd. Zagląda w głąb siebie i całe wydarzenie nagle nabiera charakteru czysto wewnętrznego. Nierzadko towarzyszą temu bardzo wyraziste wyobrażenia. Uruchamia się błędne koło wstydu. Wstyd uruchamia kolejny wstyd, i tak bez końca. Człowiek w kółko odtwarza w swojej głowie zdarzenie, które cały ten cykl uruchomiło. Poczucie wstydu zalewa go coraz bardziej, porywając w swe odmęty inne, neutralne doświadczenia… aż w końcu pochłania go bez reszty. Efektem jest kompletny paraliż.” Efekt spirali jest jednym z najbardziej ‚destrukcyjnych aspektów dysfunkcjonalnego wstydu. Raz wprawiony w ruch wstyd aktywizuje wspomnienia innych wstydliwych doświadczeń, przez co jeszcze silniej się utrwala.”

– tu znowu: skąd ja to… Ale kiedy to sobie uświadomiłem, zwracam na to uwagę, staram się po prostu „odpuszczać”, w sumie i tak nic nie mogę zrobić no nie? ;) kiedy coś już się stało, to się stało, nie ma sensu o tym myśleć.
Czyli warto czytać i zastanawiać się nad sobą.
Btw. teraz zacytuję „Głębokie uzdrawianie emocji” (A. Ellis), którą dziś skończyłem czytać:

„Opisywanie pewnych szczegółów naszych teraźniejszych i przeszłych uczuć pomaga je zrozumieć, poczuć się lepiej i uwolnić się od emocji, z którymi sobie nie radzimy. Dla wielu pisarzy – jak Marcel Proust i James Joyce – taka dokładna i uczciwa relacja o stanie własnego umysłu była formą autoterapii. Przed wielu laty filozof Ira Progoff zachęcał swoich czytelników do pisania dziennika, co według niego pomaga w wyrażaniu głęboko zakorzenionych uczuć, w dystansowaniu się do nich i radzeniu sobie z nimi. Jak wykazali Brian A. Esterling i współpracownicy, ten rodzaj terapeutycznej twórczości umożliwia dokumentowanie własnych lęków i stanów zgnębienia, nawiązanie kontaktu z traumatycznymi przeżyciami aż do momentu odwrażliwienia, odkrywanie filozoficznych sposobów radzenia sobie z nimi, jak również ułatwia zastosowanie omówionych w tej książce metod poznawczych, doświadczalnych i behawioralnych.”

z pewnością coś w tym jest, dlatego też piszę bloga. I to naprawdę jest dobre, w odwrażliwieniu też pomaga, nawet często jest tak że opiszę coś na blogu i potem to mi się nie wydaje już takie straszne/trudne/przykre… niestety nie zawsze, ale zawsze warto spróbować ;)

Wracamy do „Toksycznego wstydu”:

„Czasami kariera szkolna dzieci przepojonych wstydem układa się całkiem inaczej. Przykładem takiego dziecka był Max. Max poszedł w ślady brata i siostry. W szkole był prymusem, miał same piątki i szóstki. Wybitne osiągnięcia i perfekcjonizm, to dwie najważniejsze maski toksycznego wstydu. Choć brzmi to paradoksalnie, prymusem i osłem szkolnym kieruje często ten sam mechanizm: toksyczny wstyd.”

– to jest zwłaszcza dobre…
A ludzie często się dziwią jak ja mogłem z takimi ocenami nie kształcić się dalej, marnować potencjał… cóż, nie myślę że jestem taki wybitny, to właśnie tylko ta maska. Potencjał to może i mam, ale on się nie przejawiał poprzez osiągnięcia szkolne ;) One zawsze były tylko maską.

„Więc gdy Jaś krzyczy, że ją nienawidzi, rozpłakuje się i mówi, że może się kiedyś tak zdarzyć, że on będzie jej potrzebował, a jej nie będzie. Może mu nawet zagrozić, że pójdzie sobie i umrze! Biednemu Jasiowi grunt się usuwa pod nogami. Czuje się porzucony, jest przerażony, boi się, że mama go zostawi. Biegnie do niej, pełen poczucia winy. Świadomość gniewu znika, ustępując miejsca poczuciu winy. Ja sam przez większość życia ze strachu tłumiłem złość. Ilekroć zdarzyło mi się na kogoś rozgniewać, natychmiast zaczynałem się bać. Byłem wręcz przerażony. Nawet jeżeli nikt mi nie zabraniał wyrażania gniewu, usta mi drgały, głos mi się załamywał, cały się trząsłem. Erie Berne, twórca analizy transakcyjnej, nazwał ten rodzaj odczucia „procesem konwersji”. Ja to nazywam oszustwem przemiany. Emocjonalne oszustwo to usankcjonowane przez rodzinę uczucie, którym zastępuje się uczucie nieakceptowane, wstydliwe.”

– czy mi się wydaje, czy nie tak dawno pisałem coś o gniewie? (wtedy jak się tak wściekałem na współlokatora) choć może wtedy nie dało się odczytać dokładnie moich wszystkich uczuć (a może się dało). Gdybym miał komuś okazać swój gniew, to właśnie tak bym się zachowywał jak w wytłuszczonym fragmencie. Więc tego nie robię, nigdy. To nie jest normalne, oczywiście.
Są takie kwestie do których dochodzę sam (jak te, o których czytałem w ww. dziś skończonej książce), ale są takie do których być może nigdy sam bym nie doszedł, albo nie umiał ich sformułować – jak ta właśnie odnośnie gniewu. Dlatego znowu powiem: warto czytać.

„Jak już wspomniałem wcześniej, najgłębsza rana, jaką zadaje toksyczny wstyd, to pęknięcie, jakie powoduje w strukturze Ja. Kiedy już przywłaszczymy sobie wstyd, przestajemy go odczuwać, ponieważ przenika tożsamość bez reszty. Przekonani o własnej ułomności i bezwartościowości, nie potrafimy na siebie spojrzeć bezboleśnie. Musimy zatem wytworzyć fałszywe Ja. Fałszywe Ja, to druga linia obrony przed toksycznym wstydem.”

– nom. Ja na przykład nic nie odczuwam szczególnego. Bo to już część mojej osobowości :/

„Terry Kellogg kiedyś powiedział, że zawsze ma się na baczności, by przypadkiem nikt go nigdy nie zaskoczył. I mnie taka postawa była bliska. Przez całe życie stale musiałem mieć się na baczności, przez co traciłem mnóstwo czasu i energii. Bałem się, że ktoś mnie zdemaskuje. Bo gdyby mnie zdemaskował, każdy by zobaczył, że jestem z gruntu niedoskonały i niepełnowartościowy. Kontrola ma nas uchronić przed wstydem, raz na zawsze. Kontrolujemy więc własne myśli, wypowiedzi, uczucia, zachowania.”

– mnóstwo energii, to prawda… Ale jak wspomniałem wyżej – uświadomiłem sobie to i staram się „odpuszczać”.

„Smutek jest wiernym towarzyszem tych, którzy przeraźliwie boją się okazywać złość. Złość ukrywa się w cieniu smutku.”

– tia.

„Toksyczne poczucie winy zmusza do bezustannego rachunku sumienia. Dla takiego człowieka życie nie jest tajemnicą, którą należy przeżyć, jest problemem, który należy rozwiązać. Toksyczne poczucie winy zmusza do ciągłej pracy nad sobą, do wnikliwej analizy każdego zdarzenia, każdej sprawy. Nie ma chwili czasu na odpoczynek, bo zawsze jest coś do zrobienia. Poczucie winy każe ciągle się nad czymś zastanawiać.”

– to też pożera mnóstwo energii.

„Uzależnienie od aktywności
Kolejną strategią ucieczki od przykrych emocji jest aktywność. Wyjaśniłem już, na czym polega magiczny, rytualny mechanizm obronny zwany anulowaniem. Istnieje cały szereg rytuałów, obsesyjnie powtarzanych, służących redukcji lęku przed nieakceptowanymi pragnieniami, uczuciami, popędami. Do bardziej popularnych form aktywności tego rodzaju należą: praca, robienie zakupów, gromadzenie rzeczy, uprawianie seksu, czytanie, hazard, sport i gimnastyka, chodzenie na mecze, oglądanie telewizji, trzymanie w domu zwierząt, opiekowanie się zwierzętami. Same w sobie te rozmaite formy aktywności nie są uzależnieniami. Stają się nimi dopiero wtedy, gdy ich uprawia nie zaczyna powodować szkodliwe dla życia konsekwencje. Każda z nich potrafi tak człowieka wciągnąć, że zapomina o przykrych emocjach.”

– czytanie, hmm…

A coś z innej beczki:

„Zachowania przestępcze
Alice Miller, w książce poświęconej przestępczości, opisuje przypadek wielokrotnego mordercy dzieci, Jurgena Bartscha. Między rokiem 1962 a rokiem 1966, Bartsch zamordował czterech chłopców. Z pewnymi drobnymi wyjątkami zawsze działał w ten sam sposób. Najpierw wabił chłopca do opuszczonego schronu przeciwlotniczego, niedaleko domu. Biciem zmuszał chłopca do posłuszeństwa, związywał go rzemieniem rzeźniczym, pieścił jego genitalia i jednocześnie się masturbował, dusił go lub katował na śmierć, rozcinał mu brzuch, patroszył, wnętrzności zakopywał. Bartsch przyznał się w sądzie, że podczas ćwiartowania trupów doznawał orgazmu.
Powyższa lektura wzbudza w czytelniku oburzenie i przerażenie. Robi się od niej niedobrze. Na pewno wykryto u tego człowieka przestępcze geny, patologiczny popęd seksualny, jakieś zboczenie? Zagłębiamy się w dalszą lekturę. Autorka opisuje szczegółowo dzieciństwo Jurgena. I coraz bardziej skłaniamy się ku tezie autorki, że przestępcze zachowanie Jurgena miało bezpośredni związek z wydarzeniami z wczesnego dzieciństwa. Jak pisze Alice Miller:
„Każda zbrodnia ma swoją ukrytą historię. Można ją wyczytać ze sposobu, w jaki zbrodnię wykonano oraz z pewnych szczegółów, dotyczących okoliczności przestępstwa.”
Pomińmy szczegóły. Nie są nam tutaj potrzebne. Bartsch był sierotą. Został zaadoptowany. Przybrani rodzice długo szukali właściwego dziecka. Jurgen całymi godzinami, w sposób wręcz rytualny, wyszukiwał swoje ofiary. W dzieciństwie był bity. Wielokrotnie widziano na jego ciele masywne siniaki. Ojciec był rzeźnikiem. Matka biła go w tym samym pomieszczeniu, w którym ojciec ćwiartował tusze zwierzęce. Zamykała go potem w starej piwnicy. Trwało to sześć lat. Nie pozwalano mu się z nikim bawić. Matka wykorzystywała go seksualnie. Do 12-go roku życia kąpała go sama, pieszcząc przy okazji jego genitalia. W wieku ośmiu lat został uwiedziony przez 13-letniego kuzyna. W wieku 13 lat – przez nauczyciela. Każdy szczegół jego życia odcisnął się w jego zbrodniach. Rozładowywał nagromadzoną nienawiść na małych chłopcach. Wszyscy chłopcy nosili skórzane spodenki (takie same spodenki nosił Jurgen, gdy był mały). Jurgen ćwiartował swoje ofiary nożem rzeźnickim, tak jak ojciec ćwiartował mięso, podczas gdy matka go chłostała, biła, znęcała się nad nim. Kiedy matka kończyła go bić, często całowała go namiętnie w usta. Jurgen także całował swoje ofiary. Jurgen z początku był ofiarą, potem przestępcą. Wzbudza w nas oburzenie i przerażenie. „Nasze przerażenie powinna wzbudzić przede wszystkim pierwsza zbrodnia, ta, którą popełniono w ukryciu i której nigdy nie ukarano” pisze Alice Miller.”

– dokładnie! A ludzie słysząc o takich makabrycznych zbrodniach ludzie krzyczą jakiż ten sprawca jest nienormalny! No normalne to nie jest ale nie wzięło się z niczego, z wyboru czy kaprysu.

„(…) jak powiada Scott Peck: „Podstawową przyczyną wszelkich chorób psychicznych jest… skłonność do unikania cierpienia emocjonalnego”.”

„Każdy, kogo dręczy toksyczny wstyd, wychował się w patologicznej rodzinie.”

I tu się chyba zaczynają już cytaty z części poświęconej uzdrawianiu:

„Społeczność ludzi powracających do zdrowia ma takie swoje powiedzonko: „Póki tego nie poczujesz, udawaj, że to czujesz”. Zamiast czekać, aż przyjdzie ochota na zmianę, trzeba czasami podjąć świadomą decyzję, że będziemy postępować tak, jakby ta ochota już przyszła. Podejmij więc decyzję, że pokochasz siebie. Powiedz to sobie głośno. Postępuj w taki sposób, w jaki postępowałbyś, gdybyś siebie kochał i akceptował bezwarunkowo, a zaraz siebie bardziej pokochasz, bardziej zaakceptujesz.”

– no bo chyba naprawdę nie ma innego sposobu.

„Błąd można porównać z brzęczykiem w samochodzie, który ostrzega przed jazdą bez zapiętych pasów. Mandat za przekroczenie dozwolonej prędkości można potraktować jako ostrzeżenie: jedź wolniej, uważaj, jak prowadzisz. „Wpadka” tego rodzaju może czasami uratować życie. Chowający się za maską perfekcjonizmu toksyczny wstyd powoduje, że to, co powinno być ostrzeżeniem, zamienia się w oskarżenie. Człowiek owładnięty toksycznym wstydem tak bardzo pochłonięty jest odpieraniem zarzutów wewnętrznego krytyka, że nie baczy na to, przed czym przestrzega go błąd. Nie traktuj błędu jako oskarżenia. Naucz się widzieć w nim ostrzeżenie. Zamiast się koncentrować na winie, spróbuj zobaczyć, przed czym cię ostrzega.”

„Drugim czynnikiem uruchamiającym spiralę wstydu jest głos wewnętrzny. Głos wewnętrzny wyraża utrwalone przekonania na temat siebie i świata zewnętrznego. Wpoili je nam spętani wstydem rodzice. Głos wewnętrzny, który uruchamia teraz spiralę wstydu, powstał w wyniku uwewnętrznienia głosu rodziców – głosu, który rozbrzmiewał kiedyś naprawdę, kiedy nas rodzice zawstydzali. Ten głos odtwarzamy wciąż na nowo w swojej głowie, tak jak odtwarza się kasetę magnetofonową. Jak obliczyli specjaliści od analizy transakcyjnej, każdy z nas przechowuje w głowie około 25 tysięcy godzin takich „nagrań”.”

„Mózg i ośrodkowy układ nerwowy nie potrafią odróżnić rzeczywistości wyobrażonej (pod warunkiem, że jest wystarczająco wyrazista i szczegółowa) od rzeczywistości realnej. I dlatego wizualizacja działa skutecznie bez względu na to, czy w nią wierzysz, czy nie. Jeżeli masz sceptyczny stosunek do wizualizacji, najwyżej nie będziesz jej stosował. Ale jeżeli mimo sceptycyzmu postanowisz spróbować – zadziała na pewno.”

:)

„Umysł (świadomość) to energia o wyższej częstotliwości; potrafi materię przesłonić, silnie na nią wpływa. Przykładem może być psychokineza. Tysiące ludzi nauczyło się od Delores Kieger sztuki łagodzenia bólu przez nakładanie rąk. Czynnikiem leczniczym jest tu silna koncentracja oraz bardzo duża wrażliwość kinestetyczna. Każdy może się tego nauczyć. Siłą umysłu można oddziaływać na świat zewnętrzny (za pośrednictwem wyobraźni). Można w ten sposób pomnażać bogactwo, można też uzdrawiać.”

:)

„Bez żadnego ze swych bliźnich… nie mogę się obejść… Każdy, nawet największy skąpiec, najbardziej plugawa prostytutka, najnędzniejszy pijaczyna, kryje głęboko w sercu duszę nieśmiertelną, która dąży do świętości. Dusza ta, pozbawiona światła dziennego, musi chwalić Boga w nocy. Gdy mówię – słyszę, że i oni mówią. Gdy klęczę – słyszę jak płaczą. Każdy z nich jest mi potrzebny. Tyle jest istot żywych, co niezliczonych gwiazd na niebie… i wszystkich potrzebuję, by chwalić Boga. Wiele jest żywych dusz i z każdą z nich czuję łączność w tym najświętszych z miejsc, gdzie odmawiamy wspólnie Ojcze Nasz”.

– podoba mi się cytat :) (słowa Paula Claudela).

„Sam jestem Dorosłym Dzieckiem, więc bardzo trudno mi się czegokolwiek pozbyć. Nadal trzymam notatki, które robiłem ponad trzydzieści lat temu, na pierwszym roku studiów! Latami gromadzę pudła pełne różnych szpargałów. Bardzo ciężko znoszę wszelkie zmiany. Ponieważ byłem dzieckiem porzuconym, nie mogę się pozbyć lęku przed niedostatkiem. Czuję, że muszę chronić kurczowo to co mam, by przypadkiem nie okazało się później, że jest mi to potrzebne, a już tego nie mam.”

– tiaaa… (ale no minimalizm to dobry kierunek i tego staram się trzymać ;) )

„Jakakolwiek rezygnacja z kontroli graniczyła z cudem. Było wykluczone, bym z kimkolwiek zerwał. Starałem się tak aranżować swoje relacje z innymi, bym był niezastąpiony, by druga strona nie mogła mnie opuścić.”

„Większość ludzi spętanych wstydem ma kłopoty z wyrażaniem złości. Nie wie, jak ją wyrazić i jest bardzo nieodporna na agresywną manipulację.”

– a ludziom się wydaje, że jak ktoś się nigdy nie złości, to taki złoty człowiek… ja wiedziałem, że to nie jest normalne (wiedziałem, tylko jak wyżej – nie uświadamiałem sobie tego tak dokładnie).

„Boimy się sprawić komuś przykrość, ponieważ sami wiele wycierpieliśmy. Gdy ktoś nam sprawia przykrość, często nie umiemy sobie z tym poradzić. Szczególnie bezbronne w takich sytuacjach są osoby, których rodzice, chcąc wymusić pożądane zachowanie, stosowali strategię manipulowania poczuciem winy. Rodzice spętani wstydem często tak postępują. „Nie macie dzieciaki pojęcia, jaką przykrość sprawiliście ojcu”, „Taką mi sprawiłeś przykrość. Chyba ci nigdy tego nie wybaczę”. Ludzie często sprawiają innym przykrość wyłącznie po to, by nimi manipulować.”

„Stale siebie spostrzegam albo jako kogoś nadludzkiego (wyjątkowego), albo jako kogoś nie-dość-ludzkiego (nędznego robaka). Ten sposób widzenia siebie wynikał z pychy. Nie potrafiłem dostrzec w sobie po prostu człowieka. Starałem się być bardziej ludzki niż jestem (a więc bezwstydny). Wyszedłem na człowieka nie-dość-ludzkiego (przepojonego wstydem).”

Wracając do początku części dotyczącej uzdrawiania – autor pisze dużo o terapii 12 kroków, ma to sens także w odniesieniu do toksycznego wstydu. W ogóle mam wrażenie, że uleczenie czegoś takiego nie może odbywać się inaczej niż na terapii grupowej :( Pytanie brzmi czy nie-alkoholik może uczęszczać na terapię grupową AA? Albo czy są podobne tego typu terapie dla nie-alkoholików?? Bo co ja mogę bez terapii grupowej? Może wyobrazić sobie takową? (ale serio, myślę że wyobrażenie sobie takiej, to i tak więcej niż nie zrobienie niczego). No ogólnie jak pisze – potrzeba spojrzenia/wsparcia (bez oceniania) osób, które mają te same/bardzo podobne problemy.
Jeśli nie to, to chyba rzeczywiście pozostaje „udawanie”, bo pewnie w końcu i to wejdzie w nawyk.

„By być wielkim mistrzem, musisz wierzyć, że jesteś najlepszy. Jeżeli to nieprawda – udawaj, że jednak jesteś.”
(Muhammad Ali)

:]

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.