trans broken arm syndrome – czyli o leczeniu itp…

Od ostatniej notki trochę się wydarzyło, aż nie wiem o czym pisać… Więc może tym razem o najświeższej sprawie.

trans broken arm syndrome – dobre, polecam. I związane tematycznie z notką oczywiście.

W piątek poszedłem do lekarza z „wysypką”, może bym nawet to zignorował, ale ponieważ kilka dni wcześniej facet przyszedł do pracy z czymś co wyglądało niektórym jak półpasiec, a ja ospy w dzieciństwie nie miałem, a kurcze objawy się zgadzały… (to znaczy nie do końca ale o tym zaraz). Poszedłem więc do lekarza, a on jak zwykle: „pan bierze te hormony, to może być od hormonów” i mi do endokrynologa kazał jechać najlepiej jeszcze dziś, „bo to taka egzotyczna sytuacja”… no k… sam jest egzotyczny. Pojechałem do tego endokrynologa (50km w jedną stronę) chociaż jestem przekonany że to nie od hormonów (niby co? po ośmiu latach zaczęły mnie uczulać?), nie zdążyłem oczywiście, bo już miał zamknięte. Myślałem potem czy mam iść do jakiegoś innego lekarza, a może po prostu iść do szpitala i powiedzieć że nie wiem co mam robić, no chyba gdzieś by mnie pokierowali (a akurat szpital mam blisko), nawet się ubrałem ale w końcu się wróciłem, stwierdziłem że chrzanię, skoro lekarz to zbagatelizował (albo raczej chciał się mnie pozbyć, on mnie ze wszystkim do endokrynologa kieruje, jakby przerażony był tym że ja jestem ts jakby to naprawdę aż tyle zmieniało, jakbym co najmniej nie wiem – czułki jakieś miał, ogon i zieloną plazmę zamiast krwi, no ale pozbyć mu się udało mnie skutecznie, bo stwierdziłem, że zmieniam lekarza i więcej faktycznie do niego nie pójdę – już wcale), to ja też zbagatelizuję, pójdę normalnie na drugą zmianę do pracy, a lekarza kolejnego będę szukać nazajutrz. Gdyby to była ospa czy podobnie zaraźliwa choroba, to w końcu nie moja wina, że chodzę i zarażam – lekarz nie dał mi zwolnienia (i nie że tak bardzo chciałem je dostać, przeciwnie, zwolnienie byłoby mi bardzo nie na rękę, ale jednak nie chciałem też ludzi zarażać jakby coś… no ale – nie moja wina).
Bo w ogóle to było tak: w poprzedni poniedziałek wieczorem jeszcze w pracy zacząłem czuć się niewyraźnie, co raz gorzej, wszystko zaczęło mnie boleć jak przy grypie. W domu miałem dreszcze i telepało mną pod kocem przy 20-kilku stopniach ciepła w domu… Wziąłem jakiś proszek, poszedłem spać. Rano zrobiłem śniadanie i ledwo doszedłem do kanapy, usiadłem i myślałem, że chyba jednak nie dam rady do pracy tak mi niedobrze i słabo. No ale wmusiłem w siebie jakoś to śniadanie i zrobiło mi się lepiej, więc uznałem, że to osłabienie było z głodu, poszedłem do pracy i ok, wszystko było już lepiej (poza gardłem, to bolało przy przełykaniu ale tak trochę dziwnie… tak jakby się zwężało…). Poza tym że od środy zacząłem zdrapywać „żółte strupki” z krostek we włosach …i w nosie – to była masakra, bo ciekło to i zasychało na brzegu nosa, a to nie był katar (najpierw myślałem, że mam rankę w nosie i może to limfa). Troszkę mnie też uciskało na palcach, ale zaczerwienienia wziąłem za odciski (i co tam, że nigdy odcisków po tej pracy nie miałem…). W czwartek już wiedziałem, że to nie są odciski jak mi się ich zrobiło na dłoniach kilkadziesiąt (i na stopach kilkanaście)… Historię piątku opisałem już powyżej. W sobotę poszedłem jeszcze raz do lekarza, coś w rodzaju pogotowia ale bardziej to po prostu przychodnia czynna w godzinach, kiedy wszystkie inne są zamknięte – super sprawa (i nawet też nie tak daleko ode mnie), ten już lepiej, przynajmniej wysłuchał moich objawów i orzekł, że to wygląda jak nietypowy objaw jakiejś infekcji wirusowej. I jak to wirusy – nie ma na nie lekarstwa, ale jak będę miał szczęście to już za 2-3 dni mi przejdzie. Ale przynajmniej wypisał mi coś przeciwko swędzeniu… No i w sumie to miał rację. Już przechodzi, krosty bledną, strupki robią się skórą (na razie jeszcze suchą i odpadającą), a ja też w końcu sam znalazłem co to jest dokładnie za infekcja… No i jak to nie diagnozować się samemu? Ale poważnie, zdenerwowałem się bardzo w ten piątek… znaczy taki też trochę zrezygnowany się poczułem… (aż do: „pie@#$% to, najlepiej umrzeć i mieć ze wszystkim święty spokój”), ale też pierwszy raz w życiu żałowałem, że sam nie poszedłem na medycynę… przynajmniej nikt by mi kitu nie wciskał. Oraz stwierdziłem, że więcej leków powinno być dostępnych bez recepty. Pewnie że bywają choroby, które łatwo pomylić z innymi, ale bywają też takie, które są dość oczywiste i nie widzę wtedy nic złego w samodiagnostyce. Boże, jak ja kocham to, że to jest mój blog i mogę tu takie rzeczy napisać! ;)
W każdym razie: krostki były cieknące, jak w ospie, poza tymi na dłoniach i stopach, których było zarazem najwięcej, a to już nie pasuje do ospy, więc szukałem dalej, szukałem, aż znalazłem. Gdyby ktoś był ciekawy: choroba bostońska (to nie jest poprawna nazwa), choroba dłoni, stóp i jamy ustnej (i może jeszcze raz). Czyli w sumie też zakaźna, ale znów… no skoro nie dostałem zwolnienia ;) mnie już przechodzi ;) (a większość ludzi jednak odchorowało już pewnie te dziecięce choroby, to tylko ja byłem takim zdrowym dzieckiem :P ).

No i napiszę jeszcze – dostałem oficjalny list: kasa chorych bez dalszych uwag pokryje koszty poprawki mastektomii! :) Tzn. To było tak jak tutaj napisałem. Wysłałem to pismo i w ciągu dwóch tygodni odpisali mi, że mam przysłać dokumentację zdjęciową w zamkniętej kopercie, z dopiskiem: dla MDK, dopytałem czy muszą być od lekarza, czy mogę sam zrobić. Mogłem. Więc zrobiłem pod wszystkimi kontami i chyba z dziewięć zdjęć im wysłałem. Takie były dramatyczne, że przyznali zgodę ;D (no właśnie tak to wygląda, że zależnie jak ułożę ciało, to wygląda to albo ok, albo bardzo kiepsko… więc wiadomo jak ułożyłem do zdjęć ;) ). No i już bym się umawiał na termin, ale ta infekcja… teraz muszę wyzdrowieć do końca… (i jeszcze wygoić tatuaż bo termin mam za parę dni :P).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.