trochę wspomnień, trochę o tym co u mnie i trochę (dużo) o diecie ;)

Jakoś tak sporo ludzi oddaje się sentymentom za latami szkolnymi w ostatnim czasie… To i mnie tak jakoś natchnęło… choć w większej mierze dlatego, że mam koło domu akacje i kiedy ostatnio widziałem ich opadnięte płatki, przypomniało mi się jak mi mama zawsze mówiła, że akacje to znak wakacji (skądś w końcu wzięły swoją nazwę – tzn. chyba wakacje od akacji, a nie odwrotnie ;) ). I owszem, faktycznie tęsknię za dniami wakacyjnymi, kiedy nie trzeba niczego, kiedy mogłem z mamą chodzić do miasta, albo nad wodę… i owszem, czasami chciałbym żeby to wróciło, ale abym ja miał świadomość jaką mam dzisiaj… ale w sumie tylko za tym tęsknię :P A jak sobie przypominam szkołę i porównuję ją z dzisiejszym życiem… to naprawdę, dziś chyba nawet nie mam 1/10 tego stresu, który miałem wtedy (a tym razem nie liczę nawet rówieśników! gdybym zaliczył to dziś nie mam nawet 1/50 XD ). Nie wiem jakim trzeba być „dorosłym” żeby stresować się życiem bardziej niż dziecko szkołą… (przecież to był permanentny stres – a to klasówka, a to zapowiedziane odpytywanie, a to jakieś wypracowanie do napisania…). Ale może to tak jest – jak ktoś był dzieckiem zdolnym wszystko olewać, to w dorosłym życiu „się budzi”, a jak ktoś się wszystkim przejmował/stresował, to z czasem dochodzi do wniosku, że można wyluzować… I to bardzo można.

Ale ten mój sentyment do tego co minione, to czasami mnie jednak dopada… Choć nie tyle do sytuacji (bo do nich mam stosunek jak wyżej – coś mogłoby wrócić tylko pod warunkiem, że ja mógłbym to przeżywać z moją dzisiejszą świadomością, a nie taką, jaką wtedy miałem), bardziej do ludzi… co raz więcej ludzi odchodzi i przykro mi z tego powodu… mam na myśli choćby np. sąsiadów… więc ludzi z którymi w sumie relatywnie luźno byłem związany, a jednak pamiętam ich – pamiętam ich ton głosu, pamiętam niektóre rozmowy… To przykre, że coś się kończy i już nigdy nie wróci – w takich momentach mi przykro, tak jakbym coś tracił… Ale z drugiej strony gdyby czas się zatrzymał, to zostałbym tam, w tamtych chwilach, nigdy nie zamieszkałbym tutaj, nie poznał M… Czy chciałbym żeby tak się potoczyło? No nie chciałbym…

A więc lipiec, pół roku za nami… czas napisać co tam u mnie, bo nie pisałem – dawniej niż pół roku… w ogóle dawno nie pisałem tak typowo pamiętnikowo…
Bo tak naprawdę kiedy pod koniec 2015 skończyłem pracę w miejscu, w którym naprawdę mi się podobało) i gdzie był M…), to poczułem się jakbym coś dużego stracił. Nadal się tak czuję, chociaż właśnie dostałem nową umowę, w miejscu w którym pracowałem ostatnie 1,5 roku przez firmę pośredniczącą. To miejsce jest trochę podobne, fizycznie praca jest nawet lżejsza, ludzie są ok (chociaż wielu mnie męczy ale o tym za chwilę) i nawet jesteśmy podwykonawcą tego samego producenta ;) Tylko, że mnie się tam podobało i tamta praca, mimo że cięższa… I tak się czuję – jakbym dostał coś dobrego (wszak nie każdy dostał umowę), ale jednak nie najlepszego… jakby to co najlepsze nie było dla mnie… I to mnie smuci…
Ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy – dziś przyszedł do nas nowy, był tam dwa lata – też mu nie przedłużyli… czyli to co najlepsze jest chyba dla nikogo.

A z tymi męczącymi ludźmi to jest tak… że dlaczego ludzie po prostu nie mogą poleźć do pracy, zrobić swoje i iść do domu? Dlaczego chcą ze sobą rozmawiać?! ;) Przecież to straszne! Ja bym chciał w świętym spokoju poczytać sobie na przerwie książkę, a nie być rozpraszanym przez jakieś rozmowy – nie nawet że do mnie, ale obok… W pracy też – jakoś nie chce mi się skupiać żeby zabawiać innych rozmową… Ale poważnie: może miałem w życiu okresy gdzie żałowałem swojej samotności, ale na chwilę obecną zdecydowanie bym ją preferował. To mam na myśli mówiąc, że ludzie mnie męczą.

A na koniec coś weselszego – „robię” dietę i schudłem! :) I jeszcze nigdy tak łatwo mi się to nie udało… Ale od początku (bo patrzę że chyba nie pisałem nigdy o tym szerzej – albo nie otagowałem).
Pierwszy raz na dietę postanowiłem przejść z początkiem hormonów, była to „dieta Shangri-La” (w artykule nie zaznaczono jednej bardzo ważnej rzeczy! przez godzinę przed i po oleju/wodzie z cukrem nie tylko nie wolno jeść ani pić /znaczy wodę samą można pić/, nie wolno w ogóle mieć w ustach niczego smakowego! ani pasty do zębów, ani gumy, ani błyszczyka do ust – organizm nie może skojarzyć tej wody/oleju po smaku z jakimkolwiek innym pokarmem, bo nie zadziała). To w sumie nie dieta a sposób na „oszukanie” organizmu by czuł się syty po małej ilości kalorii z pokarmu. Mogę polecić (nie na wszystkich działa), ale odkryłem przy okazji obecnej diety coś jeszcze (dla siebie) lepszego :)
Potem miałem krótką przygodę z South Beach – nie polecam, źle się czułem, bo to nie dieta zgodna ze mną :P
Po kilku latach zrobiłem dietę 12 dniową – i byłem zadowolony. Nie schudłem jakoś spektakularnie ale 2-3kg mniej w 12 dni to już coś. Dlaczego takie dziwne diety wybieram? To bardzo proste – jestem wybredny, wielu rzeczy jeść nie lubię :) a „Shangri-la” niczego nie ogranicza, a ta 12 dniowa nie zawiera niczego, czego bym nie lubił. Lecz gdy znów chciałem ją zrobić 2-3 lata później, poległem niestety na kurczaku (no cóż, ok, tego aż tak bardzo nie lubię, zwłaszcza jak muszę sam sobie przygotować i to bez panierki…), nie dałem rady.
Ostatnio jednak moja waga wchodziła już w 59kg, co przy moim wzroście oznacza za dużo (56kg to mój „punkt równowagi” a to i tak też jeszcze nadwaga), spodnie się prawie nie dopinały itp., więc wiedziałem już, że coś muszę zrobić. Wcześniej trafiłem jeszcze na tą książkę: „Eat. Stop. Eat” i od czasu do czasu robiłem dzienną głodówkę (jak się dzień wcześniej najeść i nastawić psychicznie, to nie jest trudno wytrzymać), ale jednak za rzadko to robiłem (bo też jednak nie jeść cały dzień nie jest zbyt przyjemnie ;) ). Aż jakimś przypadkim trafiłem na dietę militarną! bez problemu do znalezienia w polskim necie, ja jednak wkleję sobie ten link, z którego ja korzystałem: dieta militarna – ta przykuła moją uwagę też tym oczywiście, że produkty lubię (poza tuńczykiem – nie przepadam ale mogę zjeść, i grejfrutem – to było najgorsze z całej diety, paskudny owoc). I tu się tak naprawdę zaczyna moja obecna dieta. Najpierw zrobiłem sobie jednodniową głodówkę, potem 3 trzy dni umiarkowanego jedzenia, następnie trzydniową dietę militarną (po niej na wadze było już 56,6kg!), a od tej pory po prostu dietę „ŻP” ;) (Żryj Połowę – jakby ktoś nie wiedział :D ), a tak poważnie – po prostu liczę kalorie :) Kalkulatory mówię, że przy mojej niezbyt ciężkiej pracy i ogólnie małej aktywności fizycznej (i niskim wzroście i ogólnie masie ciała) moje dzienne zapotrzebowanie kaloryczne wynosi około 1810 kcal, co oznacza, że jeśli chcę w bezpieczny sposób schudnąć, powinienem dziennie zjadać 1310-1410 kcal i tak też czynię. I ludzie… nie wiedziałem że odchudzanie może być takie proste! :) Wystarczy tylko liczyć te kalorie (kupiłem sobie piękny kalendarz i notuję ;) ), nie odmawiam sobie niczego (w odpowiednich ilościach). Nie czuję żadnego ograniczenia, a wiecie co mówią: jeśli nie widzisz siebie stosującego jakąś dietę przez dłuższy czas, to ta dieta nie jest dla Ciebie – a w tym ja siebie widzę! To liczenie kalorii to nawet fajna zabawa! (i zaspokaja potrzeby mojego wewnętrznego księgowego :D jak już schudnę, to chyba i tak ciężko mi będzie się od liczenia odzwyczaić :D ). Nie rozumiem czemu niektórzy ludzie mają z tym taki problem… ja dzięki temu wiele sobie uświadomiłem, sensowniej decyduję o tym co jem itp. Oooczywiście nie będę mówił, że się nagle zdrowo odżywiam, bo to jednak nie w moim stylu ;) znaczy jasne – staram się nie przesadzać z niezdrowym żywieniem, z resztą jak masz do dyspozycji 1300 kcal, to musisz tak wybrać, żeby się najeść, a wiadomo, że słodycze mają dużo kcal na mało masy… Ale nie znaczy to, że nie możesz zjeść kebaba i drożdżówki w jeden dzień – dokonałem tego :D (po prostu jesz na śniadanie pół drożdżówki podwójnej, na obiad kebaba, na kolacje drugie pół drożdżówki – całość ma właśnie miedzy 1300 a 1400 kcal, ale musiałem tak zrobić bo drożdżówki z PL przyjeżdżają do polskiego sklepu tylko jednego dnia tygodnia, a w pracy też chciałem kababa zamówić i akurat tego samego dnia zamawiali). Zmieniłem jednak o tyle nawyki żywieniowe… że nagle się okazało, że wcale nie muszę w pracy (przynajmniej na II i III zmianie) żreć bułki (300 kcal), a wystarczy jogurt (100 kcal) z łyżeczką… i tu się pojawia kolejny trick – łyżeczka łuski babki do tego jogurtu (to jest właśnie to „coś lepszego” od oleju i wody z cukrem – babka ma mniej kalorii a też pomaga osiągnąć uczucie sytości :) /a jeszcze jak sobie rozrobię z Danonkiem – czyli z jedynie 50g jogurtu, to robi się takie gęste jakbym ciasteczko jadł :D i naprawdę mi smakuje!/). I nagle się okazało, że po nocnej zmianie nie muszę rano w domu: „a krakersy sobie przekąszę, bo co tam 3/4 paczki krakersów, to takie nic…” (to „nic” ma ponad 750 kcal :D). Także zmiana II i III bez problemu, trochę gorzej jest wytrzymać na pierwszej… (znaczy w domu po pracy tyle godzin do wieczora itp.), ale też bez przesady, wiadomo że 1300 kcal to się za dużo słodyczy nie zmieści ale – inna zmiana nawyków – zamiast Grześka Maxi, ten mniejszy :D 36g – 190 kcal i wystarczy, a to nie jest aż tak dużo żeby tego nie można było w dziennej dawce 1300 kcal zmieścić :) Także wszystko się da, trzeba tylko mieć świadomość ile czego się zjada. I na całe szczęście moja Cola Light jest bez kalorii :D W ogóle wszystkie napoje powinny być bez kalorii, bo co to ma być, dostarczam ich z jedzeniem, to nie jeszcze z piciem ;) W każdym razie podsumowując: dziś rano 54,1kg! Chciałbym do 52 dobić… z resztą zobaczymy jak się będzie moja sylwetka kształtować… kiedyś w końcu wezmę się za ćwiczenia też ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.