Włochy: Piza, Florencja, Wenecja (23-30.04)

Jak zwykle obiecałem sobie zaplanować podróż wcześniej (bo że będzie w kwietniu, to już w grudniu zaplanowałem – pomyślałem że to dobry miesiąc na Włochy) i jak zwykle tego nie zrobiłem… (przestaję sobie obiecywać skoro obiecywanie nic nie daje, widocznie tak musi być, że nadwyrężam zdrowie i portfel i planuję wszystko na ostatnią chwilę, z resztą może co za różnica skoro ostatecznie wszystko fajnie się udaje, a po latach i tak się nie pamięta, że można było /być może/ oszczędzić ze 30€ na hotelu). Mimo tego zwlekania tym razem jednak przed wyjazdem byłem dosyć podekscytowany i chciało mi się jechać :)
Tak sobie zaplanowałem, że najpierw tydzień urlopu w PL, potem powrót (w czwartek miał być, w końcu był w nocy z czwartku na piątek) i w sobotę krótko przed 10:00 Flixbusem do Florencji. To znaczy od siebie do Monachium Flix-pociągiem, a z Monachium do Florencji Flixbus (na jednym bilecie). Na miejscu miałem być o 6:45… oczywiście dnia następnego. Nocą poprzedzającą wyjazd w ogóle nie spałem, bo nie miałem czasu :P Czasu, ale też pomyślałem, że jak nie prześpię nocy, to będę zmęczony i dzięki temu znaczną część tych około 21 godzin prześpię – to się nazywa efektywne wykorzystywanie czasu! ;) Tak też zrobiłem (no prawie, nie obyło się bez godzinnej drzemki w nocy) i faktycznie poszło świetnie, bo dużo spałem w podróży i nie przeszkadzało mi nic (nic typu pasażerowie czy zapowiedzi kolejnych przystanków).
Aha, przed wyjazdem trzeba było wypełnić deklarację wjazdu, no i być zaszczepionym (lub „przechorowanym” lub mieć test), a jako że we Włoszech korzystają głównie z aplikacji Green Pass do sprawdzania certyfikatu szczepienia, taką też zainstalowałem żeby nie komplikować.

Niedziela 24.04 – Florencja, Piza
Flixbus do Florencji przyjeżdża w miejsce które się nazywa Villa Costanza i jest trochę odległe od centrum ale nic to – dwie linie tramwajowe dość łatwo ogarnąć, bilet jednorazowy 1,50€ (tak tanio, że nie opłaca się kupować dobowego), był trochę problem bo początkowo widoczne automaty do zakupu biletów nie działały, ale nie tylko ja miałem z tym problem, więc szedłem po prostu za tłumem i podsłuchiwałem o co jedni drugich pytają w języku jakimkolwiek :D Serio, jeśli też nie lubicie sami pytać albo działać na oślep, to podsłuchiwanie się sprawdza, wielokrotnie w tej podróży ogarnąłem coś tylko dlatego że podsłuchałem :D nawet jak zrozumiałem tylko kilka słów, raczej załapałem o co chodzi.
Krótko po 7:00 na hotel było oczywiście dużo za wcześnie, ale na ten dzień planowałem pojechać do Pizy, no bo to obok Florencji, no więc tak – być obok i nie zobaczyć Krzywej Wieży?! ;) Wcześniej w internecie obadałem, że Flixbusem to nie wyjdzie ale pociągi na trasie Florencja-Piza kursują wiele razy dziennie, a bilety można kupić w automatach. Tak też zrobiłem i Boże, dzięki ci za te automaty! Dzięki nim zakup biletu jest prosty i bezstresowy :) no prawie, bo jak wybieram język inny niż włoski, to najpierw automat mówi (tak normalnie, głosowo i jeszcze w cholerę głośno) w danym języku, żeby uważać na kieszonkowców i coś tam jeszcze – i już wszyscy wokół słyszą że nie kupujesz po włosku :D (ale nie wiem, może po włosku też mówi tylko nie zwróciłem uwagi jak kupowali inni). Bilet z Florencji do Pizy kosztował 8,70€, więc też spoko. I to by było na tyle jeśli chodzi o to, co udało się prosto :D Nie obyło się bez problemów, bo pociąg zamiast przyjechać np. na peron 5 – tak jak w rozkładzie, to przyjechał na peron 1A… problem polega na tym, że główne perony na dworcu Santa Maria Novella kończą (albo zaczynają?) się od 5…, a przed nim pisze nawet „nie ma przejścia”, więc trochę musiałem się nawyglądać żeby dostrzec, że trzeba iść na 5 bo z niego są korytarze do tych wcześniejszych. Potem jeszcze kasowniki nie działały, przynajmniej na tym peronie (we Włoszech trzeba skasować bilet kolejowy zanim się wsiądzie do pociągu), zapytałem jakiejś kobiety (po angielsku), ona konduktora (po włosku) i przekazała mi, że to nie problem, bo przyjdą (?) nikt nie przyszedł, nikt nie sprawdzał ani tam ani z powrotem biletów na całej trasie :D
Podróż do Pizy trwała około godzinę, po drodze wyczaiłem że jeśli pociąg powrotny będzie jechał tą samą trasą (jechał) i jeśli wysiądę przystanek wcześniej (Rifredi), to do mojego hotelu dojdę nawet na pieszo, a jeszcze po drodze Lidla zaliczę! ;) W Pizie było ładnie… a potem zaczęło lać przeokropnie, tak że prawie przemokły mi buty… (ale plecak dał radę! Niezły jest nawet bez pokrowca!), na szczęście potem znowu wyszło słońce i równie szybko buty wyschły – to nie Niemcy jednak, gdzie w zeszłym roku w Rothenburgu o.d.T. cały dzień chodziłem w mokrych :D włoskie słońce jednak już w kwietniu potrafi przygrzać ;)
Krzywa Wieża i cały zespół katedralny to bardzo wdzięczne obiekty, na które przyjemnie się patrzy, nie chciało mi się stamtąd odchodzić :) niestety usiąść też nie ma gdzie (co jest dość normalne we Włoszech chyba, jak się później miałem przekonać…). Na samą wieżę nie wchodziłem, bo nie wydaje mi się to warte 18€ – no bo zapłacić tyle tylko po to żeby chyba móc się pochwalić że się było na wieży ;) no raczej nie dla mnie (chociaż przyznaję, że się wahałem :D ). Wszedłem jedynie do katedry, gdzie wstęp był darmowy (w tej to właśnie kolejce najbardziej zmokłem) – tu jeszcze była taka akcja, że w internetach piszą (i tam na tablicach z resztą też) że trzeba pobrać z kasy darmowy bilet… a przy kasie pani mówi, że bez biletu można wejść (kurcze, o tym samym chyba rozmawiali przy wejściu, ale tego to już nie zrozumiałem z podsłuchiwania :D ). Ludzi dużo i tak, naprawdę większość chyba robi sobie te zdjęcia z podpieraniem wieży ;) (bosz, jakie oklepane mi się to wydaje :D ). Potem jeszcze poszedłem zobaczyć ten słynny mural „Tuttomondo” i na lody (polecane w internecie… teraz już nie umiem inaczej podróżować jak z tymi poradnikami co zobaczyć i co gdzie zjeść ;) ). Lody były za 3€ trzy smaki, wybrałem ciasteczkowy, biała czekolada i śmietankowe. Bardzo dobre ale już nie pamiętam w której lodziarni. No i oczywiście kupiłem dwie widokówki ;)
Dodać jeszcze może warto, że w Pizie w wielu miejscach jest darmowe publiczne wi-fi (wi-pi, gdzie w miejscu „i” jest rysuneczek wieży :P ) i dopóki się jest w jego zasięgu, działa to całkiem nieźle, śmiga bardziej niż mój internet komórkowy tam, bo niestety zasięg komórkowy to miałem tam kiepski (na niemieckiej karcie, bo na polskiej to już w ogóle prawie go nie było).
Powrót do Florencji był podobny jak droga stamtąd, tylko tym razem udało się skasować bilet ;) Wysiadłem na Rifredi i poszedłem na zakupy do Lidla. Tam kolejna niespodzianka – wziąłem sobie dwie bułki z pieczywa i zadowolony spakowałem je do jednej torebki (tak jak to robię w Niemczech)… ale tak patrzę, że obok jakaś waga stoi i ludzie sobie to pieczywo ważą oraz drukują etykietki. WTF? Biorę dwie bułki, sprzedawane na sztuki, i jeszcze muszę sam sobie wydrukować etykietki, bo przy kasie tego nie ogarniają? Dziwne zwyczaje :D Zwątpiłem i tak patrzę co robią inni… myślałem nawet żeby kogoś zapytać i się upewnić, ale w końcu skorzystałem z internetu (zaprawdę powiadam Wam, cudny wynalazek dla fobików społecznych itp. ;) ), znalazłem że tak, we Włoszech trzeba sobie albo zważyć, albo to co jest na sztuki też oetykietować… na szczęście było to dość intuicyjne mimo mojej nieznajomości języka. Tylko szkoda trochę, że zużyłem dwie torebki zamiast jednej ;) Potem do hotelu. Mój hotel nazywał się: „B&B Hotel Firenze Nuovo Palazzo di Gustizia” i jak zwykle wybrałem go, bo był jednym z najtańszych z własną łazienką i nie był tak całkiem brzydki ;) (i można było zapłacić online, bo nadal wciąż nie załatwiłem sobie karty kredytowej…). W sumie był w porządku… ale było głośno. Nie tylko że słyszałem sąsiadów, którzy pierwszego poranka chyba się wyprowadzali, ale jeszcze słyszałem sprzątaczki… Także w tym hotelu to się akurat wyspałem niezbyt dobrze (byłem tam dwie noce) ale poza tym jestem zadowolony. Dodatkowo drzwi do pokoju otwierane na kod, więc przy wymeldowaniu nie trzeba przechodzić przez recepcję (no bo niczego nie trzeba zostawiać) – wygodne.
Hint, hint: jak już znajdziecie hotel, który się Wam spodoba na booking.com czy tam czymkolwiek innym, spróbujcie poszukać też prywatnej strony hotelu – ta sama rezerwacja zazwyczaj będzie taniej w przeciwieństwie do tego co próbują Wam wmówić strony pośredniczące (jak wspomniany booking) :P Tak zrobiłem, było taniej. Hotel kosztował mnie 143€ za dwie noce (+podatek turystyczny ale to już na miejscu, 9€ za dwie noce we Florencji).

Poniedziałek 25.04 – Florencja
Od rana dzień zaplanowany był na zwiedzanie miasta. Elegancko sobie sprawdziłem skąd najlepiej wziąć i co (okazało się, że tramwaj, tylko nimi w sumie we Florencji jeździłem ale przynajmniej nietrudno było ogarnąć), noo ale znów: co ja bym bez nawigacji w telefonie począł… Powiem Wam co bym począł: nigdzie bym nie pojechał i nic nie zwiedził bo za trudne ;) No więc wziąłem ten tramwaj, przejść trzeba było trochę za hotelem, na lewo i prosto do przystanku (a przynajmniej tak tą trasę zapamiętałem :D ). W tramwaju spostrzegłem, że telefon mi się wyłączył – gdyby coś mu się stało, byłoby to straszne (w plecaku miałem stary, jako rezerwę, no ale na nim nie miałem map Włoch i chociaż nawigacja i tak większość bierze z internetu w czasie rzeczywistym, to by nie było takie łatwe na niezaktualizowanym telefonie…), na szczęście chyba tylko się restartował, bo za chwilę wszystko wróciło do normy. Ale że też akurat w czasie wycieczki musi mi robić takie niespodzianki bez zapowiedzi ;)
Szybko się jednak zorientowałem, że choć grzecznie wziąłem power bank, to… już nie pierwszy raz… zapomniałem kabla :[ Niemal popsuło mi to humor na cały dzień, a w końcu stwierdziłem, że skoro ciągle go zapominam, to nie ma rady – muszę kupić dodatkowy i kupię go dziś, nie ważne za ile, najwyżej będę miał drogą pamiątkę z Florencji, za to praktyczną i już nigdy nie zapomnę kabla, bo będzie wciąż z power bankiem… W końcu kupiłem kabel w sklepie „wszystko po 0,99€” no i mam tą praktyczną, do tego tanią pamiątkę :D
Chyba dlatego, że Włosi mają święto 25.04, ludzi było tyle, że nie widziałem takich tłumów od czasu covida ;) a jak zobaczyłem tą kolejkę pragnącą wejść do Santa Maria del Fiore… uu, to powiem Wam, że niewiele kolejek jakie w życiu widziałem się może z nią równać :D Mnie samemu się odechciało – kolejka na godziny czekania…
Nie będę może wymieniać co widziałem, Florencja to nie Piza ani Rzym – nie ma Krzywej Wieży ani Koloseum, więc nie ma niczego co by na całym świecie było rozpoznawalne ;) mimo to każdy może sam sobie sprawdzić co zwiedzić we Florencji (jako i ja sprawdzałem ;) jak zawsze robię planując zwiedzanie…), w każdym razie widziałem wszystko ;) Zrobiłem wg. Steplera ponad 20 kilometrów (prawie 23 podobno). Po południu udałem się na Piazzale Michelangelo, gdzie zostałem do wieczora oglądając widok na Florencję. Wieczorem w drodze do hotelu zjadłem lody w Antica Gelateria Fiorentina (też 3€ aczkolwiek za 2 smaki…, aha – wcześniej tego dnia też już jadłem lody, w innej polecanej lodziarni ale też już nie pamiętam której) i pizzę z Pizzeria Da Michele. Tylko z tą pizzą to jest tak, że we Włoszech płaci się „za obsługę” jak się je na miejscu – dla mnie to zbędny wydatek (i żeby to jeszcze z 1-1,50€ było, a to najczęściej już jest 2€…), mogę przecież zjeść na wynos. Tylko we Florencji jest tak, że nie można usiąść na ulicy i jeść, choć z tego co mi wiadomo, zakaz obowiązuje tylko do 22:00, a było już po, więc chyba mogłem :D ale ja i tak nie chciałem siedzieć i jeść, chciałem iść i jeść! :D i tylko o jednym nie pomyślałem… – oni tam pizzy nie kroją… (najpierw myślałem że może na wynos nie kroją właśnie po to by ludzie na ulicy nie jedli, ale nazajutrz przekonałem się, że nie o to chodzi), w związku z czym jedzenie w drodze w ogóle nie było wygodne i ręce miałem wymazane sosem ;) ale większą połowę i tak w tej drodze zjadłem! :D Nic to, ruszyłem do hotelu niezwykle pewny siebie lecz gdy już wsiadłem do tramwaju, zaś mój telefon utknął gdzieś poniżej 3G, a w dzisiejszych czasach na takim zasięgu to mi nawet wyszukiwarka nie działa, nie mówiąc już o nawigacji… No to skoro nie wyszukam trasy i dokładnego przystanku, na którym mam wysiąść, usiłowałem sobie przypomnieć jakie przystanki mijałem i gdzie wsiadłem w drodze z hotelu, ale ciężko :P Swoją drogą nie pojmuję dlaczego do wyszukiwania drogi komunikacją miejską jest koniecznie ten internet potrzebny – kij z tym czy godziny będą aktualne, mogłoby chociaż bez internetu trasę i przystanki pokazywać, to się przecież nie zmienia… W końcu udało mi się odzyskać internet przełączając transmisję danych między kartami sim (i z powrotem), także jak macie dual sim, to jest to skuteczna opcja na to, żeby telefon złapał mocniejszy zasięg kiedy utknie na jakimś słabym ;) (choć może pomoże też tryb samolotowy na chwilę?) Skoro mi się to udało, szybko wyszukałem hotel: „B&B City Center…” – to nie ten, jest kilka „B&B” hoteli we Florencji, wiedziałem że ten w centrum jest i mój… wiedziałem gdzie mniej więcej mój jest, pamiętałem ulicę: Alessandro Guidoni, znalazłem, jadę. No spoko, droga jak zapamiętałem… no mniej-więcej… doszedłem do hotelu, szyld jest… a tam taśmy i „Covid cośtam closed”… i pusto i głucho. W pierwszej chwili mnie zamurowało i myślę sobie że co tu się stało od rana :D ktoś chory i zamknęli? i co ja mam robić? A potem jednak mi zdrowy rozsądek powrócił i zauważyłem, że chyba jednak nie całkiem tak mój hotel wyglądał ;) jakoś nie aż tak na rogu… a poza tym chybaby ktoś zadzwonił… a w ogóle gdzie ja jestem?! Alessandro Guidoni 101? eee, czyli jednak nie tutaj – no kamień z serca :D wróciłem się te kilka numerów i pod numerem 87 zastałem mój hotel taki, jak rano ;) Tak to jest jak człowiek tylko zerknie… ale też nie widziałem wcześniej, że dosłownie kilka numerów dalej jest hotel tej samej sieci… a przynajmniej był, bo może całkiem przez covid zamknęli, nie wczytywałem się ;)

Wtorek 26.04 – Florencja
Tego dnia opuściłem już hotel. Chociaż nie musiałem, i tak chciałem na recepcji zameldować, że wychodzę ale skoro akurat nikogo nie było, to się faktycznie nie pożegnałem. ;) Wiedząc wcześniej, że będę mieć taki czas, w którym będę musiał chodzić z bagażem, zapakowałem się tylko w taki standardowy plecak 42x30x20… trochę było ciężko się zmieścić ale udało mi się i nie żałuję – jasne że wolałbym więcej rzeczy wziąć, ale jednak wygoda i mobilność są ważniejsze :)
Ponieważ już właściwie wszystko miałem zwiedzone (poza tą bazyliką ale kolejka, choć może trochę mniejsza niż wczoraj, i tak mnie odstraszyła, tym bardziej jak poczytałem że aby wejść na kopułę to muszę kupić bilet na kilka atrakcji co kosztuje 30 Euro… no nie, to aż tak mi nie zależy ;) za taki bilet trzeba by zwiedzić te wszystkie atrakcje, a na to już nie miałem czasu), tego dnia chciałem więcej odpoczywać, może w jakimś parku posiedzieć… A może jednak Palazzo Vecchio odwiedzić? Generalnie nie miałem planów odwiedzać żadnego muzeum na tym wyjeździe, bo… bo mi chyba obrzydły po tych w Grecji :D znaczy one były bardzo interesujące… tylko wtedy to było za dużo i nogi miały dość ;) a to nie Luwr czy muzea watykańskie, nie muszę odwiedzać każdego muzeum na świecie ;) no ale skoro mam cały dzień… Przejazd do Wenecji zaplanowałem sobie na noc, ponieważ sprytnie sobie obmyśliłem że oszczędzę dzięki temu na jednym noclegu, śpiąc w drodze w pociągu tą jedną noc :P poszło to tak sobie ale o tym zaraz :D Chciałem odpocząć, pourlopować, dzień był pogodny (jak wszystkie kolejne, poza tą pierwszą niedzielą, nie padało już wcale), ale parki daleko, najbliżej park różany u podnóża Piazzale Michelangelo, więc znów tam wróciłem. Posiedziałem, podrzemałem, a potem popołudniem wróciłem do miasta. Chciałem jednak odwiedzić Palazzo Vecchio i tak to sobie czasowo zaplanowałem, że skoro jest do 22:00 czynne, to o 18:00 jak pójdę, będzie spoko. Zaszedłem nawet wcześniej, bo o 17:30, a tam patrzę, tylko do 19:00 :( (bez sensu, wszystkie strony podawały 22:00, nawet oficjalna) i znowu: jak mam płacić 12€, to 1,5 godziny to dla mnie za mało. Z resztą ja do muzeów nie chodzę na 1,5 godziny tylko na 4 to tak minimum ;) no chyba żebym zapłacił tylko po to żeby móc powiedzieć że tam byłem… ale znowu: to bez sensu. Nie poszedłem. Cóż, widocznie naprawdę miało tak być, że nie odwiedzę tym razem żadnego muzeum ;) Poszedłem jeszcze tu i tam, do fontanny z dzikiem na przykład bo ją dzień wcześniej jakoś przeoczyłem, potem na dworzec sprawdzić mój pociąg, gdyż mianowicie wyszukałem sobie taki krótko po 2:00, który do Wenecji miał zajechać trochę po 6:00 rano – czasowo spoko, wszystko idealnie. Poszedłem do automatów sprzedających bilety, pociąg był choć „wyglądał” trochę inaczej niż inne na liście… A na rozkładzie jazdy wyglądało jakby między 1:00 a 5:00 nie było żadnego pociągu, co trochę mnie zdziwiło, no ale nic… Wieczorem poszedłem na pizzę na dworcu (bo to też jedna z polecanych miejscówka) – Fratelli Cuore, ale pomny tych niezgodności godzinowych, tym razem poszedłem wcześniej i całe szczęście, bo już nie jest otwarta całodobowo tylko z tego co pamiętam do 21:30… Tam już postanowiłem zjeść na miejscu (żeby też gdzieś się podziać przez jakiś kolejny czas ;) ), czego jednak pożałowałem – pizza 7,50€ co jest spoko, 2€ za „obsługę” no cóż, też ujdzie skoro musi ale pół litra Coli za 4€ już nie… gdybym wiedział, darowałbym sobie tą Colę (miałem Colę z Lidla, mogłem wypić po kolacji – 3 razy więcej za 1/6 ceny). Aha i lody znów w Antica Gelateria Fiorentina (za każdym razem inne smaki). I widokówki, 2 za 1€.
A teraz przechodzimy do najbardziej emocjonującej części tego dnia ;) Po całym dniu w końcu i mi zachciało się sikać… i nie było otwartej toalety. Toalety na dworcu są o 20:00 zamykane. Tak, dobrze czytacie – toalety na dworcu we Florencji są zamykane na noc. Na mieście też raczej, bo żadnej nie znalazłem. Już zacząłem się zastanawiać czy pojechać na lotnisko (to koszt…) czy może jednak podjechać do jakiegoś miasta po drodze tylko po to żeby w pociągu pójść do toalety, czy może iść gdzieś do parku ;) – co w moim przypadku, wiadomo, byłoby bardzo niewygodne ale skoro mają taką durną politykę, to serio miałem ochotę sikać im tam gdzieś w publicznym miejscu na złość. Uważam że w takim przypadku obsikiwanie ulic jest uzasadnione, a nawet wskazane. Co to w ogóle za pomysł żeby nie było w nocy żadnej publicznej toalety otwartej?! :[ W końcu wymyśliłem McDonald’s! :D byłem wprawdzie pełen po dużej kolacji ale cóż, kupiłem śniadanie ;) To nie koniec przygód… do WC pobłądziłem, bo to duży lokal :D niby nic ale tam zaraz obok nie wolno było wchodzić i sprzątacz patrzył się dziwnie zanim mu powiedziałem, że do toalety chciałem. W jednej kabinie nie było zamka, w drugiej papieru ani wieszaczka na torbę ale jak już tam wszedłem… niewygodnie. Co jeszcze zabawniejsze: w trakcie całego wyjazdu NIKT nie zapytał mnie o Green Pass… nikt za wyjątkiem ochroniarza w tym McDonald’s, tym do którego wszedłem tylko po to żeby się wysikać :D (i jeść nie miałem zamiaru wcale, a jedynie zabrać zamówienie z sobą na śniadanie). Potem wróciłem na dworzec i chciałem bilet w końcu kupić, a tu automaty nie działają (kasy już dawno nie), na tablicy elektronicznej też jakoś brak pociągów do 5:00 rano oprócz jednego czy dwóch przed 1:00… no to dalej za komórkę i sprawdzam co jest, ostatecznie złapię Flixbusa… już zacząłem się zastanawiać czy nie zmienić tych swoich planów, Flixbusa przynajmniej znam i umiem kupić bilet przez internet… no ale Flixbusem będę za szybko, a ja chciałem w drodze spędzić trochę czasu żeby przynajmniej coś pospać… no ale jak mam tu utknąć do rana to jeszcze gorzej… no ale pociąg był taki jak sobie zaplanowałem, tylko nie z tego dworca :D No faktycznie, że może z domu to widziałem i sprawdzałem nawet ten drugi dworzec… a potem musiałem jakoś zapomnieć, mocno zapomnieć… znów zacząłem rozważać Flixbusa no bo jakiś akurat odjeżdżał z tego (choć nie wiem w którym dokładnie miejscu a miał być już zaraz), no ale musiałbym w Bolonii czekać jeszcze dłużej, a 2 Flixbusy oddzielne to jeszcze mniej snu… ale nic, mamy Here We Go, w pół godziny znalazłem się na właściwym dworcu (Campo Marte – ale wiecie, też nie tak lekko – na autobus trzeba machać, dobrze że nie tylko ja wsiadałem, potem trzeba pilnować przystanku… poszedłby na pieszo gdyby nie fakt, że 3km o północy we Florencji z buta, to może nie jest najlepszy pomysł…), no ale dojechałem, doszedłem, kupiłem bilet (tam automaty działały, no ale musiały działać skoro stamtąd pociągi odjeżdżały nocą także), siedzę z 2 innymi osobami w poczekalni zadowolony że tu nawet przytulnie i spokojnie można poczekać… przyszła ochrona zamknąć dworzec i nas wyprosili XD ale przynajmniej na zewnątrz WC na monetę było! WC na wagę złota w tym kraju :D przynajmniej nie mam problemu czy iść – doceniam że w ogóle jest gdzie iść XD
Jak się zaczęła zbliżać godzina pociągu, czekam z peronu 3 jak widnieje na rozkładzie, potem coś mówi megafon z czego zrozumiałem tylko „quatro”, czyli końcówkę numeru mojego pociągu :P jak bym się lepiej wsłuchał, to może bym jeszcze „5” zrozumiał (ale i tak bym nie wiedział do czego to przypiąć), bo oczywiście wszystko po włosku, no jakżebym mógł oczekiwać angielskiego… Ale tak patrzę że jakaś kobieta z pasażerami rozmawia, inni gdzieś poszli, to się zbliżyłem i słucham że chyba ich skierowała na piąty peron, potem zapytała mnie (najpierw po włosku, potem po angielsku, przynajmniej konduktorzy tam znają angielski całkiem dobrze) o bilet, coś tam sprawdziła i kiwnęła że dobrze, upewniłem się, że z piątego? Tak. Ok, przeszedłem, przyjechał, dojechałem (rozbieżność godziny dojazdu nie pozwoliła mi się dostatecznie wyspać, gdzieś tam była mowa że do Wenecji przyjeżdża wcześniej, ale w końcu przyjechał tak jak było na bilecie i w internecie – około 6:25, tylko że też ludzie – sporo ich i czasem mnie budzili; ale trochę spałem). Ogólnie wieczór i noc były dosyć męczące. Znacie to powiedzenie, że jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie, a jak nie może to też pójdzie… znaczy no może ogólnie wszystko się udało, skutecznie pojechałem na urlop, dużo zwiedziłem itp. ale ja nie wiem czy nie można po prostu zrobić czynnych toalet? Czy na dworcu nie mogą powiedzieć komunikatu po angielsku? Czy pociąg nie może przyjechać zgodnie z rozkładem? :/

Środa 27.04 – Wenecja
Ponieważ nie byłem pewien o której ten pociąg w ogóle zajedzie, a jechał gdzieś dalej, ostatnie 40 minut nie spałem. Można powiedzieć, że wjechałem do Wenecji o wschodzie słońca ;) i było bardzo pięknie od pierwszej chwili. Na sam początek przeszedłem się na Tronchetto żeby sprawdzić gdzie mam w piątek wieczorem przyjść na autobus, do czasu aż będę mógł zameldować się w hotelu miałem dużo czasu, więc wyszukiwałem sobie tak zajęcia ;) Było za wcześnie żeby coś konkretnego zdziałać, więc zjadłem to śniadanie by Mc’Donald’s, trochę się toalety na dworcu naszukałem (ale znalazłem i tej CHYBA nie zamykają na noc…), potem jeszcze trochę posiedziałem w okolicy dworca, aż w końcu ruszyłem na jakieś zwiedzanie. Ogólnie wiedziałem, że tego dnia będę raczej zmęczony, więc dużo nie planowałem… a ściślej mówiąc to wcześniej nie zdążyłem w ogóle nic zaplanować :P (dobrze, że chociaż tej ostatniej nocy w domu zdążyłem zakupić jakiś nocleg, bo to też szło jak po grudzie ;) więc 3 godziny przed wyruszeniem w podróż dopiero kupiłem nocleg na jej drugą część…). Jedynie co przeczytałem o Wenecji, to było na komórce w pociągu z Florencji… No ale to już było coś, dzięki czemu zaplanowałem na tą pierwszą część dnia spacer po części północnej (Cannaregio), po tzw. gettcie czyli starej dzielnicy żydowskiej, aż do zatoki, potem z powrotem… ale byłem już tak daleko, że stwierdziłem, że zajdę aż na most Rialto, więc i tam byłem już pierwszego dnia. Pochodziłem po centrum, zerknąłem na pierwsze wystawy sklepów ze szkłem… na jednej przykuły moją uwagę różne małe szklane stworzonka ;) ale zrobiłem tylko zdjęcie żeby się namyślić… Lody chyba gdzieś tam też zjadłem i okrężną drogą zaszedłem z powrotem do dworca. Na tym etapie nogi już dość bolały i zmęczenie po słabo przespanej nocy w pociągu dało się już we znaki, aaale przecież ja sobie postanowiłem zakupy w supermarkecie i to nie pierwszym z brzegu, a tylko i konkretnie w Desparze który powstał w miejscu starego teatru (Campiello de l’Anconeta), a to znowu było w dzielnicy Cannaregio :D A mój hotel bliżej południowej strony… Około pierwszej dowlokłem się w jego stronę i stwierdziłem, że nigdzie już nie idę, spędziłem następne dwie godziny w parku drzemiąc trochę na ławce do czasu aż mogłem udać się do hotelu. No „hotel” to może określenie trochę na wyrost :D Nocowałem w „Venice Resort Guest House” na Salizada san Pantalon 38, to bardziej kwatera, do której „melduje się” samemu (po prostu zostawiają klucze wg. instrukcji, plus kod do domofonu). To bardziej dom z apartamentami, które są też w dziwny sposób w środku rozplanowane. Mój pokój był na trzecim piętrze, do którego prowadził wąski korytarzyk ze światłem na fotokomórkę… No cóż, pokój wyglądał trochę inaczej niż na zdjęciu ;) W ogóle wybór noclegu w Wenecji to był jak dotychczas mój najtrudniejszy wybór noclegu (i najdłużej trwał, przez kilka dni do tego wracałem i nic ciekawego znaleźć nie mogłem). Wenecja jest droga, tzn. ta część na wodzie, bo część kontynentalna (Mestre) przeciwnie – tam były hotele tańsze nawet niż we Florencji i przez chwilę nawet rozważałem czy by tam nie kupić noclegu, bo hotele były urządzone w nowoczesnym stylu (a takie wolę) no i tam bym nie żałował nawet na 3 noce… aaale jednak, hej! jadę do Wenecji i chcę spać w Wenecji „właściwej”! ;) nawet jeśli tylko dwie noce. Więc znalazłem ten „Venice Resort Guest House” i wybrałem go, bo był jednym z najtańszych i najładniejszych (przynajmniej na tamtym zdjęciu)… Choć jak już wszedłem do mojego pokoju, to zrobił on zdecydowanie gorsze wrażenie :D Strop nisko, okna zasłonięte, główne światło nie działa, a szafa z jednej strony wypada z zawiasu dolnego… no i za bardzo „w stylu weneckim” :D (ale poważnie: chyba nie znajdziecie w Wenecji /poza Mestre/ hotelu urządzonego inaczej… a ja jednak bym wolał w stylu nowoczesnym ;) ). Ale jak przynajmniej odsłoniłem zasłonę, otwarłem drzwi do łazienki, gdzie okna były nie zasłonięte okiennicami (btw. łazienka bardzo ładna, z pewnością remont był nie tak dawno jak remont pokoju ;) ), a drzwi szafy wstawiłem tak jak być powinny, to jednak stwierdziłem w sumie nawet może być ten pokój, nadal uważam że jest ładniejszy niż 90% tego co jest oferowane, no i chyba się polubimy ;) Resztę dnia spędziłem na planowaniu co będę zwiedzał przez kolejne dwa dni, a poza tym byłem tak zmęczony że spać poszedłem nawet wcześnie i przespałem co najmniej 10 godzin… a chyba prawie 12, co mi trochę wpłynęło na plany czwartkowe no ale ;)
Nocleg rezerwowałem przez check24, w tym przypadku akurat nie sprawdziła się porada z kilku akapitów wcześniej – najtaniej było na check24 (no i nie chcieli karty kredytowej…).

Czwartek 28.04 – Wenecja
Miało być jeszcze przed turystami, a było po 9:00, a zanim dotarłem na plac Św. Marka, to już 10:00 była. Po drodze kupiłem croissanty – jeden z „kremem” (to budyń moim zdaniem był), drugi z czekoladą i hmm… ten pierwszy pychota, tan drugi… ogólnie z rzeczami z czekoladą to jest taki problem, że albo to jest czekolada typu nutella, więc smaczna i super, albo czekolada co ma paskudny gorzki posmak czekolady (lody czekoladowe np. taki mają choć lody jeszcze można przełknąć), ten miał taką niedobrą czekoladę… ciężko było dojeść, więcej nie ryzykuję, mogłem wziąć dwa z budyniem, mam nauczkę na przyszłość :P
Bazylika już nie jest za darmo (wstęp 3€) za to można chyba zdjęcia robić – ludzie robili, ja też robiłem, nikt nic nie powiedział, brak szyldów że nie można, no to chyba można. No i można wejść z plecakiem do 40cm (chciałem wejść bez ale przechowalnia bagażu uaktywniana kartą kredytową… której… ech – wiem, obiecałem sobie przed kolejną wycieczką mieć, teraz już będę mieć mimo że tylko do Niemiec jadę, na wszelki wypadek bo nigdy nie wiem kiedy będzie jednak potrzebna :P ), ołtarz 5€, muzeum 7€, darowałem sobie… ale nie darowałem dzwonnicy, bo to widok na Wenecję – 10€. I to właśnie tam na górze, podziwiając widoki, miałem taki przebłysk… jeśli się czasem zastanawiam jaki ma sens życie to ma właśnie taki – żeby tu być, żeby patrzeć na takie widoki! :)
Tego dnia od placu Św. Marka przeszedłem aż na wschodni skraj wyspy i z powrotem dzielnicą Castello aż na północ, a potem znowu do miasta… W „I tre Mercanti” kupiłem sobie szeroko polecane w internecie tiramisu smakowe… (wybrałem smak owocu pasji) i hmm… szczerze to nie powala :D To znaczy dobre jest, jasne, ale 4,50€ to moim zdaniem nie warte :P Potem w „Antico Forno” kawałek „pizzy na grubym cieście”… to bardziej focaccia była i znowu – focaccię kupuję czasem w supermarkecie jak nie mam pomysłu na obiad, jest ok ale bez szału ;) (a już na pewno nie za 4,80€…), ale co kto lubi. No i widokówki (2 za 50 centów i 2 za 30 centów, chciałem tylko te tańsze, bo wolę te mniejsze, ale urzekły mnie też dwie większe, więc cóż ;) ). Wieczorem w hotelu zdałem sobie sprawę, że spiekłem sobie kark, nawet nie wiem kiedy… Cóż, we Włoszech o tej porze roku pogoda jest taka, że jak wieje wiatr, zwłaszcza jak się siedzi w cieniu albo chodzi między budynkami, to człowiek miałby ochotę nie tylko jedną bluzę ubrać, ale może i dwie… ale jak nie wieje i się jest na słońcu, to wali tak że ciężko wytrzymać nawet bez bluz ;) jak u nas latem albo i gorzej… ogólnie trzeba brać krem do opalania! którego ja nie miałem, więc w piątek to już z Buffem na szyi chodziłem (i pewnie wyglądałem jakby mi zimno było, a nie wręcz przeciwnie ;) ).
Około północy wyszedłem raz jeszcze – na inną polecaną pizzę ;) Pizzeria „Pizza al Volo”, kawałek pizzy za 2,50€ i ta wreszcie była bardzo dobra. Wyszedłem w sumie po to by obejrzeć też Wenecję wieczorem… ale wcale nie odniosłem wrażenia, że jest takim bezpiecznym miejscem :P więc poszedłem po prostu po pizzę i z powrotem do hotelu.

Piątek 29.04 – Wenecja

Na ten ostatni dzień zaplanowałem intensywne użytkowanie komunikacji miejskiej ;) Bilet 24 godzinny kosztuje 21€, więc niemało (ale jednorazowy 7,50€, jeśli nie podrożał bo 24 godzinny miał być za 20€…), więc trzeba wykorzystać maksymalnie ;) Zależało mi na przepłynięciu Wielkiego Kanału linią 1 lub 2 – tak jak to jest polecane w internecie, no i odwiedzenie wysp weneckich – najpierw myślałem tylko o Lido, a potem doczytałem i stwierdziłem że Murano też koniecznie. No właśnie, bo Murano znana jest z produkcji szkła i to też chciałem tam obejrzeć, chciałem nawet iść do muzeum szkła na wyspie ale… poczytałem opinie i ludzie pisali że nie ma tam żadnego wow, po prostu kilka sal z wyrobami szklanymi, że za te 10€ (tyle kosztuje bilet) lepiej kupić sobie coś szklanego w pobliskich sklepach, a muzeum szkła w Krośnie jest ciekawsze :D Więc darowałem sobie. Popłynąłem na wyspę, przeszedłem się po niej, odwiedziłem kilka sklepów ze szkłem i kupiłem sobie szklaną miseczkę ;) Bo już dzień wcześniej zdecydowałem, że tak mi się tu podoba, iż chcę coś mieć, jakąś pamiątkę, która by mi o tych pięknych dniach przypominała… Myślałem o świeczniku na podgrzewacze (czyli po prostu małej kwadratowej podstawce szklanej) ale w końcu urzekła mnie ta miseczka – zwyczajna, prosta, szaro-biała (więc pasuje lepiej do wystroju mojego mieszkania niż kolorowa podstawka :P ), kosztowała 8€, gratis dostałem szklanego cukierka ;) (warty 2€) niebrzydki i też szkoda się go pozbywać, będzie jako ozdoba choinkowa ;) Potem ruszyłem na przystanek tramwaju wodnego, a jak już do niego doszedłem… Bo w ogóle są dwa „główne” przystanki: „Murano Colonna”, na którym wysiadłem i tak jak planowałem, przeszedłem się w stronę centrum, do głównego przystanku „Murano Faro”, z którego chciałem popłynąć dalej na wyspę Burano, a stamtąd na Lido – wszystko miało być zaliczone, bo przecież elegancka trasa, wszystko pasuje, idealnie sobie to obmyśliłem! :D No tylko że nie ;) Bo jak doszedłem do Murano Faro, to mnie dosłownie zatkało jak zobaczyłem kolejkę do tramwaju wodnego… Stoję, patrzę, oczom nie wierzę… Nawet zacząłem się zastanawiać czy ja do wieczora stąd wrócę choćby do Wenecji czy już mam przebookować Flixbusa :D Spędzić tutaj teraz kilka godzin na niczym poza staniem w kolejce było tak przygnębiającą wizją, że na szczęście zanim się kompletnie załamałem, wymyśliłem że trudno – wracam na Colonna i płynę do Wenecji, stamtąd wsiądę w tramwaj, w który miałem wsiąść tutaj, ale mam nadzieję, że tam będzie ludzi dużo mniej i już kij z tym że będę tak pływać w tę i we w tę na tej samej trasie :D Już lepiej pływać niż stać w kolejce… Tak też zrobiłem i był to chyba dobry pomysł. Wprawdzie ten prom był z tych większych… ale ci na Murano Faro i tak się wszyscy nie załapali, ja natomiast wsiadając w Wenecji byłem jednym z pierwszych i miałem nawet siedzące :P Także kolejny mój tip: jak chcecie płynąć z Murano na Burano, to lepiej od razu o tym zapomnijcie, lepiej już chyba w odwrotnym kierunku…
Nic no, w każdym razie w końcu dopłynąłem na Burano, wiadomo – obejrzeć i pofocić kolorowe domki ;) Dodatkowo zjadłem lody w, polecanej oczywiście ;) lodziarni „Gellato di Natura”, chyba po 3,40€ były i w porządku ale szczerze mówiąc już nie pamiętam czy powalały czy tylko „w porządku” :D A potem jeszcze kawałek pizzy w pizzerii „Devil”, były tam też jakieś Polki – „To tutaj” – mówią i już się domyśliłem, że czytamy chyba te same blogi z poleceniami :D
Z Burano popłynąłem już zgodnie z planem na Lido, gdzie przeszedłem się na plażę (tą darmową, więc to też kilkaset metrów trzeba było iść), plaża przyjemna, podobno są szafki, mógłbym tam kiedyś przyjechać się wykąpać :) Może kiedyś nawet wezmę sobie nocleg na Lido… bo tak, myślę że tam wrócę (ale o tym za chwilę).
Z Lido, również zgodnie z planem, popłynąłem do Wenecji linią nr 1… Miejsce miałem całkiem dobre, bo przy wyjściu, więc mogłem oglądać budynki na kanale bez szyby i nikt mi nie zasłaniał widoku… no powiedzmy. Oczywiście lepsze miejsce byłoby z przodu lub z tyłu promu siedzące… ale jak Wam się wydaje, że można je tak po prostu zająć (nawet jak się stoi na samym przodzie, a to jest pierwszy przystanek promu), to nie, nie nie, nie! nic bardziej mylnego :D Gdyż po prostu są ludzie, którzy pływają nim tylko po to żeby sobie pooglądać, więc jak przypłynęli tutaj i mieli kiepskie miejsca, to poczekali aż inni wysiądą i oni zajęli te najlepsze miejsca zanim my z brzegu zdążyliśmy wsiąść… No nic, popłynąłem sobie i choć moje miejsce było stosunkowo dobre… to i tak nie polecam ;) Jeśli ktoś myśli sobie, że to dobry sposób na zwiedzanie, bo tak faktycznie radzą na blogach podróżniczych… to się może trochę rozczarować. No przynajmniej dla mnie to takie średnio przyjemne: stoisz tam jak sardynka w puszce i usiłujesz porobić kilka zdjęć nie upuszczając jednocześnie aparatu/telefonu do wody… Z jednej strony widok miałem dobry, ale już z drugiej prawie żaden, więc chcąc obejrzeć budynki po obu stronach kanału, musiałbym przepłynąć też z powrotem… Szczerze, to chyba lepiej wziąć sobie wodną taksówkę :P Wiadomo, że drożej ale żeby raz przepłynąć kanał, to chyba też nie majątek, a z pewnością ma się wtedy widok nieskrępowany i w ogóle… W każdym razie ja dopłynąłem tą linią 1 kawałek za most Rialto, bo inny jeszcze plan na ten dzień miałem… odszukać moje szklane, małe, białe stworzonko :D Nie wiedziałem czy to się w ogóle uda, bo ani nie wiedziałem gdzie był ten sklep (ani jak się nazywał), ani do której jest otwarty a było już dość późno… liczyłem jednak na to, że może znajdę po lokalizacji zdjęcia, a skoro to Wenecja to może i sklepy ze względu na turystów będą otwarte dłużej! Nie pomyliłem się ;) Jak zacząłem grzebać w telefonie, przechodząc w informacje o zdjęciu, a stamtąd na mapy google, to się okazało, że ta lokalizacja działa doskonale – doprowadziły mnie dokładnie pod sklep, z dokładnością do numeru (i to w Wenecji, gdzie nawigacja generalnie często się gubiła między wysokimi budynkami…) i sklep był otwarty! Kupiłem więc moje małe, białe stworzonko (powiedzmy że to maleńki miś polarny, udało mi się wybrać dosyć kształtnego ;) ) i stoi tu teraz ze mną, ale się cieszę ;) dosyć czułbym niedosyt, gdybym nie zdążył albo coś ;) I tak już do piekarni nie zdążyłem… (aha, bo nie wspomniałem o śniadaniu – chciałem spróbować takiego słodkiego czegoś, kremu w czymś suchym ale eee… to nie powalało smakiem, krem dosyć taki sztuczny w smaku :D pączek wenecki – „fritole” – był już całkiem smaczny ale pewnie bomba kaloryczna, bo tłusty jak cholera ;) w każdym razie dlatego właśnie na drogę chciałem kupić znów jakieś dobre croissanty, ale no – nie zdążyłem). Ale mówię Wam! – ta lokalizacja na zdjęciach… bajer! Wszędzie można trafić po zdjęciu! (tak, tak, wiem, inwigilacja XD ) Odkryłem nawet, że patrząc stamtąd widać na mapce kolorowymi obszarami ile gdzie zdjęć zrobiłem – też fajny bajer :P
Na koniec kupiłem jeszcze w supermarkecie Colę i prowiant na drogę, a kolację zjadłem w KFC – no mało tradycyjnie :D ale lubię też sprawdzać oferty fast foodów, bo się czasem różnią ze względu na kraj. KFC we Włoszech jednakże ma słabą ofertę (podobnie jak w Niemczech, nawet jeszcze gorszą). Potem udałem się na Tronchetto, bo już czas był kierować się do autobusu powrotnego… Początkowo planowałem płynąć komunikacją, ale w końcu jakoś mi tak wyszło, że bardziej pasuje dojść i tak też zrobiłem. Z tego przystanku odjeżdżałem tylko ja i jeszcze jedna osoba (w dodatku ona się spóźniła i wsiadła jak już odjeżdżaliśmy). W ogóle… Flixbus przyjechał, numer linii się zgadza, przystanki z grubsza niby też, a tam „Monaco” pisze. Myślałem, że czegoś nie przestawili, więc pytam: „Munich?” – „Ja, ja, Monaco!” :D noooo spoko… skoro „Monachium” to „Monaco” po włosku, to jak jest po włosku „Monako”? :D (tak samo, właśnie sprawdziłem ;) – „Principato di Monaco” vs. „Monaco di Baviera”), pułapki na każdym kroku ;) Dalej… miałem miejsce 24B, a to jest miejsce na dole… a dół jest „zawinięty” taśmą i nie można tam siadać. Ok, miejsc wolnych na górze było dużo, tylko nigdy nie wiadomo gdzie można usiąść, a gdzie jest jednak zajęte. Siadłem sobie w którymśtam rzędzie ale jak się spostrzegłem, że nikogo oprócz mnie tu nie ma, to przesiadłem się na sam przód, a co se będę żałować :D Na drugi przód dosiadła się potem jakaś kobieta, a zaraz potem jacyś ludzie mówią mi… coś po włosku :P Oczywiście domyśliłem się, że im o miejsce chodzi, ale mówię: „Nie rozumiem”, wydukali po angielsku, że miejsce, to ja mówię, że nie sądzę aby obowiązywały te nadane nam miejsca, bo ja mam miejsce na dole, a nie mogę tam usiąść – nie wiem ile z tego zrozumieli, ale włączyła się ta kobieta z drugiego miejsca z przodu i chyba to samo im po włosku powiedziała, jednocześnie powiedziała, że może im ustąpić i usiedli tam i potem już do końca drogi nikt się o moje miejsce nie upomniał, więc przejechałem sobie z przodu aż do Monachium :D A to było dobre miejsce, bo fotele już były lekko położone (za mną było zejście na dół, więc nikomu to nie przeszkadzało), a przede mną dużo miejsce… oraz można sobie było położyć nogi na półeczce pod szybą :D także do spania – bardzo wygodnie ;)
W Monachium znów zwątpiłem bo Flix-pociągów w ogóle nie było na papierowym rozkładzie… na szczęście na elektronicznym przy peronach się pojawiały, a ten mój w dodatku podstawili sporo wcześniej, więc wsiadłem i dalsza podróż też bez niespodzianek minęła. Tylko jakoś w tę stronę nie chciało mi się aż tak spać i droga dosyć się dłużyła… dwa filmy na smartfonie obejrzałem z oferty Flixa :D ale trzeba przyznać, że ten internet we Flix-pociągu działa całkiem dobrze (a przynajmniej Flix Entertainment :P ).

Podsumowując… było super! Zmieniłbym tylko tyle, że wziąłbym 3 noclegi w Wenecji i przyjechał do niej już we wtorek wieczorem/po południu. Między Florencją, a Wenecją jest jednak zbyt mała odległość żeby się spokojnie wyspać w drodze między tymi miastami. Poza tym Florencję mogłem spokojnie wcześniej opuścić, na mnie większego wrażenia nie zrobiła ;) owszem, widok ze wzgórza ładny i w ogóle no wiadomo – fajnie było miasto zobaczyć ale jednak krócej by wystarczyło. Piza była ciekawa, a Krzywą Wieżę warto zobaczyć na żywo ale Wenecja… „Nazywana najpiękniejszym miastem świata” – i jestem skłonny się zgodzić! :) Tak, Wenecja podobała mi się najbardziej ze wszystkich miejsc, które do tej pory odwiedziłem! Oczywiście też były budynki wymagające remontu, nawet całkiem sporo takowych ;) ale jakoś cała reszta… te wszystkie kanały… to wszystko ma taki urok i tak mi się podobało, że te ruinki, chyba po raz pierwszy w życiu, mi nie przeszkadzały zupełnie :P Dodatkowo uważam że Wenecja to również najczystsze miasto jakie widziałem, naprawdę bardzo mało tam śmieci na ulicach (bo może mało ulic :D ), pewnie woda wszystko zabierze ;) no ale tak czy inaczej… śmieci mało widać.
To chyba takie miejsce, do którego chciałbym wracać, takie moje miejsce… :)

Podsumowanie kosztów:
– hotel Florencja: 143€ (+9€)
– hotel Wenecja: 167,40 (+8€)
– Flixbus tam: 88,98€
– Flixbus z powrotem: 54.98€
– pociąg z Florencji do Wenecji: 29,50€
– pociągi Florencja – Piza – Florencja: 8,70€ x2
(= 518,26)
– komunikacja miejska we Florencji: 1,50€ (x5) = 7,50€
– komunikacja miejska w Wenecji: 21€
– wstępy: 13€
(=41,50)
– widokówki: 1€ + 0,60€ + 1,50€ + 1€ = 4,10€ (chyba)
– inne pamiątki (miseczka: 8€, stworzonko: 3€, kabel: 0,99€, mydełka: 4,50€): 16,49€
– supermarkety: 7,64€ + 3,43€ + 3,05€ = 14,12€
– lody: 3€ + 3€ (x2) +3€ + 3,40€ = 15,40€ (to możliwe, że jedne pominąłem…)
– pizze i inne: 7,50€ + 13,50€ (i cola… i coperto…) + 4,80€ + 2,50€ + …nie pamiętam może około 3€… + 8,10€ (KFC) + 2€ (McDonald’s) = 41,40€
– jeszcze inne jedzonki: takie ciasta na wagę na targu we Florencji (jeszcze o tym zapomniałem w opisie :P ): 9,70€ + croissanty 2,60€ + tiramisu 4,50€ + …nie pamiętam ile za tego pączka i coś z kremem, to powiedzmy z 5€… = 21,80€
(=113,31)
wszystko razem: jak jeszcze doliczyć toalety i Lidla w Monachium to z 680€… oo, to trochę więcej niż się spodziewałem :P No ale to prawie tydzień na „wycieczce objazdowej” we Włoszech, w tym w „najdroższym mieście świata” ;)

Zdjęcia (Piza, Florencja x2, Wenecja x5):

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.