Praga, Legoland, Bawaria i Saksonia… (24.02, 7-8.06, 18-21.08)

Chciałem opisać ostatnią wycieczkę, ale sobie uświadomiłem, że nie opisałem przedostatniej i jeszcze wcześniejszej :P Także niestety będzie to notka zbiorcza, z trzech wyjazdów tegorocznych (czyli pewnie wszystkich tegorocznych, bo więcej nie planuję, no chyyba że coś wypadnie, to ja na wycieczkę zawsze chętny ;) ). No ale nie będę niepotrzebnie przedłużać, bo ostatni wyjazd i tak szeroko opisałem.

Ale zacznijmy od 24.02.2019 – Praga
Zimą bardzo chciałem się gdzieś wybrać, ale w końcu organizacja mi jakoś nie wyszła, a to jakiś wyjazd (a może Dubaj, a może Ateny…) mi uciekł, a to cośtam jeszcze i w końcu na dłużej nie pojechałem nigdzie, więc pojechałem na jeden dzień gdzieś, gdzie było w miarę blisko ;) Po drodze wiadomo – winieta do kupienia, droga taka sobie (bo po Polsce średnio) ale jakoś poszło (choć w drodze powrotnej już zmęczony byłem bardzo). Z listy parkingów P+R wybrałem „Letňany” bo był najbliżej zewnętrznej części miasta, a jednocześnie też chyba najbliżej stacji metra. Zakup biletu nie był wcale taki prosty, ale w końcu jakiś facet z obsługi jakoś na migi nam pomógł. A potem też jakoś łamanym językiem poszło kupno biletów na komunikację (czemu nie mogłem kupić a w automacie – nie pamiętam, albo nie miałem odpowiedniej waluty albo też nie rozumiałem o co tam chodzi).
Było bardzo zimno tego dnia, dlatego zwiedzanie nie było aż tak fajne, ale sama Praga mnie dość zaskoczyła – że jednak jest tak ciekawa, bo słyszałem opinie, że taka sobie. Nie zdecydowałem się jednak na żaden regionalny obiad ;) a jedynie na deser – Trdelnik (tak, wiem że to słowackie ;) ) iii było to pyszne! Zdecydowanie TOP-ileś w moim prywatnym rankingu słodyczy :P

7-8.06.2019 – Legoland Billund i Lego House
Chciałem pojechać do tego „oryginalnego”, pierwszego Legolandu i tak też zrobiłem ;) Tu się jednak nie będę rozpisywać, bo tak jakoś nie mam wiele do powiedzenia, chociaż było bardzo fajnie! Tego 7.06 byłem w Legolandzie, potem nocleg w pobliskim miasteczku Vajle (bo tam był hotel o najlepszym stosunku ceny do wyglądu, a ja na wyjazdach staram się szukać hotelu, który byłby jak najtańszy – wiadomo, ale jednocześnie nie strasznie straroświecko-brzydki ;) no i żeby miał parking), przy okazji wieczorem dnia pierwszego w tym miasteczku zobaczyłem „falujący” blok (blok mieszkalny w kształcie fali), a drugiego dnia rano ulicę z parasolkami. I drugi dzień to także był Lego House, który podobał mi się chyba nawet bardziej niż sam Legoland, bo Legoland to park rozrywki i jak to parki rozrywki – w dużej mierze dla dzieci, a Lego House… no też dla dzieci ;) ale to też muzeum itp. Podobały mi się „zadania” do wykonania, jak np. zbudowanie rybki, kwiatka, ludzika – noo i z tymi ludzikami to zapoczątkowało moją nową pasję :D A mianowicie odkryłem, że nie trzeba pisać (sex-fica ;) ), nie trzeba rysować (co jest zwłaszcza plusem jak się nie umie XD), a wystarczy dobierać akcesoria ludzikom Lego i też można sobie zbudować dla siebie świat :) Więc jako „pamiątkę” przywiozłem sobie dwóch Lego facetów z córeczką :D (a potem od tego czasu dokupiłem jeszcze trochę akcesoriów i moja rodzinka się rozrasta :P wzbogaciła się o małe dziecko i chomika ;) ). Ludziki jakby co, to bardziej opłaca się kupić właśnie w Lego House niż w Legolandzie (bo można kupić 3 dowolnie złożone za 60 koron, w Legolandzie było sporo drożej). Aczkolwiek muszę przyznać, że to nie jest takie tanie hobby – taki niemowlak czy wózek dla niego, to wydatek kilkunastu złotych za każde (np. na Allegro). Za to przynajmniej są to rzeczy, które praktycznie nie tracą na wartości i zawsze można odsprzedać za jakieś pieniądze.
Także wycieczka była fajna, polecam nie tylko dzieciom ;)

No i teeeraz dochodzimy do mojego letniego urlopu, na którego początek zaplanowałem wycieczkę po Niemczech. Tu opis będzie znacznie dłuższy, bo opisywałem wszystko na bieżąco. A więc:

18-21.08.2019 – Neuschwanstein, Highline179, Zugspitze (a raczej Eibsee), Monachium, Dachau, Bastei
Do Neuschwanstein, który był moim pierwszym celem miałem prawie cały kraj do przejechania, dlatego zaplanowałem drogę na sobotę 17.08 po pracy, tak aby od rana w niedzielę zwiedzać (tzn. aby zajechać w nocy, przespać się w samochodzie i zwiedzać). Z domu jednak dość późno wyjechałem… i jechałem… i jechałem… i jechaaaałem… nie było specjalnie korków (choć aż tak pusto też nie było, zwłaszcza przy większych miastach), tylko ja tak jakoś wolno jechałem – uważnie, bo nowa trasa, a ja dość szybko i zmęczenie odczułem ale może około 120km a może trochę później zatrzymałem się, byłem sikać (jeszcze mi się aż tak nie chciało, ale te fajne toalety z pojedynczymi unisex kabinami, to uznałem że trzeba na zapas :D choć potem się okazało, że na południu te toalety są powszechne także fajnie #transprzyjazne ;) szkoda że na A2 takich nie ma). W każdym razie po tej przerwie i prawie całą drogę czułem się dobrze, bez senności itp., nawet się martwiłem, że może na miejscu nie zasnę ale jednak na ostatnie ze 120km senność powróciła. Było między 3:00 a 4:00 jak dojechałem może 50 czy 60km od celu, na parkingu się przespałem. W ogóle jak tak jechałem całą drogę to myślałem nawet żeby zmienić plany żeby np. w niedzielę Monachium, w poniedziałek z hotelu od rana pojechać na zamek, a we wtorek Dachau (albo poniedziałek Dachau, a wtorek zamek i góry) i już nawet miałem tak zrobić… ale przypomniałem sobie, że to w niedzielę ma być ciepło i pogoda, a potem może być różnie, więc pozostałem przy Neuschwanstein (głównie chodziło mi o nocleg, bo wybrałem taki nie do końca hotel i recepcja była otwarta krócej, a ja chciałem klucze odebrać osobiście /inaczej zostawiają w skrytce/ i zapytać czy ten parking będzie na pewno i czy hasło do wifi jest w pokoju, no ale ostatecznie pomyślałem, że z takich powodów nie będę zmieniał moich planów i może zdążę przyjechać, a jak nie to zadzwonię i zapytam).
A jeśli chodzi o góry, to pagórki widać już za Hannoverem właściwie :) potem znikają i potem to nie wiem, bo się ściemniło ;) W każdym razie jeżdżenie po tym terenie do przyjemnych nie należy – w górę i z góry… gdzie pod górę samochód nie dawał rady i nie wiem czy to normalne czy coś mu jest (chociaż w sumie nie tylko mój nie dawał, więc może to normalne że ma taką małą moc przy wjeździe pod górę :P ). W drodze gdzieś tam był zamknięty fragment autostrady… (w okolicy Würzburga) albo tylko ja tak zrozumiałem :P w każdym razie pojechałem na objazd i starałem się jechać za innymi dopóki sobie nie uwiadomiłem, że oni mogą do samego Würzburga jechać ;) to już potem za nawigacją się kierowałem. Zrobiłem przez to 15-20km więcej, no ale przez ogólną wolną jazdę samochód mi i tak ekstremalnie mało spalił (5,7l na 100km pokazywał komputer pokładowy, nie wiem czy kiedykolwiek udało mi się osiągnąć tak niskie spalanie na autostradzie :D ), więc zatankowałem dopiero po przejechanych pełnych 600km, za to musiałem drogo zatankować, bo tam było paliwo za 1,71€…
Na parkingu spało mi się dobrze (mimo, że stanąłem na wprost jakiejś restauracji i ludzie tam łazili), zasłoniłem się z trzech stron takimi moimi zasłonkami przeciwsłonecznymi na okna, położyłem się z tyłu i było wszystko fajnie. Tak mi się dobrze spało, że zamiast 1,5h, spałem 3 czy nawet jeszcze dłużej, bo parę razy dawałem drzemkę :D Po wstaniu (18.08) ruszyłem dalej do celu. Na miejscu droga wcale nie prowadziła tak jak w nawigacji, tzn. ona była ale chyba zamknięta dla kierowców, wjechałem więc gdzieś na bok i się wpakowałem na płatny (7€…) parking, cofnąć się nawet nie za bardzo dało, więc się trochę rozzłościłem, bo nie zamierzałem tam za długo zostawać, a tu od razu 7€… no ale nic, była godzina 8:00 rano, wcześniej po przebudzeniu na parkingu zjadłem jeden jogurt, więc głodny też jeszcze nie byłem, ruszyłem pod zamek. Dotarłem, widok był kiepski ale ruszyłem dalej i okazało się, że najlepszy widok na zamek jest z Marienbrücke, nie było to daleko, więc dotarłem i tam. Trochę ludzi już było (faktycznie większość Azjatów ;) ), ale nie do porównania z tym co się działo później (o tym zaraz), porobiłem zdjęcia itp. i przeszedłem przez most (może i on jest stalowy ale wyłożony dechami, które się trzęsą i wibrują dosyć jak się po nim chodzi – nie przepadam za takimi atrakcjami :D ale widok rzeczywiście stąd był odpowiedni ;) ) i tak myślę sobie: o, tu jest jakaś ścieżka, zobaczę gdzie ona prowadzi. I szedłem, i szedłem, i szedłem… momentami wąsko, momentami stromo (pisało, że zimą jest ona nieczynna i żeby nie schodzić ze szlaku bo niebezpieczne itp.), no to był po prostu szlak prowadzący na górę, ludzie tam w butach górskich i z kijami szli (a ja w rozklapanych adidasach :D ), momentami trzeba się było wręcz wspiąć (w pierwszym takim miejscu zawahałem się czy to naprawdę tędy ta ścieżka prowadzi :D ale jacyśtam ludzie szli za mną, wyprzedzili mnie i tak weszli, więc też poszedłem), a im wyżej wchodziłem, tym bardziej szkoda było zawrócić :D I wyszło na to że się po prostu wspiąłem na jakąś górę obok zamku, wszedłem o wiele wyżej niż zamek, stanąłem nawet na szczycie (tam już nie było ścieżki „oficjalnej”, ale to był tylko kawałek i inni też wydeptali, więc się wspiąłem :P ), potem poszedłem jeszcze kawałek, ale nie wiem – albo ta ścieżka prowadziła na kolejną górę albo w dół po drugiej stronie tej góry, ale nie chciałem tego sprawdzać ;) i tak mi wspinanie się zajęło więcej czasu niż planowałem, ale w sumie to było fajne i nie żałuję i wtedy też pomyślałem, że no ok – jak tak, to bilet parkingowy się jednak opłacił :D Wejście zajęło mi do 10:40, a zejście kolejną godzinę (nie było wcale prościej niż wejść… owszem, lżej było ale i niebezpiecznie w tych adidasach… łatwo było można poślizgnąć się na kamieniach, a na stromiznach trzeba było ostrożnie schodzić tyłem, a na większych „schodkach” kucałem żeby nie obciążać nóg w kostkach (za to takie kucanie chyba obciąża kolana, bo mnie potem aż zaczęły boleć…). Widoki za to rzeczywiście piękne (byłem nawet sporo powyżej zamku, więc odpuściłem pomysł żeby pojechać jeszcze gdzieś z oddali zrobić mu zdjęcia, bo zrobiłem z góry – też fajnie, a może i lepiej). Wróciłem do samochodu, zjadłem śniadanie dopiero wtedy :P zimne to wszystko „w lodówce” mojej podróżnej już nie było ale jeszcze nie gorące chociaż już lekko ciepłe ;) (dla niezorientowanych: z nieba lał się żar tego dnia). Aha, jeszcze w drodze powrotnej okazało się, że teraz na wejście na ten most oczekuje OGROMNA kolejka ludzi (chyba największa jaką w życiu widziałem :D większa nawet niż do Luwru czy na Wieżę Eiffla :D ), całe szczęście, że ja dotarłem tam wcześniej, jeszcze przed tymi tłumami, także czasowo mi się super udało (i gdybyście się kiedyś tam wybierali, to też Wam tak polecam, kolejka w południe była naprawdę ekstremalna…), choć nie miałem pojęcia że to tak może wyglądać (ani że to tam jest najlepszy widok na zamek).
Przed wyjazdem kolejna atrakcja – automaty parkingowe się popsuły i obsługa próbowała naprawić a sznureczek ludzi stał i się niecierpliwił :D (aha – jeszcze w drodze na parking kupiłem sobie dwie widokówki – ależ to miłe uczucie, kiedy możesz ze sprzedawczynią normalnie porozmawiać /w odróżnieniu do innych kupujących/, a nie jak w Paryżu czy Rzymie :D z tego powodu to akurat dobrze się zwiedza Niemcy :D ). Wyjazd był następnym koszmarkiem – wszędzie pełno ludzi, łażą w każdą stronę, po ulicy bo i chodnika tam za bardzo nie ma. Między nimi jeszcze jakieś bryczki, a potem z lewej sznur samochodów w jakąś jeszcze inną stronę… To co mi nawigacja pokazywała (że na lewo właśnie), to nie byłem pewien czy tak mogę, ale jakiś autobus pojechał, to pomyślałem że pewnie mogę za nim i tak odjechałem około 12:00 a może trochę później nawet. Gorąco było niemożliwie, ze 40 stopni jak dla mnie :D (jakbym nie miał klimatyzacji to nie wiem… z resztą przy takiej temperaturze, to i klimatyzacja nie schłodzi jakoś mocno /przynajmniej moja/ ale zawsze coś), w tym upale wspinanie się i schodzenie z góry też było dodatkowo utrudnione ;)
Ruszyłem w kierunku Austrii na ten stalowy most wiszący – Highline179 (ale nie bardzo chciałem wchodzić na niego, bo już mi wystarczyło tego mostu widokowego koło zamku ;) ale chciałem po prostu z bliska go zobaczyć). Droga tam to był pierwszy korek – woooolno się przesuwaliśmy, te 20km jakbym o wiele więcej przejechał. No ale przynajmniej się posuwaliśmy… (a z górki puszczałem samochód po prostu na luzie i sam się toczył – to plus jazdy w górach ;) ). Na miejscu kolejny parking za 4€… (no ale ok – na utrzymanie tego miejsca podobno, więc niech im będzie), tym razem udało się nawet miejsce częściowo w cieniu znaleźć (ale on się potem przesunął i większość samochodu i tak poza cieniem była). Tam też trzeba było kawałek wejść do tego mostu. Wszedłem, obejrzałem go sobie i trochę mi czasu zajęło zastanowienie się czy wejść na niego :D On robi o wiele straszniejsze wrażenie na żywo (zwłaszcza jak się z dołu, z parkingu spogląda w górę na niego :P ) niż w internecie. Tak więc wchodzić za bardzo nie chciałem :D ale pomyślałem, że głupio jednak przyjechać aż tu i nie wejść :D więc kupiłem bilet w automacie na górze i poszedłem. Cóż… most jest rzeczywiście wiszący i trzęsie się – nie jakoś mocno, ale na tyle, że mnie było ciężko utrzymać równowagę – całą drogę trzymałem się ręką barierki :P innym ludziom to jakoś sprawniej szło, za wyjątkiem kilkorga, którzy też się trzymali kurczowo i zastanawiali czy iść dalej ;) jedna babka się nawet wróciła, w sumie ja też uszedłem kawałek i myślę sobie, że mi to chyba wystarczy, no jestem na tym moście, to mogę wracać :D (mimo że bilet uprawniał do przejścia całego i powrotu) ale spojrzałem do tyłu i do przodu i okazało się, że przeszedłem dopiero malutki kawałek, nawet nie 1/4 choć mi się wydawało, że idę i idę :D No to ruszyłem dalej i w końcu przeszedłem cały (no i wrócić też niestety musiałem ;) bo inna droga byłaby za długa), jeden plus jest taki, że przynajmniej tam wiało, więc było przyjemniej niż w upale na dole ;) i to jedyny plus :D Nie no, da się przeżyć to przejście ale nie jest to jakieś doświadczenie, które chciałbym powtórzyć :D Ale jak mówię – miałem poczucie braku równowagi, facet stał i zdjęcia z mostu robił, ja zrobiłem kilka jedną ręką, nie byłem w stanie puścić się obiema na tak długo żeby zrobić zdjęcie… (może mam coś z poczuciem równowagi?) Swoją drogą paradoksalnie gorzej było jak nikogo innego obok mnie na moście nie było akurat w odległości kilku metrów – mostem chyba bardziej kołysało :P Chociaż jak ludzie mocno stąpali, to też było średnio ;) najlepiej mi się szło za kimś, kto szedł równomiernie, ale to że szli np. blisko przede mną ludzie jakoś „stabilizowało” ten most i nie odczuwałem aż tak tego kołysania.
Potem ruszyłem do ostatniego widoczku… (czyli Zugspitze przy Eibsee) i jak tak jechałem i jechałem, to też myślałem żeby dać sobie spokój, no bo w drodze parę razy zatrzymałem się i tej górze zrobiłem zdjęcia, tylko nie znad jeziora :P ale sama góra miała już fotki, więc mogłem w sumie ruszać do Monachium. Ale jednak się uparłem… Tam kolejny parking – 5€ ale nie stanąłem :D znaczy nawet już miałem wjechać ale źle pojechałem, więc wróciłem się kawałek i stanąłem za darmo w większej odległości tam gdzie ludzie też stawali. Znów na pieszo ruszyłem nad jezioro… ale jednak żeby mieć najładniejszy widok, to trzeba by przejść spory kawałek na około jeziora, więc to już sobie odpuściłem… Tak więc zaliczyłem wszystko poza tym (tzn. te trzy miejsca), no i jeszcze więcej bo wspinaczka w tym pierwszym była nieplanowana ;)
Droga do Monachium była istnym koszmarem… Najpierw już prosta droga od jeziorka się korkowała (no tak, miałem ładną pogodę… ale przecież nie tylko ja, bo także te chyba z tysiące innych ludzi :D ). Oczywiście był to jeden pas i my z niego łączyliśmy się z tymi z lewej, którzy nadjeżdżali od strony Austrii (jak ja wcześniej), bo oni jechali prosto, a my na nasze prawo. To była masakra – 30m podjechałem, 5 minut stałem bez ruchu – i tak w kółko (zacząłem książkę na komórce czytać, bo co tu robić), bez przesady powiem, że odcinek 1,6km zajął mi 40 minut, a może i z godzinę :/ Po drodze też znów kilka zdjęć zrobiłem i mam taki pierwszy wniosek… Bawaria wcale nie jest ładna :D Moim zdaniem te miasteczka były o wiele brzydsze niż nasze na północy :P Ale chyba wiem o co ludziom chodzi – faktycznie sporo domów ma drewniane balkony (i na nich kwiaty), w ogóle te ozdobne drewniane ornamenty – to się chyba tak ludziom podoba. A jak dla mnie to wygląda jak skansen :D więc owszem – fajnie to obejrzeć ale mieszkać to bym tak nie chciał :D (zdarzają się też oczywiście nowoczesne budynki, ale dużo jest tych takich niezbyt). Ale widoki są piękne rzeczywiście, i to takie przejeżdżanie zaraz obok gór/skał – też fajne :)
Potem zadzwoniłem w sprawie noclegu, bo już wiedziałem, że nie zdążę. Tzn. oni wiedzieli, że może przyjadę później ale chciałem dopytać o te inne rzeczy i skoro wiem że nie zdążę, to gdzie mam przyjechać (ale i tak kazali do głównej siedziby do skrytki na klucz), a hasło miałem dostać przed zamknięciem recepcji, która niby do 20:00 działa. Jak do 20:00 nie dostałem, ani nawet do 21:00 to już zacząłem sobie wyobrażać, że będę im spał w samochodzie pod siedzibą :D a do toalety pójdę do McDonald’s czy gdzieś :D No ale przed 22:00 dostałem hasło.
Wracając jeszcze do drogi – zanim jeszcze wjechałem na autostradę do Monachium, już był korek, niektórzy wycofywali, mrugali nam światłami, też wycofałem… tylko nie wiedziałem jak wybrać inną drogę. W końcu ustawiłem na pożyczonej nawigacji (mnie się złamał w drodze uchwyt, więc dobrze że w ogóle miałem drugą nawigację) trasę, która niby miała omijać autostrady (a na swojej zerkałem na teren szerzej, ja nie mam opcji omijania autostrad, albo jeszcze jej nie znalazłem, u siebie najczęściej wybieram po prostu jakieś małe miasteczko wtedy), ale wydawało mi się, że też na jakąś prowadzi, ale chyba jednak nie prowadziła, tylko można było jakoś obok jechać – ale tam się i tak też korkowało :/ więc ustawiłem z powrotem te autostrady i potem mnie wyprowadziła chyba na inną i jakoś poszło (ale zanim się ona zaczęła to też znowu postałem w tym korku trochę :/ ). Dojechałem chwilę po 22:00. Tam gdzie główna siedziba mojej „noclegowni” nie było wolnego miejsca parkingowego, ale na tą chwilę zostałem na podjeździe. Chwilę szukałem skrytki :D a ona wisiała przy drzwiach – jak skrzynka pocztowa, ale ja nie obeznany to skąd miałem wiedzieć ;) Mój pokój był pod inym adresem, więc znowu kawałek musiałem podjechać. Tam było dużo miejsca do zaparkowania, ale w budynku się zgubiłem :D Tzn. dostałem tylko jeden klucz, więc się akurat domyśliłem, że pewnie każdy klucz otwiera drzwi główne i tak było – otworzył. Ale potem nie mogłem znaleźć pokoju :D Niby miał być na pierwszym piętrze, wchodzę na jakieś schodki, a tam tylko pokój „96L” i „96 DL i klucz nie pasuje, więc wróciłem i wtedy pomyślałem, że to chyba tylko jakieś półpiętro, a mój pokój jest na piętrze a do schodów trzeba w ogóle kawałek korytarzem przejść, trafiłem ;) Ogólnie jest nie tak ładnie jak na zdjęciach :D nie no, ogólnie jest czysto i zadbanie, tylko skromnie. W każdym razie jak już dotarłem, to ręce dwa razy myłem, takie były paskudne po całym dniu niemycia (i tym kurczowym trzymaniu się barierki mostu wiszącego ;) ).
Spać się położyłem około 1:00 chyba, więc porzuciłem pomysł wstawania o 8:00, ale w planie było tylko Monachium, to aż tyle do zaliczania nie było, ustawiłem budzik na 10:00 (z planem że nawet jak wyjdę o 12:00 na miasto to też będzie ok).

No więc w poniedziałek 19.08 spałem do tej 8:30 mniej-więcej, ale do miasta i tak dopiero po 10:00 ruszyłem. No i co tu opisywać… bilet kupiłem w automacie na stacji S-Bahn, pojechałem do jednego z wypisanych sklepów – tego z tradycyjnymi wypiekami (Cafe Frischhut) ale szczerze mówiąc nic specjalnie mi apetycznie nie wyglądało na wystawie :D ale wszedłem i kupiłem to samo co facet przede mną, bo jednak lepiej wyglądało (choć to też coś z wystawy, tylko widać ten egzemplarz na wystawie mi smakowicie nie wyglądał :D ), to było „Schmalznudel” i było smaczne tylko mało :P więc kupiłem jeszcze precla serowego ale szybko pożałowałem, bo w sumie przecież chciałem zjeść innego takiego precla też tradycyjnego regionalnego – był suchy ale wielki :P (ale postanowiłem kupić go po południu i mieć na kolację lub śniadanie następnego dnia). Potem pochodziłem po mieście, pozwiedzałem, pojeździłem komunikacją ;) w końcu pojechałem na lody do kolejnego spisanego sklepu (lodziarni): Der Verrückte Eismacher– 3 gałki za 5€, a wybrałem smaki jakiegoś alkoholu, jakiegoś bawarskiego kremu z czymśtam i truskawkowe z chilli, a na łyżeczkę mogłem do spróbowania wziąć czwarty więc wziąłem białą brzoskwinię z limonką. No i tak: bawarski krem był najlepszy, truskawka z chilli, bo to taka truskawka po prostu z lekko innym posmakiem :P brzoskwinia z limonką też smaczna, ale ten alkoholowy to niezbyt, bo smakował jak mrożone piwo a do lodów mi taki smak jakoś nie pasuje :D No ale fajnie było oryginalne lody zjeść. Poza tym zwiedziłem park, wróciłem na główny plac na przedstawienie na wieży zegarowej (czyli około 17:00), kupiłem 2 widokówki no i kupiłem tego wielkiego precla i po przedstawieniu wjechałem jeszcze na punkt widokowy na wieży ratusza (4€). Potem postanowiłem wrócić do hotelu odpocząć, przespać się, a potem jeszcze wyjść na kolację. Ze spania nic nie wyszło, bo z mamą pogadałem, obejrzałem coś na komputerze itp. ;) i około 21:00 wybrałem się na kolację do kolejnego wybranego wcześniej lokalu – Keisergarten na ten Kaiserschmarrn. Mało było ludzi, o dziwo, bo wszędzie w internecie tak straszą, że tam zawsze pełno ;) Usiadłem na dworze, ale szybko trzeba było uciekać do środka, bo się rozpadało. Kelnerka zapytała czy może chcę podwójną porcję, bo jedna to taka mała patelnia. No myślę sobie że mała patelnia za 8€ to trochę słabo ;) no ale byłem głodny, więc wziąłem podwójną, ale jak przyniosła to… to byłem pełny po połowie, więc w sumie połowa by wystarczyła i to wcale nie byłoby tak mało :P (może mała patelnia ale kopiata ;) bo ta podwójna też była kopiata) i cóż mogę rzec… no bardzo dobre danie (choć tłuste okropnie :D ta wersja którą czasem mam w pracy jest zupełnie inna, ale też mi smakuje, więc nie potrafię powiedzieć która jest lepsza), ale nie dałem rady zjeść całego, tyle tego było. Od połowy już było ciężko :D ale szkoda zostawiać, więc jednak prawie wszystko wcisnąłem jedząc powoli ;) trochę tylko zostawiłem, ale i tak chyba z 2 tyś kalorii to miało :D (więc potem zrobiłem sobie głodówkę :D ). Wróciłem znów dość późno, poszedłem spać i spałem też tak jakoś do 8:30-9:00.

We wtorek 20.08 już padało właściwie cały dzień, no ale to nie aż taki problem, bo Dachau nie musi dobrze wychodzić na zdjęciach. Dojechałem do tego muzeum chociaż nawigacja do końca mnie nie prowadziła, tylko do ulicy, ale z małym pobłądzeniem trafiłem ;) No i tak – tak jak pisze na stronie, parking koło muzeum był zamknięty (chociaż chyba nie całkiem, bo tam jakieś samochody stały ale jak oni tam wjechali to nie mam pojęcia), ale wzdłuż terenu muzeum przy ulicy były również miejsca parkingowe, wyrysowane nawet, więc po prostu stanąłem jako jeden z kolejnych samochodów. Stamtąd trzeba było niezły kawałek iść no ale co robić. Zapłaciłem 3,50€ za oprowadzenie, bo o 12:00 miało być ale pomyślałem że jeszcze zapytam o ten parking, bo wszędzie pisze, że jest płatny tzn. najpierw myślałem, że płatny jest tylko ten oficjalny parking muzeum, na który nie wiedziałem jak wjechać i który był w remoncie no i w sumie ludzie tam gdzie ja stałem też nie mieli żadnych biletów ani nic, ale potem w ulotce przeczytałem, że parking płatny jest na ulicy tam gdzie ja stałem i mnie tknęło, że może jednak ten „mój” też trzeba opłacić, więc się wróciłem do informacji i pytam o parking a ona, że no niestety nie mają i tak chyba nie do końca mnie zrozumiała z jakąś drugą się zaczęły zastanawiać czy można tam przy ulicy stać (chociaż powiedziałem, że miejsca parkingowe są tam wyznaczone) i doszły do wniosku, że można ale zalecają ostrożność, no ale o opłacie nic nie mówiły, więc się upewniłem że płatny nie jest (a w ulotce pewnie chodziło o ten drugi zamknięty – pewnie on też w sumie jest przy tej ulicy :P ). Oprowadzanie miało trwać 2-2,5h, a trwało 3 ale przewodnik widać było, że bardzo jest kontaktowy i chętnie to robi (bo właśnie nie skrócił na siłę żeby tylko swoje odwalić ale chętnie rozmawiał z ludźmi itp.), no ale w sumie to dla mnie wielu jakichś nowości nie powiedział, to było raczej dla ludzi bardziej zielonych ;) Oprowadził szybko po głównym budynku muzeum, trochę wolniej po bunkrze, potem na koniec terenu do krematorium i na końcu do baraku znów bliżej bramy głównej. A po oprowadzaniu sam jeszcze oczywiście wróciłem do budynku głównego, bo tam była największa wystawa (bunkier, barak i krematorium postarałem się zwiedzić jak chodziliśmy z przewodnikiem, żeby się już nie wracać, bo wiedziałem że mogę nie zdążyć, niestety zamykali już o 17:00). Przyznam szczerze, że jak na muzeum najpierwszego obozu koncentracyjnego, to ekspozycja jest skromniejsza niż się spodziewałem (ale i tak mógłbym spędzić tam i z miesiąc jakbym chciał wszystko przeczytać ;) ). Najbardziej zainteresowały mnie propagandowe artykuły z gazet z lat trzydziestych, ale jako że pisane prawie wszystkie były gotykiem, to zrobiłem trochę zdjęć żeby w domu poczytać, bo tam zajęłoby mi to za dużo czasu (a i tak za dużo już zajęło :P ), no i może po tych zdjęciach które udało i się zrobić znajdę sobie więcej w internecie.
Po 17:00 ruszyłem w dalszą drogę. Dopiero też wtedy zjadłem tego precla, także po obfitej kolacji w poniedziałek wieczorem miałem głodówkę, choć nie trwała całe 24 godziny ;) Nie pamiętam ile przejechałem kilometrów zanim postanowiłem się trochę przespać, ale jeszcze nie było ciemno. Potem tego żałowałem, bo właśnie szkoda, że nie wykorzystałem czasu kiedy jeszcze było jasno – przegapiłem pewnie sporo ładnych widoków… (a nie byłem jeszcze wtedy tak bardzo zmęczony żeby koniecznie musieć spać). Po jakiejś drzemce może ze 2 godzinnej, może półtora, ruszyłem dalej i za następne ileś godzin (może znów za dwie czy jakoś tak) zatrzymałem się na nocleg, tzn. tak chciałem żeby jednak nie jechać ile się da, tylko przespać noc i jechać jak się będzie rozjaśniać (ze względu na widoki). Spałem kilka godzin i wtedy mi się zrobiło zimno w samochodzie :P Także jednak pojechałem dalej, ale też tylko tyle by samochód się rozgrzał i kiedy to nastąpiło znów stanąłem na nocleg i tam już spałem do jakiejś 6:30 lu 7:00.

Jak wstałem 21.08 w środę, to znów było zimno ;) ale już się rozjaśniało więc pojechałem dalej i na śniadanie zajechałem pod Netto niedaleko celu :P Miałem szczęście, bo mieli Quarktasche :D (jedno z tych Netto, gdzie były świeże wypieki), Colę też kupiłem, więc miałem dobre śniadanie ;)
Jako, że w nocy padało to się martwiłem że może będę miał kiepską pogodę w środę, ale się zawziąłem i postanowiłem, ze życzę sobie ładnej pogody i że chmury przechodzą itp. i faktycznie pogoda w środę znów była super :D (także na całym wyjeździe udało mi się z pogodą). W każdym razie zajechałem pod Bastei (btw. z Monachium nie widać gór, tzn. z ulicy, bo jak wjechałem na wieżę widokową to już było je widać :) potem właściwie gór już też nie widać jak się jedzie dalej, ale po jakimś czasie „wracają” :P nie wiem kiedy no bo jechałem po ciemku, tylko znów widziałem że autostrada prowadzi po pagórkach, a dalej w pobliżu Bastei też są góry i dalej w kierunku Polski też), stanąłem na parkingu (za 5,50€) i ruszyłem zwiedzać… Jest to też bardzo piękne miejsce, skały wyglądają super :) przechodzi się czasem między nimi, czasem po nich itp. Jedna część trasy (ta najładniejsza) jest płatna (2€ ale za to w tym samym kiosku były najtańsze widokówki, więc też tam 2 kupiłem :D ). Szlaków jest tam kilka i dość długie, poszedłem jednym, wróciłem z drugiej strony, jeszcze się trochę wahałem którą trasę wybrać dalej, ale w końcu chyba wybrałem dość dobrze :) Na końcu już miałem jechać ale coś mnie tknęło, że jeszcze gdzieś tam widziałem jeden punkt widokowy z oddali, na którym nie byłem i tak ruszyłem trochę na oko ale znalazłem go i bardzo dobrze, bo to chyba był w sumie moim zdaniem najładniejszy punkt :P więc też jestem zadowolony że tak się wszystko udało :) Kilometrów znów sporo zrobiłem ;) Na koniec też zjadłem sobie loda. W ogóle tam dużo było Polaków ale to nic dziwnego, bo to blisko Polski (więc też zwiedzić polecam). Potem pojechałem już w kierunku domu w PL i dalsza podróż minęła właściwie bez niespodzianek, tylko ostatnia część trasy po Polsce była kiepska bo mnie jakimiś dziurami prowadziło ;)

Koszt:
paliwo kosztowało jakieś 150€, nocleg 97€, inne wydatki: jedzenie (32,75€), parkingi (16,50€), wstępy itp. (18,50€), inne (5,20€) = 72,95€, podsumowując około 320€ za wszystko. Choć chyba powinienem odliczyć koszt standardowej podróży do PL (co najmniej 50€), co już daje 270€, czyli faktyczny koszt wycieczki to poniżej 300€ – super! Spodziewałem się sporo większego wydatku :)

P.S. – W Polsce jeszcze jednego dnia wybrałem się zwiedzić jeden z Fortów poznańskich, mianowicie zacząłem od Fortu VII (bo od którego ja mógłbym zacząć ;) ), a innego dnia dwie sztolnie (Walim i Osówka) kompleksu „Riese”, taakże doświadczam ;)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.