Poprawka mastektomii, gojenie i kamizelka (i zmiana lekarza rodzinnego)

Czas się w końcu wziąć w garść (bo już dwa miesiące minęły) i napisać relację z poprawki mastektomii :) Oczekiwanie na decyzję o refundacji, konsultacje i rejestrację w szpitalu na tydzień przed już opisywałem, więc przejdę do rzeczy.
W dzień operacji musiałem wstać o jakiejś 4:00 czy podobno nieludzkiej godzinie, dostać się na dworzec i dalej pociągiem… Pierwszy raz jechałem „międzymiastowym” pociągiem, więc zakup biletu itp. atrakcje… no są automaty, nawet obsłużyłem bez problemu, wchodzę na peron i widzę kasownik… dobrze że go zauważyłem, bo przecież skąd ja miałem wiedzieć, że ten bilet muszę skasować zanim wsiądę do pociągu? :P No nic, skasowałem, pojechałem, niecała godzinka drogi, wysiadłem, oczywiście do szpitala z buta, bo jakbym jeszcze tam miał ogarniać miejskie autobusy… ale to nie było tak daleko, akurat ładnie dotarłem do celu o czasie. I nawet trafiłem na ten mój oddział! :D
Pani kazała usiąść w poczekalni, było jeszcze kilka osób, ale najpierw przyszła po mnie, bo „pierwszy pan jest na dziś”. No ok, zaprowadziła do sali (dwuosobowej ale z zastrzeżeniem, że może po operacji będę w innej), kolejne parę papierów musiałem podpisać, krótki wywiad, dała koszulę szpitalną oraz majtki i wkładkę, które miałem ubrać. Chociaż „majtki” to za dużo powiedziane :D daje mi takie coś, co wygląda jak kawałek bandaża, wziąłem to i w końcu głupio pytam: „Ee, a jak to się zakłada?” XD To mnie poinstruowała, że to jest tak sprasowane i normalnie się rozciąga… no ok :D Poszedłem się przebrać, poszedłem z nią przymierzyć kamizelkę uciskową, którą miałem nosić po operacji. Potem do sali dołożyli mi jakiegoś starszego dziadka ale go nie poznałem, bo gdzieś wyszedł, do mnie przyszedł mój chirurg i porysował klatę itp. I się pyta czy mam pytania, ja już wcześniej papiery przejrzałem i nie widziałem tam wzmianki i uzupełnianiu tłuszczem, więc się pytam specjalnie: „skąd będzie tłuszcz pobrany do uzupełnienia tej prawej strony?” Dr zajrzał w papiery i mówi, że nie ma tego zapisanego ale faktycznie pamięta, że o tym rozmawialiśmy i dopisał. A skąd to zapytał czy wolę z brzucha (tzn. z boków to jest pobierane) czy z uda. Wolałem z brzucha (co może jednak niekoniecznie było dobrym pomysłem ale myślałem, że może chociaż ociupinkę będę szczuplej wyglądał XD ). Potem jeszcze trochę poczytałem książkę i zaraz zabrali mnie na salę (na łóżku), przejażdżka była całkiem przyjemna i zabawna, zwłaszcza jak pielęgniarka tłumaczyła że tu czy tam musi wziąć rozbieg :D Potem stanąłem (znaczy łóżko stanęło XD ) w jakiejś części, która wyglądała jak korytarz z aparaturą, przyszedł jakiś lekarz, wypytał o oczywistości typu imię i nazwisko i jaką mam mieć operację (ale to tak specjalnie, było też w papierach o tym, że będą takie pytania zadawać kilka razy, po to aby… a nie pamiętam a nie chce mi się sprawdzać :P w każdym razie nie dlatego że sami tego nie wiedzą ;) ). Tam też wbili mi wenflon itp. no i zaczęło się usypianie. Zdążyłem policzyć ze trzy-cztery numery i odpłynąłem.
Przebudziłem się chyba z raz na sali pooperacyjnej, pamiętam jakieś głosy, trochę tam ludzi było ale nawet jakoś się nie rozejrzałem przez tą senność. Drugi raz obudziłem się już na mojej sali, ale nowej – jednoosobowej. Bólu nie było prawie wcale i czułem się całkiem dobrze. Pierwsze wstawanie było trochę chwiejne, kolejne już całkiem ok (ale i tak przez cały dzień kazały mi dzwonić jak będę chciał wstać do toalety – moim zdaniem to było zbędne, bo ani tam ze mną nie wchodziły ani mnie nawet nie trzymały po drodze, a toaletę miałem w pokoju, no ale ok :P ). Jeszcze tego samego dnia dostałem kolację – bułka z szynką i serem oraz kromka chleba z tym samym, jakiś jogurt na deser, do picia herbata: „zwykła, rumiankowa, miętowa, owocowa, kawa, kakao?” – co tylko sobie życzę ale tu tak jest z wyżywieniem :P Kolejnego dnia dostałem już kartki z wyborem menu na dzień jeszcze następny – na obiad zupa tak lub inna, drugie danie kurczak, ryba albo wegetariańskie, na śniadanie/kolację bułka (lub dwie), chleb (kromka lub dwie), z serkiem, szynką, serem żółtym, chleb razowy, biały, albo płatki, do picia jak wyżej, do wyboru – full serwis, menu jak w restauracji :D (no ale w końcu też płaci się 10€ za dobę w szpitalu w tym kraju). Jeszcze tego pierwszego dnia po południu miałem mały problem – mianowicie przed operacją zamknąłem w szafce/stoliku cenne rzeczy (komórkę, portfel), klucz oddając pielęgniarkom – według instrukcji. Potem poprosiłem o klucz, oczywiście przyniosła mi tylko nie mogła zamka otworzyć :P I poszła po kogoś, ale chyba w międzyczasie zapomniała o mnie :D ale to nic, bo jak tak obserwowałem jej zmagania, to tak mi się zdawało, że robi coś źle i faktycznie jak wyszła, to usiadłem sam, trochę poruszałem szufladą i otworzyłem bez większych problemów ;) (trzeba było docisnąć czy cośtam). Tak więc potem już umilałem sobie czas komórką na zmianą z książką (którą to przeczytałem i tak szybciej niż się spodziewałem…). Tak minęły sobie trzy dni, potem trochę z wyjściem było chaotycznie (odebrała mnie znajoma), no bo rano przyszedł jakiś młody lekarz (już nie pamiętam który) i powiedział, że wygląda dobrze i mogę wyjść dzisiaj i szybko się zmył. No to zacząłem pielęgniarkę wypytywać o zmianę opatrunków itp., a ona mi na to, że lekarz prowadzący jeszcze przyjdzie – a w końcu nie przyszedł, no ale dostałem list z zaleceniami przy wyjściu. List do lekarza rodzinnego, ale sam też przeczytałem. Dowiedziałem się z niego że nie tylko z prawej strony uzupełnili tłuszczem ale z lewej też (tylko mniej). Kamizelki uciskowej w końcu nosić ie musiałem, a wręcz nie mogłem, bo przy lipofilingu (tak to się chyba nazywa?) nie wolno wywierać nacisku na miejsce operowane – aby tłuszcz się jak najlepiej przyjął (i jeszcze obłożyli mnie tam jakąś watą, bo niby ma to być w cieple – o tym jeszcze nigdy nie słyszałem :P ), ahaa no i oczywiście gwiazda następnych tygodni – pas ściągający (miejsca po pobraniu tłuszczu). I właśnie dlatego zacząłem żałować, że się na brzuch zdecydowałem… noszenie tego pasa przez kilka tygodni nie było wygodne :( (bo brzuch się zgina, uda nie – pewnie jakieś coś uciskowe na udach nie było by aż tak nieprzyjemne).

Tu właściwie następuje przerwa w opisie przebiegu rekonwalescencji, bo od razu sobie opiszę jak zmieniałem lekarza rodzinnego… Pisałem już bowiem, że po ostatnim razie noga ma nie postanie u niego więcej ;) To nie problem – po prostu nie przychodzisz. Ale pójście do nowego lekarza okazało się nie tak proste… Ale na zmianę byłem zdecydowany też z powodu odległości i możliwości dojazdu (do niego mogłem tylko samochodem, a w pierwsze dni po operacji to nie było zbyt komfortowe, lub autobusem + tramwajem – a to by było jeszcze mniej komfortowe). Postanowiłem więc iść do takiej jednej lekarki, która podobno ma dużo pacjentów ts, bo trochę się na tych sprawach zna (np. na hormonach), a przy okazji mam do niej bliżej. Na dzień przed planowaną kontrolą udałem się tam beztrosko… a pani w rejestracji mi mówi, że obecnie nie przyjmują nowych pacjentów – noo to już zaczęło się robić nieprzyjemnie, faktycznie nie przewidziałem, że to spore miasto, centrum, że inni lekarze mogą być zawaleni… No nic, myślę sobie, innego wyjścia nie ma jak pójść do najbliższego mi lekarza, obadamy, zobaczymy jaka będzie ta pani. Tylko że w domu przeczytałem o niej takie opinie (jeszcze gorsze niż o moim dotychczasowym lekarzu :P ), że całkiem mi się odechciało. Postanowiłem zwyczajnie na drugi dzień od rana wyjść na polowanie i zaliczyć jeszcze kilku najbliższych lekarzy, może któryś będzie miał miejsca… i wtedy przyszło mi do głowy, że mógłbym jeszcze spróbować do polskiej lekarki zadzwonić, sprawdzić, a może a nuż będę miał szczęście i znów przyjmuje nowych? Dzwonię więc z samego rana nazajutrz, z duszą na ramieniu, pytam się czy pani dr przyjmuje może nowych pacjentów? Na co pani w rejestracji: „Ależ oczywiście!” No ale się ucieszyłem! :D Ale no ja nie wiem czy to jest takie oczywiste skoro dwa lata temu nie przyjmowała :P (ale teraz zmieniła przychodnię, teraz przyjmuje w jakimś centrum medycznym wręcz, jednak jest to tak samo blisko, a że więcej lekarzy to może i zaleta – gdyby kiedyś miała urlop czy coś, nie ma potrzeby daleko szukać zastępstwa). No ale ok, zapisałem się czym prędzej, znaczy powiedziałem że przyjdę. Poszedłem.

(i tu już się zaczyna dalej relacja rekonwalescencji ;) )
Przedstawiłem się, że jestem nowym pacjentem, i co i jak, i że po takiej operacji. Bardzo miła pani dr! Sympatyczna i zaangażowana. I jeszcze sobie trochę na Polskę w tej kwestii ponarzekaliśmy :P Także jestem przeszczęśliwy, że mi się tak udało – zmienić lekarza, też na polskiego, o wiele bliżej i wygodniej i w ogóle, i w ogóle. [A ostateczny test przeszła w tym tygodniu, bo poszedłem na zastrzyk :P Jak już przy nabieraniu stwierdziła, że gęste, to ja mówię, że tak i że mi czasem lekarze za szybko robią ten zastrzyk, i potem boli itp. – tak żeby się nie wymądrzać ale zasugerować :P no i faktycznie, zrobiła mi wolno, z przerwami /jeszcze pytając czy ok/, no nie mam zastrzeżeń. Zastrzyk był chyba igłą 0,8 ale kłucie nic nie bolało – bo to pewnie nie chodzi o jedną dziesiątą milimetra grubości różnicy, tylko bardziej o miejsce wkłucia, ale to akurat nikt nie przewidzi czy się uda pomiędzy czy akurat w komórkę nerwową ;) grunt żeby wpuszczanie nie bolało /za bardzo/.]
No więc chodziłem na zmianę opatrunków, po 2 tygodniach dała mi jeszcze tydzień zwolnienia i tak to wyglądało. W międzyczasie umówiłem się na kontrolę u „operatora”, ale wcześniej dostałem uzupełniony list, że po 3-4 tygodniach mam nosić kamizelkę z kompresami silikonowymi na blizny. Następny jakże radosny news… Po 3-4 tygodniach to mi nawet nie wyszło, bo to nie taka prosta sprawa (z resztą trochę mi się paprało przy gojeniu, przy sutkach się troszeczkę rozeszło /choć nie tak jak po pierwszej operacji/, szwy niby rozpuszczalne wyłaziły… no właśnie, bo szwy miałem prawie w całości rozpuszczalne, jeszcze takiego sposobu szycia nie widziałem – w ogóle nic nie było widać od samego początku… wyłazić to niektóre zaczęły później, większość takie przeźroczyste żyłki, ale jeden czy dwa niebieskie). No w każdym razie jak mi się w końcu udało umówić na kontrolę, to się okazało, że kamizelka musi być na miarę… więc kolejny tydzień czekania na gościa, który się tym zajmuje…
Poszedłem w końcu do niego, obejrzał mnie i mówi: „Mhm, ginekomastia?”, potwierdziłem, bo co się będę rozdrabniał :P Z resztą zaraz też zapytał jaka to ma być kamizelka, o czym oczywiście nie miałem żadnego pojęcia :P – na szczęście lekarz w tym samym budynku na dole, więc poszedł i zapytał. Wrócił i pokazuje mi w katalogu: „Już wszystko wiem, to będzie taka.” No… to co mi pokazał, to raczej „zbroja” byłoby odpowiedniejszym określeniem niż „kamizelka” XD No nic no, jak trzeba… Czekać musiałem następne dwa tygodnie, boo to oczywiście znowu korespondencja z kasą chorych (co by wyrazili zgodę na refundację), na szczęście tą korespondencję załatwił za mnie, ja tylko dostałem info o zgodzie… w którym był zawarty koszt kamizelki – jak to przeczytałem, to myślałem że z krzesła spadnę – no zgadnijcie ile może kosztować? 100? 200€? Tak obstawiałem. Ale niee… ponad 1400€… :D ale zgodę dostałem (no trudno żebym nie dostał, skoro dostałem na operację, to i na wszelkie tego konsekwencje zgoda na refundację jest raczej tylko formalnością). Ale poważnie – myślę, że ci technicy, którzy to przygotowują troszeczkę naciągają kasy chorych… toć nie złoto tylko kawałek materiału i silikonowe kompresy. Z tą miarą to też tak… na metce mam „XS”, więc albo ta miara polega na dobraniu standardowego rozmiaru, który najbardziej pasuje, albo może doszycie metki do uszytej na miarę? (choć obstawiam to pierwsze – kamizelka sięga mi do kolan XD nie no, przesadzam ale nie aż tak bardzo ;) podwijam, w końcu to i tak chodzi tylko o przytrzymanie kompresów). Kompresy są za to na miarę, ale też wyobrażałem je sobie zupełnie inaczej… myślałem, że może to będą jakieś plastry czy no nie wiem, „woreczki” z silikonem? Podczas gdy to są normalne kawałki materiału (po jednej stronie – po tej od strony kamizelki, pewnie żeby nie jeździły jest ten materiał), a po drugiej mają ten silikon – to nie jest coś, co trzeba uzupełniać, to jest po prostu silikon jak do foremek do ciasta albo zabawek erotycznych :D który się przykłada na blizny… serio nie wiem jak to ma działać, ale podobno działa :P facet poinstruował mnie, że przy takich kompresach nie potrzebuję już żadnych maści ani niczego innego. I w ogóle to odebranie kamizelki było też dość zabawne (się złożyło, że ten facet z mojego miasta, więc tu się umówiliśmy, jedna podróż mniej), pokazał mi jak się to zakłada (najpierw rzepy, potem zamek – czuję się jak trans przed operacją, to prawie jak binder :D ), „Brzucha pan już nie ma” – mówi. „Bardzo mnie to cieszy” – odpowiadam XD (ale poważnie, chciałbym mieć taką figurę jak w tym :D pułapka polega niestety na tym, że nosząc to nie widzę jak tyję faktycznie, więęęęc trzeba się pilnować :P ). 10€ (aha, 10€ to jest mój wkład własny w te 1400 :P to aż śmiesznie wygląda przy takiej sumie). Tak więc noszę tą „zbroję”, jakoś super wygodne to nie jest, ale można się przyzwyczaić (lepiej niż do tamtego pasa, z którego dr prowadzący uwolnił mnie nawet trochę wcześniej niż te 6-8 tygodni, z czego ucieszyłem się też bardzo, ale boki jeszcze są lekko takie… dziwne w dotyku), chyba że ją akurat zdejmę na dłużej (ogólnie mam to nosić cały czas… przez 3 do 6 miesięcy :/ /a może nawet dłużej/, ale tragedii nie będzie jak zdejmę od czasu do czasu – zwłaszcza, że te kompresy trzeba raz w tygodniu wygotować /a codziennie przemyć/, a kamizelkę czasem wyprać), to wtedy jak zakładam ponownie, przeszkadza dwa razy bardziej :P I jeszcze swędzi. W ogóle ciało, nie wiem, może po pierwszym praniu będzie lepiej albo to szwy kamizelki tak łaskoczą… I pod kompresami – swędzi tak, że pierwszego dnia pod prysznicem gąbką się nieźle rozdrapałem (znaczy tak szorowałem, że blizny zamiast zblednąć, zrobiły się przekrwione :P no ale nie mogłem wytrzymać… teraz już się bardziej pilnuję). Albo to włoski przylegające do ciała pod kamizelką… no to na to nic nie pomoże, mam nadzieję, że to nie jest powód swędzenia :P No i nic, czekam, teraz tylko czas…

Ale w sumie nic nie napisałem o efekcie, a więc tak: jest ładniej niż było, ale do idealności to nadal trochę brakuje (ale zdaję już sobie sprawę, że tej nie da się osiągnąć, nigdy chyba nie widziałem idealnego efektu mastektomii). Klata już nie „zgina” się na bliznach aż tak, ale troszkę nadal – to jest niestety takich urok cięć od sutków w boki, osobiście uważam, że paradoksalnie chyba lepiej mieć większy rozmiar – taki w którym konieczne są cięcia pod biustem, moim zdaniem takie blizny wyglądają lepiej, ale przy małym rozmiarze tak się nie da. A te takie do pewnego stopnia „wgłębienia” wzdłuż blizn, to nie jest błąd chirurga – na grupie o tym gadali, to taka tendencja po prostu tych cięć… Lewy sutek wyszedł bardzo ładnie, nie wiem jak ten chirurg to zrobił, ale już mi faktycznie nie sztywnieje tak w całości (razem z otoczką), tylko mniej-więcej tak jak powinno być. Prawy kształtem wyszedł trochę gorzej (i w ogóle taki jest jakiś nieruchliwy :P ale już lepiej tak niż tak jak było wcześniej), chociaż też nie tak jak to wyglądało zanim się zagoiło. W każdym razie jeśli coś będzie nie tak z wielkością, to pomyślę o tatuażu medycznym (pomyślę i tak, bo mam bardzo blade sutki, co mi się nie podoba i wygląda mi to jakoś dziwnie, ludzie na ogół mają ciemniejsze…), więc to nie aż taki problem. Ta prawa strona, w której było to wgłębienie… wygląda lepiej. W porównaniu z lewą, to nadal jest tam dołek (chociaż teraz to mi się wydaje, że wolałbym aby lewa wyglądała tak jak ta prawa niż odwrotnie :P ), ale to już chyba też jest do skorygowania ćwiczeniami (wcześniej był za duży żeby same ćwiczenia mogły tu pomóc), a zresztą nie wiem, gojenie się jeszcze nie skończyło, jeszcze pewnie parę razy się z lekarzem zobaczę (miałem przyjechać jak odbiorę kamizelkę, tylko się zaś nie mogę dodzwonić żeby umówić termin).
Reasumując: jestem oczywiście zadowolony (choć idealnie nie jest ale jak wyżej – chyba nie jest to możliwe), jest lepiej, jeszcze tylko żeby faktycznie te blizny się nie rozrastały dzięki tym kompresom, to już będzie dobrze :) Zwłaszcza, że nic mnie to nie kosztowało (nie licząc dojazdów, no parę razy tam byłem, to powiedzmy jakieś 50€ łącznie, 3 dni w szpitalu to 30€ i tych 10€ dopłaty do kamizelki), ale to tam nic biorąc pod uwagę, że polscy chirurdzy za taką operację chcą od kilkunastu do kilkudziesięciu tyś zł. (tak, taka poprawka jest podobno droższa niż pierwotna mastektomia…).
A to mój chirurg (choć tu widzę też jakąś nową sesję zdjęciową se zrobili :D ).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • Mój brat przeszedł podobną operację właśnie i znam doskonale sprawy zbroi, pancerza. Nawet lekarz z nim żartuje, że oto przybył rycerz na spotkanie ze smokiem ;)

    Miło czytać, że masz taką dobrą opiekę na Zachodzie. To co byś musiał u nas przejść to wrogowi nie polecam. Łącznie z tymi „obiadami” bo te, w miarę jadalne, są tylko w szpitalach dziecięcych (wiem co mówię ;)).
    Życzę Ci, żeby ostateczne wyniki operacji po tych kompresach i zagojeniu się nacięć były satysfakcjonujące :) zdrowia i wypoczynku teraz! ;)

    ps. i dzieki ze o mnie pamietasz!

  • Kluska Kluskowa

    Najważniejsze, że jest jakiś progress. ;) I że masz tam lepsze warunki niż w Polsce.