gdybym nie był ts…

Odnośnie poprzedniej notki, to fajna dyskusja: link, zwłaszcza posty Willa, z którymi się właściwie zgadzam. Też bym to tak widział.

Tak jakoś nie ma mi się ostatnio na pisanie postów poważnych czy filozoficznych… więcej przyjemności dają mi te bzdurki czy nawet fantazje… kurcze, już drugi raz w przeciągu dwóch dni mam poważne wrażenie, że dziecinnieję zamiast poważnieć. Ale o tym też nie chce mi się dzisiaj pisać. Chociaż… Tak sobie myślę czasami, czy gdybym nie był trans wszystko byłoby inaczej? Czy gdybym był cis, to wyrósłbym w innych warunkach i zachowywałbym się inaczej? Szczerze mówiąc myślę, że tak, że byłbym ogólnie normalniejszy gdybym był cis. Być może byłbym i tak nieśmiałym, wycofanym chłopakiem ale myślę, że miałbym jakichśtam kolegów, baa, myślę że z D. nasz przyjaźń mogłaby się utrzymać, gdybym to jego namówił na zmianę klasy a nie moją koleżankę B. A może miałbym innych kolegów? Może nie miałbym wtedy powodów do bycia takim nieśmiałym i wycofanym? (Wiem, zaraz mi ktoś powie, że nie ma sensu tak gdybać. No nie ma, ale to jest silniejsze ode mnie.) Może dostosowałbym się… nie, to nie jest dobre określenie, może wychowałbym się na pasującego do tego społeczeństwa, przeciętnego chłopaka (nawet gdyby to był przeciętny gej, to i tak byłoby mu 100x łatwiej). Może nie rozmawiałbym z pluszowym misiem, bo może dzisiaj miałbym kogoś żywego przy kim bym zasypiał. Może nie przypłacał bym zmiany samochodu bezsennymi nocami (bo za bardzo się do niego przywiązałem, za bardzo go spersonifikowałem, że myśląc o tej zmianie czuję się jakby ktoś miał mi umrzeć). Może nie robiłbym z mamą tego, co większość ludzi robi z przyjaciółmi/partnerami – np. podróże, zwiedzanie (chociaż do cholery to akurat nie jest wada! akurat uważam, że wielu ludzi mogłoby mi pozazdrościć tego, że mam w mamie taką dobrą przyjaciółkę).
Nie wiem co to jest, zdziecinnienie? Pewnie by tego nie było, gdybym mógł „normalnie” przejść proces dojrzewania i dorastania…
A ludzie mają mnie za takiego poważnego i nawet mądrego (niektórzy ;) ), ale dobrze się maskuję ;) oni mnie nie znają.
I co gorsza boję się, że nawet jak przeskoczę kompleksy na punkcie ciała, to nikt nie zaakceptuje tego, jaki jestem. Bo to jest zbyt… nienormalne.

Niektórzy mówią, że wyobraźnia czy umiejętność bycia dzieckiem, to zalety. Tak samo jak umiejętność zajrzenia do własnego wnętrza, zajmowanie się sprawami duchowymi…
Ja nie umiem się tym cieszyć. Tym że mam bogatszy świat wewnętrzny. Do tego stopnia nie umiem, że myślę o lekach psychotropowych, WŁAŚNIE DLATEGO że „ogłupiają” i przytłumiają. Może po prostu ten bogaty świat wewnętrzny już mnie zmęczył. Dlatego zamiast rozkminiać coś, to już wolę sobie powyobrażać te wszystkie rzeczy z M. ;) przy tym przynajmniej mam trochę śmiechu (dlatego jeśli komuś przeszkadza to, że tak często o nim piszę i za bardzo popuszczam wodze fantazji, to no cóż… teraz już wie dlaczego).

No i proszę – akurat kiedy mi się nie ma, to powstaje poważna notka. Ale dobrze.

To jeszcze dwa cytaty z „6 filarów poczucia własnej wartości” (N. Branden), bo już dawno przeczytałem i chciałem zamieścić:

„Jeżeli natomiast nie szanuję siebie i nie odczuwam radości z tego, kim jestem, mam bardzo mało do zaoferowania – z wyjątkiem swoich niezaspokojonych potrzeb. W swoim zubożeniu emocjonalnym postrzegam ludzi głównie jako źródło akceptacji bądź odrzucenia. Nie doceniam ich takimi, jakimi są. Widzę jedynie, co mogą dla mnie uczynić, a czego nie. Nie poszukuję ludzi, których mógłbym podziwiać i z którymi mógłbym dzielić zachwyt i przygodę życia. Poszukuję ludzi, którzy nie będą mnie potępiać i których zachwyci mój image – twarz, którą pokazuję światu. Zdolność do miłości pozostaje we mnie nierozwinięta. Jest to jedna z przyczyn, dlaczego próby stworzenia związku tak często kończą się niepowodzeniem – nie dlatego, że wizja romantycznej i namiętnej miłości jest z gruntu nieracjonalna, ale dlatego, że brakuje poczucia własnej wartości, by ją wspierać.
Wszyscy słyszeliśmy zdanie: „Kto nie kocha siebie samego, nie potrafi pokochać innych”. Znacznie słabiej rozumiemy drugą stronę medalu. Jeżeli nie czuję, iż zasługuję na miłość, jest mi bardzo trudno uwierzyć, iż ktoś inny mnie pokocha. Jeżeli nie akceptuję siebie, jak mogę zaakceptować miłość pochodzącą od ciebie? Twoje ciepło i oddanie wprowadzają mnie w zakłopotanie – pozostają w sprzeczności z moim obrazem siebie, ponieważ „wiem”, że nie zasługuję na miłość. Twoje uczucia wobec mnie nie mogą być prawdziwe, godne zaufania, trwałe. Jeżeli nie czuję się godny miłości, twoja miłość do mnie będzie jak napełnianie sita – i w końcu poczujesz się wyczerpany wysiłkiem. Nawet gdy świadomie zaprzeczam przekonaniu, że nie zasługuję na miłość, i deklaruję, że jestem „wspaniały”, to jednak złe mniemanie o sobie nadal tkwi głęboko i udaremnia próby wchodzenia w związki uczuciowe. Niechcący staję się sabotażystą miłości.”

(s.24)

„Każdy zna słynne powiedzenie Groucho Marxa, że nigdy nie wstąpiłby on do klubu, który przyjąłby go na członka. Dokładnie według tego wzoru postępują w swoim życiu uczuciowym ludzie o niskiej samoocenie. Jeżeli mnie kochasz, to z pewnością nie jesteś dla mnie wystarczająco dobry. Tylko ktoś, kto mnie odrzuca, jest godny mojego oddania.”
(s.25)

Ten drugi cytat, to właściwie tak trochę też odnosi się do… no tego o czym kiedyś pisałem (że idealny partner, to taki, który to co uważam za moje wady też uważa za wady, a nie zalety ale jest ze mną pomimo tego).

P.S. – Właśnie natrafiłem na inną jeszcze książkę wspomnianego autora: „Jak dobrze być sobą. O poczuciu własnej wartości” – i już sobie kupiłem, bo brzmi ciekawie a okładka nadspodziewanie pasuje do treści powyższej notki (:D)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.