Rzym, Włochy – 20.10 – 24.10.2018 (+ zdjęcia)

19/20-24.10.18 – Rzym
Powinienem był opisywać na bieżąco każdy dzień… ale czasu nie starczyło, dużo czasu pochłaniało mi planowanie zwiedzania, a bardziej może jeszcze planowanie jedzenia ;) a to było ważniejsze, więc cóż… postaram się oddać wszystko tak dobrze, jak się da.

Przed wyjazdem
Urlop dostałem 1,5 miesiąca wcześniej i miałem ambitny plan doskonale się przygotować, bilety pokupować, hotel zarezerwować, wszystko poczytać, trasy zwiedzania zaplanować, wybrać bilet na komunikację miejską… miałem taki plan, a wyszło jak zwykle :D Jakoś tak się (jak zwykle) długo wahałem, czy naprawdę kupować bilety dużo wcześniej, a co jak coś mi wypadnie… A na planowanie zwiedzania w ogóle nie było czasu (albo zapomniałem) i wyszło tak, że wszystko zrobiłem na kilka dni wcześniej, a mapki (z zabytkami) drukowałem przed samym wyjazdem…
Wyjazd miałem właściwie trochę tylko ponad godzinę po zakończeniu pracy :D (po nocnej zmianie, więc jeszcze w piątek, z samego rana…), Flixbusem, z jedną przesiadką (we Frankfurcie nad Menem). Gorzej było z drogą powrotną, bo chciałem możliwie szybko (żeby jeszcze na 4 dni do PL zdążyć), a tu te połączenia były takie kiepskie – niby jeden Flixbus odjeżdżał 40 minut po planowanym przyjeździe tego Flixbusa z Rzymu, ale no na takiej trasie trzeba się liczyć z nawet dużymi opóźnieniami… No był oczywiście kolejny Flixbus ale po wielu godzinach, niby czekać można, ale do PL mi się spieszyło… Szukałem więc różnych opcji, na różne sposoby i udało mi się znaleźć pociąg IC, tzn. super-oszczędna oferta (promocja), więc plan był taki:
piątek, ode mnie do Frankfurtu (M.): 7:20 – 13:45; Frankfurt – Rzym: 17:00 – 13:20 (obie trasy Flixbusami);
powrót wtorek Rzym – Frankfurt: 17:15 – 13:15 (Flixbus), Frankfurt – do siebie: 17:16 – 20:47 (pociąg IC).
Kolejnym wyzwaniem był oczywiście wybór hotelu… moim wymogiem był pokój pojedynczy z własną łazienką. I żeby to nie było na końcu świata tylko chociaż trochę blisko centrum… I jeszcze żeby ten pokój nie był całkowicie paskudny i staroświecki ;) Szukałem kilka dni i w końcu zdecydowałem się na Hotel Versailles, bo był to najtańszy hotel (116€ za wybrane 3 noce), którego pokoje wyglądały choć odrobinę nowocześnie.
Podsumowując: podróż tam: 18,99€ + 42,99€ (ok 62€), podróż powrotna: 37,99€ + 25,90€ (ok 64€), łączny koszt podróży w obie strony: ok 126€ (125,87€). Hotel: 116€ + podatek 9€ = 125€.

Aha i jeszcze sobie zaszalałem i wykupiłem na komórce trochę inny pakiet internetu niż zwykle – normalnie kupuję za 4€ 500MB i mi to wystarcza (bo w domu się i tak z wifi używa, jeśli nawet na komórce, a nawet jakbym pakiet przekroczył to i tak mam za darmo, tyle że niby wolniej, choć nigdy nie zauważyłem zwolnienia za bardzo), teraz kupiłem za 8€ 1,5GB i darmowe rozmowy/smsy. Pomyślałem że na podróż przyda się więcej internetu, a jako że teraz roaming w EU nie kosztuje dodatkowo, to było dobre wyjście.

Jeśli chodzi o przygotowanie planu podróży, to tu się nie przyłożyłem za bardzo… ale przeczytałem kilka rankingów gdzie zjeść najlepszą pizzę w Rzymie :D no bo jakże to tak – pojechać do Włoch i nie jeść pizzy codziennie? :D No i ściągnąłem mapy Włoch (i państw pośrednich) na nawigację komórkową.

Dzień pierwszy – piątek 19.10
Wpadłem z pracy do domu, szybki prysznic i końcówka pakowania… prawie się spóźniłem na autobus! Znaczy niby nie, ale powinno się być 15 minut przed odjazdem, a ja dotarłem na niego tylko kilka minut przed ale nikt nic nie powiedział, pan mnie odhaczył w ogóle po samym przedstawieniu się, nie musiałem już wygrzebywać biletu (bo miałem schowany) ani dokumentów. W ogóle jeśli o bilety chodzi, to niby nie trzeba ich drukować… ale ja jakoś no… biorę też wersję elektroniczną, ale mam taką schizę, że nie oprę się tylko na niej, bo co jak mi komórka padnie? albo ją zgubię czy mi ukradną? więc wolę mieć ten bilet wydrukowany (a na komórce też na wszelki wypadek – gdybym z kolei zgubił wydrukowany ;) ). Ludzi było dosyć sporo, ale usiadłem koło jakiejś kobiety i była tak miła żeby mi podłączyć komórkę do ładowania itp. (bo miała bliżej kontakt, niestety tylko jeden na 2 pasażerów ale no nie był to aż tak dalekobieżny autobus). Ja oczywiście planowałem mieć komórkę na full naładowaną… a wyszło zupełnie odwrotnie :D Zapomniałem naładować w pracy i bateria była na wykończeniu (ale no najpierw ja sobie naładowałem, potem ona i wszystko się udało). Miałem też oczywiście ze sobą power bank, więc no podwójne ubezpieczenie w razie czego ;) Przy okazji powiem: mój power bank ma 8000mAh i wystarcza mi na dwa i pół ładowania komórki – uważam, że to jest rozmiar i wymiar idealny, bo jest on tylko trochę większy od mojej komórki i jestem w stanie podłączyć go i schować w kieszeni komórkę wraz z nim – a tak preferuję, bo osobiście czułbym się dziwnie nie mając komórki w kieszeni (tylko np. w plecaku, wiecie – schiza – co jak mi ktoś ukradnie? ;) ).
Coś tam trochę pospałem i chyba planowo dojechaliśmy do Frankfurtu. Tam wokół dworca remonty, obadałem gdzie te Flixbusy stają, postarałem się miejsce zapamiętać i ruszyłem do budynku dworca pozabijać czas do tej 17:00… Nawet to jakoś szło, obszedłem pasaż raz, drugi… popatrzyłem gdzie są croissanty z nadzieniem marcepanowym (a były, w różnej cenie, zapamiętałem gdzie te tańsze z zamiarem zakupu w drodze powrotnej ;) bo ja mianowicie… ja nie lubię marcepana, bardzo :P ale lubię rzeczy o smaku marcepanowym, bardzo :D ), zrobiłem zakupy w Rossmannie (tam była najtańsza Cola ;) ), zjadłem w Burger Kingu, wyszedłem na miasto ale tylko na chwilę żeby się gdzieś nie zgubić i nie oddalić za bardzo, no i nastąpiła godzina odjazdu… Jak to zwykle w takich chwilach bywa: człowiek stoi, czeka, sprawdza każdego Flixbusa po dwa razy, bo się boi że może to akurat jednak ten ;) Przyjechał trochę spóźniony, włoski, więc kierowcy to tak średnio mówili w jakimś znanym mi języku ;) ale nic, wykrzyczała (bo jakaś babka też z nimi była) kto gdzie bagaże ma ładować, sprawdzili bilety, wszedłem i szukam miejsca… szukam, szukam i nie ma, miejsca dziwnie pokreślone (w tym pierwszym Flixbusie, tym do Frankfurtu nie było rezerwacji, a w tym drugim niby miała być), wracam do kierowcy i się pytam gdzie jest to miejsce, a on na to że siadać gdzie wolne… no spoko, wolne były dwa na dole, ale jakiś facet usłyszał to pierwszy i się wcisnął pod okno, usiadłem obok, ja ogólnie wolę od przejścia ale nie na takich długich trasach, gdzie zamierzałem spać – ciężko się oprzeć inaczej jak o okno… Na szczęście na następnym przystanku wysiedli ludzie przed nami, więc się szybko przesiadłem o jedno miejsce do przodu i już dało się wytrzymać. Wprawdzie zaraz też dosiadła się do mnie jedna kobieta, ale niedługo przesiadła się do tyłu – do swojego chyba ojca jak już wysiadł tamten facet. Większą więc część drogi przesiedziałem sam, co było bardzo wygodne, mogłem nogi na fotelu obok rozłożyć itp. (ja mam tak, że nie umiem jechać w butach i cały czas siedząc z nogami opuszczonymi, no przykro mi – nie da się, wcześniej czy później muszę podkurczyć nogi pod siebie itp. chociaż na jakiś czas, nawet na o wiele krótszych trasach). Potem jeszcze, chyba pod sam koniec (przed ostatni przystanek czy dwa) dosiadła się znów jakaś kobieta, więc było trochę mniej wygodnie ale ogólnie ok. Aha i tutaj kontakt był pod fotelami i dla każdego pasażera jeden, więc spoko. Z toalety nie skorzystałem (jak się okazało w drodze powrotnej – może na szczęście, ale o tym później), jedynie z jakiejś na stacji benzynowej i jakoś tak było całkiem spoko, choć dużo ludzi, ale jakoś mi się udało bez stresu. W drodze zeżarłem prawie wszystkie żywieniowe zapasy ;) prawie wypiłem picie, musiałem na jakiejś stacji wodę dokupić i tu ciekawostka: we Włoszech na stacji benzynowej była tańsza niż na stacji w Niemczech… (kupiłem 1,5l za 2,20€, niestety gazowaną, bo nie doczytałem /he-he, żeby doczytać to trzeba najpierw znać język he-he…/ ale muszę przyznać, że to była najlepsza gazowana woda jaką w życiu piłem /nie lubię gazowanych/). Z innych jeszcze rzeczy: przed granicą, jeszcze w Niemczech, zatrzymała nas policja i sprawdzali dokumenty – nie tylko rzutem oka, ale od wszystkich pozbierali, zabrali i oddali dopiero po chwili. I co z tego że mamy Schengen… Trochę tam staliśmy…

Dzień 2 – sobota 20.10
Ogólnie autobus do celu dojechał trochę później ale bez tragedii, powiedzmy że około 14:00. Już wcześniej postanowiłem tym razem zrobić inaczej niż zwykle – czyli nie zaczynać tego dnia od zwiedzania, tylko od zostawienia bagaży w hotelu, z resztą hotel był i tak w kierunku centrum po drodze, no i po 14:00 to już mogłem się zameldować. Do hotelu (z dworca Tiburtina) miałem trochę… Jeszcze w domu zastanawiałem się czy kupić Roma Pass, czy bilet na 3 doby czy jeszcze coś innego… zastanawiałem się znów długo ale uznałem, że ten Roma Pass nie do końca mi leży, bo nie wiem czy zaliczę dwa muzea, a poza tym on nie jest na całą komunikację, więc może lepiej dobowy… ale czy ja aż na 3 doby potrzebuję? to nawet nie o kasę chodziło, ale o to że lubię, zwłaszcza na początku, trochę się w nowym miejscu rozeznać na pieszo… Postanowiłem więc przynajmniej pierwszego dnia nie kupować żadnego biletu, tylko chodzić na pieszo. No wszystko fajnie, tylko najpierw droga do hotelu… miałem walizkę-plecak na kółkach, taką tylko ja kupiłem drożej umyślnie, bo… ogólnie te walizki mają kiepskie opinie :P kupiłem więc droższą (chociaż to pewnie dokładnie to samo), bo niby z gwarancją… Poza tym jeszcze plecak podręczny. Nie chciałem wlec za sobą walizki przez te 3km, więc założyłem ją na plecy, a mój mniejszy plecak na brzuch i w drogę. Pierwsze zaskoczenie: tu rosną palmy! Jakoś zapomniałem że w Rzymie rosną palmy :D I w sumie wcale się im nie dziwię, że rosną, bo… było gorąco. Było bardzo gorąco… Nim dotarłem do hotelu, moja koszulka była mokra z przodu i z tyłu. Drugim zaskoczeniem były śmieci – to bardzo zaśmiecone miasto i to widać, że nie sprzątane, bo widać starsze śmieci i nowsze… Trzecią niespodzianką był hotel – spodziewałem się czegoś bardziej… hotelowego ;) A tu staję przed budynkiem niczym szeregowa kamienica, obok drzwi domofon i faktycznie mój hotel tam był, więc dzwonię… i dzwonię i nikt nie odpowiada… Akurat podszedł jakiś facet, otworzył sobie drzwi, więc wszedłem za nim i rozglądam się po ogromnym korytarzu (portiernia też była, a jakże, tyle że pusta). Facet akurat skończył gadać przez komórkę i pyta mnie czego szukam (po angielsku, się chyba domyślił że ja nie mówię po włosku :D co w sumie nie było trudne żeby się domyślić – na Włocha to ja raczej nie wyglądam ;) a jednak był jedynym, który nie zaczynał do mnie po włosku – reszta /typu kierowcy czy sklepikarze/ tak zaczynali, a ja wtedy „I don’t understand” albo po prostu: „yyy…” :D /), więc mówię, że hotelu, a on na to jakiego… to już se myślę – no git, w tym budyneczku jest więcej niż jeden hotel… to nie wróży dobrze temu hotelowi :D Ale powiedziałem i mi wskazał. Idę więc na pierwsze piętro, znalazłem recepcję mojego hotelu… a tam pusto i karteczka: „Proszę pójść na 5 piętro”… super… Idę więc na klatkę schodową z wizją tego piątego piętra… no niby tam była winda ale taka no… taka no „klatkowa” więc wolałem nie ryzykować :D Wchodzę ja więc na to piąte piętro, z dwoma plecakami – przypomnę, udaję że fajnie i spoko i wcale nie jestem zmęczony XD wchodzę… i wołam „Halo?” w końcu się objawił jakiś chyba sprzątacz, więc mu mówię: „Mam rezerwację…” (bo nic więcej nie umiem powiedzieć XD nie no, just kidding ;) zapytał skąd jestem i tam takie drobiazgi, moje rozumienie angielskiego nie jest nawet takie złe w takim kontekście i sytuacji, a może on po prostu mówił wyjątkowo wyraźnie, tylko z mówieniem trochę gorzej, o czym się w kolejnych dniach przekonałem, serio, rzeczywiście jak się rzadko używa języka to się człowiek odzwyczaja…). A on na to: „zejdziemy na pierwsze piętro”… Na szczęście mówi, że winda, że „zjedziemy, winda jest sprawna” – aha, to dobrze wiedzieć :D sam bym do niej nie wsiadł, ale skoro tak twierdzi… W recepcji pospisywał moje dane, wręczył mi kartę-klucz do pokoju oraz klucz do drzwi głównych – no całe szczęście, bo jak widać recepcja często jest nieobsadzona… Aha no i hasło do wifi. I powiedział, że podatek opłacę jak będzie szef w recepcji wieczorem, no ok. Oraz wskazał pokój – był zaraz w korytarzu, pierwszy na lewo, numer 108. Pierwsze co robię po wejściu do pokoju hotelowego, to sprawdzam czy zapala się światło – i nie powinno się zapalić dopóki nie wetknę karty-klucza w przeznaczone dla niej miejsce (takie zabezpieczenie żeby ludzie wychodząc nie zostawiali światła itp.), to się jednak zapaliło, więc w sumie nie wiem po co mimo to jest instrukcja żeby wkładać tą kartę w czytnik gdy się przebywa w pokoju (nie wiem, ale tak robiłem).
Pokój w sumie był jak na zdjęciu, poza tym że wykładzina wyglądała na nieco bardziej zużytą i brakowało uchwytu od szafy (i dwa inne były uszkodzone). Niby to hotel dwu gwiazdkowy, no nie wiem, a tym bardziej nie wyglądało mi to na trzy (teraz gdzieś w necie widziałem że to niby aż 3 gwiazdkowy), z Paryża pamiętam trzygwiazdkowy tak mniej-więcej… dwa razy bardziej elegancko ;) ale i też dwa razy więcej mnie 3 noce kosztowały więc… Z resztą nie ma się na co skarżyć, wszystko było ok, czysto, pokój jednoosobowy z łazienką, tak jak chciałem i tanio (licząc z podatkiem 125€ za trzy noce w stolicy państwa europejskiego, 3km od jego głównej atrakcji, a jakieś 2km od centrum, to uważam bardzo dobra cena), więc chyba mogę polecić.
Przebrałem koszulkę (była kompletnie mokra z przodu i z tyłu), umyłem zęby (przez podróż trochę ich nie myłem i nawet mnie zaczęło to przeszkadzać :D ) i ruszyłem do miasta. Aha, no i przebrałem spodnie na krótkie, całe szczęście, że mnie tknęło żeby wziąć jedne krótsze, bo październik to może jest u nas, tam to było jak w środku lata… Na wszelki wypadek wziąłem bluzę do plecaka (choć tego dnia jej chyba nie użyłem nawet), schowałem tablet w sejfie (nie sądzę żeby był aż tyle wart, ale skoro miałem i sejf w pokoju, to go używałem ;) ) i ruszyłem do miasta. Najpierw przez park Ogrody Borghese, Plac Hiszpański do fontanny Di Trevi, Placu Piazza Navona, koło Panteonu… Bardzo mi się podobało jak ludzie malowali obrazy sprayem, świetne te obrazy, fajne bo np. w określonym odcieniu (mi by pasowały :P ), ale też takie bardziej kolorowe, jak np. Koloseum na tle flagi włoskiej mi się bardzo podobał. Nawet poważnie rozważałem czy by sobie nie kupić, w sumie jakbym w końcu nie zapomniał, to może i bym kupił sobie taką pamiątkę z Rzymu…
Tego dnia postanowiłem też zjeść pierwszą pizzę z polecanych pizzerii (samo wybieranie tego co zjem na tym wyjeździe, planowanie gdzie itp., zajęło mi bardzo dużo czasu…), a miałem kilka polecanych list, na których się opierałem, głównie: 1, 2 i 3 (przede wszystkim na drugiej). Aha, jeszcze drobne zakupy spożywcze zrobiłem w jakimś Carrefour w mieście (Cola! Colę Light należało uzupełnić ;) i wybrałem markę sklepu… ale to była zła decyzja, znaczy wiadomo – Colę wypiję każdą ale ta Cola akurat była wyjątkowo niesmaczna). Po kilku zmianach koncepcji, stwierdziłem że pizzę zjem na kolację, przed samym powrotem do hotelu, więc idąc tym tokiem rozumowania postanowiłem wybrać polecaną pizzerię gdzieś bliżej hotelu i wybrałem „Al Forno Della Soffitta” (Via Piave, 62), nie zdawałem sobie jednak sprawy, że to jest AŻ TAK blisko hotelu – 200m, więc jak to stwierdziłem, i jak jeszcze sprzedawca zapytał czy na wynos, to wziąłem chętnie na wynos. W ogóle – ja to mam zawsze takie resztki fobii społecznej i zanim cokolwiek zamówię, jeszcze w języku obcym, to muszę się przyjrzeć lokalowi, jak najdokładniej, a jednocześnie udając że mnie wcale nie interesuje :D i często niestety wtedy stwierdzam, że „a może by właśnie nic nie kupować i sobie tego oszczędzić… w sumie nie jestem aż tak głodny…”, ale tym razem twardy byłem! wszedłem do środka z mocnym postanowieniem zakupienia pizzy :D Wszedłem, ludzi dużo, z boku przy stolikach siedzą i stoją, chyba czekali na zakupy na wynos, siadłem sobie taki nieco zagubiony… ale zaraz jeden pan sprzedawca podszedł i zaprosił mnie do kasy (tak, serio, mimo tylu ludzi podszedł i zaprosił uprzejmie), no to powiedziałem, że chciałbym pizze Funghi (bo ja generalnie praktycznie tylko taką jem :P jak ktoś jeszcze nie wie – nie lubię prawie żadnych dodatków do pizzy… a zwłaszcza mięsa, mięso na pizzy to zbezczeszczenie ;) z tuńczykiem ktoś mnie kiedyś jednym kawałkiem poczęstował – niby można to zjeść ale po co? XD smaku to nie dodaje, a wręcz przeciwnie :P ), zapytał czy na wynos, to tak wybrałem, zapłaciłem 6€! 6 Euro!!! 6 Euro za prawdziwą włoską pizzę w Rzymie, i to wcale nie taką małą! Byłem w szoku :P (to tu gdzie mieszkam jest drożej…) Wziąłem więc tą pizzę i ruszyłem do hotelu. Miałem niby tego dnia zapłacić ten podatek, ale mnie ten cały szef na recepcji nie usłyszał, widziałem go ale on mnie nie, a nie chciałem żeby mi pizza stygła, więc poszedłem sobie od razu do pokoju i zjadłem w spokoju (żeby nie było: powiedziałem „Halo” ale i tak mnie nie usłyszał). Jak już mówiłem – pizza spora, a ten smak… no pierwszy kęs to naprawdę robi wrażenie :P potem już mniej, ale i tak – no jest smacznie! Faktycznie chyba lepiej niż gdziekolwiek indziej na świecie, gdzie do tej pory pizzę jadłem ;)
Spać poszedłem… no późno po północy. Wstać planowałem o 8:00…

Dzień 3 – niedziela 21.10
Wstanie o 8:00 nie wyszło ;) stwierdziłem, że muszę trochę pospać, po całej tej ponad 24 godzinnej podróży i całym dniu chodzenia… Wstałem chyba po 10:00, zanim wyszedłem z hotelu, było jeszcze później. Tego dnia planowałem kupić bilet 48 godzinny, żeby już mieć do wtorku, czyli do dnia odjazdu, nie wiedziałem tylko czy zacząć z niego korzystać rano i mieć do wtorku rano, czy raczej po południu i mieć do wtorku po południu, więc do samego odjazdu… w końcu wybrałem to drugie rozwiązanie ruszając więc nadal na piechotę. Właściwie planowałem Koloseum, a potem może Forum Romanum i Wzgórze Palatyńskie ale wcześniej jeszcze chciałem iść po jakiś plan miasta (miałem mój wydrukowany ale chciałem taki lepszy, miałem też oczywiście navi w komórce ale to też nie to samo, poza tym wolę dać komórce czasem odpocząć, więc plan papierowy to mus ale też nie zamierzam za niego dużo płacić /o ile w ogóle/). Znalazłem w internecie, że niby blisko dworca Termini jest jakiś punkt informacji turystycznej (i cukiernia – bo croissanty to następne czego koniecznie chciałem w Rzymie spróbować :P a także lody, ale to później). Nałaziłem się wokół i cukierni nie znalazłem (chyba żadnej z dwóch poszukiwanych) – pod tym adresem, gdzie niby miała być, nie znalazłem niczego, a tej pierwszej adresu nie miałem, tylko niby na czy tam przy samym dworcu miała być. Potem miałem problem ze znalezieniem tego punktu i już się zaczynałem wkurzać, złoszcząc się, że chyba będę musiał kupić ten powlekany plan za 3€, który sprzedają handlarze (nie chodzi o to, że mi szkoda 3€, tylko po pierwsze nie jest mi na stałe taki plan potrzebny, taki byle jaki można wyrzucić, a takiego lepszego to szkoda ;) poza tym taki usztywniony – wiem że to niby lepiej, bo trwalszy, ale ja właśnie chciałem taki, co bym go mógł mocno złożyć i schować nawet w kieszeni), ale jak w końcu zrezygnowałem znajdując tylko niby jakieś punkty informacyjne, a w rzeczywistości wypożyczalnie rowerów, skuterów czy tam czego, to znalazłem ten zwykły punkt, gdzie wystarczyło wejść, nawet nic nie mówić, i wziąć sobie zerwać kartę z planem, które leżały na ladzie :P Tak też zrobiłem i teraz już byłem usatysfakcjonowany przynajmniej posiadaniem planu miasta. Potem ruszyłem pod Koloseum. Była już pierwsza, więc się nie mogłem zdecydować czy Koloseum, czy Palatynat (bo że dam radę jeszcze tego dnia oba, to już nie wierzyłem). W ogóle mnóstwo w Rzymie, praktycznie wszędzie, jest jakichś ludzi, próbujących sprzedać np. bilety omijające kolejki do różnych atrakcji itp. Internety piszą, że to naciągacze, w tym sensie, że sprzedają dużo drożej. Nie wiem, nie pytałem po ile sprzedają ;) i generalnie unikałem, bo nie lubię takiego czegoś, takiego nagabywania… Ale nie sądzę, że to wszystko są tacy kombinatorzy, np. pod koloseum jest ich dużo, mają koszulki z „Official Staff” i niby udzielają informacji – faktycznie udzielają i ci tam akurat nawet nie próbują niczego sprzedać (chociaż informują też o biletach omijających kolejkę), tylko za cholerę nie rozumiem dlaczego na siłę? Czy nie mogliby np. mieć na tych koszulkach czegoś w stylu: „Ask me if you need help” i tylko sobie po prostu tam stać? Moim zdaniem wyglądałoby to o wiele poważniej niż jak chodzą i zagadują ludzi :/ W każdym razie kolejki tam wszędzie rzeczywiście straszne. No ale bilet kupiłem (za 12€ na dwa dni na dwie te atrakcje /Wzgórze Palatyńskie i Forum Romanum liczona jest jako jedna, a druga to Koloseum – można wejść albo jednego dnia do obu, albo po jednym razie do każdej w dwóch kolejnych dniach/) i zdecydowałem, że zaczynam od Forum Romanum i wzgórza Palatyńskiego – tam ta kolejka nawet jakoś w miarę się przesuwała… No i chodziłem, chodziłem, chodziiiłem… w ogóle tego dnia zrobiłem cała masę kilometrów na pewno… Wychodząc chciałem pójść na pobliską stację metra i kupić sobie wreszcie ten bilet – było już późne popołudnie, mogłem już kupić ten 48 godzinny i mieć do końca pobytu. Tyle że jak wszedłem na tą stację metra i zobaczyłem te OGROMNE kolejki do automatów biletowych… to postanowiłem jeszcze trochę sobie pochodzić na nogach :D a tego dnia uparłem się na te cukiernie i poszedłem do „LeLevain”, na którą się napaliłem chyba z tego linka, niestety jak tam dotarłem, mieli tylko zwykłe croissanty (ale i tak kupiłem, szt. za 1,30€), przypuszczalnie poszedłem tam za późno. Ale i tak – jak go potem jadłem… ludzie, to rzeczywiście jest coś cudownego! Rozsypujące się francuskie ciasto… niebo w gębie ;) (coś jak w Belgradzie dostawałem na śniadanie, tylko tamte belgradzkie były o wiele większe :P ).
Główny posiłek zaplanowałem zjeść na Zatybrzu, oczywiście pizzę, bo cóż by innego :D W każdym razie zaplanowałem zjeść w „Dar Poeta” (Vicolo del Bologna 45), bo ten lokal to nawet w ze trzech poleceniach się przewijał. Więc zjadłem. Jako że jednak to za daleko było, musiałem zjeść na miejscu. Tam już pizza nie była taka tania… Funghi 8,50€… no a że głupio jeść bez popicia (z resztą nie lubię jeść bez Coli), to najtańsza Cola Light – 2,50€. Pizza była… na kruchym, cienkim cieście… smaczna ale to nie do końca w moim guście takie ciasto. Fajnie było spróbować, ale jak za 12€ (bo 1€ sobie doliczyli że „Sarvice” /? a może „servizio” ale wydaje mi się, że było po angielsku/, ciekawe czy jakbym wziął na wynos, to by tego nie było /chyba nie/), to… no dzień wcześniej zjadłem za pół ceny większą i bardziej w moim guście :P
Jeszcze potem taka sytuacja – już ruszyłem do wyjścia, ale się zorientowałem że kiedy sobie jadłem, to strasznie lało, padał grad i nawet trochę burza… postałem więc trochę w progu (i nie tylko ja, choć lokal dość ciasny) zastanawiając się co tu począć dalej – do hotelu daleko, do najbliższej stacji metra też niezbyt blisko (i która w ogóle będzie stamtąd najbliższa?!), pogoda niewyraźna, a ja nie mam parasola ani nic (zapomniałem parasola w ogóle wziąć do Rzymu…), w dodatku po ulicach płyną strugi wody… Ale wylazłem w końcu jakoś (ubrałem się w bluzę – pierwszy raz od chwili przyjazdu do Rzymu, do tego krótkie spodnie miałem i też wcale mi nie było zimno…), jak już prawie przestało padać (i szczęśliwie już nie padało potem – sporo miałem szczęścia), skacząc trochę między rzekami wody pływającymi po ulicach (buty zamoczyłem, odrobinę wody chyba nawet poczułem na skarpetkach, ale ogólnie i tak nieźle dały radę /w ogóle nieźle dały radę! te wszystkie kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt kilometrów! buty z sieciówki! takie, co do których wszyscy twierdzą, że powinny mi się dawno rozlecieć…). W każdym razie stwierdziłem, że to chyba nigdzie bliżej niż pod Koloseum nie będzie, więc przemierzyłem nazod tą samą drogę… Przynajmniej wtedy już na stacji metra nie było tylu ludzi :P (i zdjęcia Koloseum oświetlonego wieczorem przy okazji porobiłem). Automaty biletowe były jakieś dziwne i się trochę nie mogłem połapać, ale w końcu jakoś bilet 48 godzinny za 12,50€ zakupiłem (był już późny wieczór). Nie byłem jeszcze pewien co ze skasowaniem, bo się naczytałem, że można w autobusie (ale tym nie zamierzałem jechać, przynajmniej na początku), a jak na stacjach to na stacji kolejowej… no przeszedłem przez bramkę metra, ale nie byłem pewien czy to znaczy że skasowany :D alem w końcu doszedł do wniosku że inaczej byłoby chyba bez sensu :P poza tym na bilecie była data zakupu i jakaś inna data 2 dni później, więc uznałem, że skasowany. Ruszyłem metrem w kierunku hotelu i stwierdziłem, że no ok, może mają tylko dwie linie metra, ale może przynajmniej eleganckie, czyste, nowe to metro… alllee nie, jak się jednak na drugi dzień okazało – to tylko zależy od składu :D W każdym razie dojechałem do dworca Termini, bliżej (mojego hotelu) już właściwie metro nie dojeżdża. Ale strasznie nie chciało mi się iść do tego hotelu piechotą… wygrzebałem ich ulotkę i tam pisało niby jakimi autobusami można z dworca dojechać… No niby pisało, tylko że ja nie wiem czy bym wiedział gdzie muszę wysiąść :D i w końcu coś mnie tknęło żeby zerknąć na nawigację i wybrać w niej komunikację miejską. Nigdy wcześniej nie używałem tej funkcji, ale nawet mi wyszukała… co tam że inne autobusy, pokazały się jednak trasy, a po wybraniu którejś, pokazywały się przystanki… pomyślałem że zaryzykuję i posłucham navi, wsiądę w ten autobus, mam przecież bilet nie jednorazowy, w najgorszym wypadku wysiądę na następnym przystanku jeśli zobaczę na navi, że np. jedzie w jakimś zupełnie innym kierunku (bo przecież kierunku autobusów też nie byłem pewien, ciężko przeczytać nazwy dzielnic czy ulic nie znając języka :P mógł np. jechać w drugą stronę). Wsiadłem w… to coś… naprawdę, ale tak starych autobusów to ja nie pamiętam nawet sprzed 10 lat ze śląska XD zastanawiałem się tylko czy ktoś czuwa nad stanem technicznym tych… autobusów… które w czasie jazdy wydawały odgłosy… no głośne bardzo czasem, jakby blacha o blachę z całej siły waliła… Ale nic, dojechał! Bardzo blisko hotelu (bliżej nawet niż te proponowane w ulotce hotelowej), wysiadłem, wróciłem do hotelu wielce zadowolony i dumny z siebie :D no hej – ogarnąłem autobusy w wielkim, obcym mieście! (składam w tym miejscu podziękowania twórcom HERE Maps oraz mojej komórki :D ).

Dzień 4 – poniedziałek 22.10
Z samego rana zaplanowałem udać się do Koloseum i tym razem sumiennie wstałem ;) Już nie pamiętam ale tym razem chyba poszedłem na metro na pieszo (bo autobusy w Rzymie nigdy nie wiadomo kiedy przyjadą). To właśnie wtedy oceniłem, że wygląd metra zależy od składu – wczoraj był piękny, nowy pociąg, dziś… no jakieś obskurne coś (ale autobusów i tak nie przebija! :D ). Potem już łatwo, bo do Koloseum metro akurat podjeżdża i to właśnie ta linia, więc poszło bardzo szybko. W Koloseum kupiłem sobie widokówkę i dwa kalendarzyki (to na prezenty, nie dla mnie, dla siebie kupiłem inny /i jeszcze, dzień wcześniej, taką małą szklaną figurkę, Koloseum „wydłubane” w szkle, za 2€ od jakiegoś handlarza pod tymże, pewnie można było jeszcze taniej ale uważam, że 2€ jest to warte, dla mnie, podobają mi się takie). Ogólnie chodziłem po nim dość długo, przez chwilę posłuchałem nawet jakiegoś gościa co opowiadał po polsku o gladiatorach (może jakiś przewodnik, ale jeśli tak to miał maleńką grupę), bardzo ciekawie opowiadał ale nie odważyłem się zapytać czy mogę się przyłączyć ;) Po wyjściu skierowałem się w kierunku Watykanu – znaczy metrem, po prostu z powrotem na Termini i przesiadka w drugą linię metra – najszybciej i wygodnie. Dalej pieszo dotarłem na plac św. Piotra i… widok tej kolejki do bazyliki totalnie mnie rozwalił… To nie jest po prostu długa kolejka, to jest kolejka, która zakręca przez cały plac… Jest sobie południe, piękny dzień, stoję na środku placu i patrzę na tą kolejkę… patrzę i zastanawiam się czy ja chcę sobie to zrobić – spędzić pół dnia (czy choćby tylko kilka godzin) w tej kolejce… i wyszło mi że nie :D Nie chciałem tak spędzić mojego dnia… Więc odpuściłem i wyszedłem. Aha, wcześniej kupiłem jeszcze kilka widokówek takich „zwykłych” (ta z Koloseum to taka zamykana). Ogólnie w Rzymie widziałem widokówki za 40 i 50 centów, ja kupiłem koło Watykanu za 30 ale potem widziałem gdzieś nawet za 20, więc reasumując: najtańsze widokówki można kupić w Watykanie, ale trzeba szukać, bo droższe też tam są… (te za 20 i 30 to tylko w dwóch miejscach widziałem…). Wychodząc postanowiłem skierować się na lody – adresy różnych (znaczy podobno najlepszych) lodziarni też już obadałem w internecie, bo jak to tak – być we Włoszech i nie zjeść lodów włoskich? ;) Więc wybrałem lodziarnię, która była blisko Watykanu (wybierając te wszystkie jadłodajnie trochę kierowałem się też bliskością od miejsca, w którym akurat byłem) i miały być tam niby duże porcje. Lody wziąłem za 6€ trzy smaki: Oreo, ciasteczkowe (jakby Oreo to nie były ciasteczka :D ja czasem nie myślę) i mix owoców (ten trzeci chciałem taki jak babka przede mną i myślałem że ona właśnie ten mix wzięła, jednak nie, no ale trudno, mój też był smaczny). Cóż mogę powiedzieć… ja to chyba w ogóle nie jestem dobrym krytykiem lodów, gdyż jak dla mnie to nie ma niedobrych lodów :P Wszystkie lody wsunę chętnie (chociaż czekoladowe i orzechowe najmniej chętnie ;) ), a te były… no smaczne były, lecz jeśli to właśnie są prawdziwe włoskie lody, to zapewniam Was: nic, co w Polsce funkcjonuje pod nazwą „lody włoskie” nie jest nawet podobne w smaku ;) A więc te lody włoskie w Rzymie na pewno wielu ludziom będą bardzo smakować… mnie też smakowały ale jednak… no ja wolę chyba lody odrobinę bardziej „maślane” ;D („Eis wie Sahne” w Niemczech smakują mi chyba jednak bardziej :P ). W każdym razie porcja była faktycznie naprawdę duża i w sumie na tym lodzie (pamiętajcie: nic więcej tego dnia nie jadłem, nie było czasu, loda zjadłem krótko po 11:00, a potem, aż do następnego loda około 19:00 nie jadłem nic więcej i byłem syty, dietę lodową tego dnia miałem można by powiedzieć ;D ale serio, lód był ogromny i mnie nasycił, głodu nie czułem btw. to jest jeden z ważnych punktów dla których cenię sobie podróżowanie samotne: chcę to jem, a nie chcę albo mi nie pasuje, albo nie mam czasu, albo mi się nie wpasowuje w plan dnia, to nie jem i nie muszę się dostosowywać do czyjejś potrzeby jedzenia, a co najwyżej tylko do swojej ;) ). Wracając jednak do przedpołudnia – rezygnując z Bazyliki św. Piotra, odwiedziłem całą resztę miejsc, które wcześniej planowałem powciskać w czas wolny i może wtorek: Schody Hiszpańskie, Panteon, jeszcze raz Di Trevi, a potem pojechałem obejrzeć ruiny Circus Maximus i dalej Piramidę Cestiusza (i tu stwierdziłem, że przydała by mi się toaleta, czasem nawet ja muszę sikać ;) pomyślałem że skoro tam jest przystanek, znaczy wręcz nawet dworzec kolejowy, to jakaś toaleta być powinna… poszukałem w necie na komórce, że jest ale nie polecają… ale ja skorzystałem… cóż… to chyba wtedy zdecydowałem, że postaram się jednak o epitezę /ale to temat na później albo w ogóle inną notkę/, znaczy toaleta w zamyśle była spoko – samoczyszcząca… w praktyce woda stała na ziemi, na gumowej wykładzinie, która ją wyścielała nierówno…), stamtąd jeszcze poszedłem obejrzeć (tylko z zewnątrz, i tak były już zamknięte) Termy Karakali… I tam już stwierdziłem, że nie dam rady tą samą drogą wrócić – nie ma mowy (nogi…). Do jakiejkolwiek stacji metra za daleko, znów z pomocą nawigacji w komórce wybrałem autobus (też wydawał te odgłosy jakby się miał rozlecieć lada moment, każdy, dosłownie każdy autobus jakim w tym mieście jechałem był taki), który mnie dowiózł w jakieś bardziej cywilizowane miejsce ;) mianowicie gdzieś w okolice Piazza Navona, bo chyba tam chciałem poszukać kolejnej cukierni/pizzerii („Forno Campo de’ Fiori”) ale nie znalazłem – znaczy była piekarnia (i nic ciekawego w niej, ale może znów ze względu na porę) oraz niby wskazanie, że na sąsiedniej ulicy jest pizzeria… ale nie było albo jestem ślepy ;) ale no pizzerię chyba trudno byłoby przeoczyć… Po tym łażeniu przysiadłem na chwilę na Piazza Navona… i nie mogłem wstać – nogi się pode mną ugięły, taki mnie złapał zakwas w łydkach, szczególnie lewej, że nie mogłem chodzić nie kulejąc… więc grubo – żeby się tak nachodzić, że zakwasy łapią w ciągu dnia, a nie rano dnia następnego to mi się jeszcze chyba nie zdarzyło, a na pewno nie tak, żeby prawie chodzić nie można było… W każdym razie stamtąd udałem się bliżej hotelu, już nie pamiętam czym i jaki plan miałem – chyba stwierdziłem że w sumie to ja nie jestem za specjalnie głodny, w każdym razie chyba dziś nie na pizzę, ale jeszcze jednego loda… I wtedy właśnie wypróbowałem: „Gelateria S.M.Maggiore” (Via Cavour 93A / 95), za 3€ mogłem wybrać dwa smaki, więc wziąłem tiramisu i pistacjowy (nie wiem czemu takie w sumie mało ciekawe smaki, za duży wybór i ciężko coś wybrać ;) ). Oczywiście smaczne, jak to lody ;) A potem już idąc w kierunku hotelu, zupełnie przypadkiem tam w okolicy natrafiłem na supermarket, co ucieszyło mnie niezmiernie, gdyż Cola się kończyła, poza tym chciałem jakieś regionalne coś dobrego może jeszcze zjeść – np. jakieś ciekawe chipsy… a może jakieś słodycze jeszcze przywieźć… i istotnie, kupiłem chipsy limonkowe i jakieś takie ciastka z białym kremem (i Pepsi Light – nie zdecydowałem się na kolejny eksperyment z marką własną sklepu ;) ). W sumie ostatnie lody też znów mnie nasyciły, miałem już nic nie jeść, choć wcześniej chciałem jeszcze te chipsy… i je potem jednak zjadłem po jakimś czasie w hotelu (ostre, po prostu ostrawe – tyle mogę powiedzieć o smaku, chipsy jak chipsy z lekko dziwnym posmakiem ;) ani dobre ani niedobre, można spoko jeść ale nie byłyby moim pierwszym wyborem). Tym razem też w końcu podszedłem do recepcji zapłacić ten podatek (dzień wcześniej z kolei była nie obsadzona, znaczy telewizor grał, więc szef musiał akurat w tym czasie kiedy ja przechodziłem wyjść) i się dowiedziałem, że to w sumie ja bym miał niby problem gdyby mnie policja zatrzymała, ale „skąd miałem wiedzieć” – jak przyznał pan hotelowy.
Spać poszedłem znowu po północy, tym razem kombinowałem przede wszystkim czy zostawić gdzieś bagaż do przechowania, gdzie, za ile…

Dzień 5 – wtorek 23.10
Od rana miałem taki plan żeby jeszcze raz pojechać do Watykanu i zobaczyć czy może tego dnia będzie mi się chciało stać w tej kolejce ;) Ruszyłem autobusem, gdziekolwiek chciałem dojechać, byle bliżej Watykanu, cały czas się wahając czy przesiąść się gdzieś na metro czy jechać tym autobusem do końca… Autobus był w stanie technicznym jak zwykle :D tylko masakrycznie zatłoczony (wiadomo – wtorek rano). Dojechałem chyba w pobliże stacji metra Spagna i stwierdziłem, że co tam – stację metra już widzę, pewnie będzie luźniej, wysiadam i przesiądę się na metro! No i chyba nie tylko ja miałem taki pomysł XD już chyba lepiej było jechać dalej tym autobusem… Ale nic, teraz cisnąłem się w metrze… Koło Watykanu po drodze kupiłem dwa croissanty – już wszystko jedno gdzie, po prostu chciałem zjeść normalne śniadanie. Kupiłem w „Ottavio Pizza e Spaghetti” (Via Ottaviano 53) – widzę że opinie ma okropne, ale moje croissanty (jeden z kremem, czyli z tym czymś jasnym :P t chyba krem waniliowy, oni nazywają „cream” po prostu, a drugi z miodem) były dobre, no przynajmniej mnie smakowały (tyle że 1,50€ za sztukę… to chyba można było taniej), znaczy za chwilę w Watykanie zjadłem tego z kremem (był lepszy), a drugiego wziąłem na później (na drogę powrotną).
Bagażu postanowiłem nigdzie nie zostawiać jednak (tylko z dwóch plecaków zrobić jeden – walizkę /to jeszcze w hotelu zrobiłem/, a w razie potrzeby z niej plecak), bo podobno taki bagaż można zostawić przed wejściem do Bazyliki św Piotra ale właśnie tego nie byłem pewien i głównie z tego powodu wahałem się czy iść tam… A potem jak jeszcze przeczytałem, że kolejki do Bazyliki można sobie oszczędzić jak się idzie do niej zaraz po Muzeach Watykańskich, to postanowiłem obie te atrakcje odpuścić na kiedyś (czyli kiedyś będę musiał tam wrócić ;) ), bo po co czekać 2 razy w kolejce jak można raz (chociaż kto wie kiedy, może dopiero za kilka lat…). Postanowiłem więc znowu trochę pochodzić (pojeździć) po mieście… Wychodząc z Watykanu, wszedłem do kolejnej polecanej lodziarni-cukierni – „Lemongrass” (niedaleko stacji metra Ottaviano, z paragonu mam adres: Via Giulio Cesare 56 i jest to na rogu między tą ulicą a Via Barletta) i kupiłem kolejnego croissanta (za 1,20€! z kremem, bo jak takie polecane miejsce, to chciałem spróbować ;) faktycznie był również smaczny /choć zjadłem go dużo później/, nie mówiąc już o tym że taniej niż w tym nie polecanym miejscu…) oraz lody (za 3€ – smaki chyba dwa wybrałem /nie mogę rozczytać notatek :D / cheesecake, lemongrass cream czyli firmowe, który to smak był z białą czekoladą, cytryną i pralinkami/chrupkami). I w sumie mogę powiedzieć że jeśli ktoś chce i słodycze i lody, tanio, a do tego łatwo dostępne miejsce, do którego łatwo trafić i nie trzeba szukać czy dużo chodzić (przypominam: obok stacji metra), to polecam ten lokal zdecydowanie :) Jednakże czułem pewien niedosyt, że mi się w niedzielę w „Le Levain” nie udało kupić tych słynnych croissantów z nadzieniem pistacjowym… i postanowiłem jeszcze raz spróbować i pojechać tam! ;) Tak też zrobiłem (znów jakiś autobus wyszukała mi navi) i udało się! kupiłem jednego z nadzieniem pistacjowym (1,80€ i drugiego bez niczego 1,30€ – ten drugi na drogę). Następnie chciałem odjechać jeszcze kawałek od centrum, ale już metrem by do czasu odjazdu mojego Flixbusa nie oddalać się już za bardzo od metra, więc postanowiłem dostać się do linii metra… która tam nie dojeżdża, więc najpierw znów autobus albo… tramwaj! wszak tramwaju jeszcze nie wypróbowałem, a dzień wcześniej widziałem je odjeżdżające koło przystanku Circo Massimo (więc wiedziałem, że dojadę na ten właśnie przystanek i dalej już mogę metrem). Wsiadłem w tramwaj… i były całkiem fajne – klimatyzowane! i nie tak obskurne jak autobusy ;) Linią metra odjechałem też nie aż tak daleko, co może trochę zaburzy moją ocenę, ale tam dokąd dojechałem nie było wcale ładniej niż w centrum ;) (mam na myśli takie domy/kamienice mieszkalne). Potem szybki rzut oka na Bazylikę św. Pawła (bardzo szybki, z daleka i z mało ciekawej strony) i wróciłem w stronę centrum. Nie pamiętam już dokładnie, w którym momencie, czy było to wtedy czy może wcześniej, ale gdzieś w okolicy Hiszpańskich schodów, stały sobie babki z lodówkami i dzieliły Colą Zero – za darmo, „próbka” – puszeczka 150ml, to oczywiście też wziąłem :D mnie tam nie trzeba do Coli bez kalorii przekonywać, ale zimna Cola Light/Zero zawsze spoko :D A potem w dalszą drogą. Było mianowicie jeszcze jedno miejsce, w którym bardzo chciałem zjeść: „Pinsere” (Via Flavia, 98), /swoją drogą też dość blisko hotelu/, bo niby to taka trochę inna pizza… Pod gdzieś tam wyżej już zamieszczanym linkiem (ze sknerusy.pl) polecali pinsę/pizzę z cukinią, serem i suszonymi pomidorami i w sumie byłem zdecydowany jej spróbować, bo chciałem tym razem coś nowego i innego niż jem zwykle… tak też zrobiłem, tyle że tam się kupuje to, co akurat mają na ladzie – wybiera się i to zaraz pieką :) wybrałem taką z cukinią… migdałami i czymś tam jeszcze – przyznaję, dziwne połączenie :D ale była świetna! oryginalna, ciekawa w smaku i nic nie psuło tej kompozycji :) Także i to miejsce polecam jako ciekawostkę – pinse są małe ale też nie drogie (zapłaciłem 5,50€, zjadłem na miejscu). Stamtąd już chyba pojechałem na dworzec Tiburtina, znów autobusem więc jednak nie przejechałem się metrem ten ostatni raz ;) A potem zaczęło się poszukiwanie miejsca, z którego odjeżdżają Flixbusy… Bardzo starałem się zapamiętać to miejsce przyjeżdżając, tyle że przyjeżdżają one w trochę inne miejsce… Faktycznie tam przyjeżdżały… i nigdzie indziej ich nie widziałem co wprowadzało we mnie pewien niepokój i chciałem nawet zapytać jakiegoś kierowcy z tych nadjeżdżających skąd oni właściwie odjeżdżają (może też stąd?) Ale potem na jednym ze stanowisk dostrzegłem jakiegoś Flixbusa, więc udałem się w tamtym kierunku. Nie był to mój (z resztą nie był to jeszcze czas), nie byłem nawet pewien czy wszystkie stąd odjeżdżają czy to może tylko jakiś wyjątek (ten był chyba bardziej regionalny) i kiedy zacząłem po necie szukać „skąd odjeżdżają Flixbusy w Rzymie” (naprawdę, jak ludzie mogli żyć bez internetu w kieszeni? Internetu, który można zapytać o wszystko :P gdyby nie to, to już bym chyba dawno zszedł na jakąś nerwicę albo fobię społeczną :D ), nagle obok nadjechał mój! cóż to za szczęście :D więc już o nic nie musiałem pytać ani niczego szukać ;) Grzecznie odstałem w tym tłumie (trzeba przyznać, że dużo ludzi na tej trasie jeździ, były prawie całe pełne w obie strony), zastanawiałem się tylko czy pytać kierowcę czy tym razem też rezerwacja jest tylko na papierze, czy mam szukać swojego miejsca, ale przy wsiadaniu wskazywał każdemu czy na górę czy na dół, ja miałem iść na dół i od razu zauważyłem, że miejsca w ogóle nie są ponumerowane, więc już było jasne, że siadać gdzie wolne. Tym razem wbiłem się od razu pod okno i właściwie większość drogi do Frankfurtu przesiedziałem sam – przeleżałem i przespałem należałoby powiedzieć, nawet mi jakoś tym razem wygodnie było całkowicie się położyć na dwóch siedzeniach i spanie było bardziej efektywne niż w przeciwnym kierunku ;) (to przypuszczam jest jakiś plus bycia niskim – więcej się człowieka mieści w takiej pozycji na siedzeniach :D ).
Podróż minęła w zasadzie bez większych niespodzianek – tylko celnik na przejściu granicznym kiedy opuszczaliśmy Rzym zadawał mi jakieś dziwne pytania ;) Mianowicie: gdzie byłem? (nie, najpierw to było po włosku :D więc mówię: „I don’t understand…”, to przeszedł na angielski), ja na to „we Włoszech” (genialne XD ale jeszcze spałem :D ), „w jakim mieście?” – „W Rzymie”. „Gdzie jadę?” – „Do Frankfurtu”. „Po co? Pracuję w Niemczech?” – „Żyję w Niemczech”. I tyle w sumie, i każdemu chyba zadawał kilka pytań (choć nie tak dużo), tylko nie wiem co go obchodzi co robię w Niemczech, z jego kraju właśnie wyjeżdżam, więc chyba nie jego sprawa ;) ale pewnie był ciekawy po prostu. W każdym razie przez te kontrole znów mieliśmy opóźnienie (i przyjechaliśmy po 14:00 do Frankfurtu, więc na Flixbusa o 14:00 i tak bym nie zdążył).
Aaale zanim o przyjeździe, to nie obyło by się bez TS-owej wstawki… Mianowicie gdzieś pod wieczór, a może i bliżej północy, uświadomiłem sobie, że przez cały dzień nie byłem sikać (sorry za brak delikatności ;) ale to ważne, więc piszę wprost). Ja tak mam, że generalnie mało piję, jak jestem poza domem to jeszcze mniej piję (nie jest to świadome powstrzymywanie się, samo się robi), a tu jeszcze ciepło, człowiek pewnie wypaca, od wyjścia z hotelu po 8:00, przez ponad 12 godzin nie chciało mi się sikać. I dopóki sobie tego nie uświadomiłem, to jeszcze nadal mi się nie chciało, a jak już sobie uświadomiłem, to trochę mnie zaczęło w brzuchu gnieść. Po dłuższej znowu chwili stwierdziłem, że trzeba chyba iść, no bo jak można przez 16 godzin nie sikać… Poszedłem, a ten kibel to prawdziwy koszmar transa – wysoki mi do pół uda – ani nad tym zawisnąć do tyłu ani do przodu :/ Żeby usiąść, trzeba wskoczyć (jak ma się te półtora metra…), ale siadać na publicznym… W takich sytuacjach mam od razu blokadę – nie da się wysikać. Wyszedłem. I te następne kilka godzin to jest taki dyskomfort – coś tam czuje się w pęcherzu, jednak nie na tyle by udało się w każdych warunkach go opróżnić :/ Tak mam, nie jest to przyjemne, wtedy tylko utwierdziłem się w decyzji że trzeba się postarać o epitezę… Po kilku godzinach, jak już mi się trochę bardziej chciało (i jak nastawiłem się trochę bardziej psychicznie), poszedłem jeszcze raz, uzbrojony w chusteczki dezynfekujące itp… Ale powiadam Wam – masakra, przynajmniej te toalety we Flixbusach włoskich.

Dzień 6 – środa 24.10
Jak wspominałem – dojechaliśmy do Frankfurtu z pewnym opóźnieniem. Na dworcu znowu skoczyłem do Rossmanna, obszedłem sklepiki, kupiłem sobie tego wcześniej upatrzonego croissanta marcepanowego (oraz coś w rodzaju bułki/drożdżówki z serem! pierwszy raz trafiłem na coś takiego w Niemczech) i stanąłem w obliczu wielkiego problemu: zjeść ponownie w Burger Kingu (na co miałem większą ochotę), bo mi poprzednio oddała kupony (jakby nie oddała to nie miałbym dylematu, bo bez kuponów nie jem :D ), czy zjeść w Nordsee (jak planowałem od początku, też miałem kupony ;) ). Bez kitu ale jeśli o takie coś chodzi, jestem niestety dość mocno niezdecydowanym człowiekiem i na pewno ze 20 minut się nad tym zastanawiałem kilkukrotnie zmieniając zdanie i chodząc to tu, to tam :P W końcu wybrałem Burger Kinga ale poszedłem na dół (bo nie było kolejki), jednakże kasjerka powiedziała, że tu kuponów niestety nie przyjmują – to się zabrałem i poszedłem na górę… a tam była kolejka, więc stwierdziłem że to znak i zjadłem w Nordsee ;)
Na końcu poszedłem na mój peron… a tam na wyświetlaczu komunikat, że pociąg wypadł – no super! właśnie tego mi jeszcze brakowało… Lecę więc szukać informacji, bo co ja mam właściwie robić?! Bilet kupiłem, to znaczy że czymś pojechać mam prawo, ale czym, jak… Informacja wyglądała tak, że nie byłem pewien czy to informacja, jakaś kolejka, jakieś kasy? wcale nie DB kasy… Ale jakaś baba zapytała po prostu jakiejś pani w koszulce DB, więc ja zaraz dopadłem jakiegoś pana… „Sprawdzimy” – powiedział i podszedł ze mną do automatu biletowego, wyszukał połączenia, potwierdził że pociąg wypadł, wydrukował alternatywne połączenie – IC do Hannoveru i regionalny dalej i: „Ten IC już właściwie powinien odjechać ale ma opóźnienie i jeszcze nie przyjechał, może pan iść do razu na peron.” Ten wydruk wyglądał jak bilet, to nie był bilet, ale wziąłem to, mój bilet i wsiadłem do wskazanego pociągu – ludzi kupa, bo przecież nie tylko ja zamierzałem jechać tym wypadniętym… Staliśmy w przejściu (no ja po chwili usiadłem na podłodze, ładna, wyścielona dywanikiem to można), jeszcze tylko konduktora zapytałem czy mam coś zrobić czy mogę tak jechać, bo to jest mój bilet ale pociąg wypadł. Odpowiedział że wszystko ok, wiedzą, mogę tylko potem też lepiej zgłosić (tzn. w tym drugim pociągu). Potem się jeszcze jakiś facet skarżył, że po raz drugi pociąg wypadł a on ma rezerwację i nie uważa żeby to było w porządku, że znowu musi stać, i czy by się nie dało znaleźć mu jakiegoś miejsca np. w pierwszej klasie. Miejsca się znalazły (dla nas wszystkich), na początku pociągu, to poszedłem tam i faktycznie na początku było luźniej. Co mnie jeszcze martwi zawsze jeśli o pociągi chodzi, to że bagaż trzeba może będzie wrzucać gdzieś nad głowę, co przy moim wzroście nie jest takie proste ;) Ale nie! Tutaj były co kawałek takie półki na bagaż między fotelami, dobre rozwiązanie. Toaleta w pociągu też już była spoko. Wszystko by było fajnie jakby przyjechał planowo, albo chociaż trochę mniejsze opóźnienie miał… bo oczywiście na przesiadkę nie zdążyłem i w Hannoverze musiałem znowu trochę czekać. W rezultacie byłem w domu o godzinę później. W tym regionalnym nic już nawet nikomu nie zgłaszałem (bo uznałem, że mam to gdzieś, to nie moja wina, że mój pociąg nie przyjechał), jak przyszła kontrola, to mówię: „to (bilet) na pociąg który wypadł” i wszystko było ok. Oczywiście przez to opóźnienie do PL też wyjechałem później, ale na rano zdążyłem, więc w sumie wszystko jakoś się poukładało :)

Podsumowanie
Jak już wspominałem – planowanie jedzenia zajęło mi dużo czasu ale żywieniowo jestem bardzo zadowolony, wreszcie wyjazd na którym jadłem! ;) Spróbowałem polecanych rzeczy i pod tym względem jestem usatysfakcjonowany. Czy ogólnie jestem usatysfakcjonowany? Tak, cieszę się, że pojechałem, fajnie było, co bym zmienił? W niedzielę mogłem wstać wcześniej, może wtedy w poniedziałek zaliczyłbym Watykan… z drugiej strony ujęcie czegoś czasowo to jedno, a wytrzymałość własna, to kolejna rzecz – wciąż pamiętam te zakwasy, w sumie nie wiem czy dałbym fizycznie radę 8km muzeum Watykańskiego, więc cóż… będzie trzeba tam kiedyś wrócić :P (a jeszcze Mediolan, Wenecja, Florencja… trochę tego jest, może kiedyś zrobić taką wycieczkę i każdego dnia do kolejnego miasta tym Flixbusem podjeżdżać ;) a może nauczę się polować na tanie loty?).
Przypadkowo ale chyba udało mi się też wybrać dobry czas na podróż do Rzymu – mawiają, że latem jest nie do zniesienia i wierzę w to bez zastrzeżeń skoro pod koniec października było jak w środku lata u nas… Myślę nawet że styczeń-luty, to by też nie był zły czas na podróż do Rzymu…
Z walizki też jestem zadowolony – dała radę, nawet w ten wtorek ciągana po całym mieście…
Co do lodów jeszcze – lody SĄ bardzo smaczne. Ale czy najlepsze na świecie to bym polemizował ;)
Co do samego miasta… widziałem opinie jak ktoś tam się w Rzymie zakochał, że to takie piękne miasto… hmm… serio nie wiem jakich kryteriów ludzie używają do oceny piękna jakiegoś miasta (wioski, miejscowości…), jeśli zabytków i ilości miejsc wartych zobaczenia – to tak, Rzym przebija raczej nawet Paryż! Faktycznie jest co kawałek coś ciekawego, no i Koloseum, te wszystkie ruiny – to ma tysiące lat i to robi wrażenie… Ale… ja używam trochę innych kryteriów, bo nikt w Rzymie nie mieszka w zabytkach ;) Ja oglądam domy mieszkalne i zastanawiam się czy chciałbym codziennie do tego miejsca wracać, spać w nim, czy chciałbym uważać je za dom i co myślę o jego estetyce, czystości… No i… nie, Rzym to nie jest miejsce, w którym chciałbym mieszkać, bardzo, bardzo źle bym się czuł w takim brzydkim otoczeniu (a może i gdzieś jest ładniej, gdzieś dalej od centrum… ale to bardzo dalej chyba, bo lekko dalej również nie jest…), zaśmieconym, brudnym, zdawałoby się, że zaniedbanym wręcz…

Jeszcze koszty:
127,87€ – podróż w obie strony
125€ – hotel
12€ – bilet do Koloseum/Forum Romanum
12,50€ – bilet 24h na komunikację miejską
7,20€ – pamiątki
44,10€ – jedzenie (typu pizza, lody, croissanty)
7,47€ – supermarkety (czyli jedzenie typu „z supermarketu” ;) napoje itp.)
= 336,14€
nie liczę wydatków w Niemczech… chociaż no dobra, 2×1,19€ za Colę może powinienem, bo w domu bym takiej nie kupił (tylko dużo tańszą :D ) i toalety oraz turystyczna pianka do golenia (bo tych wydatków też bym nie miał gdyby nie wyjazd), czyli + 1,70€, a no i jeszcze internet na komórkę o 4€ droższy niż zwykle. Te drobne wydatki razem: 8,08€
Łączny koszt wyjazdu: 344,22€ – ja sobie planowałem max 500€ wydać, udało się o ponad 150€ taniej! i to bez specjalnego oszczędzania (hotel robi różnicę… więc to dobra recepta: pojedynczy pokój z łazienką ale jednak jak najtaniej, bo fajnie jest może w pięknych wnętrzach spać, ale to nie jest aż takie ważne żeby warto było przepłacać). To super, można planować kolejny wyjazd :D Bo planuję 2 tygodniowy urlop, myślałem żeby pojechać/polecieć w jakieś ciepłe miejsce około lutego… ale trochę się napaliłem na zwiedzanie, więc może po prostu do Grecji? :P Pomyślę ;)

Relację pisałem kilka dni, przyłożyłem się i myślę, że zamieściłem tu prawie wszystko… może tym razem nie będzie już konieczności edytować i dopisywać ;) Zamieszczę jeszcze tylko sobie kilka linków, nie nie wszystkie podałem w opisie (np. strony, na których szukałem polecanych lodziarni), a chcę mieć, zresztą może kiedyś się jeszcze przydadzą (skoro i tak muszę jeszcze kiedyś pojechać do Watykanu :D ).
Rzym i Watykan (wypisane ciekawe miejsca)
Przewodnik po Rzymie (jakieś dziwne tłumaczenie ale dobra lista)
Komunikacja w Rzymie (i różne mapy)
Lody w Rzymie
Pizze mojego życia

Za kilka dni dodam zdjęcia, zrobiłem ich około 700… ale widzę duużo powtórzeń i duużo selfie – to nie jest konieczne, wywalę :D

Edit: wyżej wspomniane zdjęcia. Kolejno: Fontanna di Trevi, Zamek Świętego Anioła, artysta malujący obrazy spray’em (najbardziej podobał mi się ten na samym dole), pierwsza pizza :) , Koloseum, Forum Romanum (dwa zdjęcia), Koloseum nocą, Koloseum od środka, Plac Św. Piotra z Bazyliką, te pierwsze lody – kupione koło Watykanu :) , Schody Hiszpańskie, Panteon, Panteon od środka, zakupy w supermarkecie ;) , croissant z nadzieniem pistacjowym ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.