powikłania po ts…

Po półtora roku psychoterapii wiem już z czym mam problem i dlaczego. Wiem też co z tym zrobić tylko nie wiem JAK.
W dużym skrócie: lęk jest stąd, że nie umiem stawiać granic, granice mogę stawiać na poczuciu własnej wartości. Którego nie mam. Czasem gdzieś tam majaczy jak ta mgła i już już mi się wydaje, że udało mi się je uchwycić, ale potem znowu się rozwiewa. Tak, po tylu latach leczenia nadal nie potrafię siebie zaakceptować. To znaczy transseksualizmu. Czuję wielki żal i niesprawiedliwość do losu, że nigdy się nie dowiem (w tym wcieleniu) co to znaczy być cis. Jak mam sobie tłumaczyć, że wszystko jest fajnie i tak ma być, jestem sobą taki jaki jestem itp. kiedy w to nie wierzę? Nie widzę żadnych zalet, już bym wolał być kimś innym. Czasami mi się wydaje, że na co dzień udaję – zwyczajnego człowieka… A może wydaje mi się, że mi się wydaje? W sumie na co dzień jestem zwyczajnym człowiekiem. I tylko czasem wstaję i poprawiam spodnie – tak żeby wyglądało, że jest w nich więcej niż jest faktycznie. Te wady, które „pozostawił” transseksualizm wydają mi się tak ogromne i przytłaczające, że nic innego się nie liczy. I absolutnie nie do zaakceptowania… każdą z osobna – spoko, ale nie wszystkie razem.
Mój psychoterapeuta twierdzi, że zbudowałem sobie skrzywiony obraz świata. Bo pięć wad (no sześć właściwie) widzę i tylko to widzę, a nie widzę tysięcy innych swoich cech, które nie są wadami. Być może. Tylko nie wiem co zrobić by zbudować sobie inny ten obraz. Dla mnie naprawdę te 6 rzeczy (razem wziętych) kasuje wszystko. Nie umiem przerwać tego błędnego koła. Nie mam już pomysłów.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.