O blogowaniu i vlogowaniu itp.

Na początek mały wstęp.
Na tym wordpressie czuję się jak sześciolatek. Tak właśnie, jakbym nic nie umiał i do wszystkiego musiał mieć ułatwienia w postaci wtyczek. Bo tak jest – nic nie umiem, bo wszystko jest za skomplikowane. Tylko problem jest w tym że korzystając z wtyczek nadal niczego się nie nauczę…
Żeby zmienić kolejność stron na belce pod obrazkiem musiałem zainstalować wtyczkę… WTYCZKĘ ZAINSTALOWAĆ żeby zrobić pierdołę, którą powinno się robić przenosząc po prostu odrobinkę kodu… Nawet nie chcę patrzeć jak wygląda źródło strony wordpressa skoro jak w edytorze chciałem dodać linka otwieralnego w nowym oknie, a on mi „target=”_blank”” wstawił… (niezgodne z xhtml 1.1).
Potem też musiałem zainstalować wtyczkę, bo inaczej nie dało się wyłączyć zamieniania emotikon tekstowych na obrazki…
Potem ktoś musiał mi jak krowie na rowie powiedzieć co zrobić żeby mi się przy poście wyświetlała godzina, a nadal nie wiem jak wywalić mój nick żeby go nie było obok daty (ale to już powiedzmy nie takie ważne, bo po raz kolejny kogoś męczyć o to już nie mam siły).
Już nie mówiąc o tym, że dodając jedną z pierwszych notek w html-u nie wyświetliła się tak jak powinna tylko musiałem kursywę zrobić zaznaczając w edytorze wizualnym i mi jakieś swoje akapity potworzył… Ech, nie mam siły do tego, ale jednocześnie nie mam też innego wyjścia :( Kto mi powie jak się nauczyć robić swoje szablony na wordpressa? A najlepiej od początku, tak żebym wiedzał co czym jest i skąd się wzięło…
To samo z komunikatorami – mam wrażenie, że te ułatwienia odmóżdżają. Gadu-Gadu jest co raz mniej popularne, ale na GG mogłem otworzyć pięć okien rozmów na pasku i włączać odpowiednie (wiem, potem scalili w jedno ale i tak dało się odcalić, mam tak do dziś z resztą), na Skype natomiast jak ktoś do mnie napisze, to muszę otworzyć okno, a potem jeszcze wybrać osobę jeśli nie ją akurat mam aktywną, dlatego kurwica mnie bierze dyskutując na raz z więcej niż jedną osobą na Skype (a nie, sorry, zwracam honor! właśnie się nauczyłem, że da się, trzeba tylko wybrać „Widok dzielony”, właśnie w tej chwili to odkryłem!). To samo z resztą jest na FB i wszystkich innych genialnych wynalazkach :/ Ja nie wiem ludzie, czy wy nie macie nic innego do roboty tylko rozmawiać z innymi i tylko na tym spędzacie czas w internecie? w przeciwnym wypadku nie wiem jak można nie dostać białej gorączki używając do komunikacji Skype (no dobra, to już powiedzmy mniej aktualne, ale i tak uważam GG za czytelniejsze), Facebooka czy podobnych (które nie pozwalają rozdzielać okien rozmowy ani odłączyć ich od przeglądarki). Dokąd ten internet zmierza… Koniec wstępu.

Kiedy słyszę, że ktoś utrzymuje się z bycia blogerem (lub youtuberem), to taki mam lekki… (niesmak?) A już totalnie nie rozumiem podniecania się youtuberami (te wszystkie zloty fanów, zbieranie autografów… walka o bluzy), nie no, spoko – ja rozumiem, że można kogoś na YT bardzo lubić, oglądać regularnie i nawet jakoś podziwiać ale… no ludzie, przecież to jest taki sam człowiek jak Wy. Ty możesz spokojnie być na jego miejscu. Znaczy ok, wiem, youtuberzy lubią sami mówić jaką ciężką pracą jest nagrywanie (niektórzy tylko z tego żyją) i nie chcę całkiem tego negować, ale oni kiedyś zaczynali z pozycji, na której w tej chwili jest większość z nas – czyli no po prostu kiedyś byli zwykłymi internautami, którzy stanęli przed kamerą i zaczęli nagrywać. Nic nie stoi na przeszkodzie żebyś i Ty zaczął zamiast przeżywać życie kogoś innego AŻ TAK. Z resztą dla mnie to wszystko jest takie jakieś… no takie jak wyżej – trochę niesmak. Tzn. z jednej strony rozumiem, że jeśli ktoś znalazł sobie sposób na życie w postaci bycie youtuberem (czy bycia blogerem), to jego szczęście i nie ma nic w tym złego. Z drugiej jestem tym zawiedziony, bo… No właśnie zawsze jak mam takie uczucia, zadaję sobie szczere pytanie: czy to z zazdrości? (przecież może i tak być). Zadałem je sobie i tym razem i odpowiedziałem: nie, to nie z zazdrości. Postawiłem się na miejscu takiej osoby i stwierdziłem, że nie chciałbym na takim miejscu być. Nie miałbym nic przeciwko dorabianiu na blogu czy YT (hej, ja też kiedyś zarobiłem 50$ od wytwórni muzycznej na swoim filmiku na YT) ale nie chciałbym w ten sposób zarabiać na życie. Bo po prostu nie. Bo uważam, że pewne rzeczy powinny zostać w sferze hobby. Bo uważam, że wtedy wkłada się w nie więcej serca i że wtedy są jakoś „jakościowo lepsze”. Bo cenię moją wolność. Bo nie chciałbym mieć świadomości, że jak z jakiegoś powodu stracę popularność, to będę musiał szukać sobie innego zajęcia itp. A poza tym ja już swoją wymarzoną pracę znalazłem i jest to praca na produkcji :P Tak, wiem że jestem dziwny. Główny powód, to jednak ten dotyczący jakości.
No i jeszcze mnie trochę wkurza to: „ja się tak męczę i nagrywam film, to obejrzyj chociaż dla mnie te reklamy”. Ja tam żadnych reklam na YT nie widzę, widać mam dobre filtry ;) ale na takie zdanie chciałbym odpowiedzieć: to się nie męcz i przestań to robić, naprawdę nic się nie stanie jak Twój film nie ujży światła dziennego, znajdzie się dość ludzi robiących takie rzeczy dla samej wyłącznej przyjemności, a nie dla kasy z wyświetleń.
Ale każdy może robić co uważa za stosowne, tylko że… mam wrażenie, że zawsze jak się nagrywa dla kasy, to jest to gorsze niż kiedy się to robi dla samej satysfakcji. Widzę to po samych klipach wideo… (przed chwilą obejrzałem: to… i serio? 2 miliony subskrypcji?! jak dla mnie tego się nie da oglądać, facet jest tak sztuczny, że aż boli).

Czemu mnie tak naszło na ten temat? Bo przez ostatnie dni obejrzałem wszystkie filmy Serafina, to chyba mój ulubiony youtuber :D Chociaż zastrzeżeń mam do niego nawet sporo (te „daj łapkę, subskrybuj” itp. po kilkadziesiąt sekund w każdym filmiku… no on jest przykładem tego czego generalnie nie lubię i to widać), nie we wszystkim się z nim zgadzam, nie zawsze nawet pasuje mi jego humor, to jednak jedną „rzecz” ma, która mi bardzo pasuje – sposób wypowiedzi. To jest właśnie to co mnie tak bawi i całe życie bawiło chyba najbardziej.
To teraz kilka moich ulubionych:
(2:57-3:41) XD
Jak zostać syreną – „już kiedyś i nawet jeszcze dzisiaj” XD (ale najgorsze jest to, że ja w jej wieku miałem podobny głos i nawet podobnie mówiłem :D dobrze, że wtedy nie było internetu :D )
Promocja w Lidlu – to nie są zwykłe klapki, to są paskudnie brzydkie klapki XD
Kurtki z Lidla – za te filmiki go lubię XD („po co nam jedna kurtka w naszym rozmiarze, no przecież wiadomo, że weźmiemy pięć kurtek nie w naszym rozmiarze” :D )
Chińskie zamówienie
Chińskie zamówienie 2 – te dwa ostatnie są naj :D „czajna kontakt” XD „tak nie damy rady” XD to jest wlaśnie to co bawi mnie najbardziej, nie sytuacje itp., tylko jak ludzie zabawnie potrafią coś powiedzieć (zabawnie coś nie aż tak zabawnego sam w sobie). To po takich momentach w szkole ja potrafiłem śmiać się całą lekcję, a nawet do końca dnia, kiedy inni już dawno zapomnieli o zabawnej chwili :P A potem przychodziłem do domu i ze szczegółami mamie opowiadałem – nie wiem czy dla kogoś z zewnątrz też to było takie śmieszne, zwłaszcza w opowieści, pewnie nie :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | 4 komentarze

Liebster Blog Award 2016

Oook, skoro noemi mnie nominowała, to odpowiadam :)

1. Twoje 10 mocnych stron? (Jeśli masz problem z tym pytaniem, pomyśl, co często doceniają u Ciebie inni).
Niech no zajrzę w ten plik…
1) opanowanie
2) empatia
3) sumienność
4) idealizm (choć to może być czasem wada :D )
5) taka hmm, stanowczość w pewnych sprawach (taka, że ja mówię co i jak zrobię i jestem przekonany że tak będzie dobrze, a inni potrafią się nad tym rozwodzić i kombinować i nie mają tej pewności)
/mimo zaglądania do pliku trudno odpowiedzieć na tak sformułowane pytanie jednak :P /
6) grzeczność
7) niezależność
8) odwaga (to nie mój pomysł jakby co :D )
9) cierpliwość (zwykle…)
10) odpowiedzialność

2. Bohaterka literacka (bohater), która Cię ukształtowała i jako pierwsza przyszła Ci do głowy?
Jako pierwszy to przyszedł mi do głowy Bart Dawes z „Ostatni bastion Barta Dawesa” Stephena Kinga :D ale to dlatego że się jakoś utożsamiłem kiedyś :D a jednak nie można powiedzieć żeby mnie ukształtowała (i szczerze mam nadzieję, że się od tamtego czasu zmieniłem ;) ). Więc odpowiadając na pytanie… nie ma takiego chyba, nikt mi nie przychodzi do głowy, jednak kiedyś nie czytałem tak chętnie książek i żaden bohater nie wywarł na mnie raczej żadnego takiego wrażenia w dzieciństwie/młodości… A przynajmniej nie takie żebym pamiętał… Trochę szkoda.

3. Cel na 2017 rok, który absolutnie MUSISZ zrealizować, żeby w Sylwestra uznać, że wykorzystałaś/eś swój czas?
Następne trudne pytanie… Nie mam celu. Może to błąd? Może to hamuje rozwój… Ale nie lubię stawiać sobie celów, bo nie lubię presji. Czego bym chciał? no chyba jakiejś kolejnej fajnej wycieczki – teraz się uparłem zobaczyć Koloseum, więc może zwiedzić Rzym?
Tylko że to chyba nie o to chodzi, cel kojarzy mi się z jakimś osiągnięciem… Więc może… no chciałbym dostać pracę, która by mi się podobała i była stała (a najlepiej żeby to była znów moja poprzednia praca, żeby udało mi się tam wrócić), ale… to będzie trudne i niestety w obecnej sytuacji na rynku pracy to nie tylko ode mnie zależy…
Po namyśle znowu: nie, nie lubię celów. Bardzo sobie cenię to, że żyję bezstresowo :P nawet gdyby ktoś miał powiedzieć, że mało ambitnie – a tak, nie jestem ambitny i bardzo mi z tym dobrze ;)

4. Co w swoim ciele lubisz najbardziej?
Twarz, zdecydowanie. I moje tatuaże :) (to przynajmniej było łatwe pytanie :D ).

5. Umysł, emocje, ciało, energia, dusza – który z tych aspektów działa u Ciebie najmocniej, a który wymaga rozwinięcia?
Emocje działają najmocniej. A energii chyba często mi brakuje…

6. Co myślisz o prowadzeniu budżetu domowego?
Szczerze? Strata czasu na dłuższą metę. To znaczy sam to robiłem przez pierwsze trzy miesiące emigracji – nowe miejsce, nowe ceny, nowe wydatki, więc chciałem się zorientować ile kosztuje mnie utrzymanie. Zorientowałem się i tyle, myślę, że trzy miesiące to na tyle optymalny okres czasu żeby się zorientować w swoich wydatkach i potrzebach. Robić to cały czas? Bez sensu – jeśli skrupulatnie (no dzięki żebym nadal w Excela wklepywał każdy bilet, każdą świeczkę, każdą bułkę czy każde zapałki, no soorry… ;) ). Oczywiście dobrze jest orientować się w wydatkach, ale mnie wystarczy ogólny ogląd: jeśli wiem, że np. zakupy spożywcze robię raz w tygodniu (w piątek lub sobotę) i wydaję na nie 20€, to łatwo policzyć, że na miesiąc wydaję około 80€, więc zaokrąglam sobie do 100 (bo tam czasem coś się w środku tygodnia przypomni, czasem wydam nie 20 a 25€, a czasem mam ochotę zamówić pizzę czy coś takiego) i już wiem ile wydaję na jedzenie. Resztę wydatków i tak mam na koncie: za mieszkanie, rachunki, internet i telefon, ubezpieczenia – to wszystko idzie poleceniem zapłaty ale wiem ile to kosztuje co miesiąc. Także można powiedzieć, że ja mój budżet domowy mam w głowie w każdej chwili ;)

7. Za co z minionego tygodnia jesteś najbardziej wdzięczna/y? Podaj przynajmniej trzy powody.
Uch, miniony tydzień był naprawdę paskudny… jeśli już muszę cokolwiek z niego wybrać, to chyba jednak spotkanie z S. A trzy powody? 1.) przyjemność seksualna :D 2.) było to jakieś oderwanie się od dołującej codzienności, 3.) fajnie się gadało, został troche dłużej, więc było więcej czasu na rozmowy i okazało się, że mamy podobne zdanie na całkiem sporo tematów.

8. Jaka piosenka najlepiej oddaje Twoje życie? (możesz podać maksymalnie 3)
Kolejne pytanie z cyklu trudnych :P Nie wiem, jakoś tak nie mam żeby porównywać swoje życie do piosenek… Kiedyś powiedziałbym, że „Szklany człowiek” – Myslowitz – ale to nie jest zbyt konstruktywne :D (i to raczej przeszłość :P ).
Dalej… „Beniamin” – Wilki – ale to chyba podobnie jak wyżej :D
No nie wiem, mogę podać 10 piosenek doskonale opisujących to co czuję do mojego ostatniego obiektu westchnień :D ale tak żeby o swoim życiu to nie…

9. Gdzie widzisz siebie za 10 lat? Co wtedy mieliby o Tobie do powiedzenia ludzie, którzy Cię cenią?
No to tak… Pracuję na stałe w L. i moim mężem jest M. (i nie „mężem” tylko właśnie po prostu mężem, bo do tego czasu to już tu chyba będą legalne małżeństwa jednopłciowe, a nie tylko związki partnerskie :P ) i mamy dwójkę dzieci (jego i jakiejś kobiety, która by się zgodziła nam urodzić), i mieszkamy parę ulic dalej (nad rzeką). No to się rozmarzyłem :D A druga część pytana… chciałbym żeby mówili, że miałem swoją wizję życia i udało mi się ją zrealizować :)

10. Jaką inspirującą książkę ostatnio przeczytałaś/eś?
No właśnie tak jakoś to żadnej ostatnio… Ostatnio czytam więcej powieści, ostatnie nie-powieści to: „Mapy świadomości” Osho, ale szczerze to nie powaliła – albo to już nic nowego dla mnie albo jakoś do mnie nie przemówiła akurat taka forma; „Potęga twoich emocji” Hicksów – no bardzo ok, ale to też jeszcze nie to; kilka innych ale też nie… i w końcu: „Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji.” – Marie Kondo – no ale to było w lutym :P trochę dawno ale naprawdę polecam, każdemu (nawet jak nie jest minimalistą i nie interesuje się sprzątaniem), bo jest też zabawna i rozrywkowa :) no po prostu super.

11. Czego nauczył Cię Twój ulubiony nauczyciel?
Chyba nie odpowiem dokładnie na to pytanie ale powiem tak: pokazał mi, że można zachować równowagę, np. być nauczycielem, który wymaga realizacji programu ale nie zastrasza, tylko potrafi to zrobić w taki sposób, że się go mimo wszystko lubi. Że można być ludzkim przy jednoczesnym wykonywaniu swojej pracy sumiennie.

Ja nie pociągnę dalej, miałbym może pomysł na kilka pytań ale zbyt mało osób… przychodzą mi do głowy 2-3 osoby, które mógłbym nominować, może 4-5 ale z tych 5 to może dwie czytają mnie, więc to chyba nie bardzo tak :P (brak mi blogów, które chciałbym czytać, brak mi tych znajomości, które były kieeeedyś, jak więcej ludzi pisało blogi-pamiętniki)…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | 4 komentarze

Kalendarz LGBT

W związku z tym artykułem na forum pojawiła się taka dyskusja. Aż mnie naprawdę wzięło i wymyśliłem swoją wersję :D

Na kartę tytułową można wziąć slajd szósty z kalendarza, bo jest bardzo dobry :P
Styczeń: Para około 35-40 lat, kobieta (długowłosa blondynka) i mężczyzna z dwójką dzieci. Kobieta zjeżdża z synkiem na sankach, mężczyzna z córką ciągną sanki. Podpis: „Anna* z mężem i dziećmi. Anna jest po korekcie płci.”
Luty: Młody mężczyzna z długimi włosami i gitarą (albo jakiś inny, może nawet ten z kalendarza ze slajdu 8). Podpis: „FIlip, 24l. Filip jest gejem.” (może być też bez podpisu)
Marzec: Dwie młode dziewczyny (w sumie te ze slajdu 7 są ok, mogą być takie trochę kolorowe, ewentualnie jedna może być bez makijażu, taka bardziej „męska”, krótkie włosy itp. żeby też nie było że pomijam butch). Podpis: „Maja i Paulina, są studentkami, są parą.”
Kwiecień: Warsztat samochodowy. Dwóch mężczyzn, jeden około 40l., drugi około 30l., obaj w ubraniach roboczych, jeden pisze coś przy blacie roboczym, drugi pochyla się nad samochodem z podniesioną maską. Podpis: „Marek i Paweł, prowadzą razem warsztat samochodowy. Są także parą od ośmiu lat.”
Maj: Dwie młode kobiety o długich włosach, bardzo kobiece, jedna w garsonce, druga ubrana swobodniej. Rozmawiają patrząc na bawiącą się na placu zabaw obok dziewczynkę, uśmiechają się do siebie i do niej. Podpis: „Aleksandra i Renata z ich córką.”
Czerwiec: Jakaś mocno wymalowana i kolorowa roześmiana Drag Queen. Podpis: „Dominique przed występem.”
Lipiec: Para, kobieta i mężczyzna około 25-30 lat. Mieszkanie jeszcze nie urządzone, kobieta niesie karton z rzeczami uśmiechając się do mężczyzny, który rozpakowuje kolejny, nowo się wprowadzili do mieszkania. Podpis: „Robert z dziewczyną. Robert jest po korekcie płci.”
Sierpień: Dwóch chłopaków około 20-25l., chlapią się wodą na plaży. Podpis: „Rafał i Paweł. Są parą od roku.”
Wrzesień: Dwie starsze kobiety, jedna około 45l, druga około 50-55l. Jedna siedzi na balkonie, druga właśnie przyszła przynosząc doniczkę z wrzosami, patrzą na kwiaty i na siebie uśmiechając się lekko. Podpis: „Maria i Edyta. Są parą od piętnastu lat.”
Październik: Dwóch mężczyzn w wieku 60-70l. idzie alejką w parku trzymając się za ręce. Podpis: „Jan i Adam. Są parą od trzydziestu pięciu lat.”
Listopad: Młoda kobieta o krótkich włosach (może być jak ta z kalendarza z kluczem naprawiająca zlew – tylko na trochę naturalniejszym zdjęciu). Podpis: „Alex, 28l. Alex jest lesbijką.” (lub też bez podpisu)
Grudzień: Dwóch starszych mężczyzn około 60-70l., jeden gotuje, drugi siedzi przy stole z młodą, około 30l. kobietą, mężczyzną w podobnym wieku i małą dziewczynką (albo i dwójką dzieci). Gdzieś w tle widać choinka itp. nastrój świąteczny. Podpis: „Artur i Szymon z ich córką i jej rodziną.” (lub: „Artur i Szymon z ich córką, zięciem i wnuczką/wnukami.”)

Mam nadzieję, że się podoba, bo mnie by się podobał :D

* – imiona przypadkowe, wpisałem pierwsze jakie mi przyszły do głowy, można zmienić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | 2 komentarze

niewiarygodne jest możliwe ;)

Napisałem to na forum, napiszę i tutaj, bo to przecież jest ważne. Akurat do pamiętnika, akurat wokół tematów, które teraz są mi bliskie ;) Tak… bo ten blog towarzyszył mi w przechodzeniu przez różne doświadczenia w moim życiu i to mi bardzo dobrze robiło, więc nie chcę teraz pomijać i tych seksualnych. Zwłaszcza jak to jest takie specyficzne :D (chociaż więcej będzie tych tematów, jeśli kogoś to razi no to… no trudno, to część mojego życia… aż chciało by się rzec: wreszcie XD ).

Od czasu do czasu spotyka mnie coś takiego co jakoś tak mną wstrząsa (pozytywnie). Pierwsze takie nigdy-nie-myślałem-że-to-możliwe było wtedy, kiedy pisałem z przyjaciółką wspominajac dzieciństwo i zapomniałem co było ze mną nie tak w dzieciństwie :P Przez tamte cudowne ileśtam minut całkowicie zapomniałem że byłem ts ;)

A ostatnio… Właściwie od początku. Z „tym drugim” (wspominanym tutaj, nazwijmy go „S.”), faktycznie udała się jakaś stała relacja, bo spotykamy się od czasu do czasu… Drugi raz spotkaliśmy się krótko po mojej korekcie mastektomii, więc wcześniej mu napisałem że 2-3 tygodnie nie mogę, bo miałem operację, korektę blizn – bez wdawania się w opisy ale też bez ukrywania. Wyszedłem po niego na przystanek i idziemy ulicą i gadamy, znów coś tam wspomniałem, a on mi na to: „A co ci jest? taki się urodziłeś?” – myślę sobie no co jest, nie przeczytał profilu dokładnie? (mam napisane w profilu, że jestem ts i po meto /i to pełnymi słowami napisane/, a jak ktoś nie rozumie to niech sobie wygoogla – dopisałem), ale idziemy ulicą, więc średnio mam ochotę tłumaczyć :P więc powiedziałem: „Czytałeś mój profil…” i jakoś zmieniłem temat, a on: „No tak, tak…” (no niby czytał bo w pierwszej wiadomości nawiązał do innej treści profilu).
To jednak jeszcze nic :D Kolejne kilka spotkań później, (przedostatnie spotkanie), leżymy, gadamy, jakoś zeszło na temat narządów płciowych, zadał mi takie pytanie, że już myślałem że już się doedukował (aczkolwiek jak teraz o tym myślę, to właśnie nie, to ja to pytanie tak zinterpretowałem w pierwszej chwili jakby on wiedział :P ), a potem znowu pyta: „Taki się urodziłeś?” No jakoś nie chce mi przejść przez gardło nawet „urodziłem się z ciałem kobiety”, więc powiedziałem raczej coś w rodzaju: „eeyy… tak?” :D No jakby nie kuma, że ja jestem ts… a myślałem, że po tamtym moim tekście o czytaniu profilu przeczyta chociaż jeszcze raz… Nie wiem, może przeczytał ale nie wchodzi, nie łapie, nie rejestruje… co dla mnie jest właśnie takim „wow„… Jakby to ująć żebym to dobrze wyraził… To ważne. Bo to jest coś, w co nie tylko nie wierzyłem w stosunku do siebie ale w ogóle w stosunku do każdego ts k/m, spotkało mnie coś, w co bym nigdy w życiu nie uwierzył że jest możliwe! :P Mimo, że widzi blizny (po poprawce jeszcze świeże, czerwone), mimo że widzi całą resztę, mimo że pisze na profilu… on dalej bierze mnie po prostu za faceta. I to jest właśnie to wow! (to się chyba nazywa mieć passing w łóżku :D metoidioplastyka – polecam! ;D ).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | 5 komentarzy

dzieci

Gadałem sobie wczoraj z przyjaciółką i tam wiadomo – rozwijamy swoje fantazje :D Ona o swoim obiekcie westchnień i gromadce ich wspólnych przyszłych dzieci, ja o swoim i dwójce naszych przyszłych córek ;D I kiedy ona mi opisała jak by sobie nasze wyobrażała, to tak mnie nagle tknęło i pomyślałem sobie… ja bym chyba nie zniósł mieć biologicznej córki, zwłaszcza jakby była podobna do mnie z dzieciństwa (#traumatakbardzo ;) ), tak – nawet nie to, że mi nie przeszkadza nie móc mieć biologicznych tylko bym wręcz nie chciał! (może dlatego tak bardzo nie rozumiem parcia ludzi, a zwłaszcza osób ts, na posiadanie biologicznych dzieci…), jak biologiczne, to już raczej wolę syna :P (ale ogólnie wolałbym córki, nie wiem czemu w sumie, tak jakoś bez powodu).
No wiem, wiem, niby nie ma w ogóle o czym mówić, bo już jestem bezpłodny ale wiecie – ja już myślę na przyszłość, a może kiedyś będzie można mieć dziecko z dna innej komórki niż rozrodczej (więc i będzie można mieć dziecko z osobą płci dowolnej :P ), także pierwsze to jeszcze pewnie nie, ale to drugie dziecko, to kto wie, kto wie, może jednak będzie wspólne ;D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 komentarze

Poprawka mastektomii, gojenie i kamizelka (i zmiana lekarza rodzinnego)

Czas się w końcu wziąć w garść (bo już dwa miesiące minęły) i napisać relację z poprawki mastektomii :) Oczekiwanie na decyzję o refundacji, konsultacje i rejestrację w szpitalu na tydzień przed już opisywałem, więc przejdę do rzeczy.
W dzień operacji musiałem wstać o jakiejś 4:00 czy podobno nieludzkiej godzinie, dostać się na dworzec i dalej pociągiem… Pierwszy raz jechałem „międzymiastowym” pociągiem, więc zakup biletu itp. atrakcje… no są automaty, nawet obsłużyłem bez problemu, wchodzę na peron i widzę kasownik… dobrze że go zauważyłem, bo przecież skąd ja miałem wiedzieć, że ten bilet muszę skasować zanim wsiądę do pociągu? :P No nic, skasowałem, pojechałem, niecała godzinka drogi, wysiadłem, oczywiście do szpitala z buta, bo jakbym jeszcze tam miał ogarniać miejskie autobusy… ale to nie było tak daleko, akurat ładnie dotarłem do celu o czasie. I nawet trafiłem na ten mój oddział! :D
Pani kazała usiąść w poczekalni, było jeszcze kilka osób, ale najpierw przyszła po mnie, bo „pierwszy pan jest na dziś”. No ok, zaprowadziła do sali (dwuosobowej ale z zastrzeżeniem, że może po operacji będę w innej), kolejne parę papierów musiałem podpisać, krótki wywiad, dała koszulę szpitalną oraz majtki i wkładkę, które miałem ubrać. Chociaż „majtki” to za dużo powiedziane :D daje mi takie coś, co wygląda jak kawałek bandaża, wziąłem to i w końcu głupio pytam: „Ee, a jak to się zakłada?” XD To mnie poinstruowała, że to jest tak sprasowane i normalnie się rozciąga… no ok :D Poszedłem się przebrać, poszedłem z nią przymierzyć kamizelkę uciskową, którą miałem nosić po operacji. Potem do sali dołożyli mi jakiegoś starszego dziadka ale go nie poznałem, bo gdzieś wyszedł, do mnie przyszedł mój chirurg i porysował klatę itp. I się pyta czy mam pytania, ja już wcześniej papiery przejrzałem i nie widziałem tam wzmianki i uzupełnianiu tłuszczem, więc się pytam specjalnie: „skąd będzie tłuszcz pobrany do uzupełnienia tej prawej strony?” Dr zajrzał w papiery i mówi, że nie ma tego zapisanego ale faktycznie pamięta, że o tym rozmawialiśmy i dopisał. A skąd to zapytał czy wolę z brzucha (tzn. z boków to jest pobierane) czy z uda. Wolałem z brzucha (co może jednak niekoniecznie było dobrym pomysłem ale myślałem, że może chociaż ociupinkę będę szczuplej wyglądał XD ). Potem jeszcze trochę poczytałem książkę i zaraz zabrali mnie na salę (na łóżku), przejażdżka była całkiem przyjemna i zabawna, zwłaszcza jak pielęgniarka tłumaczyła że tu czy tam musi wziąć rozbieg :D Potem stanąłem (znaczy łóżko stanęło XD ) w jakiejś części, która wyglądała jak korytarz z aparaturą, przyszedł jakiś lekarz, wypytał o oczywistości typu imię i nazwisko i jaką mam mieć operację (ale to tak specjalnie, było też w papierach o tym, że będą takie pytania zadawać kilka razy, po to aby… a nie pamiętam a nie chce mi się sprawdzać :P w każdym razie nie dlatego że sami tego nie wiedzą ;) ). Tam też wbili mi wenflon itp. no i zaczęło się usypianie. Zdążyłem policzyć ze trzy-cztery numery i odpłynąłem.
Przebudziłem się chyba z raz na sali pooperacyjnej, pamiętam jakieś głosy, trochę tam ludzi było ale nawet jakoś się nie rozejrzałem przez tą senność. Drugi raz obudziłem się już na mojej sali, ale nowej – jednoosobowej. Bólu nie było prawie wcale i czułem się całkiem dobrze. Pierwsze wstawanie było trochę chwiejne, kolejne już całkiem ok (ale i tak przez cały dzień kazały mi dzwonić jak będę chciał wstać do toalety – moim zdaniem to było zbędne, bo ani tam ze mną nie wchodziły ani mnie nawet nie trzymały po drodze, a toaletę miałem w pokoju, no ale ok :P ). Jeszcze tego samego dnia dostałem kolację – bułka z szynką i serem oraz kromka chleba z tym samym, jakiś jogurt na deser, do picia herbata: „zwykła, rumiankowa, miętowa, owocowa, kawa, kakao?” – co tylko sobie życzę ale tu tak jest z wyżywieniem :P Kolejnego dnia dostałem już kartki z wyborem menu na dzień jeszcze następny – na obiad zupa tak lub inna, drugie danie kurczak, ryba albo wegetariańskie, na śniadanie/kolację bułka (lub dwie), chleb (kromka lub dwie), z serkiem, szynką, serem żółtym, chleb razowy, biały, albo płatki, do picia jak wyżej, do wyboru – full serwis, menu jak w restauracji :D (no ale w końcu też płaci się 10€ za dobę w szpitalu w tym kraju). Jeszcze tego pierwszego dnia po południu miałem mały problem – mianowicie przed operacją zamknąłem w szafce/stoliku cenne rzeczy (komórkę, portfel), klucz oddając pielęgniarkom – według instrukcji. Potem poprosiłem o klucz, oczywiście przyniosła mi tylko nie mogła zamka otworzyć :P I poszła po kogoś, ale chyba w międzyczasie zapomniała o mnie :D ale to nic, bo jak tak obserwowałem jej zmagania, to tak mi się zdawało, że robi coś źle i faktycznie jak wyszła, to usiadłem sam, trochę poruszałem szufladą i otworzyłem bez większych problemów ;) (trzeba było docisnąć czy cośtam). Tak więc potem już umilałem sobie czas komórką na zmianą z książką (którą to przeczytałem i tak szybciej niż się spodziewałem…). Tak minęły sobie trzy dni, potem trochę z wyjściem było chaotycznie (odebrała mnie znajoma), no bo rano przyszedł jakiś młody lekarz (już nie pamiętam który) i powiedział, że wygląda dobrze i mogę wyjść dzisiaj i szybko się zmył. No to zacząłem pielęgniarkę wypytywać o zmianę opatrunków itp., a ona mi na to, że lekarz prowadzący jeszcze przyjdzie – a w końcu nie przyszedł, no ale dostałem list z zaleceniami przy wyjściu. List do lekarza rodzinnego, ale sam też przeczytałem. Dowiedziałem się z niego że nie tylko z prawej strony uzupełnili tłuszczem ale z lewej też (tylko mniej). Kamizelki uciskowej w końcu nosić ie musiałem, a wręcz nie mogłem, bo przy lipofilingu (tak to się chyba nazywa?) nie wolno wywierać nacisku na miejsce operowane – aby tłuszcz się jak najlepiej przyjął (i jeszcze obłożyli mnie tam jakąś watą, bo niby ma to być w cieple – o tym jeszcze nigdy nie słyszałem :P ), ahaa no i oczywiście gwiazda następnych tygodni – pas ściągający (miejsca po pobraniu tłuszczu). I właśnie dlatego zacząłem żałować, że się na brzuch zdecydowałem… noszenie tego pasa przez kilka tygodni nie było wygodne :( (bo brzuch się zgina, uda nie – pewnie jakieś coś uciskowe na udach nie było by aż tak nieprzyjemne).

Tu właściwie następuje przerwa w opisie przebiegu rekonwalescencji, bo od razu sobie opiszę jak zmieniałem lekarza rodzinnego… Pisałem już bowiem, że po ostatnim razie noga ma nie postanie u niego więcej ;) To nie problem – po prostu nie przychodzisz. Ale pójście do nowego lekarza okazało się nie tak proste… Ale na zmianę byłem zdecydowany też z powodu odległości i możliwości dojazdu (do niego mogłem tylko samochodem, a w pierwsze dni po operacji to nie było zbyt komfortowe, lub autobusem + tramwajem – a to by było jeszcze mniej komfortowe). Postanowiłem więc iść do takiej jednej lekarki, która podobno ma dużo pacjentów ts, bo trochę się na tych sprawach zna (np. na hormonach), a przy okazji mam do niej bliżej. Na dzień przed planowaną kontrolą udałem się tam beztrosko… a pani w rejestracji mi mówi, że obecnie nie przyjmują nowych pacjentów – noo to już zaczęło się robić nieprzyjemnie, faktycznie nie przewidziałem, że to spore miasto, centrum, że inni lekarze mogą być zawaleni… No nic, myślę sobie, innego wyjścia nie ma jak pójść do najbliższego mi lekarza, obadamy, zobaczymy jaka będzie ta pani. Tylko że w domu przeczytałem o niej takie opinie (jeszcze gorsze niż o moim dotychczasowym lekarzu :P ), że całkiem mi się odechciało. Postanowiłem zwyczajnie na drugi dzień od rana wyjść na polowanie i zaliczyć jeszcze kilku najbliższych lekarzy, może któryś będzie miał miejsca… i wtedy przyszło mi do głowy, że mógłbym jeszcze spróbować do polskiej lekarki zadzwonić, sprawdzić, a może a nuż będę miał szczęście i znów przyjmuje nowych? Dzwonię więc z samego rana nazajutrz, z duszą na ramieniu, pytam się czy pani dr przyjmuje może nowych pacjentów? Na co pani w rejestracji: „Ależ oczywiście!” No ale się ucieszyłem! :D Ale no ja nie wiem czy to jest takie oczywiste skoro dwa lata temu nie przyjmowała :P (ale teraz zmieniła przychodnię, teraz przyjmuje w jakimś centrum medycznym wręcz, jednak jest to tak samo blisko, a że więcej lekarzy to może i zaleta – gdyby kiedyś miała urlop czy coś, nie ma potrzeby daleko szukać zastępstwa). No ale ok, zapisałem się czym prędzej, znaczy powiedziałem że przyjdę. Poszedłem.

(i tu już się zaczyna dalej relacja rekonwalescencji ;) )
Przedstawiłem się, że jestem nowym pacjentem, i co i jak, i że po takiej operacji. Bardzo miła pani dr! Sympatyczna i zaangażowana. I jeszcze sobie trochę na Polskę w tej kwestii ponarzekaliśmy :P Także jestem przeszczęśliwy, że mi się tak udało – zmienić lekarza, też na polskiego, o wiele bliżej i wygodniej i w ogóle, i w ogóle. [A ostateczny test przeszła w tym tygodniu, bo poszedłem na zastrzyk :P Jak już przy nabieraniu stwierdziła, że gęste, to ja mówię, że tak i że mi czasem lekarze za szybko robią ten zastrzyk, i potem boli itp. – tak żeby się nie wymądrzać ale zasugerować :P no i faktycznie, zrobiła mi wolno, z przerwami /jeszcze pytając czy ok/, no nie mam zastrzeżeń. Zastrzyk był chyba igłą 0,8 ale kłucie nic nie bolało – bo to pewnie nie chodzi o jedną dziesiątą milimetra grubości różnicy, tylko bardziej o miejsce wkłucia, ale to akurat nikt nie przewidzi czy się uda pomiędzy czy akurat w komórkę nerwową ;) grunt żeby wpuszczanie nie bolało /za bardzo/.]
No więc chodziłem na zmianę opatrunków, po 2 tygodniach dała mi jeszcze tydzień zwolnienia i tak to wyglądało. W międzyczasie umówiłem się na kontrolę u „operatora”, ale wcześniej dostałem uzupełniony list, że po 3-4 tygodniach mam nosić kamizelkę z kompresami silikonowymi na blizny. Następny jakże radosny news… Po 3-4 tygodniach to mi nawet nie wyszło, bo to nie taka prosta sprawa (z resztą trochę mi się paprało przy gojeniu, przy sutkach się troszeczkę rozeszło /choć nie tak jak po pierwszej operacji/, szwy niby rozpuszczalne wyłaziły… no właśnie, bo szwy miałem prawie w całości rozpuszczalne, jeszcze takiego sposobu szycia nie widziałem – w ogóle nic nie było widać od samego początku… wyłazić to niektóre zaczęły później, większość takie przeźroczyste żyłki, ale jeden czy dwa niebieskie). No w każdym razie jak mi się w końcu udało umówić na kontrolę, to się okazało, że kamizelka musi być na miarę… więc kolejny tydzień czekania na gościa, który się tym zajmuje…
Poszedłem w końcu do niego, obejrzał mnie i mówi: „Mhm, ginekomastia?”, potwierdziłem, bo co się będę rozdrabniał :P Z resztą zaraz też zapytał jaka to ma być kamizelka, o czym oczywiście nie miałem żadnego pojęcia :P – na szczęście lekarz w tym samym budynku na dole, więc poszedł i zapytał. Wrócił i pokazuje mi w katalogu: „Już wszystko wiem, to będzie taka.” No… to co mi pokazał, to raczej „zbroja” byłoby odpowiedniejszym określeniem niż „kamizelka” XD No nic no, jak trzeba… Czekać musiałem następne dwa tygodnie, boo to oczywiście znowu korespondencja z kasą chorych (co by wyrazili zgodę na refundację), na szczęście tą korespondencję załatwił za mnie, ja tylko dostałem info o zgodzie… w którym był zawarty koszt kamizelki – jak to przeczytałem, to myślałem że z krzesła spadnę – no zgadnijcie ile może kosztować? 100? 200€? Tak obstawiałem. Ale niee… ponad 1400€… :D ale zgodę dostałem (no trudno żebym nie dostał, skoro dostałem na operację, to i na wszelkie tego konsekwencje zgoda na refundację jest raczej tylko formalnością). Ale poważnie – myślę, że ci technicy, którzy to przygotowują troszeczkę naciągają kasy chorych… toć nie złoto tylko kawałek materiału i silikonowe kompresy. Z tą miarą to też tak… na metce mam „XS”, więc albo ta miara polega na dobraniu standardowego rozmiaru, który najbardziej pasuje, albo może doszycie metki do uszytej na miarę? (choć obstawiam to pierwsze – kamizelka sięga mi do kolan XD nie no, przesadzam ale nie aż tak bardzo ;) podwijam, w końcu to i tak chodzi tylko o przytrzymanie kompresów). Kompresy są za to na miarę, ale też wyobrażałem je sobie zupełnie inaczej… myślałem, że może to będą jakieś plastry czy no nie wiem, „woreczki” z silikonem? Podczas gdy to są normalne kawałki materiału (po jednej stronie – po tej od strony kamizelki, pewnie żeby nie jeździły jest ten materiał), a po drugiej mają ten silikon – to nie jest coś, co trzeba uzupełniać, to jest po prostu silikon jak do foremek do ciasta albo zabawek erotycznych :D który się przykłada na blizny… serio nie wiem jak to ma działać, ale podobno działa :P facet poinstruował mnie, że przy takich kompresach nie potrzebuję już żadnych maści ani niczego innego. I w ogóle to odebranie kamizelki było też dość zabawne (się złożyło, że ten facet z mojego miasta, więc tu się umówiliśmy, jedna podróż mniej), pokazał mi jak się to zakłada (najpierw rzepy, potem zamek – czuję się jak trans przed operacją, to prawie jak binder :D ), „Brzucha pan już nie ma” – mówi. „Bardzo mnie to cieszy” – odpowiadam XD (ale poważnie, chciałbym mieć taką figurę jak w tym :D pułapka polega niestety na tym, że nosząc to nie widzę jak tyję faktycznie, więęęęc trzeba się pilnować :P ). 10€ (aha, 10€ to jest mój wkład własny w te 1400 :P to aż śmiesznie wygląda przy takiej sumie). Tak więc noszę tą „zbroję”, jakoś super wygodne to nie jest, ale można się przyzwyczaić (lepiej niż do tamtego pasa, z którego dr prowadzący uwolnił mnie nawet trochę wcześniej niż te 6-8 tygodni, z czego ucieszyłem się też bardzo, ale boki jeszcze są lekko takie… dziwne w dotyku), chyba że ją akurat zdejmę na dłużej (ogólnie mam to nosić cały czas… przez 3 do 6 miesięcy :/ /a może nawet dłużej/, ale tragedii nie będzie jak zdejmę od czasu do czasu – zwłaszcza, że te kompresy trzeba raz w tygodniu wygotować /a codziennie przemyć/, a kamizelkę czasem wyprać), to wtedy jak zakładam ponownie, przeszkadza dwa razy bardziej :P I jeszcze swędzi. W ogóle ciało, nie wiem, może po pierwszym praniu będzie lepiej albo to szwy kamizelki tak łaskoczą… I pod kompresami – swędzi tak, że pierwszego dnia pod prysznicem gąbką się nieźle rozdrapałem (znaczy tak szorowałem, że blizny zamiast zblednąć, zrobiły się przekrwione :P no ale nie mogłem wytrzymać… teraz już się bardziej pilnuję). Albo to włoski przylegające do ciała pod kamizelką… no to na to nic nie pomoże, mam nadzieję, że to nie jest powód swędzenia :P No i nic, czekam, teraz tylko czas…

Ale w sumie nic nie napisałem o efekcie, a więc tak: jest ładniej niż było, ale do idealności to nadal trochę brakuje (ale zdaję już sobie sprawę, że tej nie da się osiągnąć, nigdy chyba nie widziałem idealnego efektu mastektomii). Klata już nie „zgina” się na bliznach aż tak, ale troszkę nadal – to jest niestety takich urok cięć od sutków w boki, osobiście uważam, że paradoksalnie chyba lepiej mieć większy rozmiar – taki w którym konieczne są cięcia pod biustem, moim zdaniem takie blizny wyglądają lepiej, ale przy małym rozmiarze tak się nie da. A te takie do pewnego stopnia „wgłębienia” wzdłuż blizn, to nie jest błąd chirurga – na grupie o tym gadali, to taka tendencja po prostu tych cięć… Lewy sutek wyszedł bardzo ładnie, nie wiem jak ten chirurg to zrobił, ale już mi faktycznie nie sztywnieje tak w całości (razem z otoczką), tylko mniej-więcej tak jak powinno być. Prawy kształtem wyszedł trochę gorzej (i w ogóle taki jest jakiś nieruchliwy :P ale już lepiej tak niż tak jak było wcześniej), chociaż też nie tak jak to wyglądało zanim się zagoiło. W każdym razie jeśli coś będzie nie tak z wielkością, to pomyślę o tatuażu medycznym (pomyślę i tak, bo mam bardzo blade sutki, co mi się nie podoba i wygląda mi to jakoś dziwnie, ludzie na ogół mają ciemniejsze…), więc to nie aż taki problem. Ta prawa strona, w której było to wgłębienie… wygląda lepiej. W porównaniu z lewą, to nadal jest tam dołek (chociaż teraz to mi się wydaje, że wolałbym aby lewa wyglądała tak jak ta prawa niż odwrotnie :P ), ale to już chyba też jest do skorygowania ćwiczeniami (wcześniej był za duży żeby same ćwiczenia mogły tu pomóc), a zresztą nie wiem, gojenie się jeszcze nie skończyło, jeszcze pewnie parę razy się z lekarzem zobaczę (miałem przyjechać jak odbiorę kamizelkę, tylko się zaś nie mogę dodzwonić żeby umówić termin).
Reasumując: jestem oczywiście zadowolony (choć idealnie nie jest ale jak wyżej – chyba nie jest to możliwe), jest lepiej, jeszcze tylko żeby faktycznie te blizny się nie rozrastały dzięki tym kompresom, to już będzie dobrze :) Zwłaszcza, że nic mnie to nie kosztowało (nie licząc dojazdów, no parę razy tam byłem, to powiedzmy jakieś 50€ łącznie, 3 dni w szpitalu to 30€ i tych 10€ dopłaty do kamizelki), ale to tam nic biorąc pod uwagę, że polscy chirurdzy za taką operację chcą od kilkunastu do kilkudziesięciu tyś zł. (tak, taka poprawka jest podobno droższa niż pierwotna mastektomia…).
A to mój chirurg (choć tu widzę też jakąś nową sesję zdjęciową se zrobili :D ).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 komentarze

Zabezpieczony: Kopenhaga – 1-2.10.2016 (ukryta z czasem)

Ta treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, podaj hasło poniżej:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Jakość życia

Teraz czas na wpis, który chciałem dodać kiedy się zorientowałem, że mylog umiera ;) chociaż ten wpis to też tak niejako na zastępstwo, bo… chociaż mam o czym pisać, to dopadł mnie leń… w końcu nadrobię (relację z poprawki itp.). A dziś taka bardziej wklejka. Jest to mój komentarz do notki na blogu minimalistki, a tematyką było pytanie czym dla nas jest jakość życia. To był konkurs ale nie napisałem swojego komentarza w wyścigu o wygraną, tylko po prostu chciałem wyrazić swoje zdanie (nieco inne od przewodniego). Jako że jednak 30 osób miało być nagrodzonych to też się załapałem :P W sumie trochę też sobie uświadomiłem tym wpisem, więc i u siebie chcę go mieć, toteż po małych poprawkach i dodaniu komentarzy (te numery w nawiasach) zamieszczam tutaj. Ogólnie ludzie pisali dużo o zdrowym odżywianiu i jak to bardzo dodaje jakości ich życiu… meeeh, eee, nie mój klimat ;) ja żyję jakościowo po mojemu :D

A ja się chyba trochę wybiję z tego nurtu jakość=zdrowy styl życia ;) bo… niekoniecznie się z nim zgadzam ;) (to znaczy zgadzam się, że dla wielu ludzi to się sprawdza, ja jednak skupiam się trochę na czymś innym). Ale do rzeczy.

Jakoś to wartość, żebym mógł cenić moje życie, musi mi ono dawać radość.

1. Wygoda i piękno.
Jestem singlem, emigrantem, na co dzień mieszkam za granicą gdzie wyjechałem nie „za chlebem”, tylko bo taki był mój wybór, tu chciałem mieszkać od dzieciństwa, ten kraj mi się podoba, tu jest mi dobrze. Nigdy nie stawiałem na dorobienie się, bo nie taki był/jest mój cel, moim celem jest wygodne, spokojne życie. Wynajmuję dwupokojowe mieszkanie w mieście, nie zdecydowałem się na pokój ani współlokatora (co byłoby z pewnością tańsze) ponieważ cenię sobie wolność i wygodę jaką mi daje mieszkanie tylko dla siebie.
Otaczam się tylko rzeczami, które mi się podobają, trzy miesiące spałem na dmuchanym materacu zanim kupiłem odpowiednie łóżko, ale nie kupowałem pierwszego z brzegu (bo było od ręki czy było najtańsze), nie, najpierw wymyślam sobie meble jakie chcę mieć, a potem szukam ich i jeśli są w przyzwoitej cenie, dopiero wtedy kupuję :) Równie długo obywałem się bez meblościanki aż ujrzałem moją obecną w internecie i stwierdziłem: to ta! ;) Wiele godzin spędziłem przeglądając oferty z garderobami do przedpokoju, aż dobrałem odpowiednią. Ale dziś wszystko w moim mieszkaniu jest dokładnie takie jakie chciałem żeby było, łącznie z kolorem gąbki do mycia naczyń :D (żeby była pod kolor rolety i krzeseł oczywiście ;) ).

2. Wygoda i piękno w stroju.
Też już porzuciłem koncepcję noszenia znoszonych i byle jakich ubrań po domu – oczywiście ubiór po domu może i powinien być luźniejszy i wygodny, np. dres jest ok, ale to musi być ładny dres! I koszulka, taka którą lubię i taka, która mi się podoba – komu wszak mam się podobać jeśli nie przede wszystkim sobie! :) Więc wszystko co nie spełnia tych dwóch kryteriów opuściło moją szafę.

3. Czas.
Kiedyś przeczytałem takie zdanie i wbiłem je sobie w pamięć: „Zawsze możesz zarobić więcej pieniędzy ale nie możesz dostać więcej czasu” – trudno się z tym nie zgodzić… Dlatego pilnuję żeby mój czas pracy nie był dłuższy niż 40 godzin tygodniowo (a jeszcze chętniej 35) i nie biorę nadgodzin jeśli nie są obowiązkowe. Minimalizuję denerwujące czynności: kupiłem zmywarkę kompaktową – na jedną osobę idealna i odpada denerwujące zmywanie, sprzątam kiedy mam na to ochotę a nie koniecznie codziennie czy co tydzień (aczkolwiek jak już widzę, że trzeba to nabieram tej ochoty – w końcu patrz punkt pierwszy: piękno musi być ;) ).
Nie biorę na siebie nadmiaru zobowiązań, nauczyłem się odmawiać lub przynajmniej mówić: mogę się tego podjąć ale kiedy będę miał na to ochotę, miej na uwadze, że to może być za kilka miesięcy(1). I to się sprawdza.
Ale i nie mam do siebie pretensji jeśli spędzę dwie godziny przeskakując z filmiku na filmik na YouTube(2). Czy spędziłem przyjemnie ten czas? Owszem, więc widocznie to było mi w danym momencie potrzebne jako rozrywka.

4. Smaczne jedzenie (i przyjemności).
Smacznie, nie zawsze znaczy zdrowo ;) Oczywiście staram się zachować zróżnicowaną dietę (choć skłamałbym mówiąc że jem same zdrowe rzeczy ;) ), choćby dla własnej satysfakcji, że potrafię to zrobić. Ale zawsze też w moim domu znajduje się zapas słodyczy i pozwalam sobie na deser w postaci kawałka ciasta czy ciasteczka lub dwóch albo batonika. Ale to nie jest po prostu „coś słodkiego” aby było. Nie kupuję czegokolwiek, a tylko i wyłącznie słodycze, które są moimi ulubionymi. Tylko takie, które wiem że zjem z prawdziwą przyjemnością, a nie z wyrzutami sumienia, że szkoda było pochłaniać te kalorie, a nawet nie smakowało. No i chipsy – właściwie to wszystkie te, nawet ulubione, słodycze mogłyby dla mnie nie istnieć, ale paczka ulubionych chipsów na tydzień musi być ;) Nie żadnych innych, tylko tych właśnie i nie przekraczam „dawki tygodniowej”(3), tym bardziej wydają mi się uprzyjemniać życie :)

5. Kosmetyki.
Z kosmetykami jest podobnie – używam tylko kilku sprawdzonych i moich ulubionych. Poprosiłem o nierobienie mi prezentów kosmetykowych(4), gdyż sam wiem najlepiej czego chcę używać i co lubię. Wszystko inne byłoby nadmiarem.

6. Radość życia zamiast wyścigu szczurów.
Nie wiem czy chcę kupować mieszkanie na własność. Nawet jeśli z kimś się zwiążę, raczej nie będę się budować. Nie potrzebuję sprzętu za tysiące Euro ani samochodu prosto z salonu. Moje przeciętne kilkuletnie auto znakomicie spełnia swoje zadanie przewiezienia mnie z punktu a do punktu b, a przecież do niczego innego samochód nie jest potrzebny. Mój używany sprzęt grający znakomicie współgra z meblami (patrz punkt pierwszy ;) ) a nie kosztował mnie nawet 50 Euro… I dobrze mi się mieszka tu gdzie mieszkam.
Nie mam więc wygórowanych potrzeb finansowych na które musiałbym oszczędzać, dzięki temu nawet nie pracując szczególnie dużo, mogę sobie pozwolić od czasu do czasu na jakiś wyjazd czy jakiś większy zakup…

7. Małe przyjemności dnia codziennego są najważniejsze.
Nawiązując do poprzedniego punktu – drogie egzotyczne urlopy, może i są świetne ale jeśli mam dla nich pracować co dzień godzinę więcej, to ja wolę co dzień tą godzinę poczytać książkę albo pojechać rowerem nad rzekę – też świetne i spotyka mnie codziennie, a nie przez dwa tygodnie raz na rok… A weekend w jakimś europejskim mieście z lotem upolowanym na tanich lotach może być równie ekscytujący!

8. Jestem taki, żebym nie miał sobie nic do zarzucenia.
Czasami jednak zgadzam się poświęcić swój czas na coś, na co nie mam tak naprawdę ochoty… robię tak, jeśli stwierdzę, że odmowa byłaby dla mnie niekorzystna, sprawiłaby że źle bym się czuł z taką decyzją. Bo czasem po prostu chcemy komuś pomóc nawet jeśli nie lubimy tego co właśnie mamy zrobić :)

To są moje zasady :)


(1) – raczej właśnie jednak zamiast odmawiania mówię: „ok ale jak naprawdę będę miał czas i ochotę, a na razie nie mam, więc naprawdę nie wiem kiedy to zrobię…” – i zazwyczaj okazuje się że nigdy ;)
(2) – jak spędzę trzy to też nie ma, ale przy czterech to już zaczynam sobie robić wyrzuty :D – just kidding ;D
(3) – no czasem dochodzą do tego jeszcze prażynki :P
(4) – tylko że nie wszystkim powiedziałem to tak wprost i nadal zdarzają się takie prezenty…

***

Jak już wpis-wklejka, to jeszcze całkiem fajny test polityczny, mój wynik: kosmopolityczny socjaldemokrata – fajne określenie, jak najbardziej pasuje! ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | 4 komentarze

Trzecia, i ostatnia przeprowadzka (bloga)

Ze trzy dni temu chciałem ja dodać sobie notkę… jakież było moje zirytowanie kiedy się okazało, że nie da się zalogować do panelu myloga… No co tu dużo mówić: mylog był fajny, ale jeśli nie naprawili tego od trzech czy czterech dni, to źle to wróży… Nawet jeśli naprawią, to jest już zbyt ryzykowne pisać tam… Tak więc nadejszła wiekopomna chwila kiedy zdecydowałem się wykupić hosting i postawić bloga na swoim serwerze. Nie jest to jakiś wielki koszt także spoko (zwłaszcza, że przemykało mi to przez głowę już dawno). Niezaprzeczalnym plusem tego jest, że mam teraz taki ładny adres: wendigo-blog.pl, czyli prawie jak na początku, tylko zamiast kropki jest myślnik :P Mała rzecz na osłodę całej tej sytuacji. Drugim plusem będzie to, że zamierzam zamieścić tu całe archiwum – w jednym miejscu, w jednym archiwum, z jednymi tagami (brzmi niezbyt gramatycznie ;) ), a że jest tu też wyszukiwarka, to będzie chyba łatwiej przeszukiwać archiwum. Oczywiście to nie będzie tak już zaraz, bo to pracochłonna robota będzie… tzn. całe archiwum z blog.pl może uda mi się importować (ale nawet jeśli, to i tak muszę poprawić każdy wpis ręcznie, bo się przecież wykrzaczyły jak blog.pl zmienił interfejs), ale resztę to już ręcznie… no może jakoś stopniowo dam radę ;) Oczywiście smuci mnie to, że nie mogę pisać bloga jak dotychczas – w sposób prosty, gdzie mogłem napisać szablon praktycznie z głowy, bez miliona funkcji, klas i zmiennych, które w ogóle nie są mi potrzebne… no ale idziemy z duchem czasu przecież :/ więc tak żeby było po staremu to się już chyba w dzisiejszych czasach nie da… Oczywiście będę się starał uzyskać wygląd starego bloga na ile to możliwe…  Póki co doprowadziłem przed chwilą ten szablon (wybrany jako jeden z niewielu szablonów na wordpressa, które można zaakceptować) do stanu jako takiej używalności (dla mnie) i jestem po prostu tak dumny z siebie, że aż chyba dzisiaj nie zasnę XD a jak się namęczyłem żeby zmienić kolor linka „Dodaj komentarz”… dopiero po chwili mnie oświeciło, że muszę dodać tą klasę, bo nie dość, że arkusz stylów ma pięć kilometrów, to jeszcze nie ma tam wszystkiego jak się okazuje… Oczywiście jeszcze sporo rzeczy chciałbym tu zmienić… a kiedy to nastąpi, to hmm… może jednak nie będę pisał swojego szablonu od nowa, bo może jestem za stary i za leniwy :P Ten w sumie ujdzie (najwyżej zmienię obrazek, co akurat można prosto zrobić z poziomu opcji w kokpicie bloga, hmm… może to nawet fajne – szablon jeden, tylko obrazek można sobie podmieniać zależnie od pory roku, nastroju a nawet tematu notki ;) /chociaż w sumie mogłem to samo robić na starym szablonie, więc żadne to tam wow/). No w każdym razie jestem zadowolony, że mam znów gdzie pisać, bo jednak jestem uzależniony od bloga i nawet jak czasem tygodniami nie piszę, to mimo wszystko muszę go mieć ;)

W najbliższych planach mam jeszcze zainstalowanie disqusa jako systemu komentarzy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | 1 komentarz

taki cytat (do poprzedniej notki)

Że to akurat tak pasuje trochę do poprzedniej notki, z ostatnio przeczytanej książki („Susza” Mastertona, ale w sumie nie polecam, za dużo polityki, za mało horroru), to chcę sobie chcę tu zamieścić ten cytat (ten pierwszy, a drugi bo też jest dobry):

„Nie można przejść przez życie, bojąc się śmierci. (…) Jeżeli całe życie będziesz bać się śmierci, to nie będziesz żyć nigdy. Nie naprawdę… nie tak, jak Bóg chciał, abyś żył. A smutne w tym jest to, że i tak się umrze, prędzej czy później.”

„Możesz uciec przed światem, jak daleko tylko chcesz, ale nigdy nie uciekniesz przed sobą. Gdziekolwiek pójdziesz, tam, kurwa, jesteś.”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

następny level

Kiedy parę miesięcy temu rozważałem zacząć angażować się w seksualne znajomości, zastanawiałem się jak w ogóle tego dokonać (bo jak to, ja?) i że to takie niebezpieczne (bo przecież każdy poza mną to szaleniec ;) )… doszedłem do wniosku, że ok, to może być niebezpieczne. Ale…

Ale życie to gra. Jakby nie spojrzeć, to gra. Jeśli nie zagram, mogę tylko do siebie mieć pretensję, że zmarnowałem partyjkę.
Tak jak ludzie molestowani. Czy zgwałceni. Dostali kiepskie karty, tak jak ja tylko w różne gry gramy. I albo się pozbierają albo przegrają tą grę. Ja nie chcę przegrać mojej gry. Albo może inaczej: ja nie chcę odpuścić sobie tej partyjki nawet gdybym miał ją przegrać.

– życie przypomina przejścia do nowych plansz w grze – wtedy to napisałem.
Nie odpuściłem sobie, dokonałem tego, przeszedłem do nowej planszy. Pierwsza rozgrywka zdecydowanie jest wygrana ;) Jestem z siebie dumny i co jeszcze mogę powiedzieć? W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że nic się nie zmieniło… ale zmieniło się, dużo się zmieniło. Już nie czuję żeby mi czegoś brakowało (w sensie, że coś mnie w życiu ominęło, ale w tym drugim sensie też mi chyba niczego nie brakowało ;) ).
Zmieniło mi się też postrzeganie swojego ciała. Wygląda na to, że jest kompletne, takie jakie jest. I może mi dawać tyle przyjemności (i nie tylko mi ;) ), czego chcieć więcej? Falloplastyka nic by tu nie pomogła, a pewnie by tylko popsuła (moje czucie, bo lepsze to już z pewnością nie może być, a skoro nie może być lepsze, to może być gorsze). A niektóre moje „wady” okazują się dla innych zaletami (np. wzrost – są faceci 170-coś cm, a jeśli oni do tego lubią niższych… to jestem idealny ;) ).
Ale jestem też szczęśliwy, że mam te operacje za sobą. W tej sytuacji (będąc TS) naprawdę nie mogłoby być lepiej… Nigdy jeszcze nie czułem się tak „kompletny” jak teraz… A jednocześnie, że transseksualizm to może nie być kwestia, nie była, w ogóle jej nie było, facet mi powiedział co lubi w mężczyznach i pasowałem do tego opisu. I tyle. Tylko tyle. Transseksualizmu w ogóle nie było. I było zajebiście ;)
Trochę to trwało, bo psychicznie musiałem długo sobie w głowie układać, ale cieszę się, że mogę realizować swoją seksualność właśnie tak! Tak jest idealnie i nigdy nie chcę inaczej.

Jedyny problem jest taki, że seks nie zaspokaja, raczej rozbudza jeszcze bardziej :D Chociaż w sumie po drugim mi trochę przeszło ;) Ale ogólnie kompleksy moje zmalały. Inni faceci też nie wyglądają jak z katalogu ;) Po drugie niektórzy (tak samo jak ja) patrzą tylko na twarz i reszta nie bardzo ich interesuje :) Po trzecie niektóre z moich wad faktycznie okazują się zaletami (żaden z nich by prawdopodobnie do mnie nie napisał gdybym nie był niski :P ). Po czwarte nadwaga (czy niedoskonałości cery itp.) to tam już w łóżku nie mają żadnego znaczenia i nikt nie zwraca uwagi :D
Jeszcze tylko tak sobie myślę… większości facetów z wiekiem spada testosteron, nam nie jeśli będziemy pilnować ustalonych dawek – ale nie wiem czy to tak dobrze :D całe życie z takim libido? toż to szok… ;)

Także fajnie fajnie, z tym drugim może będzie jakaś stała relacja… Tylko już się pojawiają problemy powiedzmy logistyczne… Że niby gdzie jestem i co w tym czasie robię? I to jest właśnie kwestia, w której nikt nie nie rozumie i czytelnik myśli sobie teraz pewnie: „O co w ogóle chodzi? Przecież nie musisz się spowiadać mamie, jesteś dorosły!” Oczywiście, że nie muszę… tylko że zawsze chciałem. Jestem z tych, którzy rzucali plecak przed kuchnią po powrocie ze szkoły i opowiadali każdą lekcje ze szczegółami. Gdyby mnie mama powiedziała: „wychodzę dziś, po prostu wychodzę” to chybabym zawału dostał. Po prostu tak się nigdy nie zdarzyło, choć ona tym bardziej nie musi się tłumaczyć. Przez całe życie nie zdarzyło się żeby moja mama wyszła gdzieś, nie mówiąc MI gdzie wychodzi. Ja dzisiaj nawet wiem kiedy i gdzie wychodzi choć nie mieszkamy razem od 5 lat i dzielą nas setki km. Bo mi po prostu zawsze pisze np. informując że jej nie będzie online, bo gdzieś idzie czy coś robi. Ja zresztą też tak robię. Tak, jak nie jestem w pracy (albo ona), to mamy praktycznie cały czas komputery włączone i albo gadamy godzinę na Skype, albo 10 minut za to co pół godziny przez cały dzień ;) Bo mi się np. przypomni że pranie mam zrobić i muszę zapytać ile proszku, albo gotuję coś i nie wiem, albo ma mi coś sprawdzić w moim pokoju… I tak to leci, tak leciało dotychczas.. I tylko ja zaczynam kombinować: „wyłączam się, bo może poczytam albo wcześniej się położę…”

Kiedyś też zacznie być podejrzane (dla wszystkich), że ja się tylko z mężczyznami spotykam, w moim życiu przewijają się jakoś sami faceci. Jak to kolega z poprzedniej pracy to jeszcze zrozumiałe (żonaty ;) ), ale reszta… Ilu można mieć, nagle, kolegów? :D A teraz będę jeszcze chodził na „kółko zainteresowań”. Jakich? Wszelakich XD Taki szczegół, że z samych gejów złożone XD

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Termin poprawki

To trzeba opisać, bo to nie do uwierzenia co wczoraj przeżyłem :P Na rano miałem wizytę na umówienie terminu poprawki mastektomii, więc pomyślałem sobie, że po nocnej zmianie akurat się umyję i spokojnie sobie pojadę, zajmie to może ze 3 minuty bo przecież już z chirurgiem mam wszystko omówione i będę miał resztę dnia dla siebie, to załatwię jeszcze dwie sprawy i się prześpię, bo wieczorem grupa… Zamiast 3 minut, spędziłem tam prawie 3 godziny… Ale po kolei.
Jak zwykle zjechałem z autostrady, jak zwykle nie skręciłem we właściwą uliczkę ;) (ale tam naprawdę wygląda jakby nie było wolno) i trochę objechałem, ale na parking trafiłem. Potem twardo przez park nowymi alejkami waliłem (znaczy takimi, którymi wcześniej nie szedłem), faktycznie wyszło jeszcze krócej, zdążyłem na czas. Na miejscu wszystko fajnie, pani w recepcji jakimś dziwnym trafem zapamiętała moje nazwisko :P skserowała zgodę z kasy chorych, poczekałem, wszedłem do gabinetu, przywitał mnie lekarz, krótkie streszczenie że dostałem decyzję o refundacji, pogratulował, zapytał czy rozmawialiśmy o silikonowych… czymśtam :P nie wiem, okładach? ja że nie… obejrzał jeszcze raz miejsce do poprawki i mówi że tak, w tym przypadku to będą te silikonowe… wszystko mi jedno co, dowiem się jak będę po XD W końcu mówi:
– To kiedy pan chce operację?
– Yyy, no nie wiem, a kiedy mogę mieć?
– Kiedy pan chce, np. w przyszłym tygodniu to nie ale w kolejnym akurat ktoś odmówił z poniedziałku.

Ja na to że super, idealnie, pasuje. Potem mnie pyta o jakiś papier, a ja na to że nic o tym nie wiem, okazało się, że czyjś skan do mojej dokumentacji wkopiowali :P Przyszła ta babka z recepcji, powiedział jej żeby to skorygowała, potem coś jeszcze pytał o jakiegoś lekarza czy będzie w ten następny poniedziałek, bo: chciałbym z nim operować, to właściwie coś dla niego, i miała zadzonić by się dowiedzieć (ale chyba będzie skoro mi nie przełożyli terminu ;) ).
I wtedy się zaczęło.
– Zaraz przygotuję dokumenty, kolega z panem wypełni ankietę, potem pójdzie pan na górę do sekretarki i ona panu wszystko wytłumaczy co do przyjęcia.
Wszystko super, brzmi jasno i logicznie :) Zaraz przyszedł ten kolega (chyba jakiś młody stażysta), wyjaśnił ryzyko (że możliwe infekcje, krwiaki, blizny mogą zmienić kształt, takie tam blabla jak zwykle), odpowiedziałem na pół tysiąca pytań na co nie choruję, na koniec mówi:
– Teraz pójdzie pan do sekretarki na górę i do końca korytarza w prawo z tymi papierami ale najpierw tu w rejestracji wydrukują panu skierowanie.
Ja się pytam gdzie w ogóle są schody na górę XD mówi, że przy wejściu, no faktycznie były tylko jak się nigdy nie zwraca uwagi, to się nie widzi :P No ale najpierw podszedłem do tej rejestracji i mówię co potrzebuję (na ten moment już chyba miałem przesyt tych ich długich słów i może skracałem, ale babka wiedziała o co mi chodzi :P ). Wchodzę na tą górę, nie było źle, faktycznie znalazłem sekretariat i mówię że miałem tu przyjść żeby pani mi powiedziała… Ona się patrzy pytająco, a ja przecież też nie wiem co ona mi miała dokładnie powiedzieć XD więc w końcu coś tam zacząłem dukać, że no to co trzeba ma mi powiedzieć XD No to wzięła te papiery, zapytała o adres telefon, jeszcze parę papierów dołożyła, zapytała czy mam dziś czas na rozmowę z anestezjologiem, no co mam nie mieć, jak już tam jestem to mam.
– To pójdzie pan z tym skierowaniem, do budynku głównego, przez główne wejście i trochę tak po prawej jest rejestracja. Potem na rozmowę z anestezjologiem, a potem na Stację 15, na której pan będzie leżeć – wtedy się domyśliłem, że to jednak nie będzie ambulatoryjnie tylko pójdę do szpitala.
Ja stoję i wyglądam na zielonego, powtarzam te trzy punkty żeby zapamiętać (choć zapisała mi to).
– Dokładnie. Najpierw rejestracja. Da pan sobie radę. (:D) A wie pan gdzie jest wejście główne?
– Nie…
– Tutaj wyjść z budynkublablanalewoiprostoblabędzieapteka,minąćjąblablablawśrodkuwprawoblablaodinformacjiblablabla…
– tak mi to brzmiało mniej-więcej XD No i jeszcze że potem do anestazjologa. – Ale to panu w rejestracji powiedzą.
No ale nic, domyśliłem się z której strony szpitala (a raczej który budynek, bo to jeszcze różne budynki), bo pierwszym razem od tamtej strony przyszedłem (ale wejście główne jest jeszcze dalej więc i tak pobłądziłem, ale relatywnie szybko trafiłem). Wchodzę ja tym wejściem głównym i się rozglądam, widzę informację, do której jak podszedłem to zobaczyłem i rejestrację ale i tak dobrze, że zapytałem o nią, bo mi pani uprzejmie odpowiedziała (w tempie karabinu maszynowego):
– Tamwisitakaskrzyneczkatrzebwyciągnąćnumerekipoczekaćażsięwyświetli, apotemtunaprawopododpowiedniestanowisko.
Pani, przecież ja muszę to przerobić w głowie XD do mnie dociera z półsekundowym opóźnieniem, plus pół sekundy na przetłumaczenie w głowie ;) Tak też zrobiłem, na szczęście prawie od razu mój numer się zapalił, to chyba zawsze tak szybko idzie jak nie ma ludzi. Wchodzę, mówię, podaję papiery, pani znów sprawdziła adres i telefon, zapisała osobę kontaktową, zadała parę pytań, coś podrukowała, coś zabrała z papierów, jeszcze więcej dodała, dodała mi drugą teczkę z jakimiśtam informacjami dla mnie (i ogólnymi, np. o parkingach w pobliżu), w tym momencie mógłbym założyć nowy segregator z papierów które miałem w ręce XD no może trochę przesadzam ale teczkę, taką konkretną, na pewno. Na koniec powiedziała, że w dzień przyjęcia mam od razu iść na Stację 15, bo tu z resztą nikogo tak wcześnie nie będzie.
– Teraz pan pójdzie na anestezjologię, to jest tu w kierunku lekko w prawo, potem w lewo, schodami piętro wyżej, tam będą szklane drzwi, za nimi na lewo, do końca korytarza i będzie napisane dr. Xxxx.
Starałem się zapamiętać chociaż połowę tej drogi XD jednak było ciężko, w dodatku gdzieś w okolicy półpiętra mój język cofnął się do poziomu „Kali mieć krowa” więc kiedy gdzieś tam po drodze miła pani (chyba pielęgniarka) zapytała czy może w czymś pomóc, to zdołałem tylko wykrztusić:
– Eee… Anestesjologia? (zamiast jakoś ładniej zapytać)
Znów mi zaczęła tłumaczyć i znów miałem wrażenie, że to jakieś jeszcze z pięćset km XD ale jakoś na ślepo trafiłem (a wcześniej, ale już na tym korytarzu jeszcze raz zapytałem, ale to już była ta pani od rejestracji).
Wspomniana pani od rejestracji wzięła moje papiery, podała mi inne i mówi:
– Czy byłby pan tak miły i już wypełnił taką ankietę? (i jeszcze cośtam wcisnęła żebym se poczytał, o jakimś programie który mają teraz, cośtam że wprowadzają razem z aparaturą do oddychania, żeby tego węża wzmocnić /?/).
Jakbym wiedział, że będę musiał pisać w tym języku, to bym z notatkami przyjechał XD a tak to żem pewnie też na poziomie „Kali…” napisał kilka słów (do pytań, gdzie trzeba było odpowiedzieć). Ale no trudno. Wypełniam z ciężkim trudem tą ankietę (ale jakoś podobna była do tej pierwszej co ten młody stażysta ze mną robił), a obok przyszedł jakiś lekarz po jakiegoś starszego gościa – ja się tak patrzę i przysłuchuję, ten lekarz sprawiał mi wrażenie upośledzonego, aż się przestraszyłem że to ma być i mój anestezjolog, ale nie (z resztą może dostosował się do pacjenta ;) ). Mnie za chwilę wzięła miła pani, bardzo sympatyczna, wesoła nawet. Opowiedziała że nie jeść, nie pić itp. – jak zwykle. Zerknęła w papiery:
– Mhm, to trochę pan już tych narkoz miał, zawsze bez problemu?
Ja że tak. Zaproponowała słabą tabletkę uspokajającą w dzień operacji, ja tam się nigdy nie denerwuję (aż tak ;) ) takimi rzeczami, ale tak jakoś, a niech będzie. Ona:
– Taak, to nic złego ;)
Potem jeszcze o tym programie, czy wyrażam zgodę, nic to nie zmienia, nie ma na nic wpływu, to proszę bardzo.
Po rozmowie jęła mi tłumaczyć jak mam dojść na tą „Stację 15” (bo powiedziałem oczywiście, że nie wiem gdzie to jest, nie, nigdy u nich nie byłem :P ):
– To właściwe jest tutaj na wprost, ale jak pan widzi tam jest zakaz przejścia, trzeba wyjść tutaj w dół i w prawo i przejść parterem, albo górą i wrócić na ten sam korytarz.
Och, jakże to znowu prosto zabrzmiało. Wyszedłem, w dół, na prawo, kolejne schody i eee… jakbym już to miejsce widział. No to jeszcze raz, na prawo… ja już tutaj byłem! Przed chwilą. Dwa razy XD Poważnie, tam mają takie schody że się wychodzi w to samo miejsce, że można chodzić w małe kółeczko XD Więc jak wróciłem w nie drugi raz już chciałem znów kogoś pytać ale patrzę, no przecież stąd wyszedłem, nie wrócę pytać raz jeszcze bo obciach, więc idę tym jakimś długim korytarzem, który pozostał, najwyżej dalej zapytam. Faktycznie gdzieś doszedłem, znów zapytałem, chyba to była ta dobra droga ale jeszcze był kawał. Dobra, widzę pokoje od 14… więc to chyba „Stacja 14”, więc piętnasta musi być gdzieś obok, znalazłem! Kolejnym cudem (idąc po prostu z braku lepszego pomysłu prosto) znalazłem sekretariat. Tam nikogo, tylko obok jakieś dwie młode kobiety (pracowniczki?) zapamiętale o czymś dyskutują po jakiemuś (rosyjsku?), to się pytam nieśmiało jednej z nich w końcu czy tu ktoś przyjdzie. Przyjdzie, już idzie. Faktycznie przyszła jakaś młoda kobieta:
– Ktoś wie, że pan tu jest?
– Eee, nie wiem, miałem tu przyjść, no to jestem.
(oto jestem! XD )
– Dobrze, to ja już to (papiery) wezmę, proszę poczekać kawałek dalej w poczekalni.
No to siedzę w tej poczekalni i czekam… W końcu przychodzi jakaś starsza kobieta i mówi do mnie:
– Właściwie to może pan już iść. Do widzenia.
o.O alejakto? przecież ja nic się nie dowiedziałem jeszcze XD no to ją pytam co ja mam ze sobą wziąć do tego szpitala (znowu wiecie: „Kali-mode-on”, więc nie od razu mnie zrozumiała XD ), ale się w końcu dowiedziałem, że ręcznik, bieliznę i łatwo zdejmowalne buty/kapcie. I:
– Do zobaczenia za tydzień.
No to do zobaczenia. Tylko potem się zorientowałem że za dużo papierów tam zostawiłem… zwłaszcza ten jeden z numerem telefonu, na który mam potwierdzić termin dzień przed :/ i teraz będę musiał po niedzieli wydzwaniać na informację (ale tą kartkę akurat na szczęście mam, to mam nadzieję, że nie będzie problemu i mi podadzą gdzie mam potwierdzić).
Wyjście stamtąd na zewnątrz też mi poszło średnio – niby pisało „Ausgang” ale jakimś cudem trafiłem do piwnicy XD ale chyba nikt mnie nie widział, potem jeszcze w jakiś korytarz aż w końcu trafiłem. Czarno widzę poranek dnia przyjęcia :D Szczerze mówiąc już bym chciał tam leżeć, najlepiej na stole albo na sali wybudzeń…
Stamtąd ruszyłem do samochodu (najpierw w złą stronę oczywiście :D ), z głupkowatą miną adekwatną do mojego ówczesnego IQ, które spadło z pewnością o 50% ;) Serio nie umiałem myśleć o niczym przez całą drogę do samochodu i czułem się jakby przejechał po mnie walec, a jednocześnie niebezpiecznie blisko szaleństwa :P Pamiętacie z filmu animowanego jedną z dwunastu prac Asterixa, kiedy miał zdobyć formularz? Jeśli nie to zapraszam tutaj (40:57) (a te schody to niczym z 44:02 minuty), tylko że dziś to nie wydaje mi się już takie śmieszne XD (ale pewnie swoją cegiełkę dołożyło do tego całego chaosu moje niewyspanie).

W domu po prostu musiałem odsapnąć chociaż godzinę. Jak pojechałem następne sprawy załatwiać, to oczywiście doradcy podatkowego nie zastałem (no jakże to tak może być żeby pracować jeszcze o 15:00 w piątek…), za to w mojej firmie pośredniczącej poszło gładko i sympatycznie. Wprawdzie nie do końca zadowalająco wyjaśniłem pewien jeden dzień gdzie mi wpisali urlop, a za to wpisali jakbym pracował w święto, ale zbyt mało przytomny byłem żeby zadać jeszcze jakieś pytanie inaczej sprawę ujmując. Ale za to jak powiedziałem o operacji, to ok, nie ma problemu, dobrze że mówię wcześniej, tylko jeszcze żebym w miejscu pracy powiedział, bo mogą kogoś za mnie na zastępstwo posłać, zwolnienie nie ma problemu – dostarczę po wyjściu ze szpitala. Także pozytywnie.
Potem (chyba z tej głupoty swojej tego dnia ;) ), wybrałem się do centrum handlowego, do którego dojechać komunikacją miejską jest ciężko (i długo), bo korki. Ja nie wiem co to jest, zadupie jakieś mojego miasta, a korki gorsze jak w centrum, dobrze że tam nie mieszkam i będę pamiętał żeby nigdy nie mieszkać ;) Tak więc do domu już nie zdążyłem tylko od razu na grupę, która tego dnia byłą bardzo kameralna (6 osób) ale i tak sympatycznie (nawet w pewnym sensie bardziej).
Oczywiście Kali-mode utrzymywał się przez resztę dnia, jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo świadomy błędów które popełniam w mowie, oczywiście 20 sekund po tym kiedy je wypowiedziałem XD

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

„Dlaczego mężczyźni to udają?” – A. Morgentaler

To nie jest książka o ts, ale zdecydowałem się dodać jej taką kategorię w tagach, bo porusza kilka takich przypadków i to w sposób bardzo fajny. No wow! Tam naprawdę opisano metoidioplastykę po polsku! ;)
Rzeczywiście książka jest bardzo dobra, zgadzam się w całości z tym co o niej napisał Grabieżca. Ukazuje mężczyzn w takim bardzo ludzkim świetle ;) Ale napisana lekko, nawet humorystycznie, również polecam.
Opisałem ją tam gdzie zwykle opisuję książki ale tutaj też chcę przytoczyć niektóre cytaty:

„Łatwo sobie wyobrazić mężczyznę, który podczas weekendowego wypadu na piwo z kumplami chwali się świetnym seksem, jaki miał ostatnio. Czy potraficie wyobrazić sobie, jak ten sam mężczyzna opowiada o tym, jak onanizował się przy świetnym filmie pornograficznym Nie sądzę. Dlatego rozmowa z mężczyznami o masturbacji wymaga pewnej, hmm, delikatności.” (s.49)

– autor jest lekarzem i mówi tu o rozmowach w gabinecie (tak, nawet w gabinecie musiał odpowiednio to pytanie zadawać). Swoją drogą ciekawe, że to taki wstydliwy temat, bo przecież samodzielna sesja jest pewnie nierzadko przyjemniejsza :P Jestem za tym żeby to zmienić :D

„Kiedyś widziałem w gazecie komiks, w którym starszy mężczyzna mówi do swojego wnuka: „Nie bierz tego do siebie. Każda osoba, którą spotykasz, zmaga się z czymś, nawet jeśli nie jest dla nas oczywiste, co to takiego”. Trudno się nie zgodzić, prawda? Nie mogę sobie wyobrazić, jak to jest, być dzieckiem, które ma poczucie, że z jego ciałem jest coś nie tak. Matka 12-letniej dziewczynki, która przechodziła operację zmiany płci, powiedziała mi kiedyś: „Livia miała zaledwie 6 lat, kiedy spytała mnie: <Mamusiu, a co się robi, jeśli Pan Bóg się pomylił?>”. Jedyne, co mogę zrobić, to uszanować to, że każdy żyje tak, jak chce, zmagając się ze swoimi własnymi lękami i tocząc swoje własne bitwy.” (s.106)

„Dojrzały ogier z protezą prącia. Gotów kochać się w każdej chwili i tak długo, jak tylko zechce partnerka. Pozna i zaspokoi dojrzałą panią szukającą nowych wrażeń. Dyskrecja i higiena osobista na najwyższym poziomie. /Z ogłoszeń towarzyskich” (s.171)

– to ogłoszenie bardzo ciekawie brzmi… to chyba dobry przykład jak można ze swojej słabości zrobić coś godnego zainteresowania, jak słabość obrócić w siłę…

„Zawsze robiło na mnie wrażenie to, jak wielu mężczyzn cierpiących na poważne choroby, ma kochające, atrakcyjne partnerki. W wielu przypadkach zaburzenia sprawiają, że mężczyźni ci nie są w stanie uprawiać seksu, a jednak ich partnerki pozostają im oddane. Panowie, weźcie sobie do serca prawdę, którą kobiety od wieków próbują nam uświadomić: ‚Nie chodzi o penisa, tylko o faceta, do którego jest on przymocowany’.” (s.241)

Jest ciekawa historia 75 letniego faceta, będącego jednocześnie psychiatrą, kawalera, który jest zadowolony z tego że nigdy się nie związał, spróbował, nie odpowiadało mu (między innymi dlatego że też cierpi na fobię społeczną), masturbacja bardziej mu odpowiada niż seks („Próba zaspokojenia partnerki i siebie jednocześnie wiązała się dla mnie ze zbytnią presją.”), ale przy tym dba o siebie i to też jest jakoś fajne, z resztą myślę, że może mieć dużo racji…

„Jest jeszcze jeden powód, dla którego większość ludzi nigdy nie rozmawia otwarcie o seksie – to dlatego, że seks jest strasznie dziwaczny. To wyjątkowe doświadczenie w całym ludzkim życiu. Podczas seksu robimy intymne, bardzo osobiste i tajemnicze rzeczy z ludźmi, których ledwo znamy, rzeczy, których nigdy nie zrobilibyśmy z przyjaciółmi czy członkami rodziny – z tymi, których znamy najlepiej. Ludzie zachowują się w ten sposób, bo są tak biologicznie zaprogramowani.” (s.298)

– to też dobre…

Jeszcze raz polecam :)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

O poznawaniu ludzi, nowych doświadczeniach, zmianie obrazu swojej osoby, docenieniu siebie, tatuażu itp. – taka notka o wielu rzeczach, niby różnych, a jednak w jakiś sposób powiązanych…

Tak jak wspomniałem, tyle mam do napisania, że starczyłoby na kilka notek… ale może zmieszczę w jednej? Raz, a porządnie, bardzo różne uczucia… Zacząłem próbować aktywniej poznawać ludzi (czytaj: facetów ;) ). Z zaledwie kilku luźnych (lub mniej) znajomości wiele się nauczyłem… Jak mówię – pracuję nad sobą. Aby poznać kogoś (facetów) założyłem kilka profili, ogłoszeń… Z jednego ogłoszenia odezwał się Pierwszy… Nie przeczytał jednak dokładnie mojego profilu (bo nie miał dostępu), zrobiłem screena, kazałem przeczytać ten akapit o ts (i po jakiej operacji jestem). Przeczytał i napisał, że nie ma problemu i że „seks można uprawiać w różny sposób”.
Rozmawialiśmy na skype, wideorozmowa itp. ogóle. Nic z tego nie będzie – że pisze niepoprawnie gramatycznie to jeszcze można by zrozumieć, ale nie nadajemy na tych samych falach (odpływa w teorie spiskowe, i to takie grubsze rzeczy), może nawet sam ma jakieś problemy, był co najmniej podejrzewany o chorobę psychiczną (ale on nie wierzy w psychiatrię i psychologię…), nie wiem czy faktycznie na jakąś cierpi, czy też jest tylko po prostu taki oryginalny, ale to nauczyło mnie, że ludzie są naprawdę tak bardzo różni, tak, tacy też – nie wszyscy są super idealni, może mnie brakuje fizycznie, ale niektórym tak trochę brakuje psychicznie, a to może nawet gorzej…

Drugi napisał na profilu, po pewnych nieporozumieniach szybko się spotkaliśmy. On przeczytał profil uważnie, powiedział mi dużo i szczerze, i miło i ważne rzeczy… Pierwsze spotkania były najbardziej pouczające ale kolejne też były miłe. Zaprzyjaźniliśmy się – można powiedzieć. To fajny facet, ale starszy i choć nie myślałem, że to może być dla mnie problem, to chyba byłby… Ale to nie tylko to, przede wszystkim to on jest bardzo „intensywny”, potrzebuje dużo kontaktu, a ja… nie. Kontakt z nim pokazał mi jaki jestem szczęśliwy w mojej samotni. To bez znaczenia czy taka jest moja natura wrodzona czy się do tego przyzwyczaiłem, fakt jest taki, że lubię to! :) Może szukałem szczęścia w tym, w czym większość ludzi szczęście odnajduje ale widzę, że mnie to męczy. A nie dostrzegałem szczęścia tuż obok… Że ono tu jest, w moim życiu, że szczęście to kiedy w sobotni wieczór usiądę na kanapie przed komputerem z paczką chipsów i będę odczuwał taką błogą satysfakcję, że posprzątałem i że wszystko wokół mnie jest teraz takie ładne… a ja tu siedzę, spokojny i odprężony i dogadzam swoim kubkom smakowym ;) Że szczęście to kiedy mogę wziąć rower (czy samochód) i pojechać gdzie chcę, kiedy chcę i na jak długo chcę, zwiedzić co chcę i jak chcę, bo nikt nie będzie na moje plany wpływał, nikt ich nie popsuje, nikt ich nie nagnie… Szczęście, to kiedy mogę odwiedzić znajomych raz na dwa albo trzy miesiące, bo częściej nie potrzebuję (i też czułbym się zmęczony). Kiedy w niedzielę mogę wstać o 12:00 albo 14:00, albo 15:00 albo przeciwnie – o 8:00 (no to chyba raczej wcale spać nie iść :D ) i czytać książkę nawet cały dzień jeśli taki mam kaprys… Kontakt z nim pokazał mi jaki jestem szczęśliwy, już teraz, nic nie zmieniając :) Myślę, że to była jedna z największych lekcji w moim życiu!
To nie znaczy, że teraz wszystkie profile pokasuję, nie, nadal będę (czasami ;) ) próbował nowych sposobów zawierania znajomości (bo kto wie czego jeszcze mogę się nauczyć?!), ale czuję, że zrobiłem przeogromny krok, teraz w ogóle nie wyobrażam sobie czuć się nieszczęśliwym z powodu tęsknoty za związkiem. Nie wiem czy to już nigdy nie wróci, ale zawsze wtedy będę przypominać sobie to co napisałem w tej notce :)
A przy tym powiedział mi wiele rzeczy, które chyba pomogły mi podbudować moją pewność siebie. Tego potrzebowałem, żeby ktoś mi to powiedział, żebym nie musiał sobie tego wmawiać. Teraz mam „dowody” na dalsze życie ;)
No i przyjaźń… podoba mi się. Kiedyś przecież właśnie tego brakowało mi najbardziej, męskiej przyjaźni… może to jest cenniejsze niż związek?
Ale to jeszcze nie koniec historii, potem, w sumie równolegle poznaliśmy Trzeciego. Fajny, grzeczny i sympatyczny chłopak. Ale też z problemami. Chociaż w sumie oni się związali. A ja się cieszę, że to nie ja wpakowałem się w taki trudny związek… Jej, jak często ja się ostatnio cieszę, że to nie ja coś zrobiłem/jestem kimś innym! ;) A to nowość, nie? Ale na plus, wreszcie prawdziwie na plus mogę coś powiedzieć o sobie ;)
Nom, widzę pewien (nawet spory) postęp u siebie, psychoterapia działa, chybabym sam nie dał rady naprowadzić się na taką drogę… Chybabym sam nie potrafił dostrzec w sobie tylu pozytywnych cech… Np. – w sumie szczera rozmowa z kimś + poznanie ludzi innych zaskutkowały tym, że zaczynam chyba doceniać, że coś tam mi się w życiu chyba jednak udało – choćby samodzielność, samowystarczalność. Dotychczas było to dla mnie takie nic, ale jednak – żyję tu, mieszkam tu sobie sam, co by się nie stało, nie zginę (czy stracę pracę, czy zdrowotnie, wiem gdzie iść, jak sobie poradzić), umiem skutecznie załatwiać wiele spraw (to jednak będzie temat na inną notkę :P ), jak się okazuje, już samo to dla wielu ludzi jest niemal nie do przebycia problem… – uświadomić to sobie to było dla mnie trochę jak prysznic, ale taki pozytywny.
A do tego jak słyszę, jak niektórzy orzą po dwa etaty (no przesadzam, ale półtora można by to nazwać), i jasne – mają więcej forsy ode mnie, to nie wiem, może można nazwać mnie leniwym, ale w sumie mam to gdzieś – to myślę sobie… a ja tego nie potrzebuję. Jasne, fajnie by było mieć więcej kasy (bo naprawdę szału nie ma w tym momencie), ale cholera nie takim kosztem… Mam co jeść, gdzie spać i za co opłacić internet (a nawet samochód i czasem mogę pozwolić sobie na jakiś krótki wypad), nie będę sobie żył wypruwał (lub choćby po prostu tracił mojego wolnego czasu) żeby móc kupić dwa razy droższe meble, Bio-ogórki trzy razy droższe niż te z dyskontu albo dom/mieszkanie zamiast wynajmować. Dla mnie wszystkie te rzeczy nie są warte mojego wolnego czasu, po prostu. Może nigdy się w życiu niczego wielkiego nie dorobię ale moja codzienność jest dla mnie więcej warta. I też fakt, że marzą mi się drogie wycieczki, ale wycieczka trwa tydzień-dwa, a codzienność przez resztę roku. Więc dla mnie wybór jest prosty. (A na te wycieczki i tak pojadę :P jeszcze nie wiem jak, ale jestem tego pewien).

No i tak z jednego do drugiego tematu przeszedłem… Wracając do poznawania potencjalnych partnerów – ok, już chyba uwierzyłem, że mogę być atrakcyjnym partnerem, nawet jeśli nie fizycznie, to hmm, osobowościowo. Super, ok, to mi wystarczy (dobrze, że jestem tak łatwowierny ;) ). Teraz trzeba by przejść na następny level, który się nazywa sex XD to będzie wersja bardziej hard :D

I w sumie jeszcze: jak tak ostatnio widziałem pewnego faceta z nadwagą bez koszulki to zaświtało mi nawet w głowie… że może pod jednym względem mam lepiej od niego – na biodrach już po hormonach mi się tłuszcz tak nie osadza, też raczej na brzuchu ale jednak na bokach trochę też… Ale tak patrząc na niego stwierdziłem, że już chyba wolę moją opcję :D przynajmniej część się rozejdzie, a nie ciąża spożywcza miesiąc ósmy… ;D To bardzo miło dostrzec takie drobiazgi na plus! :P

Z kolei wracając do Drugiego Pana, tak jakoś wyszło, że za jego sprawą wreszcie nadejszła ta wiekopomna chwila gdzie zrobiłem sobie tatuaż, ten, który w sumie miał być pierwszy, tyle lat czekał i w końcu jest drugi :P Pan Dwa sobie zrobił (inny oczywiście), pozazdrościłem ;) polecił studio, zapytał ile by mój kosztował… to już się nie było jak wykręcić :P i nie to, że zwątpiłem, raczej nie wiedziałem czy teraz, bo kasa, bo totamto… Nie czekałem z ekscytacją jak na pierwszy, ale z czasem trochę właściwie już chciałem, tam leżeć, i przypomnieć sobie jaki to jest ból, i może nawet trochę żeby już pobolało… A potem… przypomniałem sobie, aż za dobrze XD plecy jednak faktycznie bolą bardziej :P momentami to omatko… niektóre miejsca (te mocno czarne) były obolałe ładnych kilka dni. No a teraz już tylko sobie swędzi… I podoba mi się, i jestem strasznie zadowolony, i w ogóle i w ogóle ;)

No, przynajmniej z tego jestem zadowolony, a jednocześnie to przykre, że gdybym np. rodzinie się pochwalił, pewnie bym nie usłyszał słów aprobaty tylko jakieś głupie teksty. I nie chodzi o to, że szukam tej aprobaty, i tak zrobię swoje, po prostu to przykre jak niby bliscy ludzie nie potrafią się po prostu ucieszyć z mojego szczęścia… Po prostu przykre.
A druga rzecz… ojciec mnie ostatnio pytał czy nie zamierzam się ożenić, niby to było wesołym tonem, w ogóle w inny sposób było to powiedziane… i właśnie ten sposób wydał mi się tak… niesmaczny jakoś – o, to chyba najodpowiedniejsze słowo, że aż mi się zrobiło gorzej. Dużo gorzej :/ I w sumie to paskudne uczucie zmotywowało mnie do napisania notki wreszcie. Ale kiedy otwarłem plik, w którym zawsze najpierw piszę, od razu mój wzrok spoczął na cytacie, który kiedyś skopiowałem z forum Trans-Pomocy:

m.:„Ludzie rodzą się po to aby szukać szczęścia i dzielić się tym szczęściem z innymi, a nie po to żeby dopasowywać się do wyimaginowanych ram jakichś kolesi którzy nie są w stanie zrozumieć twojego szczęścia, a co dopiero się nim dzielić.”

– w sumie pasuje i do tego i do tatuażu nawet też, dobrze powiedziane. I to tyle w sumie, trzeba se te słowa wziąć do serca.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

trans broken arm syndrome – czyli o leczeniu itp…

Od ostatniej notki trochę się wydarzyło, aż nie wiem o czym pisać… Więc może tym razem o najświeższej sprawie.

trans broken arm syndrome – dobre, polecam. I związane tematycznie z notką oczywiście.

W piątek poszedłem do lekarza z „wysypką”, może bym nawet to zignorował, ale ponieważ kilka dni wcześniej facet przyszedł do pracy z czymś co wyglądało niektórym jak półpasiec, a ja ospy w dzieciństwie nie miałem, a kurcze objawy się zgadzały… (to znaczy nie do końca ale o tym zaraz). Poszedłem więc do lekarza, a on jak zwykle: „pan bierze te hormony, to może być od hormonów” i mi do endokrynologa kazał jechać najlepiej jeszcze dziś, „bo to taka egzotyczna sytuacja”… no k… sam jest egzotyczny. Pojechałem do tego endokrynologa (50km w jedną stronę) chociaż jestem przekonany że to nie od hormonów (niby co? po ośmiu latach zaczęły mnie uczulać?), nie zdążyłem oczywiście, bo już miał zamknięte. Myślałem potem czy mam iść do jakiegoś innego lekarza, a może po prostu iść do szpitala i powiedzieć że nie wiem co mam robić, no chyba gdzieś by mnie pokierowali (a akurat szpital mam blisko), nawet się ubrałem ale w końcu się wróciłem, stwierdziłem że chrzanię, skoro lekarz to zbagatelizował (albo raczej chciał się mnie pozbyć, on mnie ze wszystkim do endokrynologa kieruje, jakby przerażony był tym że ja jestem ts jakby to naprawdę aż tyle zmieniało, jakbym co najmniej nie wiem – czułki jakieś miał, ogon i zieloną plazmę zamiast krwi, no ale pozbyć mu się udało mnie skutecznie, bo stwierdziłem, że zmieniam lekarza i więcej faktycznie do niego nie pójdę – już wcale), to ja też zbagatelizuję, pójdę normalnie na drugą zmianę do pracy, a lekarza kolejnego będę szukać nazajutrz. Gdyby to była ospa czy podobnie zaraźliwa choroba, to w końcu nie moja wina, że chodzę i zarażam – lekarz nie dał mi zwolnienia (i nie że tak bardzo chciałem je dostać, przeciwnie, zwolnienie byłoby mi bardzo nie na rękę, ale jednak nie chciałem też ludzi zarażać jakby coś… no ale – nie moja wina).
Bo w ogóle to było tak: w poprzedni poniedziałek wieczorem jeszcze w pracy zacząłem czuć się niewyraźnie, co raz gorzej, wszystko zaczęło mnie boleć jak przy grypie. W domu miałem dreszcze i telepało mną pod kocem przy 20-kilku stopniach ciepła w domu… Wziąłem jakiś proszek, poszedłem spać. Rano zrobiłem śniadanie i ledwo doszedłem do kanapy, usiadłem i myślałem, że chyba jednak nie dam rady do pracy tak mi niedobrze i słabo. No ale wmusiłem w siebie jakoś to śniadanie i zrobiło mi się lepiej, więc uznałem, że to osłabienie było z głodu, poszedłem do pracy i ok, wszystko było już lepiej (poza gardłem, to bolało przy przełykaniu ale tak trochę dziwnie… tak jakby się zwężało…). Poza tym że od środy zacząłem zdrapywać „żółte strupki” z krostek we włosach …i w nosie – to była masakra, bo ciekło to i zasychało na brzegu nosa, a to nie był katar (najpierw myślałem, że mam rankę w nosie i może to limfa). Troszkę mnie też uciskało na palcach, ale zaczerwienienia wziąłem za odciski (i co tam, że nigdy odcisków po tej pracy nie miałem…). W czwartek już wiedziałem, że to nie są odciski jak mi się ich zrobiło na dłoniach kilkadziesiąt (i na stopach kilkanaście)… Historię piątku opisałem już powyżej. W sobotę poszedłem jeszcze raz do lekarza, coś w rodzaju pogotowia ale bardziej to po prostu przychodnia czynna w godzinach, kiedy wszystkie inne są zamknięte – super sprawa (i nawet też nie tak daleko ode mnie), ten już lepiej, przynajmniej wysłuchał moich objawów i orzekł, że to wygląda jak nietypowy objaw jakiejś infekcji wirusowej. I jak to wirusy – nie ma na nie lekarstwa, ale jak będę miał szczęście to już za 2-3 dni mi przejdzie. Ale przynajmniej wypisał mi coś przeciwko swędzeniu… No i w sumie to miał rację. Już przechodzi, krosty bledną, strupki robią się skórą (na razie jeszcze suchą i odpadającą), a ja też w końcu sam znalazłem co to jest dokładnie za infekcja… No i jak to nie diagnozować się samemu? Ale poważnie, zdenerwowałem się bardzo w ten piątek… znaczy taki też trochę zrezygnowany się poczułem… (aż do: „pie@#$% to, najlepiej umrzeć i mieć ze wszystkim święty spokój”), ale też pierwszy raz w życiu żałowałem, że sam nie poszedłem na medycynę… przynajmniej nikt by mi kitu nie wciskał. Oraz stwierdziłem, że więcej leków powinno być dostępnych bez recepty. Pewnie że bywają choroby, które łatwo pomylić z innymi, ale bywają też takie, które są dość oczywiste i nie widzę wtedy nic złego w samodiagnostyce. Boże, jak ja kocham to, że to jest mój blog i mogę tu takie rzeczy napisać! ;)
W każdym razie: krostki były cieknące, jak w ospie, poza tymi na dłoniach i stopach, których było zarazem najwięcej, a to już nie pasuje do ospy, więc szukałem dalej, szukałem, aż znalazłem. Gdyby ktoś był ciekawy: choroba bostońska (to nie jest poprawna nazwa), choroba dłoni, stóp i jamy ustnej (i może jeszcze raz). Czyli w sumie też zakaźna, ale znów… no skoro nie dostałem zwolnienia ;) mnie już przechodzi ;) (a większość ludzi jednak odchorowało już pewnie te dziecięce choroby, to tylko ja byłem takim zdrowym dzieckiem :P ).

No i napiszę jeszcze – dostałem oficjalny list: kasa chorych bez dalszych uwag pokryje koszty poprawki mastektomii! :) Tzn. To było tak jak tutaj napisałem. Wysłałem to pismo i w ciągu dwóch tygodni odpisali mi, że mam przysłać dokumentację zdjęciową w zamkniętej kopercie, z dopiskiem: dla MDK, dopytałem czy muszą być od lekarza, czy mogę sam zrobić. Mogłem. Więc zrobiłem pod wszystkimi kontami i chyba z dziewięć zdjęć im wysłałem. Takie były dramatyczne, że przyznali zgodę ;D (no właśnie tak to wygląda, że zależnie jak ułożę ciało, to wygląda to albo ok, albo bardzo kiepsko… więc wiadomo jak ułożyłem do zdjęć ;) ). No i już bym się umawiał na termin, ale ta infekcja… teraz muszę wyzdrowieć do końca… (i jeszcze wygoić tatuaż bo termin mam za parę dni :P).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

„Lukrecja w ciele Krzyśka” – Lukrecja Kowalska

Lukrecja w ciele Krzyśka - Lukrecja Kowalska (okładka) Książkę skończyłem czytać w niedzielę :) Cóż mogę powiedzieć… tak naprawdę mogę się podpisać całkowicie pod wpisem Marcina, więc nie będę się powtarzał ani co do recenzji ani krytyki ;) Powtórzę tylko, bo to jest ważne, że książka była o tyle inna od innych, że opowiada historię odkrywania siebie od transwestytyzmu do transseksualizmu – co było powiewem świeżości i ciekawie się czytało :) Ale pewnie też dlatego nie odnalazłem w niej wielu fragmentów, z którymi mógłbym się w pełni zintegrować (ale to nie wada przecież :) ). Ale jeden cytat zamieszczę na końcu. Wcześniej jednak jeszcze muszę się odnieść do innego fragmentu:

„Bardzo ważne jest dla mnie to, jak zostałam przyjęta w zgromadzeniu Świadków Jehowy. Wiem doskonale, jakie stanowisko w sprawie osób transseksualnych zajmuje kościół katolicki. Nie mogłabym odnaleźć się w wierze kreowanej przez ten kościół. Podziwiam Kingę Kosińską, że Ona walczy o swoje miejsce właśnie w tym kościele.”

Stanowisko Świadków Jehowy nie jest tu wcale lepsze (a kto wie czy nie gorsze), niestety (bo też uważam, że to bardzo sympatyczni ludzie itp. – chociaż no… dla obcych, jeszcze nie Świadków, bo dla swoich to gorzej). Więc nie chciałbym studzić zapału, ale… wystarczy ich zapytać o oficjalne stanowisko dotyczące transseksualizmu, jest coś takiego, nie co oni myślą i mówią, tylko oficjalne stanowisko Strażnicy, na piśmie. Głosiciele to mogą nawet nie wiedzieć, nawet pionierzy. „Moi” nie wiedzieli, sami się dowiadywali. No a potem mi przeczytali ;) Chyba że się zmieniło przez ostatnie 8 lat, chociaż wątpię ;) (tu taki przedsmaczek). Także czarno widzę odnalezienie się w Zborze ŚJ, jak i w KK (chyba że komuś nie przeszkadza bycie grzesznikiem ;) niby takim samym jak inni wierni, a jednak innym). Szczerze mówiąc w ogóle nie potrafię sobie wyobrazić odnalezienia się w jakimkolwiek wyznaniu chrześcijańskim ;) (i to nie ze względu na -seksualizm nawet), ale to już inny temat.

„Może tam, gdzie mnie nie znają, będzie inaczej. Nie było. Nie mogło. Bo ta inność tkwiła we mnie. W środku.”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Smuci mnie…

Jest na pewnym forum temat „Co mnie smuci?” więc wpisałem dziś: Smuci mnie, że facet, który mi się podoba ma dzisiaj urodziny, a to nie ja jestem tym, który je z nim świętuje… Smuci mnie, że w ogóle nie wiem czy ma je z kim świętować. Smuci mnie, że jest prawdopodobnie hetero, a nawet jak nie, to nie wiem jak do niego dotrzeć i to też mnie smuci. Smuci mnie, że nie widziałem go pół roku, a i tak mi jeszcze nie przeszło i pewnie nie przejdzie przez następne półtora, bo mnie tak zawsze trzyma. Smuci mnie ponadto, że kiedy się smucę, to nawet nie mogę ot tak po prostu porozmawiać o tym ze znajomymi z pracy, tak po prostu jak wszyscy inni mogą, nie kombinując, nie mówiąc półsłówkami, nie kłamiąc itp. Też mi to utrudnia, takie mam poczucie że to mnie jeszcze dodatkowo oddziela od innych ludzi, znowu… cały czas… Smutno mi po prostu z wielu różnych powodów…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

„Chłopiec w czerwonej sukience” – Maciej Loter

Chłopiec w czerwonej sukience - Maciej Loter (okładka) Oczywiście na książkę napaliłem się bardzo – wreszcie coś autorstwa k/m ;) Przeczytałem w sumie w dwa dni. Książka spoko, na początku wiadomo: euforia, bo też tak miałem! potem mniej, zwłaszcza jak się zaczyna o zakochaniach, to nawet zaczyna mnie nudzić, i nachodzi myśl: „znowu hetero” ;) ale to i dobrze może, to znaczy że nadal jest nisza i mogę napisać swoją książkę :P Z resztą na szczęście aż tak dużo nie ma o tych związkach, wątek się jakoś kończy. A potem korekta i hmm, on dopiero wtedy doświadcza przykrości, bo wcześniej był lubiany – znowu coś z czym ni jak nie mogę się zidentyfikować. U mnie było odwrotnie.
Brakuje mi trochę większego dramatyzmu przed korektą, niby jest ale mało ;) ale znowu – dzięki temu moja książka byłaby inna ;) (choć może też ludzie nie mają ochoty czytać aż tak smutnych książek…). Podsumowując: ja się jakoś nie mogłem zidentyfikować z nim do końca, o wiele bardziej mógłbym z Kingą Kosińską mimo że ona jest m/k. Teraz jak zwykle wkleję cytaty czasem z komentarzem, więcej ich z początku książki, bo dalej to jak mówiłem – gdzieś się tam jego historia rozchodzi z moją ;) Większość cytatów bez komentarza, bo cóż tu więcej dodać…

„Ciężar włosów jest jak najgorsza kara i upokorzenie. Dziwnie mi w środku, nie cieszę się razem z mamą z tych włosów. NIe pękam z dumy. Nic a nic. Pojawia się zaczątek poczucia winy, że chyba powinienem się cieszyć. Razem z innymi podziwiać te włosy. (…) Mama patrzy na nie, ale inaczej, z zachwytem i dumą. Trochę mi smutno. A nawet mocno. Nie mam pojęcia dlaczego.”
(s.12)

„Czytałem kiedyś artykuł, w którym dowodzono, iż ludzie mający skłonności do depresji w dzieciństwie bardzo dotkliwie przeżywają nawet krótkie rozstania z matką.”
(s.13)

No ja przeżywałem bardzo. Jednak tu chodzi o to, że niby potem kiedy matka wraca oni się „obrażają”, że znów mogłaby ich zostawić, nie chcą do niej podejść i to taki mechanizm obronny. Tak nie miałem. Wyczekiwałem mamy, denerwowałem się jak się spóźniała itp. Znaczy w przedszkolu to jeszcze było ok, bo dzieci szły leżakować, a mnie mama odbierała wcześniej, więc nie odczuwałem oczekiwania. Ale w zerówce pamiętam raz czy dwa się spóźniła – jeszcze chwila i bym się chyba rozchorował, już w tym wieku miałem wizje jakieś katastrofalne (ale tak też zostałem wychowany – jak ktoś się spóźnia, to na pewno stało się coś strasznego ;) ).

„Kupiono mi białą bluzkę (nie podoba mi się), czarną spódnicę (jeszcze bardziej mi się nie podoba) i czarne buty, które się fajnie błyszczą, gdy wychodzę na ulicę, ale na moich nogach wyglądają bardzo źle. (…) Nogi są dziwnie swobodne, owiewa je powietrze. To wrażenie swobody nóg, braku nogawek, na wiele lat będzie stanowiło dla mnie jedno z najgorszych możliwych odczuć. Wspomnień, które kroją serce na pół i zaciskają gardło. kojarząc się z upokorzeniem i klęską.
(…)
– Teraz to dopiero będzie fajnie. Szkoła i nowe koleżanki i koledzy…
Nie wierzę w to, nic, co zaczyna się w ten sposób nie może być fajne.
(…)
Czy się stresuję? Jestem przerażony. Przecież powinny pamiętać, jak bardzo nie lubię, gdy wokół mnie jest dużo dzieci. Czuję się zdekoncentrowany i niepewny. To, co mam na sobie, nie dodaje mi pewności siebie. Nie nazywam tego w myślach. Dziś już umiem. Czułem się jak pajac.”

(s.15)

No tak, znam to uczucie doskonale. A w ogóle klęska i upokorzenie – o, to też. Przez większą część czasu się tak czułem (to i chyba nic dziwnego, że tak wiele wspólnych odczuć mam z dziećmi molestowanymi – one chyba też upokorzenie czują).

„Gdy znam odpowiedź na pytanie nauczycielki, nigdy się nie zgłaszam. Nie zniósłbym sytuacji, w której uwaga całej klasy zwrócona byłaby na mnie.”
(s.16)

Same here. To byłoby straszne.

„Ze zdziwieniem obserwuję ich (dziewczynek) sukienki, spódniczki i różowe rajstopki. Zastanawiam się, dlaczego one chcą się tak ubierać, a ja nie. Dlaczego chcą mieć długie włosy, na które ja nie mogę patrzeć? Albo te ich tornistry w kwiatki i zeszyty z księżniczkami – okropność. Przeciwstawiam się temu, nosząc plecak i kalosze z moimi ukochanymi Żółwiami Ninja. Bronią mnie przed inwazją dziewczynek i ich niezrozumiałym zachowaniem.”
(s.21)

Zeszyty w kwiatki i księżniczki jak zeszyty. Ale jak one zaczęły staniki nosić to myślałem, że padnę na glebę – dlaczego ktoś mógłby chcieć sobie coś tak strasznego robić? XD

„Z resztą nie jestem kimś, kogo od razu można polubić. Zbyt często milczę, bo większość słów przeznaczam na monologi we własnej głowie. Na zewnątrz jestem zbyt spokojny, bo energię zużywam na tworzenie rozbudowanych scen, które powinny mi się wydarzyć, a jednak się nie wydarzają.” (s.22-23)

Najgorzej że ja mam tak nadal ;)

„(…) pierwsza komunia staje się czasem małej wojny. Cichej wojny, bo odbywa się ona głównie w mojej głowie. Czasem tylko wychodzi na zewnątrz poprzez ściągnięte usta, uparte milczenie czy zmarszczone brwi. Słyszę wtedy bardzo często słynne zdanie, które na długi czas stanie się moim wielkim wyrzutem sumienia: Ty jesteś wiecznie niezadowolony… Oni używają żeńskiej formy przymiotnika, której nie słyszę. Nie mogę słyszeć, bo nie zniósłbym stężenia pretensji zawartych w tym zdaniu. Nie dość, że mówią jak do dziewczyny, to jeszcze rzucają mi w twarz moje negatywne nastawienie.”
(s.26)

Możecie sobie wyobrazić jak to jest słyszeć jeszcze pretensje w takiej sytuacji? …

„Trudno być zadowolonym, gdy nienawidzi się wszystkiego, co inni szykują dla mnie z takim poświęceniem i entuzjazmem. Bardzo dziwnie jest czuć obrzydzenie i lęk odnośnie do tego, co moi najbliżsi uważają za coś ważnego, radosnego i wręcz odświętnego. Ten rozdźwięk mnie męczy, nie potrafię go zignorować. Jednocześnie jestem pewien, że moje odczucia się niezmienne, szczere i słuszne. Całym sobą nienawidzę tej sukienki, która wisi na drzwiach szafy. Brzydzi mnie każdy jej fragment, od bufiastych rękawów po szerokie falbany na samym dole. Na myśl, że mam to coś założyć i pokazać się z tym na ulicy, robi mi się na przemian gorąco i zimno. Opór rozsadza mi czaszkę, tętni w uszach.
Idę do kościoła, bo jestem posłuszny. Gdybym zamiast rodziców miał słuchać swoich odczuć, wziąłbym nożyczki i wśród nocnej ciszy pociął na małe kawałeczki całe to odświętne szkaradzieństwo. Ale mama nauczyła mnie posłuszeństwa i szacunku do pieniądza. Rodzice zapłacili za tę sukienkę dużo pieniędzy, więc jak mógłbym ją zniszczyć. Przecież ja nie stwarzam takich problemów. Poza tym wszyscy dookoła są bardzo przejęci i najwyraźniej się z tego wszystkiego cieszą. (…) Mimo tej wojny w głowie, mimo kotłujących się w niej myśli staram się uśmiechać. Bo czy mam prawo psuć wszystkim ten wyjątkowy dzień?”

(s.26-27)

„Niosę na sobie tę białą płachtę materiału jak karę za grzechy, których nie popełniłem. Jest ciężka, drapie, jest mi wstyd, że inni muszą mnie oglądać w takiej obrzydliwej wersji. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że chciałbym mieć biały garnitur. Wiem to i jednocześnie próbuję tego nie wiedzieć, bo to zbyt smutne.
Na zdjęciu wyglądam, jakbym się miał zaraz rozpłakać. Patrzę gdzieś poza obiektyw, niepewnie trzymam wielką świecę, najchętniej zapadłbym się pod ziemię. Ale jestem posłuszny, tak, dobrze o tym pamiętam. (…) nawet próbuję się uśmiechać do wujków pstrykających zdjęcia. Klik, klik – na całą wieczność utrwalają moją idiotyczną fryzurę i idiotyczny strój. Wysłuchuję nieistotnych dla mnie życzeń, jak automat odbieram bombonierki i koperty.”

(s.28)

„Za każdym razem, gdy się ubieram, w moim pokoju na poddaszu dzieją się sceny iście dantejskie. Moja mała wojna już nie toczy się tylko w mojej głowie, ale i poza nią. Pokazuję, na co stać mój niezadowolony umysł. To jest kolejny przełom. Chcę być posłuszny, ale nie umiem, bo granice mojej wytrzymałości zostały właśnie przekroczone. Płaczę, wściekam się, chowam się po kątach. Za każdym razem przegrywam i z popuchniętymi od płaczu oczami i zachrypniętym od krzyków gardłem kroczę chodnikiem, obok mamy. Gromadzące się ciągle na nowo łzy zacierają kontury i kształty. Bardzo dobrze, mało co mnie obchodzi. Nie chcę nic widzieć. Chcę zniknąć.”
(s.29)

Ostatni cytat to jak pisze, dowiedział się o białym tygodniu. Jak to przeczytałem, to uświadomiłem sobie, że ja w ogóle nie pamiętam białego tygodnia. No był, na pewno chodziłem. Ale chyba mój umysł wyparł chociaż te wspomnienia ;) Chociaż przypuszczam, że też się nie obyło bez oglądania świata przez łzy.

Potem opisuje, że na pogrzeb pradziadka poszedł z ojcem kupić elegancką czarną kurtkę. W końcu wybiera niezbyt pasującą ale jest tak zafascynowany, że ojciec zmieszany kupuje mu ją:

„W sytuacji podbramkowej, gdy już zaraz trzeba wychodzić z domu, [mama] pozwala mi założyć kurtkę, która nie ma w sobie nic z elegancji, oprócz tego, że jest czarna. Na pogrzebie z jednej strony cieszę się, że moja cudowna kurtka przykrywa idiotyczną białą bluzkę, z drugiej – przykro mi z powodu mamy. Nie wiem, co z tym zrobić, uczucia biegną w dwie strony jednocześnie, a ja stoję pośrodku. Jest tu bardzo niewygodnie i nie ma się czego trzymać. Czarna kurtka parzy, jakbym na ramiona założył samo piekło.” (s.31)

Właśnie to jest dodatkowa trudność transseksualizmu. Kiedy się samemu źle czuje, a jeszcze do tego zawodzi innych i ma się bolesną świadomość, że się ich zawodzi. To boli podwójnie.

„Zmiana płci – jak to strasznie oschle brzmi. I jak dziwnie. Patrzę na czerwone krech blizn po usuniętych piersiach, na bezkształtne penisy, , wyglądające jak grube parówki przyklejone do szerokich, nadal kobiecych bioder.
Nie wiem, co myśleć. Z jednej strony okaleczone ciała budzą mój sprzeciw. Z drugiej, myślę sobie, że to lepsze niż piersi i cała reszta. Gdyby tak bohatera zdjęć ubrać w jakieś spodnie i sweter, może nie wyglądałby tak źle? Na co dzień blizn przecież nie widać. A penis to zawsze penis, co z tego, że bezkształtny?”

(s.34)

True, true :P

„Przyglądam się im [dziewczynom] z uwagą i dziwię się, gdy chwalą się, jak to fajnie kupować stanik i w ogóle są całe w uśmiechach. Litują się nad kolegą, żałując go, że nigdy nie doświadczy takich pięknych momentów. Kolega słucha, zadumany, po czym wypala:
– A co to za frajda mieć takie balony na klacie?
Zapada cisza, którą po chwili wypełnia chichot dziewczyn. Moja twarz tężeje. Ta pełna szczerego zdziwienia wypowiedź wwierca mi się w mózg. „Faktycznie, co to za frajda?” – myślę, a siła tego pytania sprawia, że przestaję oddychać. Patrzę na swój sweter, gdzie ciągle jest całkiem zwyczajnie i płasko. Nie zastanawiałem się nad tym, że coś tam kiedyś może wykiełkować. Ale przecież pewnie wykiełkuje. I to nie będzie normalne. To będzie niepojęte.”

(s.35)

:D W ogóle ta książka mnie śmieszy, bardzo chce mi się śmiać czasami. I tylko zastaawiam się czy autor rzeczywiście tak zabawnie ją napisał czy to ja ulegam nerwowemu śmiechowi… Takiemu w jaki wpadają czasem ludzie jak nie wiedzą co robić, jak odruch niekontrolowany np. w obliczu śmiertelnej choroby…

„Dlaczego nie mogę mieć cienkich, łamliwych włosów? Tak, łamliwe byłyby w sam raz… Wtedy pewnie fryzjerki zalecałyby mi obcinanie na krótko, żeby je wzmocnić. Nikt by się nimi tak nie interesował, nie przyglądał im się z uznaniem i nie opowiadał mi o nich, tak jakby sam fakt, że istnieją, nie był wystarczająco straszny.
Ale to już nie moje zmartwienie, dzisiaj bowiem nastąpi ich koniec. Boję się, ale też jestem pełen ekscytacji. Dotychczas mogłem podcinać włosy jedynie do ramion, bo tata ma dość konserwatywne poglądy odnośnie do ich długości. Cóż, gdyby sam musiał je nosić, pewnie zmieniłby zdanie.”

(s.38)

„Mój nierozwiązywalny problem z pomylonym ciałem jest tak wielki i ciężki, że wyczerpuje cały mój limit zamartwiania się. Nie umiem przejmować się czymkolwiek innym.”
(s.56)

„Mimo starań czasem nachodzą mnie straszne wizje o obowiązku realizowania kobiecej roli, o kobiecych ubraniach, kobiecej starości. Cierpię od tego i kulę się w sobie. Oficjalna ścieżka, jaka została mi wyznaczona, jest tak straszna, że aż niemożliwa. Nie wierzę w jej istnienie, a jednocześnie jestem nią przerażony. Okazuje się, że tak można.”
(s.56)

„Wychowawczyni informuje całą klasę, dlaczego mnie nie ma i co teraz ze mną będzie. Zmienia płeć, zmieniam płeć. Nie cierpię tego sformułowania, bo brzmi tak, jakbym był dziewczyną i nagle stwierdził: „A teraz dla odmiany będę sobie chłopcem!” To przecież nie ma nic wspólnego z tym, co się ze mną dzieje. Ja tylko wychodzę spod lodu na powierzchnię.”
(s.71)

„Gdy moja tajemnica wypływa na wierzch, stając się dobrem wspólnym, razem z nią wypływa coś jeszcze… Zapoznaję się ze złem. (…) Jest wielopostaciowe, przyczajone wszędzie dookoła. W oczach przechodniów, w drwiących uśmiechach sklepikarek, w szeptach kilkuosobowych grupek, tworzących się na chodnikach zawsze kilka metrów ode mnie. Dzieje się to, czego najbardziej boję się podczas oglądania horrorów.
Ci dobrzy stają się źli.”

(s.77)

A u mnie było odwrotnie. Pewnie to wynika z tego, że jego wcześniej wszyscy lubili, mnie (prawie) nikt. W związku z tym nie było wokół żadnych „dobrych”, którzy mogli stać się źli. Byli sami źli, więc po czasie okazało się, że jednak nie wszyscy są tacy źli. Albo ja dostrzegłem w nich dobro.
Może dobrze, że nie byłem ani popularny ani lubiany, bo nikt nie pamięta kogoś kto prawie nie istniał ;)

Co mnie jeszcze zdziwiło – on jest tylko rok starszy ode mnie, a w wieku 17 lat internet jeszcze był dla niego pewną nowością, to mnie trochę zdziwiło, bo ja już myślałem że jakoś wtedy zaczęły się te czasy co raz powszechniejszego internetu.

„Często pojawiają się nieracjonalne myśli, bliskie paranoi. Boję się, że nikt nie zrobi mi tej operacji, że już taki zostanę. A gdybym miał taki zostać, wolę, żeby mnie w ogóle nie było.”
(s.105)

„Ich dylematy są dla nich największymi z możliwych, bo nigdy nie poznali tych ogromnych. Nie umniejszam znaczenia ich zmartwień. Gdy ktoś mi się zwierza, słucham go uważnie i razem szukamy rozwiązań. Kłótnie z rodzicami, rozstanie z chłopakiem, zdrada dziewczyny – to nie byle co. Mimo to czuję się staro. Mam wrażenie, że mój problem uderzył głębiej, zachwiał podstawą tego, kim byłem, podkopał moją pewność siebie na niewyobrażalną głębokość. Nikt wokół mnie nigdy tego nie poczuł.
Bliscy znajomi próbują zrozumieć, co przeżyłem. Robią to dla mnie, żeby lepiej mnie zrozumieć, żebym mógł się im wygadać i wyrzucić z siebie jakiś ułamek pretensji do losu. Ich próby są miłe, ale nieudane. Nikt nigdy nie poczuje, jak to jest mieć nie to ciało co trzeba, jeśli urodził się z odpowiednim. Z drugiej strony nikt nigdy nie poczuje takiej radości ze swojego dostosowanego ciała, mając je prawidłowe od zawsze. A ja z tym wszystkim zawsze będę czuł się nieco starzej.”

(s.119)

„Gdy już chwytam za klamkę, [lekarka rodzinna] mówi, że podziwia moją odwagę. Uśmiecham się i dalej nic nie mówię. Nie mówię, bo wiem, że to nie kwestia odwagi. To kwestia wyboru między koszmarem a życiem. Właściwie wyboru nie ma. Można tylko ze wszystkich sił dążyć do normalności, tak jak robią to wszyscy dookoła, tyle że w innych kwestiach. Każdy chory chce być zdrowy. Człowiek bez nogi stara się o protezę. Człowiek z jakąkolwiek dysfunkcją rehabilituje się, marząc o sprawności. Tak samo i ja, jak setki innych ludzi, których transseksualizm pozbawił odpowiedniej cielesnej powłoki, robię wszystko, by ją sobie zorganizować. Gdzie tu miejsce na odwagę?”
(s.132)

Dokładnie tak to widzę… dobrze to ujął.

„Dziewiętnastolatka na wieczną banicję wśród rówieśników skazać może najmniejszy drobiazg, odróżniający go od reszty. Ja wyróżniam się tym, że przeskoczyłem ścianę, która dzieliła ciało od psychiki, płeć od płci. Nie wiem, czy można wyróżniać się bardziej.”
(s.133)

„Wyobrażam sobie siebie z wąskimi biodrami i jestem pewien, że byłbym wtedy lepszym człowiekiem. Prawdziwszym. W wyobraźni przymierzam wszystkie swoje ciuchy, dopasowuję zagniecenia i marszczenia do siebie w nowej wersji. (…) Po co mi te myśli? Czy dobija się do mnie widmo życia, które uciekło mi przez palce? Całkiem bezproblemowego i normalnego, od początku cieleśnie męskiego, przesyconego testosteronem, bez żadnych wątpliwości? Nie wolno tak myśleć, już pisałem, że to droga donikąd. Tylko dlaczego drogi donikąd bywają tak kuszące?”
(s.150-151)

„Widząc, co dzieje się z moim umysłem, zaczynam unikać ludzi. Coraz bardziej boję się spotkań w większym gronie. Boję się, że będzie widać, że się sam siebie boję. Siebie i swoich stanów wypływających gdzieś z czarnej, głębokiej rany wewnątrz mnie. Tej, którą byłem pewien, że już dawno zaleczyłem. Na zmianę wściekam się i płaczę nad swoim strachem. Najbardziej ciąży mi fakt, że rodzice wydali tyle pieniędzy na moje operacje, wszyscy tak mnie wspierali, a moje demony i tak wróciły. Wróciły i szepcą mi brzydkie rzeczy do ucha. Mówią, że nie jestem godzien życia wśród ludzi, że obojętnie jak będę się starał, zawsze będę gorszy od reszty”
(s.154-155)

To nie jest koniec, bo potem poszedł do psychologa. Ja też pracuję nad tym ;)

„Gdy przeszło się piekło, nic nie wydaje się gorsze.”
(s.160)

„To, kim się czuję, to właściwie jedyne, w co nie wątpię. (…) To, że to zrobiłem, wylazłem z szafy, ujawniłem się, zrobiłem coming out – jak zwał, tak zwał – nazywam moim małym, prywatnym cudem. Cudem, który musiał się wydarzyć, bo nie miałem wyjścia. To znaczy miałem, jedno, ale wtedy nie pisałbym tych słów, tylko gnił pod ziemią, siedział na jakiejś wygodnej chmurce lub smażył się w piekle (w zależności od tego, czy Bóg istnieje i jakie ma poglądy na temat osób transseksualnych).”
(s.168)

Też to zawsze tak widziałem, i okreslenie „cud”, też takiego używam.

Co mnie jeszcze uderzyło: pierwsza miłość i te wszystkie wątki – ja żyłem w wyobraźni, bardzo w swojej głowie, a on jednak w świecie realnym, mnie świat w ogóle nie interesował. Nie wiem czy miałem ładne koleżanki, bo mnie interesowała dziewczynka z filmu dla młodzieży i to była moja dziewczyna :D A jak trochę urosłem, to już została nią bohaterka serialu ;) A jak się zainteresowałem seksem, to się okazało, że jednak wolę facetów :D i tak to wygląda.

I jeszcze dwa słowa na temat końcówki książki. Fajnie że autor próbuje ludziom dość obszernie wyjaśnić skąd się bierze transseksualizm, brzmi to profesjonalnie, spójnie, sensownie, przytacza jakieś badania… tylko że brakuje mi słowa „najprawdopodobniej” :P Bo jednak tak na 100% to nie zostało udowodnione.
I druga rzecz – podaje koszty… a zacytuję jednak sobie:

„O ile za pierwszą operację płaci się obecnie ok. 6-8 tys. zł (w niektórych miastach jest refundowana), za drugą 10-12 tyś., to koszty trzeciej tutaj się dopiero zaczynają. Mogą skończyć się nawet na 100 tyś. Im drożej, tym ładniej i efekt bardziej zbliżony jest do naturalnego. To dużo. Ale mało za normalne życie.
(s.169)

Tak, z ostatnim zdaniem się zgadzam. Natomiast co do kosztów… ok – pierwsza operacja tyle kosztuje (ale można też zapłacić i 12 tyś., też taki przypadek był, są i tacy chirurdzy), natomiast koszt drugiej to nie wiem skąd wziął… ok, co do drgiej to koszty się wahały, były już wyższe (niż kiedyś), ale potem jakby znów trochę zmalały… ja bym raczej powiedział 4-5 tyś., no może 6. O ile koszty I. rosną, tak drugiej już (na szczęście) nie tak szybko, a nawet mogą maleć. Bo jednak histerektomia jest o wiele powszechniejszą operacją, wykonywaną co raz częściej z tego względu, że to także operacja częsta u kobiet.
Co do cen testosteronu, podaje Prolongatum, ale 5 ampułek na około półtora miesiąca? hmm, co to jest za dawka? zawsze myślałem że Prolongatym to taka „połowa” Omnadrenu, a typową dawką Omnadrenu jest ok. jedna ampułka miesięcznie (oczywiście jak mówimy o przypadku po II. operacji), więc obstawiałem że Prolongatum bierze się ze dwie, a nie więcej? Tak czy siak podaje coś, nie rozgraniczając na etap itp. Ale może ja się czepiam :D A poza tym jest w środowisku ts takie coś… że wielu ludzi podaje coś z taką całkowitą pewnością – a ja widzę, że nie mają racji. A oni twierdzą, że mają, że muszą mieć, bo przecież mówią na własnym przykładzie! To samo tyczy się też np. Poradnika Prawnego, pisanego przez prawnika, który twierdzi, że np. biegły w naszych sprawach musi być, bo musi w każdym procesie tego typu. Cóż, jakby to powiedzieć… i nie zabrzmieć nieskromnie ;) od 12 lat czytam każdą polską stronę, każdego ts-bloga na jakiego trafię (a wydaje mi się, że trafiam na niemal wszystkie, chyba że się ktoś totalnie nie reklamuje ale raczej jak ktoś chce służyć pomocą to się reklamuje), każdą notkę na tym każdym blogu, WSZYSTKIE wątki na wszystkich forach (na jakie trafię, ale – jak wyżej), a co za tym idzie także każdą relację, więc… więc widzę, że czasem prawo sobie, a praktyka sobie ;) Albo te różnice w cenach. Albo jeszcze inne różnice. Dlatego ja pisząc coś albo odpowiadając komuś nie wypowiadam się tylko na podstawie mojego doświadczenia. I staram się być obiektywny, także… ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

oczekiwania na poprawkę ciąg dalszy, 5 lat emigracji, nieumiejętność życia i takie tam…

Wczoraj dostałem pocztą ten tekst zapytania do kasy chorych… czyli ja mam to wysłać, a nie szpital to wysyła – w sumie logiczne, ale szkoda, że od razu nie zapytałem jak to się odbywa i co mam robić, może by to wcześniej poszło, a tak czekanie na odpowiedź kasy chorych zaczyna się liczyć od dzisiaj… Z tego co wiem mają na to 2 tygodnie, znaczy mam nadzieję, że na to też, bo to nie jest jakiś taki oficjalny urzędowy wniosek… Ech, no nic, zobaczymy co się stanie dalej. Ogólnie to czuję się trochę tak jak przed zmianą dokumentów – gdzie musiałem czekać na jakieś urzędowe sprawy, które trwają… a w międzyczasie niewiele można zrobić, takie zawieszenie. Tym razem mam na myśli takie zawieszenie zawodowe – myślę coś tam żeby lepszej pracy szukać (znaczy lepiej płatnej), no bo… ok, zarobiłem w zeszłym miesiącu tyle, że jestem na zero, ale to tylko dlatego że miałem dwa tygodnie nocnej zmiany, więc wyszło jakoś 200€ więcej. A tak dostałbym tysiąc €. A wydatków mam tysiąc dwieście. Bez komentarza. Poważnie. W tej chwili zarabiam mniej niż wydaję. W tym miesiącu będzie już tylko jeden tydzień nocnej. Ale hmm, w tym tygodniu chyba już wskoczyłem na pierwszy dodatek branżowy, nawet nie wiem ile to jest, bo nie pamiętam, niewiele więcej ale z doświadczenia wiem, że te małe podwyżki jakoś najbardziej się odczuwa (pewnie dlatego, że te większe już zżerają podatki). W każdym razie wiem, że może mógłbym, przy odrobinie szczęścia zarabiać dwa razy tyle (znaczy się to brutto mówię :P bo netto to nieee, nie wiem ile musiałbym zarabiać brutto żeby jako samotny kawalet na rękę dostać ze 2 tyś :D , bo wiadomo – podatki rosną proporcjonalnie do wysokości zarobków…). No w każdym razie nie będę teraz szukał nowej pracy skoro się szykuję na operację i 2-3 tyg zwolnienia – to chyba oczywiste. Więc trochę mnie to znów blokuje… a z drugiej strony może i dobrze, że się trochę przesunie, mogłaby wypaść latem – miałbym 2-3 tyg. „urlopu” we właściwą porę roku :D

Od połowy tego tygodnia zacząłem jeździć rowerem do pracy (po tym jak we wtorek się niemal spóźniłem – no po prostu masakra, mam niecałe 5km a jechałem samochodem 20-25 minut co to, prędkość 15km/h? :/ i co kawałek podjazd i hamuję i znów światła, a tu cały sznurek samochodów przede mną… jest wszystko fajnie, pierwsza i nocna – spoko, ale na drugą zmianę samochodem tam dojechać to jest koszmar, więc od środy jeżdżę rowerem – i też mi to 20 min. zajmuje :D a przy okazji jest naprawdę przyjemnie w taki upał poczuć trochę podmuch powietrza a nie jeszcze się smażyć w tym samochodzie). Reszta dnia też była dobra (warto to sobie zapisać w pamiętniku, bo rzadko mam taki flow ;) ), taki jakiś kierownik czy kim on tam jest (najprzystojniejszy ze wszystkich facetów tam z resztą :D i do tego najsympatyczniejszy, może jedno wynika z drugiego ;) szkoda tylko że jakieś pół metra wyższy ode mnie, co najmniej XD ), mnie pochwalił. A na koniec jeszcze wydrukowałem sobie naklejki zamienne, sam! :D ha! +500 do zajebistości :D no wprawdzie widziałem jak inni to robią parę razy ale jednak nie dokładnie, a dałem radę skumać czytając ikonki i komunikaty, no kurcze, jednak jestem bystry XD no ale co mam nie być… w sumie przecież wszędzie pracodawcy/brygadziści byli ze mnie zadowoleni… można by chyba wreszcie uwierzyć, że jestem dobrym pracownikiem i to w różnych branżach. Można by, jakby się miało poczucie własnej wartości ;)
No ale też tak jakoś jadąc rowerem bardziej odpływam myślami i wczoraj myślałem o tym że w sumie to właśnie jakoś tak niepostrzeżenie minęło mi 5 lat emigracji. Jechałem przez to miasto i myślałem o tym, że pięć lat temu w życiu bym nie pomyślał, że tu będę. Wtedy mi się wydawało, że na zawsze zostanę w tej okolicy, w którą wyjechałem. Nigdy nie myślałem o tym i nawet nie chciałem mieszkać w mieście (co dopiero takim dużym), a teraz bym go na nic nie zamienił :P (już choćby dlatego, że jutro wsiadam sobie w autobus i jadę za jedyne 5€ do innego dużego miasta – jak będzie fajnie, to też opiszę). W każdym razie jestem bardzo zadowolony, że tu jestem, że takie miałem szczęście z tym mieszkaniem (stosunkowo blisko centrum, jednocześnie spokojnie, główna ulica, ale jednak trochę odstęp od niej i od mniejszej ulicy miejsca parkingowe, czasem niewystarczające – ale to się wytnie :D ), że urządziłem wszystko tak jak chciałem w sumie… że w weekendowe wieczory siadam sobie w takim pokoju jaki mi się podoba, z jakimś ciastkiem francuskim z serem i Colą i w sumie to czuję się szczęśliwy, naprawdę. Ale to takie mam ambiwalentne uczucia bardzo (ale o drugiej stronie za chwilę).
No ale pięć lat znaczy, że za rok mogę się starać o obywatelstwo. Niby trzeba ośmiu, ale po sześciu można pod jakimiśtam warunkami, jeszcze nie znam tych warunków ale już wiem że spróbuję :D A potem zmiana imion, znaczy na formy takie zachodnie żeby było prościej. Tylko jeszcze nei wiem co zrobić z nazwiskiem :P no jak nic przydałby się facet z jakimś ładnym nazwiskiem :D znaczy no już jest – nazwisko M. tak ładnie pasowałoby do moich imion :D Marzenia są fajne, fajne. Tak sobie jadę tym rowerem i szeroko się uśmiecham sam do siebie ;) często, często…

Ale czasami (jak dziś) weźmie mnie przy tej jeździe na tą drugą stronę medalu i wtedy tak sobie myślę, czy ja kiedykolwiek będę zdolny do pewnych rzeczy… No weźmy np. związki. Prawda jest taka… nie tylko taka, że jestem nieśmiały, ale ja zwyczajnie nie wiem jak to się robi – ja się poznaje ludzi, jak się zacieśnia znajomość, jak to jest spotykać się z kimś i coś więcej. Nie, właśnie nie „jak to jest” tylko „jak to się robi” – nawet tego nie wiem. A 30 lat to już na tyle dużo, że aż wstyd nie wiedzieć takich rzeczy albo uczyć się w tym wieku. No po prostu czuję się niedostosowany, nie na miejscu, w ogóle jakoś nie. Proste czynności sprawiają mi problem. A te bardziej skomplikowane za to wydają się proste. Np. pomyślałem sobie jak to czasem ktoś mówi, że ta cała korekta płci to takie wow i takie duże coś i „Ja bym się nie odważył/ja bym nie potrafił”, a ja tak myślę sobie, że to przecież wcale takie trudne nie było… I że czasami to jak mam wykonać jakiś głupi pierdołowaty telefon to przeżywam to bardziej niż całą tą korektę… Taki paradoks. I że choć chciałbym czegoś, to kompletnie nie wiem jak się za to zabrać (nie, wróć, raczej czuję przekonanie, że nigdy się nie nauczę nawet za to zabierać). I boję się, że moje życie już zawsze będzie tak wyglądać, że nie znajdę w sobie siły żeby się tego (życia) nauczyć (nie wiem z resztą czy warto, no ale nie dowiem się dopóki się nie nauczę). Myślę też czasem o moim sąsiedzie z dołu – już emerycie, kawalerze… on się pewnie też tego życia nie nauczył… I wtedy myślę sobie, że lepiej byłoby umrzeć, zawsze to szansa na nowy start i że następne wcielenie będzie może choć z lepszym zestawem cech… Tak, tak bardzo, jak widać, mam ambiwalentny stosunek do mojego życia.
A może przesadzam i tym co mi ciąży jest inność – jak takie piętno, które zostaje mimo, że powinno już zniknąć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Badania prewencyjne i konsultacje w sprawie poprawki mastektomii podejście drugie ;)

Jeśli kogoś interesuje tylko korekta, to może pominąć pierwszą połowę notki i przejść od razu do drugiego akapitu ;) A ja sobie najpierw opiszę poniedziałek. A mianowicie dwa tygodnie temu dostałem pocztą zaproszenie na takie badania… chodzi o prewencję i badania co ma wpływ na występowanie chorób typu rak, cukrzyca, demencja, zawały. Ten program. Mam szczęście do takich losowań :D mieszkając pod poprzednim adresem wylosowano mnie do ankiet tekstowych na temat chorób zakaźnych. No chyba, że to nie było takie losowanie wprost tylko może specjalnie też w grupie imigrantów ;) ale tak czy inaczej, lubię takie rzeczy więc chętnie zgodziłem się wziąć udział. Nawet szybko udało mi się umówić na termin (chociaż nie wiedziałem jak będę pracował, no i oczywiście miałem pracować na drugą zmianę, ale udało mi się zamienić na nocną, więc wszystko pasuje, co najwyżej byłem trochę zmęczony ;) ). Jak wyraziłem zgodę, to drugim listem dostałem potwierdzenie terminu, bilet (powiedziałem że chcę, bo co będę samochodem się przez miasto gdzieś wlec jak mogę od nich dostać darmowy bilet) i kilkanaście stron do przeczytania :D No to był cały program, co tam się będzie odbywało itp., że ważenie, mierzenie, zawartość tłuszczu, pojemność płuc, do pobrania próbki śliny, wydzieliny z nosa, krwi, moczu, kału (można było wybranych odmówić, ja generalnie nie miałbym nic przeciwko wszystkim ale o to ostatnie to trudno na zawołanie :D w końcu wcale tego nie było, badań okulistycznych też nie było, ani żadnych prześwietleń czy USG). Tak więc w poniedziałek na 10:50 udałem się tam komunikacją miejską. Oczywiście tramwaj miał objazd (jakbym wiedział to bym całkiem innym autobusem pojechał no ale chciałem tak jak mi wypisali na mapce ;) ) i pojechał zupełnie inaczej, potem się musiałem przesiąść w autobus… którym mogłem od razu spod domu pojechać :/ A na końcu miał być kolejny autobus ale stwierdziłem, że jak mam czekać 10 minut to szybciej na pieszo te 2 przystanki dojdę i tak też zrobiłem. W końcu spóźniłem się może jakieś 10 minut, ale to nie był problem, bo oni tam chyba co kilka minut tych ludzi umawiali, więc była rotacja (w sumie niezła organizacja, ani razu długo nie musiałem czekać na żaden moduł). Zaraz mnie wzięła pierwsza pani na wstępną rozmowę (znów omawianie co i jak będzie przebiegać itp., i zawsze te pytania czy mam jeszcze jakieś pytanie – już pięć razy to czytałem i pięć razy mi o tym opowiadali /bo przez telefon też/, jakie jeszcze można mieć pytania? :D ), tam wzięła moją kartę (z kasy chorych), nr ubezpieczenia, ankietę dotyczącą miejsc zamieszkania z ostatnich 15 lat, adres lekarza domowego i podpis, że go zwalniam z tajemnicy dla tych badań. Potem czekałem kilka minut i już mnie wziął facet na pobranie próbek – coś tam pomazał w nosie ;) potem dał do pożucia jakąś parafinę czy coś na pobudzenie wydzielania śliny (ani to smaczne ani niesmaczne), pobranie krwi (w ciągu ostatniego półrocza to tyle razy miałem krew pobieraną, że już bym się chyba nie doliczył :D może chociaż trochę mniej jej będzie! ;D ), policzył zęby, no a na próbkę moczu to powiedziałem, że no akurat tak w tej chwili to będzie ciężko ;) ale nie było problemu żeby oddać później (tylko po prostu nosili za moimi papierami też ten pojemniczek :D ). Potem miałem przerwę, na której zjadłem śniadanie (zapewniali przekąski i napoje), wypiłem herbatę, byle coś pić żeby tą ostatnią próbkę oddać ;) Potem poszedłem na ankietę – babka przy kompie zadawała mi milion pytań o przebyte choroby, no o wszystko ;) Jak doszliśmy do pytania o sterylizację, no to mówię, że ee… no jestem FzM TS więc… więc w sumie to tak :D to sobie tylko zanotowała jakie jeszcze operacje (ale też pytanie było np. czy przyjmowałem kiedykolwiek transfuzję krwi), tylko przy pytaniu czy przeszedłem usunięcie prostaty mogłem dodać: „nigdy takowej nie miałem” :P No i oczywiście przyjmowane leki. W tym module znajdowały się też pytania o miejsce urodzenia, obywatelstwo, znajomość języka, bo to się chyba przydaje w interpretacji testów umysłowych (czy tam na koncentrację), które potem miałem – np. wymienić w ciągu minuty jak najwięcej zwierząt – wiadomo że mogę tu wypaść słabiej niż ktoś, kogo językiem ojczystym jest niemiecki. Tak samo jak w powtarzaniu słów do zapamiętania, czytaniu kolorów itp. innych. Ale w końcu wyszedłem nawet w tych testach chyba w średniej co jednak uważam za swój spory sukces ;) Potem posadzili mnie przy komputerze, do wypełniania ankiety kolejnej, takiej samodzielnej. Też generalnie podobne pytania, ale też trochę o samopoczucie psychiczne. Znów wziąłem coś do picia :D W trakcie ankiety przyszła babka na następne badania mnie zaprosić (ankietę można było przerwać i później do niej wrócić). Miałem się rozebrać do bielizny (to się pytała czy może być ona czy wolę kolegę, oczywiście mogła być ;) ). Tam mnie zważyła i zmierzyła (musiałem stanąć na takim czymś, ręce i nogi oprzeć, nie ruszać się itp.), tak więc oto jakby ktoś był ciekawy, dokładniejszych miar chyba już nie będę miał :D To mam 155,7cm wzrostu i ważę 56,85kg :P (ale też 21,5% zawartości tłuszczu to uważam, że nie jest tak źle przy męskiej normie 20-25% /a damskiej 33-36%/). A potem było jakieś badania mierzenia ciśnienia czy przepływu krwi w żyłach – z mankietami do mierzenia ciśnienia na ręce i nodze i tymi czujnikami pulsu na palcach nogi i ręki, tu mi wyszło w nogach trochę nisko ale tak mi to tłumaczyła, że jak mam zimne nogi (a miałem), to czujnik nie jest zbyt dokładny i to może być dlatego. Chociaż ja nie jestem tak do końca przekonany, często mam zimne nogi i ręce, więc może wypadałoby się tym zainteresować… Potem była spirometria. Tu też, pomny jakiegoś przypadku z Niebieskiego Forum, gdzie komuś wyszło poniżej normy i dopiero się okazało, że my to jednak raczej w damskich normach pozostajemy w tej kwestii, wolałem od razu powiedzieć też, żem FzM i dlatego te normy to ten… żeby mi potem nie wypisywali że gdzieś hen poniżej normy jestem i to jakaś choroba :P Babka wykazała oczywiście pełne zrozumienie i mnie jeszcze zapewniła, że oni tu to jak u lekarza – tajemnica zawodowa, i że w ogóle żaden problem. Ale też zapytała jak tam u mnie czy wszystko już po :D nie żebym coś przeciwko sympatycznym pytaniom miał, ale takie to było troszkę… ciekawskie jednak :D Samo badanie takie sobie, jakoś chyba nie załapałem na początku jak mam to dmuchać, ale było pięć prób, to coś tam wyszło w końcu (i w sumie nie wiem jakie normy mi tu określili, pewnie w ogóle jakieś indywidualne, ale wyszło mi chyba w normie, a wg tego co tu piszą to nawet jakby w normie męskiej /dla mojego wzrostu/). Potem w końcu (albo może jednak wcześniej) oddałem im tą próbkę moczu. Na koniec znów usiadłem przy komputerze i skończyłem wypełniać ankietę. A jak ją skończyłem, to była jeszcze rozmowa końcowa. Tam właśnie dostałem te wyniki, które mogli mi dać od razu (krew itp., to dostanę jeszcze pocztą), ankietę jeszcze jedną papierową do wypełnienia w domu, login i hasło do jednej ankiety na temat przebiegu dnia (wtorku) do wypełnienia w środę na komputerze (czyli dziś, właśnie to zrobiłem przed napisaniem notki) oraz… czujnik ruchu (czy coś takiego :P ), który mam nosić przez tydzień przez cały czas (tylko opinie są podzielone, ta pierwsza babka mówiła że wodoodporny i mogę się nawet w nim kąpać, ale mogę też na ten czas zdjąć, bo taki mokry pasek to pewnie nieprzyjemnie, a ta druga mówiła, że raczej nie wodoodporny i żeby nosić na ubraniu ze względów higienicznych, no a w końcu na kartce, którą do niego dostałem pisze, że wodoodporny, a nosić można na lub pod ubraniem), więc noszę, do kąpieli zdejmuję i raczej noszę na ubraniu (albo przynajmniej pomiędzy ubraniem ;) ). Potem mi jeszcze trochę papierów dała, i mówi, że torbę też mi może dać. Się chwilę zastanowiłem, ale mówię że mam plecak. Ale mimo to mogę wziąć torbę – mówi. To wziąłem, skoro dają :D (nie no, szmaciana torba z ich logo, lubię takie torby na zakupy więc fajnie). Dostałem też kopertę żeby odesłać czujnik (i wypełnioną ankietę). No i 10€ dostawał każdy uczestnik jako małe wynagrodzenie. Szaleństwo, aż nie wiem co sobie za to kupić ;D (a tak poważnie, to spoko, wziąłbym udział nawet jakbym nic nie dostał). Całość trwała ze 4 godziny i uważam za ciekawe. Ale to wieloletnie badania (planują nawet do 30 lat), może czasem dostanę jeszcze jakieś ankiety pocztą, a co 5 lat niby mają zapraszać.

Natomiast dzisiaj miałem znów termin, tam gdzie byłem na konsultacjach w sprawie poprawki mastektomii tu o tym pisałem. Tym razem wziąłem se do auta rower i byłam szybciej ;) (ale chyba mogłem sobie darować przy tej pogodzie, rower mi zmókł, a na pieszo też bym zdążył, bo to jednak nie było wcale daleko, tylko tak mi się wydawało, bo poprzednim razem szedłem najpierw do endokrynologa). No w każdym razie jak mnie już poprosili do gabinetu (w tym kraju zawsze jest tak, że pacjent zostaje poproszony do gabinetu i czeka na lekarza, bo lekarze mają kilka gabinetów/sal i taka jest jakaś rotacja, zawsze, no przynajmniej ja jeszcze nigdzie nie przeżyłem inaczej… no chyba że u endokrynologa, a to fakt, tam chyba jednak jest ciaśniej i do niego wchodzę jak poprzedni pacjent wyjdzie i jak on mnie zawoła, cała reszta lekarzy to zawsze mnie po chwili w poczekalni panie z recepcji prowadzą do pustego gabinetu i czekam na lekarza), po chwili wchodzi jakaś babka. Znowu sobie myślę, no ej, czy ja nie poznam tego takiego osławionego chirurga tylko zawsze jakiś pomocników? :P No ale nic, babka, lekarka znaczy, pyta się mnie czy już wniosek do kasy chorych został wysłany? Ja: ee, yy, że nie, że ja tu dopiero byłem na konsultacji i… w domyśle, że ja przecież jeszcze nic się nie dowiedziałem a ta mi tu wyskakuje z takim pytaniem :P No to ona, że wszystko przygotuje – i wyszła. Zostawiła jakąś kartkę, co wygląda na coś do podpisania, to se czytam co tam pisze, no i pisało ładnie tak wszystko, że to i tamto do poprawki, jakie są możliwe powikłania itp., ok, czekam dalej. Po chwili przyszedł jakiś pan doktor i zapytał czy mnie może ejszcze raz obejrzeć. No to jeszcze trochę pomacał, potem sprawdził tłuszcz i pyta czy może udo zobaczyć, ale jak zobaczył to stwierdził: „za mało tłuszczu…” :D ależ się szczupły poczułem w jednej chwili! :D aale potem mnie oświeciło, że chyba jednak tylko o udach mówił, a na brzuchu znajdzie tego tłuszczu wystarczająco (ale pewnie lepiej by było wziąć z uda, bo mniej widoczne miejsce). No w każdym razie zaproponował mi wycięcie blizn (bo faktycznie jak tak patrzę to te moje są chyba dość szerokie, chociaż nie rzuca się to aż tak w oczy no ale może mogłyby być węższe), troszkę naciągnięcie skóry, podniesienie sutków odrobinę, no i oczywiście wypełnienie tego za dużego ubytku. Jeszcze pytałem o te sutki, to co mi najbardziej przeszkadza to jak sztywnieją (za duży obszar), to zapytał czy bardzo by mi przeszkadzało gdyby w ogóle nie sztywniały, no chyba mniej niż tak jak teraz, powiedział, że może oddzielić nerwy czy cośtam i jeszcze raz – cośtam :D no w każdym razie mogę spróbować cokolwiek tam ma pomysł zrobić :P one faktycznie już nie są duże tylko tak kijowo sztywnieją (a swoją drogą mam bardzo blade sutki, bo ja w ogóle jestem blady ale to aż chyba za bardzo… ale tu może by można kiedyś pomyśleć o tatuażu medycznym). A na koniec mówi: to kiedy chce pan termin, za dwa tygodnie może być? Ja: yyy, aaa to nie trzeba najpierw do kasy chorych wniosku wysłać? On: ale gdyby oni tego nie zgodzili się zapłacić, to my byśmy musieli zapłacić, nikt by od pana tego nie ściągał. No ale, no dobrze, zapytamy. Chociaż ja bym nie pytał, to tylko poprawka. No ale zapytamy, żeby mieć pewność. Wychodzi na to, że mogłem się nie odzywać, za 2 tyg. miałbym poprawkę i tyle :D Ale nie no, musiałem zapytać, jak się nie wie jak to wszystko się odbywa to jak tu nie zapytać. W każdym razie podyktował sobie jakimś urządzeniem całą ścianę tekstu (połowy z tego nigdy nie mówiłem :D ale w sumie wszystko prawda, chyba jednak jestem wystarczająco tru-TS że się wpasowałem :D ) i się na końcu pyta czy może być, ja na to ze tak tak, oczywiście. No i mam czekać na odpowiedź z kasy chorych. I że nie powinno być problemu. „A gdyby odrzucili, proszę do mnie wrócić, ja panu pomogę.” – powiedział mi na koniec. Miło bardzo :) (teraz jeszcze tylko muszę go na stronie odnaleźć, bo nazwiska dokładnie nie zapamiętałem, a muszę wiedzieć z kim rozmawiałem, no ale mają chyba cały team na stronie to myślę, że znajdę). Noo ale podobno jest dobra moja kasa chorych, to się teraz będzie miała okazję sprawdzić :P Tak więc czekam i w międzyczasie zacznę się chyba znowu interesować wszystkimi tymi specyfikami zapobiegającymi powstawaniu blizn – bo mnie się to chyba przyda… a szczerze powiedziawszy po pierwszej operacji niespecjalnie się tym interesowałem… No i jeszcze pytałem ile potrwa taka poprawka – godzinę. I 2-3 tyg. zwolnienia. To tak jakoś brzmiało jak takie nic, godzinka i po wszystkim ;) w porównaniu z tym co opisywał jeden użytkownik na Niebieskim Forum na temat poprawki po latach w Polsce – jak mu proponują jakieś cuda wianki za 30 tysięcy… Oczywiście nie zapytałem ile by taka procedura kosztowała tutaj prywatnie, zapytam dopiero jak po operacji będę :P

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

takietam transowe sprawy lata „po” leczeniu ;)

Byłem wczoraj u hematologa w związku z tą podwyższoną liczbą czerwonych krwinek. Dr zerknął na moje wyniki i stwierdził, że to jest jeszcze w normie (no bo jest ale pod górną granicę). Ale że wezmą mi krew do badania i sprawdzi według swoich norm (są trochę dokładniejsze). I jeszcze coś tam sprawdzi żeby wykluczyć choroby krwi, bo chociaż u mnie jest to zapewne spowodowane testosteronem, to jednak trzeba zawsze najpierw zacząć od wykluczenia możliwych chorób. Dlatego też zrobi mi USG, żeby sprawdzić czy wszystko w porządku zwłaszcza z… i tu kompletnie nie wiedziałem o czym mówi, bo słowo dla mnie obce, dopiero po wizycie sobie wygoglałem tłumaczenie – chodziło o śledzionę :D No to się nowego słówka nauczyłem. No i zaraz poszliśmy do gabinetu USG, wszystko wyszło dobrze, więc powiedział że wychodzi z założenia, że to nie będzie żadna choroba tylko testosteron. Zaraz też badanie krwi i w przyszłym tygodniu wyniki, mogę zadzwonić.
Generalnie wydźwięk wizyty był trochę taki jakby był zdania: „no przecież jest wszystko ok, a wartości są jeszcze w normie” :P (a gdyby się pogarszało, to można te upusty krwi zastosować). Ale to bardzo mnie cieszy i chciałbym żeby jeszcze się faktycznie w tych ich normach okazało, bo to mi daje czas zajęcia się wreszcie tematem krwiodawstwa. Zawsze chciałem tylko nigdy nie chce mi się konkretnie za to wziąć ;) A to by było naprawdę świetne rozwiązanie w moim przypadku. Jestem zdrowy i jeszcze się zbliżam do nadprodukcji krwi ;) Ale to już chyba faktycznie ostatni dzwonek, warto się za to wziąć zanim faktycznie nie będzie za późno i te wartości wyjdą poza normę, bo wtedy to chyba i nawet dla krwiodawstwa nie będzie za dobrze.
Jak zamierzam się za to wziąć? Ano bardzo konkretnie. Zamierzam odszukać ten list z Niemieckiego Czerwonego Krzyża potwierdzający, że hormonalna terapia zastępcza nie jest przeciwwskazaniem dla krwiodawstwa, wydrukować go, napisać samemu do nich i poprosić o takie potwierdzenie zaadresowane do mnie (a załączyć tamten list do kogoś innego chcę tylko aby się na niego powołać). Jedyny problem… jak odszukać ten list :D linkowałem nawet kiedyś do niego ale już powoli nawet na swoim blogu nie wszystko umiem znaleźć :P (chyba że nie linkowałem, ale głowę dałbym że tak). Następnie mieć takie potwierdzenie jako dowód, gdyby się jakieś stacje krwiodawstwa miały rzucać. Ale i tak zanim bym w konkretne miejsce poszedł, chcę zapytać chłopaków na grupie gdzie oni chodzą krew oddawać, bo wiem że niektórzy chodzą (tylko oni są spoza miasta chyba). A w sumie to może nawet od tego ostatniego zacznę.

Za to dzisiaj rano obudził mnie telefon. Było to kilka minut po 8:00, więc dopiero co przed godziną się położyłem (po nocnej zmianie), byłem tak nieprzytomny, że przez połowę rozmowy nic nie rozumiałem kto to i czego ode mnie chce :D Może nawet spałem jeszcze XD Dobrze, że w połowie rozmowy złapałem o co chodzi. Mianowicie dzwonili z kliniki, w której byłem na konsultacji w sprawie ewentualnej poprawki mastektomii, że by mnie dr jeszcze raz chciał zobaczyć (może już ten właściwy, a może po prostu ktoś mi powie co tam uradzili). I jadę w przyszłym tygodniu. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że zadzwonią, myślałem że sam będę musiał się przypomnieć. Jestem miło zaskoczony ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Mapa Marzeń i wspomnienie świąt

Dzisiejszy wpis sponsorują dwie myśli:

Tworzenie Mapy Marzeń prowadzi do tego, że się ma co roku co raz mniej pragnień.

a także:

Zdecydowałem. Nie biorę kota, chcę mieć dziecko :D

Rozwinięcie:
Od kilku lat robię Mapę Marzeń, bo jest to fajne, kreatywne i pozytywne, a to mi wystarczy. Właściwie robię ją chyba od 4 lat, przy czym jednego roku przegapiłem termin. Miałem więc w tym roku dwie stare mapy. Pierwsza miała postać książeczki i było tam masę rzeczy. Druga to już tylko kartka z kolażem życzeń. Nie paliłem starych, bo chciałem je mieć, włożyłem w nie sporo pracy i podobały mi się. A w tym roku mnie naszło i spaliłem obie, a potem zrobiłem zupełnie nową. Nowa ma 5 głównych zdjęć (i kilka podobnych), a moje obecne pragnienia można by nawet ująć w trzech słowach. Chyba i w tej kwestii stałem się minimalistą ;) Ale może to i dobrze, to pozwala zdecydować co jest naprawdę w życiu ważne.

Druga sprawa… w święta spotkałem kuzyna z żoną i dziećmi. I poczułem się młodszy od niego, choć to on jest młodszy. A wszystko dlatego, że on ma tą rodzinę… a to jednak odpowiedzialność. Poczułem się niedojrzały. I to nie tylko dlatego że niby rodzice są bardziej dojrzali, nie… To takie coś, że… że jak się ma dzieci, to pewne sprawy chyba nabierają właściwej wagi. A ja nadal się zastanawiam co pomyśli o mnie kasjerka w supermarkecie jak upuszczę orzeszki (if you know what I mean). Posiadanie dzieci pozwala chyba skupiać się na nich (chyba właśnie pojąłem dlaczego niektórzy rodzice tak głupieją – zaczynają się skupiać na dzieciach i wszystko im się wokół nich kręci, wkurzające z zewnątrz ale chyba to zrozumiałem, może jak człowiek ma dość własnego życia, to żyje życiem swoich dzieci, nagle ważniejsze jest żeby dziecko się nie przewróciło, nie poparzyło, jaką narysowało laurkę czy jak mu poszła tabliczka mnożenia niż własne niepowodzenie w pracy, stłuczka czy niższa wypłata) – to akurat nie zawsze jest dobre, ale posiadanie dzieci sprawia też, że przestajemy myśleć o sobie, a zaczynamy o dziecku. I nie ma już znaczenia, że ogarnia nas lęk, bo jak np. dziecko zachoruje to idziemy i pytamy lekarza co dalej. Po prostu robimy to zamiast najpierw trzy godziny powtarzać sobie pytanie i jak je wypowiemy, a potem następne trzy myśleć czy w ogóle musimy je zadawać, bo może… Nie. Dziecko potrzebuje nas i robimy to. I cholera, stwierdziłem że potrzebne mi jest mienie dziecka :D Co tam kot, kot to za duża odpowiedzialność ;) (no i kota nie można zabrać na wycieczkę do Egipu, Meksyku czy inne Seszele, a dziecko owszem i zwykle o wiele taniej). Poza tym dziecko to też dodatkowe korzyści: np. możesz kupować bezkarnie jajka z niespodzianką dla niego (co tam że sam je uwielbiasz :D ) no i nie wyglądasz głupio w wesołym miasteczku :D A jak jeszcze do tej Mapy Marzeń znalazłem zdjęcie takiej ślicznej dziewczynki… to normalnie już wiem jak będzie miała na imię :D
Także ten, stwierdziłem że to już, mi zegar biologiczny się odezwał :D I chociaż uważam, że to nie trzeba się w dzisiejszych czasach z tym spieszyć i tak do pięćdziesiątki można spokojnie mieć, więc jeszcze 20 lat lekko czasu mam, ale poważnie zacząłem się zastanawiać czy ja może powinienem pisać o tym na gejowskich profilach? Że tak na długi dystans to ja chcę być ojcem (znowu mi się wydaje, że nie ma innej opcji). Nom. Także jakby co to tu też oficjalnie może: jak jesteś facetem, który by chciał z drugim facetem (czyli ze mną) wychować co najmniej jedno (ale też chyba raczej nie więcej niż dwoje) dziecko, to odezwij się :D A jak masz coś przeciwko męskim związkom homoseksualnym z dziećmi to możesz zameldować koniowi. Czy cośtam. Dziękuję za uwagę.

P.S. – Mogę być facetem z przeszłością transseksualną, więc bezpłodnym a do tego gejem, ale to kurna nie zmienia faktu, że jestem zodiakalnym rakiem a co za tym idzie najlepszym rodzicem z całego zodiaku :P (a przynajmniej najbardziej rodzinnym znakiem ;) ).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Po sprzątaniu – cz. 2 (no nie do końca… ;) )

Niestety na porządki w domu rodzinnym nie miałem tyle czasu… (co na ich pierwszą część). Właściwie wpadłem na 3 dni, z czego połowa to święta no i trzeba było jednocześnie robić wszystko… Zacząłem jednak tym samym schematem: najpierw ubrania, potem książki… Ubrań wielu tam nie miałem, ale nawet z tego co zostało, 1/3 poszła do kontenera itp. A trzy ciuchy postanowiłem wziąć ze sobą, więc jest jakaś rotacja ;) (bo przywiozłem też dwie koszulki, żeby nie musieć wozić na urlopy).
Książki… no właśnie, klucz programu, hehe ;) Jednocześnie robiłem „porządek domowy” tzn. pomagałem mamie w pozbywaniu się. Łącznie, domowych i moich, ponad 100 książek mam do sprzedania/oddania/spalenia… Z czego ponad 70 moich… z czego połowa S. Kinga :P Z jakichś 5 półek (tyle było ostatnio), zostawiłem sobie jedną (i to 1/3 a może nawet 1/2 zajmują książki do przeczytania i też pewnie potem odsprzedania). Tylko jedna (niecała) półka książek do zachowania, to mi się podoba. Ale, przynajmniej na razie, zostawiłem jeszcze trzy książki których nie planowałem – o lęku, strachu, o emocjach… nie wiem… w sumie też nie pozytywne ;) chociaż te o emocjach to można powiedzieć że warto czasem zajrzeć i coś sobie przypomnieć…
Płyty przetrzepałem równo. Z dwóch podłużnych pudeł, zostało jedno (to mniejsze) i to już z płytami czystymi (których też mam duuużo jeszcze, tzn. dvd, pewnie odsprzedam, bo wątpię żebym kiedykolwiek jeszcze tyle nagrał, ale to ich już nie liczę do tego pudełka).
Kosmetyków i elektroniki żadnej więcej tam nie miałem, więc nie ma co opisywać. Za to papierów nie ruszyłem… Wiem, że znów by mi to parę godzin zajęło, a tyle czasu niestety nie miałem… Jedynie sentymentalne jakieś – trochę wyrzuciłem (np. kartki na 18-nastkę itp.), trochę wziąłem ze sobą, żeby tu spokojnie przejrzeć… No i akcesoria do kolorowania – jeszcze trochę pisaków (nawet jak ich tu nie wykorzystam, to tam tym bardziej nie ;) ), mój stary piórnik no i drewniane pudełko w którym miałem długopisy w biurku – tu mi się chyba bardziej przyda.
Przejrzałem też pomniejsze szafki – papier do origami ok, ale go przeniosłem i lepiej ułożyłem (tam gdzie płyty były), a na jego miejsce poszły akcesoria do pakowania (to nawet nie w moim pokoju było, tylko w salonie), inne jakieś śmieci z półki sprzątnąłem, ulotki jakieś z leków pozbierane też w piec, no i ogólnie – jeszcze takie różne drobiazgi, choć też ich dużo tam nie było, częściowo przywiozłem sobie (np. moje śliczne piękne 4 samochodziki z Kinder Niespodzianek, nie oddam! :P ), częściowo do oddania… Właściwie tylko te papiery nie ruszone, no i karty telefoniczne – nie zdołałem pofotografować itp., bo to jednak trochę czasu zajmuje, a i tak jestem z siebie dumny, że tak wiele w tak niewiele czasu mi się udało (sfocić i zważyć te ponad 100 książek… zapakować prawie 20 przesyłek i jeszcze większość z tego wysłać, a ogółem to ponad 350 zdjęć przedmiotów zrobiłem… a to wszystko nie licząc przedmiotów, które oddaliśmy rodzinie, bo tych nawet nie fotografowałem, zabrałem na święta i pokazałem, i chcieli, i jakoś rozporządzą, dobrze, o tyle mniej zachodu z pozbywaniem się, a było tego 4-5 skrzynek…). Uch, no teraz to chyba wreszcie poczułem że nie posiadam już tak wielu rzeczy i że już mi nie ciążą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

„Brudny róż” – Kinga Kosińska

Dzikie gęsi - Kinga Kosińska (okładka) Wieczorem skończyłem czytać. To dość krótka książka, taka na jedno popołudnie jak dobrze przysiąść. Ktoś napisał, że literacko na plus… a moim zdaniem literacko to akurat jest dość słaba ;) Nie ma tego czegoś, przypomina raczej bloga. Ale bardzo wciąga, więc szybko się o tym zapomina (poza tym ja lubię blogi ;) ), z resztą może faktycznie to jest właśnie ta lekkość, chociaż zdziwiło mnie że to się ludziom podoba. No mnie się podoba, ale ja lubię pamiętniki czytać a z moich obserwacji wynika, że jestem z mniejszości ;) Ale fajnie że się ludziom podoba, może napiszę kiedyś podobną ;) To czego mi brakowało, a co chciałbym wyrazić to uczucia, te negatywne sprzed tranzycji, moim zdaniem ich tam zbyt wiele nie było, Kinga skupiła się raczej na tranzycji, już u Anny Grodzkiej było więcej, ale to nie zarzut, każdy może swoją transseksualność nieco inaczej przeżywać, a tym bardziej inaczej opisywać.
Ogólnie mnie się też oczywiście podobała, a najbardziej to że jednak można napisać książkę np. nie mając w ogóle doświadczeń ze związkami (lub jedynie drobne). Bardzo mi Kinga przypomina siebie… Myślę, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić…

Jak zwykle zanotowałem parę cytatów, więc dodaję, z komentarzami lub bez.

„Czasami myślę, czy ktoś z tych ludzi zastanawia się, co u mnie. Czy pamiętają, jak mnie traktowali, i czy w miarę nabierania życiowej mądrości nachodzą ich jakieś refleksje?”
(s.9)

– i ja o tym myślę…

„Trwało to latami. Stałam się mistrzynią organizowania sobie czasu samotnie. Zrobiłam sobie tym krzywdę, bo jeszcze bardziej osłabiłam swoje poczucie przynależności do społeczeństwa (…)”
(s.15)

– skąd ja to znam… Chociaż ja tak naprawdę nigdy nie czułem się przynależny do społeczeństwa. Czułem się w tamtym ciele tak bardzo nie na miejscu, że nie dało się przynależeć do czegokolwiek.

„Nienawidziłam się golić. Dziwnie to zabrzmi, ale ta czynność wydawała mi się tak męska, że wolałam mieć zarost, niż to robić i mieć gładką twarz, na czym przecież mi zależało.”
(s.18)

– wcale nie brzmi to dla mnie dziwnie. Kiedyś na TS-forum poruszyłem temat (nie)noszenia stanika. Byłem wtedy w mniejszości z moim podobnym zdaniem – że przecież noszenie go jest bardziej kobiece niż posiadanie nawet dużego biustu samo w sobie. Przynajmniej ja to tak odbierałem. Także ja ją rozumiem.

„Wciąż jednak żyłam w napięciu, że w każdej chwili mogę popełnić jakiś błąd, ktoś coś zauważy i znowu zaczną się ze mnie śmiać.”
(s.23)

– ja mam tak do dzisiaj (choć już w innych kwestiach częściej). To jest właśnie jeden z moich głównych problemów poruszanych na psychoterapii…

„Dziewczyny… jak ja im zazdrościłam, że mogą uwalniać to wszystko, co we mnie uwięzione i skulone, skomlące jak zbity pies. Ich swoboda, wolność. (…)
W liceum pani przedstawiła nam nową koleżankę, a ja ja mierzyłam od stóp do głów, gapiłam się na jej nogi jak głupia. Była taka smukła i piękna. Zwróciła mi uwagę, że niby patrzę jak facet na kobietę, a ja po prostu jej zazdrościłam.”

(s.33)

– miałem tak samo. Tylko odwrotnie ;)

„1 października stawiłam się na Uniwersytecie Śląskim, zastanawiając się, co ja właściwie robię – przecież nie chcę żyć.
(…)

Patrzyłam na dziewczyny, takie wytworne. Jak ja im zazdrościłam! Pierwszy rok studiów, wkroczenie w dorosłość, wszystko przed nimi. A dla mnie? Zagłada, udręka”
(s.36)

„Jest wiele dzielnych transpłciowych kobiet i mężczyzn. Na ich tle wypadam beznadziejnie. Czas szybko płynie, a ja poruszam się jak mucha w smole, jakby bocznym tore.”
(s.93)

– i te uczucia też skądś znam :P

„Śniło mi się, że penis odrasta. Budziłam się przerażona. Dotykałam krocza, by z ulgą przekonać się, że to tylko sen.”
(s.94)

– to jak te moje sny, że mi okres wraca :D

„On [brat ojca], wieczny kawaler, bez dzieci, funkcjonujący poza systemem. Ja podobnie. Może w każdej rodzinie ktoś taki powinien być? Jako punkt odniesienia dla tak zwanej normalności. Niespokojne dusze, niepokorne, miotające się.”
(s.115)

– ciekawa koncepcja… może faktycznie?

„Nagle znowu włącza się lęk. Ręce mi się trzęsą, pocą. Nigdy nie będę normalna, nawet nie mam co próbować. Nic więcej nie zrobię. Niszczę potencjał każdej sekundy, godziny, tygodnia, miesiąca. Dopiero był sylwester, już jest kwiecień, a ja wciąż w tym samym miejscu. Jak cała ja. Nie mam dyplomu, niczego nie osiągnęłam. Skrzeczę tylko o tym, że jestem transpłciowa i kocham Jezusa, bo tylko to mam.”
(s.126)

– no proszę, nawet miesiąc się zgadza…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

cytaty zebrane itp

Część druga porządków za mną, ale to będzie osobna notka jak się w końcu zbiorę (do tyłu jestem z pisaniem), a dziś notka-wklejka, bo w pliku też porządek zrobiłem ;) Duuużo miałem zanotowanych cytatów, pewnie by lepiej pasowało umieszczać je w różnych notkach, byłyby wzmocnione… ale na to trzeba by za długo czekać, a ja mam potrzebę wysprzatania pliku ;) Więc po prostu wklejam. Niektóre z komentarzem, niektóre bez…

*

„Znać drogę to jedno ale podążać nią, to co innego.”
– „Matrix”

to właśnie mój problem ;) Mam wrażenie, że znam drogę… ale żeby tak jeszcze potrafić nią podążać…

*

„Człowiek jest złym zwierzęciem. I to jest zasada. Żaden człowiek, kiedy jest silny, nie jest dobry.”
– Marek Edelman

*

„Takt jest rozumem serca”
to mi się bardzo podoba i zgadzam się, dla mnie mądrzejszy nie jest ten kto jest och taki super błyskotliwie-złośliwy, tylko ten taktowny

*

„Wzór mężczyzny jest wtórny wobec ciebie jako mężczyzny. Będąc mężczyzną, ustanawiasz męskość.”
– E., forum Trans-Pomoc

„Niby to samo ale dla mnie to ogromna różnica, wstydzić się że kogoś się udaje lub wstydzić się, że nie jest się tym za kogo nas wzięto.”
– n., forum jw.
„(…) a owocem mego życia wolność, którą inni mają za darmo”
– nie pamiętam kto, ale też forum jw.

*

„Tue das Gute und wirf es ins Meer; sieht es der Fisch nicht, sieht es der Herr!”

amatorskie tłumaczenie: „Zrób coś dobrego i wyrzuć w morze, jeśli ryba nie zobaczy, zobaczy Bóg” – piękny cytat (istnieje polski odpowiednik?), piękny nawet dla niewierzących, bo moim zdaniem chodzi o to, że należy robić rzeczy dla innych nawet jeśli oni tego nie docenią, bo po prostu uważam, że tak jest słusznie /btw. cytat pojawił się w kontekście niewdzięcznych uchodźców, tak naprawdę dla mnie nie ma znaczenia czy ktoś będzie mi wdzięczny za to co dla niego robię, bo ważne jest to że robię, dla mnie ważne. Ludziom nie pomaga się w oczekiwaniu na wdzięczność, tylko dlatego że się samemu CHCE im pomagać. Bo jak się nie chce, to lepiej tego nie robić.

*

„Nie trać czasu na analizowanie głupich czynów głupich ludzi.”
– Elle Kennedy

*

„Przecież słońce świeci zawsze, czasem tylko przesłaniają je chmury – chmury naszych myśli.” :)

„Nie możesz zmienić tego, że ptaki zmartwień i trosk unoszą się nad Twoją głową. Ale możesz nie dopuścić do tego, by zakładały gniazda w Twoich włosach.”

*

„Pieniądze szczęścia nie dają. Ale pozwalają wygodnie być nieszczęśliwym.”

*

„Moim zdaniem seks to jedna z najpiękniejszych, najbardziej naturalnych, najzdrowszych rzeczy, jakie można kupić za pieniądze.”
– Tom Clancy

*

„Kto widzi MNIE wszędzie i wszystko widzi we MNIE, ten zawsze jest ze MNĄ i JA jestem z nim” (Bhagavadgita, 6, 30)

to piękne błogosławieństwo, dla mnie o wiele ładniejsze niż katolickie

*

„Jeśli chcesz być tam, gdzie nigdy nie byłeś, musisz iść drogą, którą nigdy nie szedłeś. Jeśli chcesz osiągnąć to, czego nigdy nie miałeś, musisz robić to, czego nigdy nie robiłeś.”
– Dominick Coniguliaro

*

„Trzeba ścisnąć się za jaja lub zewrzeć zwieracz i powiedzieć głośno:
– jestem pedał, ciotka, cwel czy gej i nic w chuj tego nie zmieni. Tak do usranej śmierci zostanie. Żadna terapia, modlitwa, wiara nie pomoże, nawet ta najbardziej wyjebana w kosmos.”

– pewien użytkownik na pewnym gejowskim forum (poniekąd w odpowiedzi na mojego pełnego żalu posta)

XD ilekroć to czytam, nie mogę się nie uśmiechać :D Atmosfera w wątku była raczej smutna, ale tu nagle taki fragment w poście, to było takie fajne wesoło napisane i tak pozytywnie nastawia, że się uśmiałem :D

*

„Nawet gdybym chodził po wodzie, niektórzy powiedzieliby: patrzcie, pływać też nie umie.”

*

„Wer einmal fragt, wirkt für einen Moment dumm, wer es nie tut, bleibt es sein leben lang.” / „Kto pyta jest głupcem przez 5 minut – Kto nie pyta, pozostaje nim do końca życia.”

***

I to tyle. Aaale że jakiś czas temu znalazłem sobie wszystkie odcinki „Dr Quinn” i oczywiście obejrzałem :P to i stamtąd dołączę sobie od razu cytaty…
Pisałem już kiedyś, dla mnie to serial wszechczasów. Nie dlatego żeby był aż tak porywający, nigdy nie był moim ulubionym (chociaż z perspektywy czasu to chyba jest, wszystkie inne rzeczywiście stały się jakieś niemodne, a ten moim zdaniem jest ponadczasowy, naprawdę analogie do współczesności są bardzo wyraźne).
A najbardziej „transowym” był moim zdaniem 24 odcinek 2 sezonu, o dziewczynie cierpiącej na Zespół Carpentera. Ja się mogłem doskonale zidentyfikować…

– Noś rękawiczki do pracy ale nie ukrywaj swojej inności dla wygody innych.
– Co z moją wygodą?

– (Mama) uważa że powinnam być z nich dumna, bo Bóg tak okazał że jestem wyjątkowa. Nie czuję tego.
– Co się stało?
– To
(wskazując na dłonie)
– One nie są złe. Są tobą i kocham je.
– Inni nie. Ja ich nienawidzę.

(s2e24)

*

I reszta cytatów, które sobie zanotowałem:

– Czasami ktoś cię rozczarowuje ale musisz mu wybaczyć i nadal go kochać.
(s1e3)

– Ciężko jest różnić się od innych, wyglądać inaczej. Ludzie widzą tylko tę różnicę, nic nie rozumieją.
(s2e16)

– (Do końca życia będę samotny). Widziała pani jak ludzie na mnie patrzą. Nawet po tej operacji. Zawsze będę dla nich potworem.
– Jeśli będzie pan się tak czuł, tak będą o panu myśleć.

(s3e07)

„Nie chodzi o to żeby żyć wiecznie ale żeby życie miało sens.”
(s3e?)

– Jesteś zupełnie sama.
– To jeszcze nie znaczy, że moja walka nie ma sensu.

(s3e24)

– Nie ważne czy inni uważają cię za silnego, ważne co ty o sobie myślisz.
(s4e12)

– U kresu jednej ścieżki zaczyna się następna.
(s5e13)

– Nie pytajmy „dlaczego ja” ale „jak sobie z tym poradzić”.
(s5e13)

– Pożegnania nie są takie straszne, nie wiadomo co nas czeka jutro.
(s5e16)

– Życie bywa bardzo trudne i na ogół nie ma w tym niczyjej winy.
(s6e10)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz