#1160 – Falloplastyka czy metoidioplastyka? i inne dygresje… (cz. 3?)

Ależ popadłem przedwczoraj w nastrój… Ale może od początku co mi leży na sercu (to znaczy co mi się uda napisać, bo czasem to mi aż wstyd).

Chciałem znowu napisać o tym nierozwiązanym „konflikcie” pod tytułem: „meto czy fallo”, ale jak tak przejrzałem notkę, którą już o tym napisałem (a nawet dwie, cz1.: wendigo-blog.pl/(…)trudny-wybor-falloplastyka-czy-m… i cz2.: wendigo-blog.pl/(…)trudny-wybor-falloplastyka-czy-m… ) to w sumie nie mam nic nowego do dodania w kwestii argumentów. Pojawiła się za to nowa opcja – skóra z nogi. Nie no, nie chodzi o miejsce przeszczepu, noga czy bok to dla mnie bez różnicy i wielkoć blizny też mało ważna. Raczej chodzi o to, że tym sposobem operuje chirurg w Niemczech, więc… więc myślę, że byłbym w stanie postarać się o refundację. Bo dlaczego nie? Mieszkam, pracuję, jestem ubezpieczony… wręcz się powinni cieszyć, że została mi tylko ta jedna, bo wszystkie pozostałe mam za sobą :P Oczywiście może się okazać, że trzeba będzie trochę nadrobić ichnią diagnostykę, ale to akurat myślę nie problem, wręcz przeciwnie – całkiem chętnie pochodzę do psychologa (a nawet jest to chyba konieczne i muszę wreszcie do tego polskiego napisać, ale o tym później). I jeśli się na to zdecyduję i się uda, to chyba będzie moja największa korzyść z mieszkania tutaj ;) nie dorobienie się, bo to nie nastąpi (to już nie te czasy, a poza tym jestem za leniwy) itp. tylko mieć taką operację za darmo.
Oczywiście nadal nie jestem zdecydowany i argumenty za i przeciw właściwie się nie zmieniły. Tylko efekt jednego z niemieckich lekarzy naprawdę mi się spodobał (a jak jeszcze usłyszałem, że jest różnica, i to znaczna, w długości w erekcji i zwisie, no to wow, to już cuda :P i „erekcja” wygląda całkiem naturalnie /choć widziałem póki co tylko jeden efekt, muszę wreszcie zajrzeć na niemieckie forum na inne efekty tego chirurga/ ). I przeszczep skóry z łydki, chociaż łydka czy bok to dla mnie bez różnicy (byle nie ręka), bok byłby właściwie nawet lepszy no ale cóż, po tym noga też wcale tak źle nie wyglądała (w tym jednym przypadku, który widziałem), nawet nie było tego takiego przeskoku w poziomie skóry. Tylko no włosy trzeba usunąć laserem, a po przeszczepie płata skóry na bliźnie raczej nie odrosną. Niezbyt to fajne, ale jak się walnie duży, ciemny tatuaż, to myślę, że nikt nie zauważy, a jak nawet zauważy, to można powiedzieć, że za ładny tatuaż by go przykrywać włosami ;) Albo ściemnić coś o wypadku (co zarazem wyjaśniałoby tatuaż, chociaż i bez tego myślałem o tatuażu w tym miejscu), no dużo jest możliwości.
Wracając jednak do argumentów: nadal uważam, że metoidioplastyka daje większą naturalność. Tylko chyba zmieniło mi się coś innego: stwierdziłem, że jednak „pokaźniejsze” wypełnienie spodni też jest bardzo ważne (przynajmniej dla mnie), po prostu nadal nie czuję się swobodnie… I to jest bardzo niefajne. I sikanie też by było o wiele łatwiejsze :P (chooociaż tutaj pojawia się ryzyko, którego się boję – to o czym pisał kiedyś ktoś na niemieckim forum – niedokładne opróżnienie pęcherza czy cewki moczowej, bo cholera wie jak to „działa” u nas, z pewnością nie tak samo jak u genetycznych), btw. w tej opcji u tego chirurga cewkę do przedłużenia choduje się na jakiejś rurce wszczepionej w nogę lub rękę (pod skórę z tego co zrozumiałem), zasadniczo nie mam nic przeciwko tylko słabo sobie wyobrażam pracę z czymś takim… no chyba że dostanę zwolnienie, to mogę tak sobie chodować nawet cały rok :D Wracając do meritum – więc wypełnienie spodni, nie tylko na plaży, nawet na codzień. Zanim mi ktoś wytknie, żem jakiś maniak wpatrujący się w męskie krocza… jestem perfekcjonistą, tak, w tej kwestii również. Tylko wciąż nie potrafię przewidzieć tego co czułbym stojąc po tej operacji nago przed lustrem. Ale teraz też w takiej sytuacji szału nie ma, więc raczej nie będzie gorzej (a i tak jest o niebo lepiej niż przed SRS – mam potrzebę podkreślania tego na każdym kroku, bo niektórym się wydaje, że niezadowolenie ze swojego wyglądu to argument przeciwko operacjom).
Jest jeszcze coś… przypominając ten niezrozumiały dla mnie argument (o którym wspominałem w wyżej wspomnianych notkach) pt. „falloplastyka, bo można zadowolić partnerkę” nagle przyszło mi do głowy: a partnera? – no i to zmienia całą postać rzeczy! :D Żart (czyli może nie jest ze mną tak źle skoro mimo wpadania w depresję, ale o tym też za chwilę, potrafię żartować nawet w takim temacie). Po prostu tak bardzo przyzwyczaiłem się do myśli o byciu partnerem pasywnym (co pewnie też jest przyjemne, może nawet najbardziej), że nie pomyślałem, że przecież można inaczej po falloplastyce. Oczywiście nie zmienia to faktu, że zadowalać to trzeba siebie :P ale bycie aktywnym też byłoby bardzo zadowalające, może nawet psychicznie bardziej niż fizycznie i dlatego chyba warto. A zdecydowanie warto chociaż mieć taką możliwość.
Tak więc rozważam sobie, nie, jeszcze się nie zdecydowałem. Ale dobrze by było chociaż się na coś ukierunkować powiedzmy do początku kwietnia, kiedy to będę miał wizytę kontrolną u endokrynologa, bo kogo mam zapytać jak to pchnąć jeśli nie jego?
Wprawdzie nadal nie wiem czy nie żałowałbym po falloplastyce… Ale wiecie co? Po fallo najwyżej bym żałował popsucia naturalności, ale jeśli tego nie zrobię, to chyba do końca życia będę się zastanawiał czy zrobić i jakby to było itp… czyli bilans jest chyba prosty… Bo chyba lepiej jednak nie żyć w ciągłym zastanawianiu się „jakby to było” :)

Uch, jak ja się rozkręcę w pisaniu… Właściwie notkę wypadałoby skończyć, ale mam do napisania jeszcze nie jedno…
Jak tak sobie myślę, to nieuchronnie przychodzi do mnie ta myśl jakie to niesprawiedliwe, że w ogóle musimy takich wyborów dokonywać. I jakie to jest do dupy. Jakie zajebiste wręcz perspektywy: penis 2cm albo zrolowany kawałek skóry imitujący penisa (albo pochwa – to już w ogóle bez komentarza).
I ogólnie, jakie wszystko jest bez sensu (taki mam ciąg myślowy).
I nawet tak sobie myślę… że to prawda co piszą przeciwnicy – jesteśmy nienormalni. Jak może być inaczej? Jak można być normalnym po takim doświadczeniu? Trudno jest nie sfiksować.
Ale może ja przesadzam, niektórzy stwierdzą, że na pewno. Cóż, jeśli ktoś lepiej sobie radzi, to gratuluję. Z resztą to pewnie też zależy od całej masy naszych innych doświadczeń w życiu. Co zabawne, to ja nie potrafię dziś przywołać wielu z nich. Albo tak dobrze wyparłem niektóre z nich, albo całość to po prostu setki takich drobiazgów…
Czasem tak sobie myślę żeby po prostu olać wszystko (wszystkie lęki) i zrobić coś szalonego, np. znaleźć najbliższy lokal homo-friendly i przejechać się tam, o choćby dziś czy w jakiś inny piątek czy sobotę… (dla mnie już to byłoby szalone :D ale może być i bardziej szalone – gay-sauna). Tylko że tutaj z kolei… wracając do „perspektyw”… Bez względu na to ku której się skłonić, to chyba jest/było/byłoby mi wstyd rozebrać się przed kimkolwiek (kto nie jest lekarzem). I – tu wejdę na śliski grunt (i z pewnością będę subiektywny ale to mój blog i po to jest żeby właśnie wyrzucić z siebie to wszystko, nawet gdy się nie ma racji, z resztą ciężko mówić o racji w takiej sprawie) – czasem bierze mnie taka złość gdy czytam żale chłopaków jak to „kobieta nie zaakceptuje transa k/m, bo kobieta potrzebuje/będzie chciała penisa/mężczyznę genetycznego”, taka złość… bo wiem co oni czują i rozumiem ich, ale po prostu… kobieta?! Przecież kobieta nie ma porównania… tzn. to oczywiście bzdura ;) to raczej MY nie mamy porównania kiedy wiążemy się z kobietą… I to także dlatego uważam, że k/m w związku z cism. ma trudniej (zakładając nawet, że jakiś cis nas zaakceptuje, jak można nie wpaść w depresję mając takie porównanie… :( ). I nic nie poradzę na to, że ilekroć czytam biadolenia chłopaków hetero, robi mi się tylko jeszcze gorzej.
Z drugiej strony myśląc, że homo/bi-seksualni faceci lecą głównie na penisa jestem oczywiście niesprawiedliwy i jest to bardzo krzywdząca opinia. I gdzieś tam wiem, że to nieprawda (a przynajmniej nie zawsze) ale tego wzorca myślowego nie potrafię się pozbyć nie ważne o ilu związkach k/m+cism. bym nie słyszał. Nie „widzę” tego, nie „czuję”. A to przecież tylko o to się rozchodzi – to co myślimy jest naszą prawdą. I o tym też doskonale wiem. Tylko nie wiem jak to zmienić.

Co za tym wszystkim idzie, chyba nie ma jednak wielkich szans żebym miał kiedyś te dzieci. I – chociaż uważam, że to paskudne jeśli ktoś posiada dzieci z myślą o tym, że zaopiekują się nim na starość – to jednak jakoś tam, tak z gruntu praktycznie muszę przyznać, że ma trochę racji. A ja muszę o tym sam pomyśleć. I jak tak o tym pomyślałem… Opieka nad osobą niezdolną do samodzielnej egzystencji kosztuje od tysiącailuśtam do ponad trzech tysięcy Euro miesięcznie (zależnie od stopnia), z czego państwo dopłaca maksymalnie coś ponad tysiąc (co i tak już jest dużo, na chwilę obecną tyle zarabiam, a pomyślmy sobie – opieka nad jednym starym, schorowanym człowiekiem może wynosić nawet trzy razy tyle…). Żeby mieć to zabezpieczone (najcięższy stopień, bo przecież jak będę stary, to nie będzie nikogo kto mi to opłaci) musiałbym chyba ze 150 Euro miesięcznie wydawać na ubezpieczenie, a na to mnie nie stać. Ale – świeża myśl sprzed chwili – co się robi gdy groza życia przeważsza grozę śmierci? No właśnie. Z resztą co ja tutaj gadam, do tego czasu to już myślę, że eutanazja będzie dostępna w każdym kraju Unii! O, to przynajmniej ten problem właśnie rozwiązałem :D A już miałem pisać, że za mało zarabiam a praca i tak mnie wkurza (co akurat jest prawdą) i to też jest bez sensu… no słowem wszystko. Taki uroczy tok myślowy miałem w środę przed zaśnięciem.
I przemknęło mi też przez myśl słowo „depresja”. Bo pogoda nie taka, praca ble, więc nic się nie chce, człowiek ciągle zmęczony. I przez ostatnie dwa tygodnie pochłonąłem ogromną ilość słodyczy :/ A ja nigdy za specjalnie za słodyczami nie byłem… nie aż tak. A tu teraz chce mi się. Otrzeźwiło mnie dopiero jak zobaczyłem na żółty worek – kosz na tworzywa sztuczne. Jest pełny, a wywożą go dopiero za tydzień. Nigdy nie miałem pełnego kosza wcześniej niż kolej na jego wywózkę. A przynajmniej nie tak pełnego. Może to głupie – ktoś mógłby powiedzieć, że to tylko głupi kosz. Ale mnie to naprawdę raziło jak gromem. Tak to jest jak się żre torciki z których każdy jest zawinięty w woreczek… jogurciki itp. Wiem, najlepiej kupować nie opakowane słodycze! :D

Koniec, wena mi się skończyła. Może nastąpi jakiś ciąg dalszy, póki co zasypiam w trakcie pisania nawet :/

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.