#1107

Przeglądałem ostatnio fragment mojego bloga sprzed kilku lat (koniec 2009/początek 2010). Przeczytałem kilka wpisów i… Boże, jak ja się zmieniłem. Takie podejście do życia. Ubolewałem wtedy że nigdy nie zobaczę tych wszystkich miejsc, które zwiedzałem „palcem po mapie”. Dziś uważam, że je zobaczę :) dlaczego niby nie? Sami kształtujemy naszą rzeczywistość. Ale czasem wydaje mi się, że już zupełnie nie znajduję wspólnego języka z ludźmi, którzy uważają inaczej. Nie tylko ja odnoszę takie wrażenie, wszak siódmy tom Transerfingu wskazuje, że nie jestem chyba w tym odosobniony ;) Cóż, skoro już nawet nie jestem kompanem do narzekania…

To taki luźny wniosek, bloga czytałem bo chciałem coś sprawdzić. I sprawdziłem i stwierdziłem, że to nie jest prawda co mi ktoś kiedyś w komentarzu napisał – że pracuję w takiej branży gdzie spotykam się z ludźmi, z którymi nie mam wspólnych tematów. Właśnie specjalnie przeczytałem pół roku mojego bloga z czasu kiedy byłem na stażu – to była zupełnie inna branża, praca biurowa, ludzie po studiach. Dokładnie takie same miałem wtedy wnioski – nie mam o czym z nimi rozmawiać. O studenckich imprezach suto zakrapianych alkoholem i o tym jak mu koleżanki pracę licencjacką napisały? Czym to się różni od pracy, spania, jedzenia, tv i drinkowania? Mentalność identyczna.

Pociągnę dalej temat pracy, bo jak mi jest… no nie powiem „źle” ale mogłoby być lepiej (mógłbym np. wcale nie pracować :P ), to zawsze dużo piszę o pracy ;)
Jak tak słucham niektórych ludzi to czasami nawet myślę, że niegłupio planują – zarobić, wybudować/kupić dom, wynająć jego część… Albo popracować 2-3 lata, otworzyć coś swojego… Wszystko fajnie – rokuje na dochód pasywny. Tylko dziwnym trafem jakoś ludzie tego pokroju zamiast osiągnąć te plany, naprawdę kupić coś i mieć z tego dochód albo przestać pracować (lub choć pracować z czasem mniej)… latami robią to samo i nic się u nich nie zmienia. Wtedy tak sobie myślę, że może to jednak ja mam to właściwe podejście. Nie pracuję kiedy się da – może teraz nie mam nadwyżek ale przynajmniej nie skupiam się na pracy (a przecież nie chcę mieć jej w życiu jeszcze więcej). I szczerze to nawet wkurza mnie czasem jojczenie kolegi z drugiej zmiany jak to mało pośrednicy nam płacą. Nie mam czasu na skupianie się na takich pierdołach ;) Jak mu jest mało to przykro mi ale mnie ten temat już zwyczajnie nudzi. Nie, ja nie muszę więcej zarabiać, ja chcę mniej pracować :D (zarobki są ok, tylko żeby tyle mi płacili za 5h tygodniowo mniej…) Po co mi pieniądze? Po co one są? To prawda (co gdzieś przeczytałem), że szczególnie dziś, to tylko abstrakcyjne cyferki. Widzę jakieś cyferki na papierze, który przejrzałem wczoraj. Widzę jakieś cyfry na komputerze po zalogowaniu do banku co uczyniłem dziś – cyferki, numerki, tusz na kartce, piksele na monitorze.
To samo w sobie nie stanowi ŻADNEJ wartości.
Wartością jest dopiero to co mam dzięki temu, co mogę sobie za to kupić. Mam co jeść, gdzie spać (wygodnie), mam opłacony internet i inne rachunki, samochód. Cóż mi więcej trzeba? Mam też komórki, komputer, aparat i inne sprzęty (ciężko doszukać się sprzętu, którego nie mam ;) a szczerze powiedziawszy np. tabletu użyłem dotychczas max kilka razy a mini kamerki jeszcze wcale… więc to już chyba nawet nadmiar, nieminimalistycznie :/), czyli to „więcej” którego by można chcieć. Skoro mam zaspokojone potrzeby (nawet nie tylko te najpilniejsze), to w następnej kolejności jedyne co mi jest potrzebne to wolny czas. No powiedzcie, czy ja jestem jakiś nienormalny, że tak to widzę? :/ Bo wszędzie wokół sami pracoholicy, którzy podobno na coś tam odkładają ;)
Chyba po to pracuję żeby potem uwalić się na tej oto również za to kupionej kanapie z tym oto też z pracy zakupionym komputerze i się z tego cieszyć, a nie zamiast tego… iść do kolejnej pracy :D (nie, to nie jest śmieszne, to jest tragiczne i mnie przeraża). Jak można nie cenić wolnego czasu…
Choć np. jeden kolega z pracy pytał mnie ostatnio czy nie wiem coś o mieszkaniu do wynajęcia, bo chciałby dla rodziców. Nie wiem czy oni tu mieszkają i tylko muszą się przeprowadzić czy chce ich dopiero sprowadzić z Syrii, ale jeśli to drugie to jestem w stanie zrozumieć (zwłaszcza zważywszy sytuację polityczną tamże) że może potrzebować kasę. No ale mimo tego, on nie wie co z wolnym czasem by robił :D A to ja nie mam dzieci. Pytają mnie co robię w domu, to mówię, że mam komputer („nie mam dziewczyny/chłopaka, mam komputer” – mi się przypomniało :D) i szczerze? Na chwilę obecną mi się to podoba. (Och, kochany Nebido, nie powoduje takich jazd jak Omnadren, to i nie frustruję się za bardzo :D na tą chwilę NudeVista wystarcza w zupełności :D ). Wielu ludzi tego nie rozumie. A ja nie rozumiem ich, bo nie poświęciłbym całego swojego wolnego czasu na rodzinę. Myślę, że to trochę jak rozmowa ślepego z głuchoniemym – jeden drugiego nie zrozumie, bo obaj odbierają świat na zupełnie innej płaszczyźnie.

A ja uświadomiłem sobie ze 3 tyg temu, że jest mi naprawdę dobrze (w dni, w które nie muszę iść do pracy oczywiście :P ), ale tak NAPRAWDĘ. W takie dni niczego mi nie brakuje. Bo ja lubię przed kompem zająć się jakimś rękodziełem. I nie chciałbym z tego rezygnować. Jakoś po drodze przeszła mi ochota na posiadanie rodziny ;) No i jest jeszcze jedna kwestia – w momencie w którym nie jestem gotowy oddać swojego misia swojemu dziecku, chyba nie dorosłem do bycia rodzicem :D To zabawne ale… kiedy byłem dzieckiem, chciałem mieć dzieci. Kiedy dorosłem, zrozumiałem… że nie dorosłem do roli rodzica. Jeszcze nie. Nie wiem czy to kiedykolwiek nastąpi. Cóż, jeśli nie nastąpi, to nie, przecież nie o to w życiu chodzi :) A jak nastąpi to też dobrze. Ale bez spiny.
Myślę jednak że przyznanie się do nie gotowości na coś też może być oznaką dojrzałości.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.