oczekiwania na poprawkę ciąg dalszy, 5 lat emigracji, nieumiejętność życia i takie tam…

Wczoraj dostałem pocztą ten tekst zapytania do kasy chorych… czyli ja mam to wysłać, a nie szpital to wysyła – w sumie logiczne, ale szkoda, że od razu nie zapytałem jak to się odbywa i co mam robić, może by to wcześniej poszło, a tak czekanie na odpowiedź kasy chorych zaczyna się liczyć od dzisiaj… Z tego co wiem mają na to 2 tygodnie, znaczy mam nadzieję, że na to też, bo to nie jest jakiś taki oficjalny urzędowy wniosek… Ech, no nic, zobaczymy co się stanie dalej. Ogólnie to czuję się trochę tak jak przed zmianą dokumentów – gdzie musiałem czekać na jakieś urzędowe sprawy, które trwają… a w międzyczasie niewiele można zrobić, takie zawieszenie. Tym razem mam na myśli takie zawieszenie zawodowe – myślę coś tam żeby lepszej pracy szukać (znaczy lepiej płatnej), no bo… ok, zarobiłem w zeszłym miesiącu tyle, że jestem na zero, ale to tylko dlatego że miałem dwa tygodnie nocnej zmiany, więc wyszło jakoś 200€ więcej. A tak dostałbym tysiąc €. A wydatków mam tysiąc dwieście. Bez komentarza. Poważnie. W tej chwili zarabiam mniej niż wydaję. W tym miesiącu będzie już tylko jeden tydzień nocnej. Ale hmm, w tym tygodniu chyba już wskoczyłem na pierwszy dodatek branżowy, nawet nie wiem ile to jest, bo nie pamiętam, niewiele więcej ale z doświadczenia wiem, że te małe podwyżki jakoś najbardziej się odczuwa (pewnie dlatego, że te większe już zżerają podatki). W każdym razie wiem, że może mógłbym, przy odrobinie szczęścia zarabiać dwa razy tyle (znaczy się to brutto mówię :P bo netto to nieee, nie wiem ile musiałbym zarabiać brutto żeby jako samotny kawalet na rękę dostać ze 2 tyś :D , bo wiadomo – podatki rosną proporcjonalnie do wysokości zarobków…). No w każdym razie nie będę teraz szukał nowej pracy skoro się szykuję na operację i 2-3 tyg zwolnienia – to chyba oczywiste. Więc trochę mnie to znów blokuje… a z drugiej strony może i dobrze, że się trochę przesunie, mogłaby wypaść latem – miałbym 2-3 tyg. „urlopu” we właściwą porę roku :D

Od połowy tego tygodnia zacząłem jeździć rowerem do pracy (po tym jak we wtorek się niemal spóźniłem – no po prostu masakra, mam niecałe 5km a jechałem samochodem 20-25 minut co to, prędkość 15km/h? :/ i co kawałek podjazd i hamuję i znów światła, a tu cały sznurek samochodów przede mną… jest wszystko fajnie, pierwsza i nocna – spoko, ale na drugą zmianę samochodem tam dojechać to jest koszmar, więc od środy jeżdżę rowerem – i też mi to 20 min. zajmuje :D a przy okazji jest naprawdę przyjemnie w taki upał poczuć trochę podmuch powietrza a nie jeszcze się smażyć w tym samochodzie). Reszta dnia też była dobra (warto to sobie zapisać w pamiętniku, bo rzadko mam taki flow ;) ), taki jakiś kierownik czy kim on tam jest (najprzystojniejszy ze wszystkich facetów tam z resztą :D i do tego najsympatyczniejszy, może jedno wynika z drugiego ;) szkoda tylko że jakieś pół metra wyższy ode mnie, co najmniej XD ), mnie pochwalił. A na koniec jeszcze wydrukowałem sobie naklejki zamienne, sam! :D ha! +500 do zajebistości :D no wprawdzie widziałem jak inni to robią parę razy ale jednak nie dokładnie, a dałem radę skumać czytając ikonki i komunikaty, no kurcze, jednak jestem bystry XD no ale co mam nie być… w sumie przecież wszędzie pracodawcy/brygadziści byli ze mnie zadowoleni… można by chyba wreszcie uwierzyć, że jestem dobrym pracownikiem i to w różnych branżach. Można by, jakby się miało poczucie własnej wartości ;)
No ale też tak jakoś jadąc rowerem bardziej odpływam myślami i wczoraj myślałem o tym że w sumie to właśnie jakoś tak niepostrzeżenie minęło mi 5 lat emigracji. Jechałem przez to miasto i myślałem o tym, że pięć lat temu w życiu bym nie pomyślał, że tu będę. Wtedy mi się wydawało, że na zawsze zostanę w tej okolicy, w którą wyjechałem. Nigdy nie myślałem o tym i nawet nie chciałem mieszkać w mieście (co dopiero takim dużym), a teraz bym go na nic nie zamienił :P (już choćby dlatego, że jutro wsiadam sobie w autobus i jadę za jedyne 5€ do innego dużego miasta – jak będzie fajnie, to też opiszę). W każdym razie jestem bardzo zadowolony, że tu jestem, że takie miałem szczęście z tym mieszkaniem (stosunkowo blisko centrum, jednocześnie spokojnie, główna ulica, ale jednak trochę odstęp od niej i od mniejszej ulicy miejsca parkingowe, czasem niewystarczające – ale to się wytnie :D ), że urządziłem wszystko tak jak chciałem w sumie… że w weekendowe wieczory siadam sobie w takim pokoju jaki mi się podoba, z jakimś ciastkiem francuskim z serem i Colą i w sumie to czuję się szczęśliwy, naprawdę. Ale to takie mam ambiwalentne uczucia bardzo (ale o drugiej stronie za chwilę).
No ale pięć lat znaczy, że za rok mogę się starać o obywatelstwo. Niby trzeba ośmiu, ale po sześciu można pod jakimiśtam warunkami, jeszcze nie znam tych warunków ale już wiem że spróbuję :D A potem zmiana imion, znaczy na formy takie zachodnie żeby było prościej. Tylko jeszcze nei wiem co zrobić z nazwiskiem :P no jak nic przydałby się facet z jakimś ładnym nazwiskiem :D znaczy no już jest – nazwisko M. tak ładnie pasowałoby do moich imion :D Marzenia są fajne, fajne. Tak sobie jadę tym rowerem i szeroko się uśmiecham sam do siebie ;) często, często…

Ale czasami (jak dziś) weźmie mnie przy tej jeździe na tą drugą stronę medalu i wtedy tak sobie myślę, czy ja kiedykolwiek będę zdolny do pewnych rzeczy… No weźmy np. związki. Prawda jest taka… nie tylko taka, że jestem nieśmiały, ale ja zwyczajnie nie wiem jak to się robi – ja się poznaje ludzi, jak się zacieśnia znajomość, jak to jest spotykać się z kimś i coś więcej. Nie, właśnie nie „jak to jest” tylko „jak to się robi” – nawet tego nie wiem. A 30 lat to już na tyle dużo, że aż wstyd nie wiedzieć takich rzeczy albo uczyć się w tym wieku. No po prostu czuję się niedostosowany, nie na miejscu, w ogóle jakoś nie. Proste czynności sprawiają mi problem. A te bardziej skomplikowane za to wydają się proste. Np. pomyślałem sobie jak to czasem ktoś mówi, że ta cała korekta płci to takie wow i takie duże coś i „Ja bym się nie odważył/ja bym nie potrafił”, a ja tak myślę sobie, że to przecież wcale takie trudne nie było… I że czasami to jak mam wykonać jakiś głupi pierdołowaty telefon to przeżywam to bardziej niż całą tą korektę… Taki paradoks. I że choć chciałbym czegoś, to kompletnie nie wiem jak się za to zabrać (nie, wróć, raczej czuję przekonanie, że nigdy się nie nauczę nawet za to zabierać). I boję się, że moje życie już zawsze będzie tak wyglądać, że nie znajdę w sobie siły żeby się tego (życia) nauczyć (nie wiem z resztą czy warto, no ale nie dowiem się dopóki się nie nauczę). Myślę też czasem o moim sąsiedzie z dołu – już emerycie, kawalerze… on się pewnie też tego życia nie nauczył… I wtedy myślę sobie, że lepiej byłoby umrzeć, zawsze to szansa na nowy start i że następne wcielenie będzie może choć z lepszym zestawem cech… Tak, tak bardzo, jak widać, mam ambiwalentny stosunek do mojego życia.
A może przesadzam i tym co mi ciąży jest inność – jak takie piętno, które zostaje mimo, że powinno już zniknąć…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.