„Transseksmisja” – Tatiana Szkapienko

Transseksmisja - Tatiana Szkapienko (okładka) I kolejna książka, no idę jak burza (do tego się akurat moja praca nadaje… żeby czytać książki… to znaczy żeby było jasne: na przerwach, nie w czasie pracy).
Ta właściwie książeczka w temacie transseksualizmu nic nikomu nie da, gdyż wątek ten polega tylko na tym, że autorka wyśmiewa transseksualistki. Dlatego też czytać nie polecam, opisywać tutaj nawet nie chciałem, ale ostatecznie pomyślałem sobie, że jak już przeczytałem, to napiszę o co kaman, żeby inni się nie nacięli ;)
Książka usiłuje być śmieszna, bywa ale i tak uważam, że to dość prosty (prostacki) humor. I w ogóle to uważam, że można to było lepiej napisać – mogło być zabawnie ale bez tego tak trochę chamskiego wyśmiewania swoich klientów… zwłaszcza jak się nie ma za dużego pojęcia o pewnych sprawach. Ale cóż, mam wrażenie, bardzo mocne wrażenie, że książka ta powstała tylko po to aby autorka mogła się pochwalić swoją znajomością języka polskiego (przyznaję, jest imponująca), zwłaszcza, że np. zamieszcza tam felieton napisany do jakiejś gazety, który nie został wydrukowany – felieton pasuje do treści książki tak sobie, ale autorka najwyraźniej musiała się nim pochwalić gdzieś w końcu… (z resztą ona napisała drugą książkę, już wprost chyba żeby się chwalić, nawiasem mówiąc tamta też nie ma dobrych ocen ;) ).
Nie będę tutaj przytaczać fragmentów, bo to naprawdę aż żal czytać, zacytuję tylko jeden:

„Po zakończonej konsultacji medycznej z ciekawością pytam lekarza o jej płeć. Odpowiada nieco dziwnie: „Ona ma tam członek”. Po raz pierwszy przekonuję się, że zmiana płci może być rzeczywiście tragedią, nie zaś wybrykiem chorego umysłu czy wypaczonym sposobem na zarobek.”
(s.84)

– gratulujemy, lepiej późno niż wcale ;) Ale kompletnie nie wiem… nie… nie rozumiem… co tu się wydarzyło? I czemu akurat w tej sytuacji autorka doszła do takiego wniosku? A najśmieszniejsze jest to, że książka została wydana w 2007 roku. No już co jak co ale 10 lat temu powinno się mieć chyba troszkę większe pojęcie…
Już nie wspomnę, że „shemale” przetłumaczono jako „hermafrodyta”… to już nie tylko autorka zawaliła, ale nawet korektorzy? (a może to „tłumaczenie” w ogóle dodała któraś z korektorek…).
Tak więc cóż, napisałem jak jest, a wnioski wyciągnijcie sobie sami ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.