już nigdy nie będzie tak trudno?

Pewnego razu na forum Trans-Fuzji przeczytałem taki bardzo trafny komentarz:

f:
„To jest problem wielu ludzi, którzy poświęcili ileś tam lat na realizację jednego, konkretnego celu. Kiedy wspinamy się na górę widzimy przed sobą tylko jeden szczyt i wydaje nam się, że osiągnięcie go będzie kulminacją. Bo będzie, ale tylko tej konkretnej wspinaczki, a nie całego życia. Kiedy już stajesz na czubku, dostrzegasz, że dalej przed tobą są następne góry i następne szczyty. No może nie od razu, bo w tym momencie możesz być już zbyt zmęczona i zbyt zafiksowana na dotychczasowym celu, żeby móc zauważyć nowe.”

Bo trochę tak się czuję jak przed leczeniem. Wbrew temu co myślałem wtedy: że już nigdy nie będzie tak trudno i potem to już tylko sama radość. To prawda, nie jest aż tak trudno. Ale niewiele łatwiej. Moja orientacja to dla mnie drugie takie wyzwanie. Nie aż takie trudne, ale… ale się wcale nie czuję jak jakiś super wzmocniony tym co mnie do tej pory nie zabiło :/ Przeciwnie – tak się czuję: fot – żeby to tak ładnie obrazowo przedstawić. Czyli stoi i się trzyma, ale jak pukniesz to różnie to może być.
Ale może znowu przesadzam? Cały proces leczenia nie był taki jak wszyscy mówili, że będzie. Że ludzie nie zrozumieją, że wszyscy będą przeciwni, będą robić trudności itp. Było inaczej, więc bez sensu się było tak źle nastawiać. Może tutaj jest podobnie… Tylko człowiek tak łatwo tworzy negatywne scenariusze, a pozytywne trudniej. Chociaż nie, właściwie scenariusze to ja mam w głowie przepiękne (akurat wyobraźni to mi nie brakuje), to bardziej o nastawienie chodzi, to jakieś poczucie. Może dlatego, że jakby ten wazonik był cały, to by się nie bał jednego puknięcia, bo by mu nie zaszkodziło…
A jak ja mam to przeskoczyć, nie wiem.
Pewnie już o tym z resztą pisałem. Pewnie napiszę jeszcze parę razy. Ale hej, całe to prowadzenie bloga przed leczeniem skończyło się w końcu tym leczeniem, więc może i teraz wynik będzie pozytywny jak jeszcze -dzieści razy pomarudzę (musi być, innego nie przewiduję… jak się nie posypię w trakcie oczywiście).

Hmm, że tak jeszcze dodam po chwili namysłu… jeszcze coś się powtarza. Mama co jakiś czas mówi mi, że jak będę miał jeszcze jakiś problem, to mam z nią porozmawiać. A ja znowu tego nie robię. Nie dlatego, że zdradzenie komuś z rodziny tego, że wolę chłopców byłoby aż takie trudne (niee, z pewnością nie takie jakim było powiedzenie, że jestem ts), tylko… tylko byłoby mi wstyd przyznać, że ktoś mnie pociąga i że mam jakieś potrzeby nie mając pewności, że kiedykolwiek uda mi się je zaspokoić. Wstyd z powodu tego, że ktoś mógłby mnie pożałować (a to z kolei się zmieniło, kiedyś wolałem litość niż nienawiść). Jest mi wstyd. A jednak tutaj o tym napisałem, no, i żyję. Ale pisać jest trochę łatwiej jednak…
Jakby się przyjrzeć temu wstydowi bliżej… to to jest tak, że przecież tak wiele już tu na blogu napisałem, baa, sam o sobie różne czasami przykre rzeczy myślę. A jednak świadomość tego, że ktoś, kto mnie do końca nie zna (bo nie oszukujmy się, cała moja rodzina /razem wzięta/ nie zna mnie tak dobrze, jak czytelnicy bloga), pomyśli o mnie w taki sposób jest jakoś nie do zniesienia.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • kopia komentarzy:

    dama trefl.

    niedziela, 23 listopada 2014, 17:47

    Nie masz powodu do wstydu. Orientacja nie jest chorobą przecież :)
    Wydaje mi się, że jest tak samo możliwa do zaakceptowania przez bliskich
    jak ts. Poczekaj może aż zakochasz się, znajdziesz Tego Jedynego, wtedy
    jakoś to naturalnie wyjdzie i nie będzie takiej wątpliwości jak „brak
    możliwości zaspokojenia”. Ja jestem kobietą, heteroseksualną jak
    najbardziej, a jednak wciąż jestem samotna. Od wielu lat. Też mogłabym
    czuć zawstydzenie tym faktem, ale nie pojmuje tego w tych kategoriach.
    Towarzyszy mi bardziej rozczarowanie sobą, że nie spełniam niczyich
    wymagań. Smutne, ale prawdziwe. Mam tak powalony charakter, jestem
    fizycznie nieatrakcyjna więc sama. Życie. Poza tym niepełnosprawność
    jest jednak dużo gorsza od innej orientacji :) Tak myślę. Jak Ty na to
    patrzysz, jakbyś na skali „powodu do wstydu” obaie te „odmienności”
    ustawił?

    Marcin.

    poniedziałek, 24 listopada 2014, 06:37

    To nie wstyd, że masz jakieś potrzeby, że czegoś czy kogoś pragniesz,
    że chcesz być szczęśliwy. To zupełnie naturalna rzecz. Twoja seksualność
    jest zupełnie OK taka, jaka jest, przynajmniej póki nią nikogo
    bezpośrednio nie krzywdzisz (a z tego co widzę, jedyną poszkodowaną
    osobą jesteś Ty).

    A propos, chcę Ci przekazać, że jest taki fajny aspekt tego, o czym
    wielokrotnie mówiłeś: poznanie kogoś, komu będzie na Tobie zależało tak
    bardzo, że po prostu przyjmie, że Ty tak masz, że jesteś zbudowany
    troszeczkę inaczej niż inni chłopcy, których wcześniej poznał. I że może
    mu będzie z tym trudno, tak jak trudno by mu było z tym, że np. nie
    widzisz (czyli musi nauczyć się instrukcji obsługi Ciebie, żeby nie
    popełniać gaf) lub nie zna Twojego języka (czyli musi się go nauczyć,
    żebyście dogadywali się płynniej), no ale co z tego?

    TL;DR:

    To zwykła rzecz, że jesteś gejem z transseksualną przeszłością.

    wendigo

    wtorek, 25 listopada 2014, 03:20

    @dama trefl

    „Poczekaj może aż zakochasz się, znajdziesz Tego Jedynego, wtedy jakoś
    to naturalnie wyjdzie i nie będzie takiej wątpliwości jak „brak
    możliwości zaspokojenia”.” – tak, taki mam plan. Ale jednak przeszkadza
    czasem, że już teraz nie mogę być szczery…

    „Jak Ty na to patrzysz, jakbyś na skali „powodu do wstydu” obaie te
    „odmienności” ustawił?” – trudne pytanie. Mówiąc o powodzie do wstydu
    miałem na myśli ten fakt, że być może nikogo nie znajdę. A orientacji
    nie uważam za aż taki problem samej w sobie… chyba, że występuje razem
    z TS :/ (chociaż właściwie gejom chyba zawsze jest trudniej, a to z
    powodu natury mężczyzn :P ).

    Więc może powiem tak: orientację oczywiście nie ale transseksualizm
    uważam za niepełnosprawność. I to niepełnosprawność najgorszą z
    możliwych jeśli patrzeć w kontekście związków, bo jest to
    niepełnosprawność narządów płciowych, brak narządów płciowych, a te są
    jakby nie było ogromnie ważne w związkach. Och, zaraz przyjdzie ktoś
    transseksualny i powie, że mamy przecież jakieś narządy i one nie są
    niepełnosprawne, można się nimi cieszyć, a on to w ogóle świetnie się
    czuje i wszystko super ;) Gratuluję i dobrze dla niego ale jednak dla
    mnie niewłaściwe narządy płciowe, to brak narządów. No po operacjach
    jest już inaczej (tu dziewczyny mają zdecydowanie lepiej, bo w zasadzie
    im faktycznie niczego nie brakuje po operacji i są nie do odróżnienia od
    genetycznych często), ale u nas to jednak zawsze jest rekonstrukcja i
    pozostawia wiele do życzenia. Może po operacji to już nie brak, ale
    nadal niepełnosprawność. Także jeśli mogę trochę inaczej odpowiedzieć na
    Twoje pytanie, to uważam, że transseksualizm jest gorszą
    niepełnosprawnością niż inne (patrząc w kontekście związków, bo np. nie
    wiem… no wiadomo, że jest nam łatwiej się poruszać niż osobom, które
    mają np. niepełnosprawne nogi, ale jednak w związkach myślę, że nogi
    mniej się liczą niż to co między nimi ;) i trudno się temu dziwić).

    @Marcin

    Tak… to niby nie wstyd, ale chyba lepiej udawać że się jest
    aseksualnym niż że się ma jakieś potrzeby, a jest się tak kiepskim że
    nie umie się/nie ma się możliwości ich zaspokoić. O to mi chodzi…

    Miejmy nadzieję, że znajdzie się ktoś tak mocno zdeterminowany…
    tylko… dlaczego miałby się znaleźć? – nasuwa mi się znowu to
    pytanie…