Bawaria – Eibsee, Königssee, Berchtesgaden, Salzburg, Regensburg… (4-11.06)

Tak jakoś wyszło w tym roku, że drugi urlop na zwiedzanie miałem zaledwie kilka tygodni po pierwszym (i że w ogóle dwa sobie zaplanowałem :D ). Tym razem tydzień na Bawarii, więc samochodem (choć rozważałem jazdę pociągiem… tzn. pociągami regionalnymi, bo „9-Euro-Ticket” na cały kraj, to oszczędność duża ale jednak nie dałoby się zorganizować tak wycieczki, gdzie się chce kilka miejsc zwiedzić jednego dnia ;) ). I tym razem w dużej mierze udało mi się zaplanować wcześniej co chcę zwiedzić… jednak i tak przed samym wyjazdem poświęciłem znów trochę czasu na zaplanowanie dokładne. Główna część miała być na samym południowo wschodnim „rogu” kraju, nad Königssee (nad Jeziorem Królewskim). Aaaale po kolei.

Dzień pierwszy – sobota 4.06
Wyjechałem około 8:00 rano i w planach miałem 3 miejsca w pobliżu Garmisch-Partenkirchen ale nie byłem jeszcze do końca pewien czy mi się uda, czy będzie mi się chciało… To jednak dużo km… Ale jechało się nadzwyczaj dobrze, zacząłem od Wieskirche (Kościół pielgrzymkowy w Wies), parking tam kosztuje 2€ no ale to nie jest wiele jak za zobaczenie takiego pięknego miejsca. Nawet mnie naszło wrzucenie monety jako darowiznę (miało być 50 centów, no bo nie jestem religijny ;) ale wyjęło mi się 1€, pomyślałem że głupio byłoby „zabierać”, wrzuciłem 1€, może dzięki temu miałem cały wyjazd szczęście? ;) ). Koło kościoła zjadłem podobno tradycyjnego Wies Kühle (2,50€) – to jest taki jakby płaski pączek, bardziej oponka z bardzo cienkim środkiem wokół którego jest grubsze ciasto, z cukrem i cynamonem, pycha…
Potem pojechałem dalej, zobaczyć Lechfall – taki wodospad niemal na granicy z Austrią (w Füssen), tam parking był darmowy tylko musiałem kawałek przejść, bo te najbliższe oczywiście zajęte… Miejsce też ładne, a woda ma naprawdę taki kolor jak na zdjęciach! To nie są filtry! :D (gdzieś tam czytałem dlaczego, to po prostu czysta woda ale i tak się załamuje światło na niej). Tam mnie jakiś dziwny latający owad ugryzł między palcami prawej ręki, jak to bolało… No ale wodospad widziałem, po lesie przeszedłem, wahałem się trochę czy nie wejść na ścieżkę w koronach drzew, ale było już krótko przed zamknięciem, poza tym po doświadczeniach z mostem wiszącym w 2019 roku, stwierdzam że ja chyba nie za bardzo lubię takie atrakcje, więc po co za to płacić :D
Całkiem późno jeszcze nie było, więc jednak zdecydowałem się na trzeci cel – Starnberger See (chyba to Sankt Heinrich w Münsing było), tam parking był darmowy i podziwiałem zachód słońca nad jeziorem :) Jasne, że to trochę nie po kolei jakby cele, ale według ważności, poza tym na tą noc nie miałem noclegu, więc trzeba było się zbliżyć przed wieczorem na jakiś autostradowy parking ;) Całkiem daleko jednak nie pojechałem bo raz, że mi się już nie chciało, a dwa że nie byłem pewien czy faktycznie jakiś lepszy parking minę (nie robiąc przy okazji niepotrzebnie dziesiątek kilometrów), więc stałem i spałem chyba na Autobahnparkplatz Seeshaupt. Zrobiłem tego dnia około 906km, tankowałem dwa razy – raz w trasie za 2,21€ za litr, ale jak na stację benzynową na autostradzie, uznałem że to nie jest na tyle drogo by tracić czas na szukanie tańszych po okolicy i za te 40€ zatankowałem, a potem koło Lechfall za – ludzie – sensacyjnie niska kwota w tych czasach!! i to na Bawarii! (wcale nie zauważyłem żeby coś tam było istotnie drożej tak btw. tylko język jest okropny :D ), jedynie 1,83€! :P Oczywiście do pełna, za taką cenę ;) (56,75€) Pogoda była ładna cały dzień, baa, nawet za gorąco aaaale mam od roku sprawną klimatyzację, więc jechałem wreszcie na letni urlop jak człowiek :D

Wieskirche:

Lechfall:

Starnberger See:

Dzień drugi – niedziela 5.06
Wyspałem się i około 5:00 rano ruszyłem dalej (po drodze fotografując kilka razy góry o wschodzie słońca ;) ). Na najbliższym darmowym Eibsee parkingu byłem około 6:00, co jest idealną porą (parking jest mały i szybko pełny, trochę dalej jest drugi, trochę większy i tam nawet odjeżdżając widziałem pojedyncze miejsca ale w szczycie sezonu pewnie też można o tym zapomnieć poza wczesnym porankiem). W każdym razie 6:00 rano nad Eibsee jest porą idealną! Byłem niemal sam, więc ludzie mi w kadr nie wchodzili, pogoda była piękna, więc wreszcie udało mi się zobaczyć to miejsce porządnie i przy ładnej pogodzie (czyli coś co się 3 lata temu nie udało, a rok temu ze względu na niepogodę odpuściłem zajechanie tu), obszedłem jezioro dookoła i tak, to naprawdę piękne miejsce! Podobno najładniejsze niemieckie jezioro (choć niektórzy mówią, że Königssee) i owszem, myślę że najładniejsze :) To była też dobra pora ze względu na odjazd – niedziela wieczór pogodnego dnia letniego, to by pewnie znowu była tragedia, jak te 3 lata temu… najgorszy korek w moim życiu – 4km ponad godzinę… (będąc tam sprawdziłem że ten odcinek miał około 4km).
Potem pojechałem w miejsce, które się nazywa Kuhfluchtwasserfälle – to też taki widowiskowy wodospad/wodospady. Parking tam przez pierwsze 2 godziny jest bezpłatny (ale trzeba pobrać darmowy bilet w automacie), a to wystarczająco by zobaczyć wodospad. I są tam darmowe, piękne, czyste, pachnące i przestronne toalety! a do tego naturalnie puste jeśli ludzi jeszcze nie ma na parkingu ;) (więc znów szczęście, bo już bardzo mi się chciało sikać :D ).
Trzecim celem na ten dzień, przed wyruszeniem w dalszą drogę do hotelu, było jezioro Walchensee. Tam parking na 2h – 2€ (ale są też droższe, ja stałem na Nachtparkplatz Einsiedel am Walchensee, Einsiedl Mautstraße, 82432 Jachenau), na tą biegnącą obok drogę płatną (5€) się nie zdecydowałem bo nie wiedziałem czy mimo tej opłaty parkingi tam też nie będą płatne dodatkowo… Więc objechałem jeziorko drugą stroną parkując potem jeszcze raz w Kochel – najpierw chciałem zaraz nad jeziorem, ale ludzi dużo, przejechałem ulicę (potem się okazało, że dobrze się stało, bo tam nie wolno było), wjechałem na najbliżej położony parking i chciałem nawet wracać… ale coś mnie tknęło (może to że chwilę wcześniej na tej trasie, dosłownie za mną mieli stłuczkę – noo to ja wolę nawet odrobinę czymś takim nie ryzykować i się tam z powrotem nie pchać ;) ) i pomyślałem że eee, nie będę się pchać w ten największy ruch, trudno już, kupię bilet na godzinę i chyba starczy żeby szybko przejść nad jezioro z parkingu i z powrotem. Ale zanim bilet kupiłem, znalazłem w parkomacie bilet całodzienny… moją pierwszą myślą było, że ktoś zapomniał, wyjąłem go i nadal chciałem kupić swój… a potem się rozglądam i myślę, że hmm, no jak zapomniał to się może nie zorientuje, że ten sobie wezmę? :D A potem zerknąłem na godzinę wydruku biletu – no raczej jakby zapomniał o 9:00, a była 14:00, to ktoś by już ten bilet wziął dawno ;) Tak więc najwyraźniej ktoś zostawił dla następnej osoby, to bardzo miło i ja bym chyba na to nie wpadł (chociaż bilety na komunikację miejską czasem na przystanku zostawiałem), ale teraz już będę tak robił – tamten z resztą też potem zostawiłem, bo choć mogłem zostać trochę dłużej niż godzinę dzięki niemu (i zostałem), to jednak trzeba było się zbierać w dalszą drogę, a było przede mną jeszcze jakieś 170km… Hotel (no bardziej pensjonat – „Haus Heimattreu”) miałem między Berchtesgaden a Schönau am Königssee (niby w tym drugim, a jednak pierwsze miasto było bliżej ;) spokojnie osiągalne na pieszo). Łącznie zrobiłem około 300km.

Eibsee:

Dzień trzeci – poniedziałek 6.06
Śniadania były w cenie, więc po obfitym, i muszę przyznać smacznym, śniadaniu, zaplanowałem sobie na ten również pogodny dzień Königssee – tam właściwie niewiele więcej można jak popłynąć w rejs po jeziorze (chociaż potem się dowiedziałem, że chyba jednak można je jakoś obejść… może dobrze, że wcześniej nie wiedziałem, bo bym pewnie chciał oszczędzić XD chociaż może nie, rejs to też atrakcja). Gospodyni jak się dowiedziała co planuję, poleciła mi się zastanowić czy na pewno dziś, i miała rację, bo tego dnia (Wniebowstąpienie Pańskie) jest w Niemczech święto… ale jednak to miał być najpogodniejszy dzień, więc nie zmieniłem planów – pojechałem rowerem (bo wziąłem mój mały rower) nad przystań i kupiłem ten rejs (tam i z powrotem 25€). Na jeziorze są dwa przystanki – przy malowniczym kościele św. Bartłomieja i Salet (na krańcu jeziora, z którego można się przejść jeszcze do mniejszego Obersee i nad największy w Niemczech wodospad Röthbachwasserfall. Można na nich wysiąść w dowolnej kolejności, ale gdzieś tam przeczytałem że polecają najpierw popłynąć do Salet, więc tak też zrobiłem. Na początku rejsu jeszcze facet opowiada o jeziorze – no fajnie, szkoda tylko że „po bawarsku” więc połowy nie zrozumiałem :D Potem zatrzymują na chwilę statek, wychodzi drugi i gra na… chyba trąbce ;) i echo odpowiada – fajny pokaz :) Tam też jest rzeczywiście bardzo pięknie, a Königssee to podobno najczystsze w Niemczech jezioro i woda ma kwalifikacje wody pitnej (a stateczki po nim pływające są elektryczne, właśnie dlatego że nie mogą być spalinowe). No kolor wody też jest niezły. Obersee jest trochę bardziej może mętne, ale okolica chyba jeszcze bardziej malownicza. Potem doszedłem do rzeczki i wodospadu – wspiąłem się też trochę wyżej nad wodospadem ale nie warto, nic nie widać, a na pewno nic lepszego niż z dołu, szedłem chyba po prostu za ludźmi. Potem wróciłem na przystanek promu/statku. Następnie wysiadłem koło kościoła, zrobiłem rundkę na pieszo… do „kaplicy lodowej” jednak nie dotarłem, bo było już późno, a droga zbyt ryzykowna – znaczy skończyła się ścieżka, był osypujący się piasek, po którym bym pewnie zjechał ;) jasne – dałoby się tam przejść (tam i z powrotem) ale czasowo na styk, to jednak trochę zbyt ryzykownie… A ja już i tak byłem wykończony tym całym chodzeniem… Więc powrót, niemal ostatnim statkiem/promem i do domu (noclegu ;) ) na rowerze… A jeszcze kupiłem sobie precla na obiado-kolację, a właściwe dwa precle (bo duże z serem mi wykupili, więc duży zwykły i mały z serem). Kupiłem też skarpety z wełną alpaki, pomyślałem że taka praktyczna na zimę pamiątka jest ok :D

Dzień czwarty – wtorek 7.06
Ten dzień miał być deszczowy (i był), więc zaplanowałem Salzburg, bo pomyślałem że miasto zwiedzać można też w deszczu (a lepiej miasto w deszczu niż chodzić po górach w deszczu…). Z kartą gościa (którą się dostaje w pensjonatach/hotelach) przejazdy komunikacją miejską są darmowe, a parkingi i atrakcje ze zniżką. No do Salzburga nie jedzie się całkiem za darmo, bo to już jednak poza granicą kraju, ale z kartą gościa dopłaca się tylko 6€ za bilet tam i z powrotem. Tak więc pojechałem – najpierw autobusem do Berchtesgaden, a potem 840 do Salzburga. Komunikacja miejska wprawdzie jakoś powalająco często nie jeździła spod mojego pensjonatu, ale jak już jeździła to była dość dobrze skomunikowana i wysiadając na dworcu w Berchtesgaden, od razu były autobusy praktycznie wszędzie. Choć jeszcze taki minus, że nawigacja coś z tymi autobusami słabo chciała współpracować i najczęściej nie wyszukiwała połączeń… No ale plan miałem w pdf-ie. Salzburg można spokojnie obejść w kilka godzin, zjadłem lody (w Eis Greißler gałka kosztuje wprawdzie 1,90€ ale można ją podzielić na dwa smaki i wielu ludziom wystarczy jedna, ja wziąłem dwie podzielone, smaki: ciasteczka maślane, mak, grysikowego…czegoś (Grießschmarrn) i malin /ostatnie to tak żeby coś wybrać jako czwarty ;) /) i waniliowego precla (na słodko to oczywiście nie precel, tylko bardziej ciasto ptysiowe uformowane na kształt precla z masą waniliową – smaczne ale za 5,50€ to chyba nie warto :D mogłem może wziąć pączkowego ;) ), kupiłem też Quarktasche (ale zjadłem dopiero w hotelu) i ooo, jakie to było dobre… na północy Quarktasche są raczej tylko z ciasta francuskiego, a to tutaj było co najmniej pół drożdżowe i jakie to smaczne… (2,80€). I kilka kulek Mozarta, to dla rodziny, też spróbuję ale to nie w moim stylu słodycz i raczej mi nie posmakuje ;) Następnie postanowiłem oczywiście wspiąć się na wzgórze widokowe – czyli Wzgórze Kapucynów i akurat dokładnie wtedy zaczęło lać porządnie… (wcześniej tylko sobie kropiło, padało…). Gdzieś tam w bramach odczekałem trochę ale w końcu wyjąłem moje poncho i tak uzbrojony (w sensie że w parasol – to już dawno i pokrowiec na plecak – to też dawno, a teraz jeszcze poncho na plecak i na siebie) ruszyłem pod tą górę. Wcześniej ubrałem bluzę, bo przed tym deszczem się zrobiło jakby trochę chłodniej (ogólnie to tam było cały czas tak ciepło, że nie musiałem wkładać bluzy), ale potem idąc pod tą górę zacząłem tę bluzę przeklinać, bo zgrzałem się bardzo ;) (a rozebrać się ciężko z tym wszystkim na sobie…). To już potem byłem mokry z wierzchu i od środka ;) W dodatku… tego dnia zrobiłem eksperyment – no bo mnie ogólnie bardzo pocą się plecy, przypuszczam że może dlatego że używam pod pachy dobrego dezodorantu, który blokuje pocenie, ale pot przecież gdzieś i tak musi ujść, u mnie upodobał sobie plecy… pomyślałem więc że może jak użyję dezodorantu w kremie (a więc słabszego) pod pachy, to plecy mniej się spocą, bo on blokuje tylko zapach a nie pocenie, tak też zrobiłem… No moooooże trooochę mniej spociły mi się plecy, za to cały się spociłem i ten zapach to też nie do końca zablokował, więc odechciało mi się takich eksperymentów :D O butach nie wspomnę… ubrałem wprawdzie inne adidasy (niestety mocniejszych butów nie znalazłem, chyba je oddałem…), bo wydawały mi się bardziej trwałe na deszcz no i faktycznie trochę bardziej trwałe były ale nie aż tak żeby wytrzymały cały dzień deszczu… A wszystko to niepotrzebnie, bo potem okazało się, że najlepszy widok jest z dołu – z tych murów obronnych wzgórza czy co to tam było :D Do końca dnia deszcz na szczęście zelżał, nawet momentami przestawało padać, więc poncho przynajmniej wyschło i miałem potem trochę mniej suszenia…

Dzień piąty – środa 8.06
Środa miała być słoneczno-deszczowa, do około 15:00 pogodnie, a potem gorzej… Ruszyłem więc jak najwcześniej (czytaj: około 9:00) na Kehlstein! Można tam wjechać autobusem widokowym, aaale 26€ to ja nie dam! :D Ja nie wiem, że tu wszystko musi kosztować dwucyfrową kwotę i to coraz częściej z dwójką z przodu… No ludzie, to jest góra, mogę tam wejść za darmo! Wprawdzie to sporo km, spod noclegu pokazywało mi 8km… no Google Maps, bo Here We Go twierdziła, że nie ma trasy… Ruszyłem i już po kilkuset metrach się okazało, że droga prywatna, nie ma przejścia.. Here jednak wiedzą lepiej… :D Nic to, na pieszo na dworzec w BGD, potem pod centrum dokumentacji (niestety w tym roku zamknięte z powodu przebudowy) i dalej na pieszo… Poszedłem za jakąś grupką młodych ludzi, ale jeszcze długo się wahałem czy jednak nie wjechać :D Ale nie, poszedłem! No i cóż… doszedłem… ale… nie polecam koszulki z gumowym logo z przodu na wędrówkę w góry XD bo po prostu… mokra jest i tak, tylko nie wysycha z powodu logo :P O plecach nie wspomnę, bo już dziś bez eksperymentów… koszulkę miałem tak mokrą, że jak ścisnąłem ręką, to miałem na dłoni wodę… Albo wymienię plecak na jakąś torbę na pas, albo… w ramach desperacji pomyślałem już żeby może pod koszulkę przymocować jakoś pieluchę :D ale pielucha jest za wąska, może podkład chłonny – zamierzam to przetestować chociaż jeszcze nie wiem jak :D No w każdym razie dowlokłem się do parkingu, tego na który dojeżdżają z dołu autobusy i dalej w górę można albo windą, albo jeszcze kawałek na pieszo. Ja ten kawałek chciałem windą i w ogóle chciałem przejechać tą windą Hitlera no ;) tylko nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji czy mogę – wszędzie pisało, że bilet autobusowy zawiera windę… ale z drugiej strony nie pisało też, że nie mogę, może po prostu jak już ktoś wchodzi tak daleko pod górę, to dalej też już chce wejść na pieszo ;) W każdym razie poszedłem do tej windy i nikt o nic nie pytał, więc wjechałem sobie nią na szczyt :P Na początku zachmurzona była jedna strona, cóż, cieszyłem się, że chociaż mam widok na drugą, ale potem rozpogodziło się i miałem cały widok. Jest pięknie. Na szczycie jest trasa widokowa po skałach – widoki jeszcze bardziej super, ale wędrówka nie tak całkiem łatwa… ale warto! Jest też kawiarnia (herbaciarnia się nazywa), ceny jak patrzyłem w kartę nawet akceptowalne, ale nie było tego na co miałem ochotę, więc nie zjadłem tam nic. Sikać mi się chciało, bo WC było na parkingu autobusów, tam gdzie winda, ale nie, po co miałem tam iść jak myślałem, że na szczycie też będzie, a chciałem oszczędzać wodę ;D no i może i było na szczycie (dla gości coś było na pewno), ale nie znalazłem… Więc poszedłem dopiero jak już zszedłem na parking (WC też całkiem ok, nie aż tak pachnące jak to niedzielne, ale o dziwo też udało mi się trafić na dość puste, no i też darmowe ale jeszcze by tego brakowało żeby tam było płatne…). Potem zejście z góry… niekoniecznie łatwiejsze, bo się z kolei leci i trzeba mięśnie wysilać żeby nogi powstrzymywać ;) a tak mi się już nie chciało, że czasami nawet zbiegałem, bo to było w pewnym sensie łatwiejsze ;) Potem powrót autobusem do miasta i postanowiłem jeszcze pójść na lody do „Manufaktury czekolady” – wziąłem 2 gałki: ciasteczkową i rabarbarową (do tego malutka jest gratis na spróbowanie: wziąłem maślankową i w sumie ta smakowała mi najbardziej ;) ). Przeszedłem miasto, potem jeszcze w górkę do jakiejś kapliczki, potem myślałem żeby iść na Keiserschmarrn do polecanej gospody… kolejny kawałek więc wahałem się, i spacerowałem, i wahałem się… i w końcu tam poszedłem (bo już byłem blisko), ale akurat mieli zamknięte… Może to i dobrze, bo bardziej miałem ochotę na słone ;) Więc na dworcu głównym coś małego w Burger Kingu też mi wystarczyło :D Po drodze natrafiłem jeszcze na drewnianą skrzyneczkę, a w niej słoiczki domowego przetworu i karteczka, że 14 latka je zrobiła – i cennik, jakoś tak mnie to natchnęło, że kupiłem mały za 1,50€ :) jeszcze nie wiem czy to będzie zjadliwe (wprawdzie pod daszkiem ale jednak słońce i nie wiadomo ile tam stoi) ale i tak nie uważam żeby to były pieniądze stracone, postarała się, a ja w jej wieku bym się też cieszył jakbym coś sobie zarobił. Do pensjonatu znów z buta… Jak usiadłem na krześle, to po godzinie nie mogłem wstać do toalety, uda tak bolały, że nie mogłem się ruszać, ale zrobiłem tego dnia jakieś 26km, większość po górach… Wieczorem masowałem te uda, bolało tak że to bardziej chyba głaskanie było ;) ale może coś dało, bo kolejnego dnia rano jednak jakoś wstałem… No i jednak cały dzień była pogoda a nie tylko do 15:00 :)

Dzień szósty – czwartek 9.06
Kolejny deszczowy dzień… na szczęście buty wyschły po wtorku, więc mogłem zmoczyć je znowu :D Ale plan jest plan, trzeba wykonać ;) Kolejny autobus i tym razem nad Wimbachklamm – wstęp 2€ (z kartą gościa). Nawet się zastanawiałem czy wejście będzie otwarte/możliwe w taką pogodę… ale nie byłem jedyny (choć ludzi było mało, tak mało że prawie jakbym był sam, co też znowu ma tą zaletę, że zdjęcia lepiej wychodzą :D no i mogłem się przejść tam, z powrotem i jeszcze raz tam zanim wyszedłem przez bramkę ;) tłoku nie było). To też jest piękne miejsce i zdecydowanie warto je zobaczyć. Dużo małych wodospadzików wygląda super. Stamtąd w kolejne miejsce doszedłbym i pieszo, aaale nogi trzeba oszczędzać, poza ty pada, więc autobus i dalej do Ramsau. To takie sobie miasteczko, które jednak ma pewien kościółek, z którym układałem kiedyś puzzle i koniecznie chciałem zobaczyć :) W ogóle myślę, że to super pomysł odwiedzać widoki z puzzli i będzie to chyba moje nowe hobby :D Niestety tego widoku nie udało mi się sfotografować dokładnie takiego samego jak na puzzlach, bo musiałbym chyba wejść na pole… wszedłem więc i zrobiłem zdjęcie tylko tak daleko jak mogłem. Tam już postanowiłem zatrzymać się w jakiejś kafejce, która zrobiła na mnie sympatyczne wrażenie i zjeść… Apfelstrudel! (ciepły, podobno domowy, z lodami waniliowymi i bitą śmietaną, do tego wziąłem czekoladę do picia ze śmietaną = 10,70€), no bo trzeba posmakować kuchni tradycyjnej :D I cóż mogę powiedzieć… ciasto dobre! :D nie no, umówmy się: tak jak nie ma niedobrych lodów, tak nie ma niedobrych deserów, ale jabłka to po prostu nie są moje ulubione owoce, więc ciasta z nimi nie są moimi ulubionymi ciastami, a jak już to ciasta z musem jabłkowym, a te jednak były w kawałkach… ale i tak dobre! :) Stamtąd dalej tą samą linią autobusową nad ostatnie jezioro: Hintersee. I cóż, przy pogodzie byłoby pewnie ładniejsze, ale deszczowa aura też ma swój urok. Obszedłem je naokoło i poszedłem na autobus powrotny. Z Berchtesgaden pojechałem jeszcze, tym razem autobusem, znów nad Königssee, bo chciałem tam kupić sobie jeden kamień – kamień słoneczny i zjeść Keiserschmarrn! (jedno z moich najulubieńszych dań, a pochodzi z tamtych rejonów ;) w sumie początkowo chciałem jeść je codziennie, ale wyszło jak widać tylko raz). Najpierw chciałem zjeść w restauracji… ale bary były tańsze i też miały niezłą opinię, a poza tym serwowali Kaiserschmarrn z powidłami śliwkowymi, a nie tylko musem jabłkowym (ja ogólnie najbardziej lubię z sosem waniliowym albo tylko cukrem pudrem, no ale wiecie, pamiętacie z wyżej: wolę śliwki niż jabłka ;) ), do tego lemoniada cytrynowa (bo głupio jeść na sucho, a to było najtańsze poza wodą :D razem: 11,60€). Chciałem też kupić precla na wieczór lub dzień następny ale nie było tego straganu na który liczyłem, więc odpuściłem. Potem już wróciłem na kwaterę, miałem jeszcze zapłacić za pokój dzień przed odjazdem (ja ogólnie wolę płacić od razu, ale tu jakoś tak wyszło, że zapłaciłem dopiero w czwartek).

Wimbachklamm:

Ramsau:

Hintersee:

Dzień siódmy – piątek 10.06
Wstałem z okropnym bólem głowy, nie wiem czy to po wieczornym piwie (które wcale mi nie smakowało, niesmaczne mają te lokalne piwa, a przynajmniej te dwa, których próbowałem) czy krzywo spałem… Na szczęście potem przeszło. Przed 10:00 się zebrałem i ruszyłem w kierunku Regensburga (Ratyzbony). Wyjazd z gór znów męczący, takie kręte drogi to nie dla mnie. Jechałem w kierunku Regensburga (Ratyzbony) nie będąc jeszcze pewnym czy w ogóle zatrzymam się na zwiedzanie… Po drodze zatrzymywałem się na kilka zdjęć widoków – m.in. na Zamek Burghausen – wow, robi wrażenie, też by było fajnie kiedyś zwiedzić! :) W końcu dojechałem nad Walhallę – trochę dalej niż dedykowany jej parking, jest parking darmowy do 3h, co jest wystarczająco żeby tam pospacerować (a jeszcze bliżej budowli były nawet, choć mniejsze, takie na darmowe 4h :D no aale ja chciałem zobaczyć też ruiny zamku, więc stanąłem na tym bliżej ruin). Stamtąd widoki też są piękne, znad Walhalli też. Co do samej budowli, to większość nie poleca wchodzić i twierdzi, że za 4,50€ nie warto. Ja wszedłem, bo to słowo („Walhalla”) przyśniło mi się jeszcze zanim dowiedziałem się że istnieje taka budowla, więc uznałem że powinienem zwiedzić ją lepiej ;) z resztą to nie drogo. Czy było warto? Dla mnie tak, to ładny budynek też w środku, a że spędza się w nim max kilkanaście minut, to cóż… ;) dla większości ludzi chyba faktycznie nie będzie warto.
Jednak nie miałem dość zwiedzania, więc do Regensburga/Ratyzbony też zajechałem. Parking P+R jest faktycznie nieźle napchany (jak porównać to z niemal pustym w Stuttgarcie… no ale kto by chciał jechać do Stuttgartu XD ;) ), ale na końcu udało mi się znaleźć wygodne miejsce, a kilka innych wolnych też było i ruszyłem do miasta. Stare miasto faktycznie nie jest jakoś bardzo rozległe, więc można je spokojnie obejść na nogach. Miasto zaskoczyło mnie na plus! Nie spodziewałem się, że będzie aż tyle ciekawych budynków, kurcze, podobało mi się chyba bardziej niż Salzburg :) Warto zobaczyć. Pochodziłem do zachodu słońca, kupiłem 2 widokówki (ale to jak wszędzie – już nawet nie wspominałem ;) ), Quarktasche (też bardzo smaczna, choć ta z Salzburga była lepsza) i lody (dwie gałki: lemon cheesecake i wanilia, plus gratis mała na spróbowanie owoce leśne), lody w Stenz, niestety nie mieli żadnych ciekawszych smaków ale za to lody ładnie podane – na górze wbity wafelek z logiem firmy ;) (również niestety nie pamiętam za ile była gałka, może 1,60€? tak policzę do rachunków…). W Mieście zostałem do zachodu słońca, który ładnie oświetlił nadbrzeże rzeki. Taki też był plan żeby potem wyjechać na autostradę i od razu na parking spać, bo do kolejnego celu miałem tylko jakieś 130km. Tak też zrobiłem (i nie bardzo miałem inne wyjście, zgasło mi prawe światło w samochodzie, ciężko by to było wymienić nocą na parkingu… w sumie w końcu dojechałem tak do domu /w Niemczech nie ma obowiązku jechać ze światłami w dzień/, za to następnego dnia pod domem to już żadna z przednich żarówek się nie paliła :D ). Tego dnia zrobiłem jakieś 380km.

Dzień ósmy – sobota 11.06
Kiedy się już wyspałem (a wyspałem się, co najmniej 7 godzin spałem, nawet chyba dłużej z przerwami, bo fakt że się od czasu do czasu budziłem i w trakcie nocy jednak trochę ubierałem, aaale dwa koce i bluza i nie zmarzłem ;) potem się z resztą zaczęło robić gorąco… Przed kolejną atrakcją też się wahałem, bo… dużo tego, no nie? ;) Ale jak już jestem w rytmie wycieczek i zwiedzana, to nie mam ochoty kończyć, więc jeszcze odwiedziłem jaskinię Diabła w Pottenstein – wstęp 7€ ale parking pod nią też 2€ (za 2,5h co jest wystarczająco na samą jaskinię nawet jeśli trzeba czekać aż się zbierze następna grupa, bo wstęp tylko z przewodnikiem). Miejsce ciekawe, 7€ to w porządku, ale 9€… no jeszcze ujdzie ;)
A potem ruszyłem już do domu. Pomyślałem jeszcze o Bayreuth i/lub Bambergu… aaale mógłbym tak w nieskończoność, a kiedyś w końcu trzeba wrócić do domu (i lepiej by było o takiej porze żeby jeszcze znaleźć miejsce parkingowe :D ). Pewnie jeszcze wrócę w te strony ;) Tego dnia zrobiłem 662km, a łącznie podczas całego wyjazdu 2148km…

Jeśli miałbym wycieczkę ocenić tak ogólnie… to może Wenecji nie przebija, ale prawie dorównuje! :) Naprawdę było fajnie, tam też jest pięknie i też pewnie będę chciał tam jeszcze kiedyś urlop spędzić i może jeszcze pochodzić po górach :) (bez plecaka i w koszulce bez plastikowego logo z przodu! XD ). A gdyby ktoś się zastanawiał: tam jest zdecydowanie ładniej niż nad Jeziorem Bodeńskim ;) (ale oczywiście oba miejsca warto zobaczyć, w ogóle cały świat warto zobaczyć, ale czy muszę o tym mówić? :) ).
P.S. – Ha! Osiem dni zwiedzania i tylko pięć noclegów płatnych – da się! :D

Podsumowanie kosztów:
– paliwo: w trasie to około 170€, niestety nie pamiętam czy ruszając miałem pełen bak, ale pewnie tak, albo prawie, to trzeba z 230€ łącznie policzyć… to jest drogo… (to już lepiej Flixbusem do Wenecji pojechać, taniej XD /i nie trzeba samemu prowadzić/ ),
– nocleg: 268€ (10€ zwrotu na Check24, taka promocja, więc może 258€ powinienem policzyć ;) ),
– wstępy, przejazdy, parkingi itp.: 48,50€
– pamiątki (widokówki + inne ale nie żywność): 3,50€ + 9,20€ = 12,70€
– żywność (pamiątki/prezenty + lody + inne): 12,60 + 10,40€ + 45,40€ = 68,40€
Łącznie: ok. 620€ …noo… prawie jak Włochy ;) a jak to zliczyć razem to 1300€ mnie w tym roku wycieczki kosztowały… ogromna suma jak tak spojrzeć… z drugiej strony niektórzy (np. koledzy z pracy) wydają tyle na samą (i to jedną) wycieczkę na jedną osobę (a jadą np. z rodziną), więc… chyba i tak jestem dość budżetowy :D (nie mówiąc już o tym, że na plaży w Turcji All Inclusive nie przeżyje się tyle co ja! ;) ).

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.