Obywatelstwo (cz.1)

– Oglądam sobie czasem na YT jakieś wspomnienia z okresu IIWŚ. I strasznie mnie przeraża, że dla tych zacietrzewionych ludzi komentujących najważniejsze jest to, żeby pięć razy podkreślić że to robili Niemcy, zamiast to, że to ludzie ludziom robili (i broń Boże nie naziści, „bo to sztuczne pojęcie” – tak mi ostatnio jeden napisał, „tylko Niemcy!!!!!11!!1”). Pewnie się uważają za lepszych i będących ponad to. A przeraża mnie to, bo „Eksperyment” i „Efekt Lucyfera” ale gdzie tam na takim poziomie można porozmawiać z jakimś pieniaczem… Jak się wdałem w dyskusję, to już prawie usłyszałem, że Hitler był lewakiem :] I że jestem lewacką pizdą i… jakieś takie określenie na zboczeńca ale już nie pamiętam :D (to nie była jedna dyskusja i nie tylko na YT, raz nawet ktoś do mnie na FB napisał! czujecie to? mnie by było wstyd pod własnym nazwiskiem takie rzeczy pisać). Oczywiście ja nie kłócę się, jak tylko ktoś zaczyna mnie wyzywać, to kończę tą „dyskusję” w myśl zasady: „Nigdy nie kłóć się z głupkiem – ktoś mógłby nie zauważyć różnicy”. I oczywiście za każdym razem konsekwentnie zgłaszam treść do zablokowania (na FB też zgłosiłem, co nie jest aż tak intuicyjne ale posiedziałem nad tym i znalazłem).
„Konfederacja: Rozdzielimy LGBT od państwa. Wprowadzimy ustawę anty-LGBT”: „Konfederacja na pewno nie będzie wysyłać funkcjonariuszy policji, bezpieki, przeciwko normalnym ludziom po to, żeby osłaniali parady dewiantów.” A to są ci normalni ludzie: [link]. I jeszcze ten jest bardzo normalny: „Korwin-Mikke znów szokuje: Trzeba ich wyrżnąć”.
Jap**… na jakim świecie ja żyję… no na szczęście ja nie w Polsce XD A potem słyszę pytanie jakie korzyści ma mi dać przyjęcie obywatelstwa kraju, w którym mieszkam. No może właśnie takie – posiadanie obywatelstwa państwa, które szanuje swoich obywateli, wszystkich? To chyba dość duża korzyść, tak myślę. Więc jak jeszcze ktoś chciałby zadać mi pytanie po co mi to obywatelstwo, to uprzejmie proszę jeszcze raz przeczytać ten wstęp, a potem wyciągnąć wnioski.
Bo już nie wspomnę o tym, że chcę głosować w wyborach tu gdzie mieszkam, i że po prostu zawsze chciałem tu być i być obywatelem.

Po tym przydługim wstępie (aczkolwiek uważam, że koniecznym), przejdę teraz do rzeczowego opisu procedury (wzbogaconego o moje doświadczenia ;) ).
Kiedy minęło mi 8 lat zamieszkania tutaj… to nie od razu poleciałem do urzędu, bo jakby to wyglądało ;) Odczekałem jeszcze dwa miesiące :D A tak poważnie: akurat byłem 1,5 miesiąca przed końcem umowy o pracę i chciałem poczekać aż mi przedłużą, tak też się stało. Wyszukałem więc sobie w internecie godziny otwarcia urzędu… i nie było jasne czy trzeba mieć termin czy nie trzeba – napisałem więc maila i odpisali że obecnie jest mało klientów i nie trzeba mieć terminu. Więc poszedłem.
Na dole siedzi pan i rozdziela kto gdzie i rozdaje numerki (pytał czy wstępna rozmowa czy chcę złożyć wniosek, mówię, że wstępna). Chyba mi nawet powiedział, że drugie piętro więc ok – budynek labirynt ale tam nawet jakoś trafiłem (tylko z powrotem zabłądziłem :D ), bo to nie jest tak, że są windy i klatka schodowa, tylko windy owszem, a poza tym tu jakieś schody, tam na środku korytarza takie kręte okrągłe schody… poszedłem nimi, a potem dłuuugim i zakręcającym korytarzem – trafiłem. Usiadłem w poczekalni aż się zaświeci mój numerek z numerem pokoju do którego mam się udać. Miły pan wręczył mi tam wniosek do wypełnienia na kilkanaście stron z zakreślonym tym, co mam wraz z nim donieść… łuu… tonę papieru :P (ale pan powiedział, że np. wynik Einbürgerungstest mogę donieść później, i że procedura trwa kilka miesięcy). Więc cóż zabrałem papiery i wyszedłem (i jak już wspomniałem – zabłądziłem gdzieś po schodach pożarowych :P ale akurat ktoś wyszedł z jednego pokoju i mi otworzył te drzwi otwieralne tylko w jedną stronę), w końcu jakoś wyszedłem aczkolwiek po drugiej stronie budynku – żeby wrócić na parking, obszedłem budynek (bo nie ryzykowałem przechodzenia przez niego ;) ).

Teraz zaczęła się faza zbierania papierów:
– dowód osobisty/paszport – wiadomo;
– zdjęcie jak do dowodu – to też;
– odpis zupełny aktu urodzenia i tłumaczenie (przez tłumacza zaprzysiężonego tutaj! nie może być z Polski), to zamówiłem sobie przez internet i odebrałem przy następnej wizycie w PL (można też zamówić na polski adres ale nie miałem aż tak daleko, a nie chciałem za przesyłkę dopłacać ;) ). Odpis zupełny, powiadam Wam, w naszym przypadku (tzn. ts po korekcie) wygląda słabo – wszystko jest po staremu i tylko z tyłu jakiśtam dopisek, że mocą wyroku sądu została zmieniona płeć i imiona. No słabo ale co począć ;) Pani tłumacz się przez chwilę zdezorientowała (no bo pisałem, że akt mój a tu widzi jakieś obce dane na stronie głównej :D ), ale za to potem zagęszczenie „Panów” w rozmowie było x2 ;) (zauważyłem coś takiego już nie pierwszy raz, w sumie przy odbiorze odpisu aktu w PL też :D jak ktoś poznaje moją przeszłość, to zwraca się poprawnie z podwójnym natężeniem ;) no ale to spoko). Btw. tłumacza znalazłem… na mojej ulicy – aż nie mogłem uwierzyć że tak mi się udało :P Także super, fajnie mieć tłumacza przysięgłego za prawie że sąsiada, przydaje się ;)
– historię ubezpieczenia emerytalno-rentowego w tym kraju – to akurat było najłatwiejsze do zdobycia – trzeba było na pewien (podany tam) numer telefonu zadzwonić i zamówić, dostałem pocztą chyba za 3 dni;
– umowę o pracę;
– trzy ostatnie odcinki wypłaty;
– pozytywnie zaliczony Einbürgerungstest – no spoko tylko weź się umów na to :D Tylko jedna instytucja je przeprowadza (dostałem w urzędzie namiar) – z miesiąc trwało nim się tam w ogóle dodzwoniłem, bo pierwszy raz ferie, potem zadzwoniłem za późno, innym razem coś tam jeszcze… Jak się w końcu dodzwoniłem to pani mi powiedziała: „tak, mamy jeszcze ostatnie miejsca na grudzień, proszę przyjechać do końca tygodnia (bo trzeba się osobiście zarejestrować i zapłacić), a najlepiej to jeszcze dzisiaj, bo ostatnie miejsca szybko znikają…”, a dzwoniłem z pracy na pierwszej zmianie. Otwarte do 15:00. No to pędem gnałem tam żeby zdążyć i pięć minut przez zamknięciem się udało ;) To był koniec września albo początek października. Termin testu: 13 grudzień…
– zaświadczenie o znajomości języka na poziomie co najmniej B1 – tu następna przeprawa. Najpierw moje wątpliwości, że ja to może jednak w sumie B2 bym zaliczył… aaa jak nie? Z pisaniem to u mnie tak trochę słabo ;) resztę bym pewnie zaliczył. No i tak rozkminiałem (tu z urzędu też dostałem namiary), a wiecie jak to z moim dzwonieniem jest żeby się gdzieś umówić – no nie lubię ;) i już tylko z tego powodu miałem się nawet rejestrować do Goethe Institut, bo tam można było się zapisać przez neta :D W końcu jednak wątpliwości co do ceny wzięły górę i… napisałem parę maili do tych szkół :D I dobrze, bo się okazało, że mogę zrobić ten test za 100€ czyli ponad połowę taniej niż bierze Goethe :) Tam też się umówiłem (btw. ten sam budynek gdzie chodzę na grupę wsparcia :P ). No ale tam też trzeba było pojechać, odczekać swoje w kolejce z numerkami (no pół godziny to minimum tam spędziłem – pół godziny żeby się tylko na test zapisać…), zapłacić i dostałem termin na listopad.

Potem było czekanie ;)

W listopadzie był test – słuchanie, czytanie – to proste. Pisanie – o dziwo też poszło mi tak gładko, że się tego wcale nie spodziewałem :D (no ale napisanie listu, to jednak najprostszy chyba możliwy list ;) wiadomo że tam trzeba zawrzeć pewne informacje, ale wyjątkowo jakoś proste to było). Na drugi dzień poszedłem na część ustną. Tam trafiła mi się partnerka, która ja nie wiem na co zdawała ale chyba nie na B1 ;) bo mówiąc delikatnie, to nie bardzo można było z nią porozmawiać, ale prowadzące coś mi tam podrzucały i porozmawiałem z nimi :P Jeśli się zaciąłem to tylko z powodu ogólnej tej mojej słabej kreatywności ;) ale ogólnie poszło ok, panie powiedziały, że teraz czekać na info listowne, a certyfikat pewnie trzeba będzie odebrać osobiście (nie trzeba było, dostałem pocztą jeszcze w grudniu, krótko przed świętami, zdałem wszystko na max, poza mówieniem – tam miałem punkt mniej ;) więc no tak, teraz myślę, że to było dla mnie za proste i pewnie bym jednak B2 zaliczył ;) ).
W grudniu Einbürgerungstest – to w sumie tylko formalność, na 33 pytania trzeba mieć dobrze połowę, więc ciężko byłoby tego nie zaliczyć ;) no aaale mieć 15 błędów, to trochę wstyd ;) Ja miałem (rozwiązując przez internet, o tutej) zwykle 5-6 (też niezbyt ;) ), taki wynik łatwo jest osiągnąć bez przygotowania, bo ustrój polityczny tego kraju nie różni się przecież specjalnie od Polski, a historię każdy Europejczyk mniej-więcej zna, więc przynajmniej dla nas Europejczyków to tylko formalność. No ale żeby mieć jeszcze mniej błędów… dzień przed testem przeczytałem wszystkie pytania raz jeszcze i w końcu miałem tylko 2 błędy :) (tzn. wynik przychodzi też pocztą, straszyli że do 9 tygodni, ja dostałem po jakichś 4).

Jak już więc miałem komplet tych papierów (łącznie z kserem wszystkiego – 1cm plik papieru, a może i 1,5cm), to zacząłem wypełniać wniosek. A tam następne niespodzianki – a bo to ja pamiętam adres, pod którym mieszkałem od urodzenia? :P mama też nie pamiętała ;) ale dogrzebałem się do mojej książeczki zdrowia dziecka… Potem historię miejsc pracy z ostatnich 8 lat, ile zarabiam, jakie mam wydatki – no kuźwa z 10 stron ma ten wniosek :D (albo i więcej… ale trzeba też podać żonę, męża jak się ma i dzieci, no to wiadomo – u mnie puste). Inne niejasności to jak wpisać szkoły (zostawiłem puste, pani w urzędzie mi wpisała – wpisać je trzeba „po niemiecku” tzn. niemieckie odpowiedniki), co zaznaczyć w punkcie czy jestem gotowy zrzec się obecnego obywatelstwa… I pięć stron podpisów dotyczących jakichś RODO itp. ;) (nie no, jeszcze są też oczywiście deklaracje, że zobowiązuję się przestrzegać konstytucji, prawa itp.). Zarwałem noc żeby to wypełnić :D
Rano w poniedziałek pojechałem do urzędu – znów pan w recepcji, znów numerek, znów labirynt… Pani wzięła wniosek, zaczęła sprawdzać („Tu nie wypełniłem, no bo nie muszę się zrzekać obywatelstwa…” – „No tak, tak” /sama coś tam dopisała, że EU i cośtam/), sprawdzać papiery z kserami i z listą tego, co miałem przynieść („A pozwolenie na pobyt pan ma?” – „Mam stare Freizügigkeitsbescheinigung ale z tego co wiem, to już jest nieaktualne i nie trzeba…” – „Tak, tak, nie trzeba, tak tylko pytam…” /bez sensu :D/, „A robił pan test poziomujący?” jak zobaczyła ten mój B1 – „No nie, myślałem o tym, ale… tak jakoś…” – „Ok, B1 wystarczy.” /no ale fakt, mogłem się postarać może gdzieś o ten poziomujący/), podpisałem jeszcze kilka kartek „Bo się prawo zmieniło odnośnie danych osobowych” – czyli dodatkowe tam jakieś pierdoły, na oko to to samo co było pod moim wnioskiem ale niby nie, dostałem potwierdzenie złożenia wniosku z numerem sprawy (trzeba zgłaszać wszystkie zmiany jakie ewentualnie zajdą – przeprowadzki, zmianę pracy, stanu cywilnego itp., rozpatrzenie trwa około 6 miesięcy) i kartę do zapłaty za złożenie wniosku – to jest karta do kasy, miałem zejść na dół, włożyć do automatu, zapłacić i karta zostaje w automacie, potwierdzenie jest dla mnie, a czy zapłaciłem pani sobie sczyta w systemie (wiem jak to działa, bo podobnie to działało jak za wydanie prawa jazdy płaciłem, a wcześniej rejestrację samochodu, tylko wtedy musiałem wrócić po zapłacie, tu na szczęście nie, bo ja dziękuję pokonywać ten labirynt po raz kolejny :D swoją drogą tak to powinni w polskich urzędach też załatwić, a nie te kasy do których się czeka… a czasem kasjer(ka) wyjdzie na papierosa i se możesz czekać…). Ruszyłem wiec do kasy i tym razem pomny błądzenia za pierwszym razem, postanowiłem sobie, że czekam na windę i nie schodzę na pieszo bodaj miałbym pół dnia stać ;) na szczęście winda była szybko i w miarę nawet trafiłem do tych automatów, a potem do wyjścia też już nie było daleko.

Coś o kosztach:
– odpis zupełny aktu urodzenia: (nie pamiętam ceny, internet pisze: 33zł)
– tłumaczenie: 42€
– Einbürgerungstest: 38€ (eee… czy 28€? nie, chyba 38€ ale nie jestem pewien ;) )
– test na B1: 100€
– opłata za złożenie wniosku o obywatelstwo: 255€
– no i tona kser ;)
koszt całkowity: około 450€

No to czekam :) Problem jest w tym, że akurat za te ok. 6 miesięcy mi się umowa kończy i jak tak patrzę na kondycję mojej firmy, to chyba nie zostanie przedłużona. I chociaż prywatnie to spoko (bo to przynajmniej wykop ze strefy komfortu i szansa na jakąś, mam nadzieję pozytywną, zmianę dla mnie ;) ), to urzędowo nie zadziała na korzyść… no cóż, zobaczymy…

Koniec części 1, na razie jedynej ;) Jak decyzja będzie pozytywna, to kiedyś opiszę co dalej.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.