Cztery filary sensu (życia)

dobre to jest :) i zgadzam się, zwłaszcza ten czwarty filar – to naprawdę robi różnicę jak opowiedzieć własną historię… przeżyłem taką zmianę – można powiedzieć :)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Praga, Legoland, Bawaria i Saksonia… (24.02, 7-8.06, 18-21.08)

Chciałem opisać ostatnią wycieczkę, ale sobie uświadomiłem, że nie opisałem przedostatniej i jeszcze wcześniejszej :P Także niestety będzie to notka zbiorcza, z trzech wyjazdów tegorocznych (czyli pewnie wszystkich tegorocznych, bo więcej nie planuję, no chyyba że coś wypadnie, to ja na wycieczkę zawsze chętny ;) ). No ale nie będę niepotrzebnie przedłużać, bo ostatni wyjazd i tak szeroko opisałem.

Ale zacznijmy od 24.02.2019 – Praga
Zimą bardzo chciałem się gdzieś wybrać, ale w końcu organizacja mi jakoś nie wyszła, a to jakiś wyjazd (a może Dubaj, a może Ateny…) mi uciekł, a to cośtam jeszcze i w końcu na dłużej nie pojechałem nigdzie, więc pojechałem na jeden dzień gdzieś, gdzie było w miarę blisko ;) Po drodze wiadomo – winieta do kupienia, droga taka sobie (bo po Polsce średnio) ale jakoś poszło (choć w drodze powrotnej już zmęczony byłem bardzo). Z listy parkingów P+R wybrałem „Letňany” bo był najbliżej zewnętrznej części miasta, a jednocześnie też chyba najbliżej stacji metra. Zakup biletu nie był wcale taki prosty, ale w końcu jakiś facet z obsługi jakoś na migi nam pomógł. A potem też jakoś łamanym językiem poszło kupno biletów na komunikację (czemu nie mogłem kupić a w automacie – nie pamiętam, albo nie miałem odpowiedniej waluty albo też nie rozumiałem o co tam chodzi).
Było bardzo zimno tego dnia, dlatego zwiedzanie nie było aż tak fajne, ale sama Praga mnie dość zaskoczyła – że jednak jest tak ciekawa, bo słyszałem opinie, że taka sobie. Nie zdecydowałem się jednak na żaden regionalny obiad ;) a jedynie na deser – Trdelnik (tak, wiem że to słowackie ;) ) iii było to pyszne! Zdecydowanie TOP-ileś w moim prywatnym rankingu słodyczy :P

7-8.06.2019 – Legoland Billund i Lego House
Chciałem pojechać do tego „oryginalnego”, pierwszego Legolandu i tak też zrobiłem ;) Tu się jednak nie będę rozpisywać, bo tak jakoś nie mam wiele do powiedzenia, chociaż było bardzo fajnie! Tego 7.06 byłem w Legolandzie, potem nocleg w pobliskim miasteczku Vajle (bo tam był hotel o najlepszym stosunku ceny do wyglądu, a ja na wyjazdach staram się szukać hotelu, który byłby jak najtańszy – wiadomo, ale jednocześnie nie strasznie straroświecko-brzydki ;) no i żeby miał parking), przy okazji wieczorem dnia pierwszego w tym miasteczku zobaczyłem „falujący” blok (blok mieszkalny w kształcie fali), a drugiego dnia rano ulicę z parasolkami. I drugi dzień to także był Lego House, który podobał mi się chyba nawet bardziej niż sam Legoland, bo Legoland to park rozrywki i jak to parki rozrywki – w dużej mierze dla dzieci, a Lego House… no też dla dzieci ;) ale to też muzeum itp. Podobały mi się „zadania” do wykonania, jak np. zbudowanie rybki, kwiatka, ludzika – noo i z tymi ludzikami to zapoczątkowało moją nową pasję :D A mianowicie odkryłem, że nie trzeba pisać (sex-fica ;) ), nie trzeba rysować (co jest zwłaszcza plusem jak się nie umie XD), a wystarczy dobierać akcesoria ludzikom Lego i też można sobie zbudować dla siebie świat :) Więc jako „pamiątkę” przywiozłem sobie dwóch Lego facetów z córeczką :D (a potem od tego czasu dokupiłem jeszcze trochę akcesoriów i moja rodzinka się rozrasta :P wzbogaciła się o małe dziecko i chomika ;) ). Ludziki jakby co, to bardziej opłaca się kupić właśnie w Lego House niż w Legolandzie (bo można kupić 3 dowolnie złożone za 60 koron, w Legolandzie było sporo drożej). Aczkolwiek muszę przyznać, że to nie jest takie tanie hobby – taki niemowlak czy wózek dla niego, to wydatek kilkunastu złotych za każde (np. na Allegro). Za to przynajmniej są to rzeczy, które praktycznie nie tracą na wartości i zawsze można odsprzedać za jakieś pieniądze.
Także wycieczka była fajna, polecam nie tylko dzieciom ;)

No i teeeraz dochodzimy do mojego letniego urlopu, na którego początek zaplanowałem wycieczkę po Niemczech. Tu opis będzie znacznie dłuższy, bo opisywałem wszystko na bieżąco. A więc:

18-21.08.2019 – Neuschwanstein, Highline179, Zugspitze (a raczej Eibsee), Monachium, Dachau, Bastei
Do Neuschwanstein, który był moim pierwszym celem miałem prawie cały kraj do przejechania, dlatego zaplanowałem drogę na sobotę 17.08 po pracy, tak aby od rana w niedzielę zwiedzać (tzn. aby zajechać w nocy, przespać się w samochodzie i zwiedzać). Z domu jednak dość późno wyjechałem… i jechałem… i jechałem… i jechaaaałem… nie było specjalnie korków (choć aż tak pusto też nie było, zwłaszcza przy większych miastach), tylko ja tak jakoś wolno jechałem – uważnie, bo nowa trasa, a ja dość szybko i zmęczenie odczułem ale może około 120km a może trochę później zatrzymałem się, byłem sikać (jeszcze mi się aż tak nie chciało, ale te fajne toalety z pojedynczymi unisex kabinami, to uznałem że trzeba na zapas :D choć potem się okazało, że na południu te toalety są powszechne także fajnie #transprzyjazne ;) szkoda że na A2 takich nie ma). W każdym razie po tej przerwie i prawie całą drogę czułem się dobrze, bez senności itp., nawet się martwiłem, że może na miejscu nie zasnę ale jednak na ostatnie ze 120km senność powróciła. Było między 3:00 a 4:00 jak dojechałem może 50 czy 60km od celu, na parkingu się przespałem. W ogóle jak tak jechałem całą drogę to myślałem nawet żeby zmienić plany żeby np. w niedzielę Monachium, w poniedziałek z hotelu od rana pojechać na zamek, a we wtorek Dachau (albo poniedziałek Dachau, a wtorek zamek i góry) i już nawet miałem tak zrobić… ale przypomniałem sobie, że to w niedzielę ma być ciepło i pogoda, a potem może być różnie, więc pozostałem przy Neuschwanstein (głównie chodziło mi o nocleg, bo wybrałem taki nie do końca hotel i recepcja była otwarta krócej, a ja chciałem klucze odebrać osobiście /inaczej zostawiają w skrytce/ i zapytać czy ten parking będzie na pewno i czy hasło do wifi jest w pokoju, no ale ostatecznie pomyślałem, że z takich powodów nie będę zmieniał moich planów i może zdążę przyjechać, a jak nie to zadzwonię i zapytam).
A jeśli chodzi o góry, to pagórki widać już za Hannoverem właściwie :) potem znikają i potem to nie wiem, bo się ściemniło ;) W każdym razie jeżdżenie po tym terenie do przyjemnych nie należy – w górę i z góry… gdzie pod górę samochód nie dawał rady i nie wiem czy to normalne czy coś mu jest (chociaż w sumie nie tylko mój nie dawał, więc może to normalne że ma taką małą moc przy wjeździe pod górę :P ). W drodze gdzieś tam był zamknięty fragment autostrady… (w okolicy Würzburga) albo tylko ja tak zrozumiałem :P w każdym razie pojechałem na objazd i starałem się jechać za innymi dopóki sobie nie uwiadomiłem, że oni mogą do samego Würzburga jechać ;) to już potem za nawigacją się kierowałem. Zrobiłem przez to 15-20km więcej, no ale przez ogólną wolną jazdę samochód mi i tak ekstremalnie mało spalił (5,7l na 100km pokazywał komputer pokładowy, nie wiem czy kiedykolwiek udało mi się osiągnąć tak niskie spalanie na autostradzie :D ), więc zatankowałem dopiero po przejechanych pełnych 600km, za to musiałem drogo zatankować, bo tam było paliwo za 1,71€…
Na parkingu spało mi się dobrze (mimo, że stanąłem na wprost jakiejś restauracji i ludzie tam łazili), zasłoniłem się z trzech stron takimi moimi zasłonkami przeciwsłonecznymi na okna, położyłem się z tyłu i było wszystko fajnie. Tak mi się dobrze spało, że zamiast 1,5h, spałem 3 czy nawet jeszcze dłużej, bo parę razy dawałem drzemkę :D Po wstaniu (18.08) ruszyłem dalej do celu. Na miejscu droga wcale nie prowadziła tak jak w nawigacji, tzn. ona była ale chyba zamknięta dla kierowców, wjechałem więc gdzieś na bok i się wpakowałem na płatny (7€…) parking, cofnąć się nawet nie za bardzo dało, więc się trochę rozzłościłem, bo nie zamierzałem tam za długo zostawać, a tu od razu 7€… no ale nic, była godzina 8:00 rano, wcześniej po przebudzeniu na parkingu zjadłem jeden jogurt, więc głodny też jeszcze nie byłem, ruszyłem pod zamek. Dotarłem, widok był kiepski ale ruszyłem dalej i okazało się, że najlepszy widok na zamek jest z Marienbrücke, nie było to daleko, więc dotarłem i tam. Trochę ludzi już było (faktycznie większość Azjatów ;) ), ale nie do porównania z tym co się działo później (o tym zaraz), porobiłem zdjęcia itp. i przeszedłem przez most (może i on jest stalowy ale wyłożony dechami, które się trzęsą i wibrują dosyć jak się po nim chodzi – nie przepadam za takimi atrakcjami :D ale widok rzeczywiście stąd był odpowiedni ;) ) i tak myślę sobie: o, tu jest jakaś ścieżka, zobaczę gdzie ona prowadzi. I szedłem, i szedłem, i szedłem… momentami wąsko, momentami stromo (pisało, że zimą jest ona nieczynna i żeby nie schodzić ze szlaku bo niebezpieczne itp.), no to był po prostu szlak prowadzący na górę, ludzie tam w butach górskich i z kijami szli (a ja w rozklapanych adidasach :D ), momentami trzeba się było wręcz wspiąć (w pierwszym takim miejscu zawahałem się czy to naprawdę tędy ta ścieżka prowadzi :D ale jacyśtam ludzie szli za mną, wyprzedzili mnie i tak weszli, więc też poszedłem), a im wyżej wchodziłem, tym bardziej szkoda było zawrócić :D I wyszło na to że się po prostu wspiąłem na jakąś górę obok zamku, wszedłem o wiele wyżej niż zamek, stanąłem nawet na szczycie (tam już nie było ścieżki „oficjalnej”, ale to był tylko kawałek i inni też wydeptali, więc się wspiąłem :P ), potem poszedłem jeszcze kawałek, ale nie wiem – albo ta ścieżka prowadziła na kolejną górę albo w dół po drugiej stronie tej góry, ale nie chciałem tego sprawdzać ;) i tak mi wspinanie się zajęło więcej czasu niż planowałem, ale w sumie to było fajne i nie żałuję i wtedy też pomyślałem, że no ok – jak tak, to bilet parkingowy się jednak opłacił :D Wejście zajęło mi do 10:40, a zejście kolejną godzinę (nie było wcale prościej niż wejść… owszem, lżej było ale i niebezpiecznie w tych adidasach… łatwo było można poślizgnąć się na kamieniach, a na stromiznach trzeba było ostrożnie schodzić tyłem, a na większych „schodkach” kucałem żeby nie obciążać nóg w kostkach (za to takie kucanie chyba obciąża kolana, bo mnie potem aż zaczęły boleć…). Widoki za to rzeczywiście piękne (byłem nawet sporo powyżej zamku, więc odpuściłem pomysł żeby pojechać jeszcze gdzieś z oddali zrobić mu zdjęcia, bo zrobiłem z góry – też fajnie, a może i lepiej). Wróciłem do samochodu, zjadłem śniadanie dopiero wtedy :P zimne to wszystko „w lodówce” mojej podróżnej już nie było ale jeszcze nie gorące chociaż już lekko ciepłe ;) (dla niezorientowanych: z nieba lał się żar tego dnia). Aha, jeszcze w drodze powrotnej okazało się, że teraz na wejście na ten most oczekuje OGROMNA kolejka ludzi (chyba największa jaką w życiu widziałem :D większa nawet niż do Luwru czy na Wieżę Eiffla :D ), całe szczęście, że ja dotarłem tam wcześniej, jeszcze przed tymi tłumami, także czasowo mi się super udało (i gdybyście się kiedyś tam wybierali, to też Wam tak polecam, kolejka w południe była naprawdę ekstremalna…), choć nie miałem pojęcia że to tak może wyglądać (ani że to tam jest najlepszy widok na zamek).
Przed wyjazdem kolejna atrakcja – automaty parkingowe się popsuły i obsługa próbowała naprawić a sznureczek ludzi stał i się niecierpliwił :D (aha – jeszcze w drodze na parking kupiłem sobie dwie widokówki – ależ to miłe uczucie, kiedy możesz ze sprzedawczynią normalnie porozmawiać /w odróżnieniu do innych kupujących/, a nie jak w Paryżu czy Rzymie :D z tego powodu to akurat dobrze się zwiedza Niemcy :D ). Wyjazd był następnym koszmarkiem – wszędzie pełno ludzi, łażą w każdą stronę, po ulicy bo i chodnika tam za bardzo nie ma. Między nimi jeszcze jakieś bryczki, a potem z lewej sznur samochodów w jakąś jeszcze inną stronę… To co mi nawigacja pokazywała (że na lewo właśnie), to nie byłem pewien czy tak mogę, ale jakiś autobus pojechał, to pomyślałem że pewnie mogę za nim i tak odjechałem około 12:00 a może trochę później nawet. Gorąco było niemożliwie, ze 40 stopni jak dla mnie :D (jakbym nie miał klimatyzacji to nie wiem… z resztą przy takiej temperaturze, to i klimatyzacja nie schłodzi jakoś mocno /przynajmniej moja/ ale zawsze coś), w tym upale wspinanie się i schodzenie z góry też było dodatkowo utrudnione ;)
Ruszyłem w kierunku Austrii na ten stalowy most wiszący – Highline179 (ale nie bardzo chciałem wchodzić na niego, bo już mi wystarczyło tego mostu widokowego koło zamku ;) ale chciałem po prostu z bliska go zobaczyć). Droga tam to był pierwszy korek – woooolno się przesuwaliśmy, te 20km jakbym o wiele więcej przejechał. No ale przynajmniej się posuwaliśmy… (a z górki puszczałem samochód po prostu na luzie i sam się toczył – to plus jazdy w górach ;) ). Na miejscu kolejny parking za 4€… (no ale ok – na utrzymanie tego miejsca podobno, więc niech im będzie), tym razem udało się nawet miejsce częściowo w cieniu znaleźć (ale on się potem przesunął i większość samochodu i tak poza cieniem była). Tam też trzeba było kawałek wejść do tego mostu. Wszedłem, obejrzałem go sobie i trochę mi czasu zajęło zastanowienie się czy wejść na niego :D On robi o wiele straszniejsze wrażenie na żywo (zwłaszcza jak się z dołu, z parkingu spogląda w górę na niego :P ) niż w internecie. Tak więc wchodzić za bardzo nie chciałem :D ale pomyślałem, że głupio jednak przyjechać aż tu i nie wejść :D więc kupiłem bilet w automacie na górze i poszedłem. Cóż… most jest rzeczywiście wiszący i trzęsie się – nie jakoś mocno, ale na tyle, że mnie było ciężko utrzymać równowagę – całą drogę trzymałem się ręką barierki :P innym ludziom to jakoś sprawniej szło, za wyjątkiem kilkorga, którzy też się trzymali kurczowo i zastanawiali czy iść dalej ;) jedna babka się nawet wróciła, w sumie ja też uszedłem kawałek i myślę sobie, że mi to chyba wystarczy, no jestem na tym moście, to mogę wracać :D (mimo że bilet uprawniał do przejścia całego i powrotu) ale spojrzałem do tyłu i do przodu i okazało się, że przeszedłem dopiero malutki kawałek, nawet nie 1/4 choć mi się wydawało, że idę i idę :D No to ruszyłem dalej i w końcu przeszedłem cały (no i wrócić też niestety musiałem ;) bo inna droga byłaby za długa), jeden plus jest taki, że przynajmniej tam wiało, więc było przyjemniej niż w upale na dole ;) i to jedyny plus :D Nie no, da się przeżyć to przejście ale nie jest to jakieś doświadczenie, które chciałbym powtórzyć :D Ale jak mówię – miałem poczucie braku równowagi, facet stał i zdjęcia z mostu robił, ja zrobiłem kilka jedną ręką, nie byłem w stanie puścić się obiema na tak długo żeby zrobić zdjęcie… (może mam coś z poczuciem równowagi?) Swoją drogą paradoksalnie gorzej było jak nikogo innego obok mnie na moście nie było akurat w odległości kilku metrów – mostem chyba bardziej kołysało :P Chociaż jak ludzie mocno stąpali, to też było średnio ;) najlepiej mi się szło za kimś, kto szedł równomiernie, ale to że szli np. blisko przede mną ludzie jakoś „stabilizowało” ten most i nie odczuwałem aż tak tego kołysania.
Potem ruszyłem do ostatniego widoczku… (czyli Zugspitze przy Eibsee) i jak tak jechałem i jechałem, to też myślałem żeby dać sobie spokój, no bo w drodze parę razy zatrzymałem się i tej górze zrobiłem zdjęcia, tylko nie znad jeziora :P ale sama góra miała już fotki, więc mogłem w sumie ruszać do Monachium. Ale jednak się uparłem… Tam kolejny parking – 5€ ale nie stanąłem :D znaczy nawet już miałem wjechać ale źle pojechałem, więc wróciłem się kawałek i stanąłem za darmo w większej odległości tam gdzie ludzie też stawali. Znów na pieszo ruszyłem nad jezioro… ale jednak żeby mieć najładniejszy widok, to trzeba by przejść spory kawałek na około jeziora, więc to już sobie odpuściłem… Tak więc zaliczyłem wszystko poza tym (tzn. te trzy miejsca), no i jeszcze więcej bo wspinaczka w tym pierwszym była nieplanowana ;)
Droga do Monachium była istnym koszmarem… Najpierw już prosta droga od jeziorka się korkowała (no tak, miałem ładną pogodę… ale przecież nie tylko ja, bo także te chyba z tysiące innych ludzi :D ). Oczywiście był to jeden pas i my z niego łączyliśmy się z tymi z lewej, którzy nadjeżdżali od strony Austrii (jak ja wcześniej), bo oni jechali prosto, a my na nasze prawo. To była masakra – 30m podjechałem, 5 minut stałem bez ruchu – i tak w kółko (zacząłem książkę na komórce czytać, bo co tu robić), bez przesady powiem, że odcinek 1,6km zajął mi 40 minut, a może i z godzinę :/ Po drodze też znów kilka zdjęć zrobiłem i mam taki pierwszy wniosek… Bawaria wcale nie jest ładna :D Moim zdaniem te miasteczka były o wiele brzydsze niż nasze na północy :P Ale chyba wiem o co ludziom chodzi – faktycznie sporo domów ma drewniane balkony (i na nich kwiaty), w ogóle te ozdobne drewniane ornamenty – to się chyba tak ludziom podoba. A jak dla mnie to wygląda jak skansen :D więc owszem – fajnie to obejrzeć ale mieszkać to bym tak nie chciał :D (zdarzają się też oczywiście nowoczesne budynki, ale dużo jest tych takich niezbyt). Ale widoki są piękne rzeczywiście, i to takie przejeżdżanie zaraz obok gór/skał – też fajne :)
Potem zadzwoniłem w sprawie noclegu, bo już wiedziałem, że nie zdążę. Tzn. oni wiedzieli, że może przyjadę później ale chciałem dopytać o te inne rzeczy i skoro wiem że nie zdążę, to gdzie mam przyjechać (ale i tak kazali do głównej siedziby do skrytki na klucz), a hasło miałem dostać przed zamknięciem recepcji, która niby do 20:00 działa. Jak do 20:00 nie dostałem, ani nawet do 21:00 to już zacząłem sobie wyobrażać, że będę im spał w samochodzie pod siedzibą :D a do toalety pójdę do McDonald’s czy gdzieś :D No ale przed 22:00 dostałem hasło.
Wracając jeszcze do drogi – zanim jeszcze wjechałem na autostradę do Monachium, już był korek, niektórzy wycofywali, mrugali nam światłami, też wycofałem… tylko nie wiedziałem jak wybrać inną drogę. W końcu ustawiłem na pożyczonej nawigacji (mnie się złamał w drodze uchwyt, więc dobrze że w ogóle miałem drugą nawigację) trasę, która niby miała omijać autostrady (a na swojej zerkałem na teren szerzej, ja nie mam opcji omijania autostrad, albo jeszcze jej nie znalazłem, u siebie najczęściej wybieram po prostu jakieś małe miasteczko wtedy), ale wydawało mi się, że też na jakąś prowadzi, ale chyba jednak nie prowadziła, tylko można było jakoś obok jechać – ale tam się i tak też korkowało :/ więc ustawiłem z powrotem te autostrady i potem mnie wyprowadziła chyba na inną i jakoś poszło (ale zanim się ona zaczęła to też znowu postałem w tym korku trochę :/ ). Dojechałem chwilę po 22:00. Tam gdzie główna siedziba mojej „noclegowni” nie było wolnego miejsca parkingowego, ale na tą chwilę zostałem na podjeździe. Chwilę szukałem skrytki :D a ona wisiała przy drzwiach – jak skrzynka pocztowa, ale ja nie obeznany to skąd miałem wiedzieć ;) Mój pokój był pod inym adresem, więc znowu kawałek musiałem podjechać. Tam było dużo miejsca do zaparkowania, ale w budynku się zgubiłem :D Tzn. dostałem tylko jeden klucz, więc się akurat domyśliłem, że pewnie każdy klucz otwiera drzwi główne i tak było – otworzył. Ale potem nie mogłem znaleźć pokoju :D Niby miał być na pierwszym piętrze, wchodzę na jakieś schodki, a tam tylko pokój „96L” i „96 DL i klucz nie pasuje, więc wróciłem i wtedy pomyślałem, że to chyba tylko jakieś półpiętro, a mój pokój jest na piętrze a do schodów trzeba w ogóle kawałek korytarzem przejść, trafiłem ;) Ogólnie jest nie tak ładnie jak na zdjęciach :D nie no, ogólnie jest czysto i zadbanie, tylko skromnie. W każdym razie jak już dotarłem, to ręce dwa razy myłem, takie były paskudne po całym dniu niemycia (i tym kurczowym trzymaniu się barierki mostu wiszącego ;) ).
Spać się położyłem około 1:00 chyba, więc porzuciłem pomysł wstawania o 8:00, ale w planie było tylko Monachium, to aż tyle do zaliczania nie było, ustawiłem budzik na 10:00 (z planem że nawet jak wyjdę o 12:00 na miasto to też będzie ok).

No więc w poniedziałek 19.08 spałem do tej 8:30 mniej-więcej, ale do miasta i tak dopiero po 10:00 ruszyłem. No i co tu opisywać… bilet kupiłem w automacie na stacji S-Bahn, pojechałem do jednego z wypisanych sklepów – tego z tradycyjnymi wypiekami (Cafe Frischhut) ale szczerze mówiąc nic specjalnie mi apetycznie nie wyglądało na wystawie :D ale wszedłem i kupiłem to samo co facet przede mną, bo jednak lepiej wyglądało (choć to też coś z wystawy, tylko widać ten egzemplarz na wystawie mi smakowicie nie wyglądał :D ), to było „Schmalznudel” i było smaczne tylko mało :P więc kupiłem jeszcze precla serowego ale szybko pożałowałem, bo w sumie przecież chciałem zjeść innego takiego precla też tradycyjnego regionalnego – był suchy ale wielki :P (ale postanowiłem kupić go po południu i mieć na kolację lub śniadanie następnego dnia). Potem pochodziłem po mieście, pozwiedzałem, pojeździłem komunikacją ;) w końcu pojechałem na lody do kolejnego spisanego sklepu (lodziarni): Der Verrückte Eismacher– 3 gałki za 5€, a wybrałem smaki jakiegoś alkoholu, jakiegoś bawarskiego kremu z czymśtam i truskawkowe z chilli, a na łyżeczkę mogłem do spróbowania wziąć czwarty więc wziąłem białą brzoskwinię z limonką. No i tak: bawarski krem był najlepszy, truskawka z chilli, bo to taka truskawka po prostu z lekko innym posmakiem :P brzoskwinia z limonką też smaczna, ale ten alkoholowy to niezbyt, bo smakował jak mrożone piwo a do lodów mi taki smak jakoś nie pasuje :D No ale fajnie było oryginalne lody zjeść. Poza tym zwiedziłem park, wróciłem na główny plac na przedstawienie na wieży zegarowej (czyli około 17:00), kupiłem 2 widokówki no i kupiłem tego wielkiego precla i po przedstawieniu wjechałem jeszcze na punkt widokowy na wieży ratusza (4€). Potem postanowiłem wrócić do hotelu odpocząć, przespać się, a potem jeszcze wyjść na kolację. Ze spania nic nie wyszło, bo z mamą pogadałem, obejrzałem coś na komputerze itp. ;) i około 21:00 wybrałem się na kolację do kolejnego wybranego wcześniej lokalu – Keisergarten na ten Kaiserschmarrn. Mało było ludzi, o dziwo, bo wszędzie w internecie tak straszą, że tam zawsze pełno ;) Usiadłem na dworze, ale szybko trzeba było uciekać do środka, bo się rozpadało. Kelnerka zapytała czy może chcę podwójną porcję, bo jedna to taka mała patelnia. No myślę sobie że mała patelnia za 8€ to trochę słabo ;) no ale byłem głodny, więc wziąłem podwójną, ale jak przyniosła to… to byłem pełny po połowie, więc w sumie połowa by wystarczyła i to wcale nie byłoby tak mało :P (może mała patelnia ale kopiata ;) bo ta podwójna też była kopiata) i cóż mogę rzec… no bardzo dobre danie (choć tłuste okropnie :D ta wersja którą czasem mam w pracy jest zupełnie inna, ale też mi smakuje, więc nie potrafię powiedzieć która jest lepsza), ale nie dałem rady zjeść całego, tyle tego było. Od połowy już było ciężko :D ale szkoda zostawiać, więc jednak prawie wszystko wcisnąłem jedząc powoli ;) trochę tylko zostawiłem, ale i tak chyba z 2 tyś kalorii to miało :D (więc potem zrobiłem sobie głodówkę :D ). Wróciłem znów dość późno, poszedłem spać i spałem też tak jakoś do 8:30-9:00.

We wtorek 20.08 już padało właściwie cały dzień, no ale to nie aż taki problem, bo Dachau nie musi dobrze wychodzić na zdjęciach. Dojechałem do tego muzeum chociaż nawigacja do końca mnie nie prowadziła, tylko do ulicy, ale z małym pobłądzeniem trafiłem ;) No i tak – tak jak pisze na stronie, parking koło muzeum był zamknięty (chociaż chyba nie całkiem, bo tam jakieś samochody stały ale jak oni tam wjechali to nie mam pojęcia), ale wzdłuż terenu muzeum przy ulicy były również miejsca parkingowe, wyrysowane nawet, więc po prostu stanąłem jako jeden z kolejnych samochodów. Stamtąd trzeba było niezły kawałek iść no ale co robić. Zapłaciłem 3,50€ za oprowadzenie, bo o 12:00 miało być ale pomyślałem że jeszcze zapytam o ten parking, bo wszędzie pisze, że jest płatny tzn. najpierw myślałem, że płatny jest tylko ten oficjalny parking muzeum, na który nie wiedziałem jak wjechać i który był w remoncie no i w sumie ludzie tam gdzie ja stałem też nie mieli żadnych biletów ani nic, ale potem w ulotce przeczytałem, że parking płatny jest na ulicy tam gdzie ja stałem i mnie tknęło, że może jednak ten „mój” też trzeba opłacić, więc się wróciłem do informacji i pytam o parking a ona, że no niestety nie mają i tak chyba nie do końca mnie zrozumiała z jakąś drugą się zaczęły zastanawiać czy można tam przy ulicy stać (chociaż powiedziałem, że miejsca parkingowe są tam wyznaczone) i doszły do wniosku, że można ale zalecają ostrożność, no ale o opłacie nic nie mówiły, więc się upewniłem że płatny nie jest (a w ulotce pewnie chodziło o ten drugi zamknięty – pewnie on też w sumie jest przy tej ulicy :P ). Oprowadzanie miało trwać 2-2,5h, a trwało 3 ale przewodnik widać było, że bardzo jest kontaktowy i chętnie to robi (bo właśnie nie skrócił na siłę żeby tylko swoje odwalić ale chętnie rozmawiał z ludźmi itp.), no ale w sumie to dla mnie wielu jakichś nowości nie powiedział, to było raczej dla ludzi bardziej zielonych ;) Oprowadził szybko po głównym budynku muzeum, trochę wolniej po bunkrze, potem na koniec terenu do krematorium i na końcu do baraku znów bliżej bramy głównej. A po oprowadzaniu sam jeszcze oczywiście wróciłem do budynku głównego, bo tam była największa wystawa (bunkier, barak i krematorium postarałem się zwiedzić jak chodziliśmy z przewodnikiem, żeby się już nie wracać, bo wiedziałem że mogę nie zdążyć, niestety zamykali już o 17:00). Przyznam szczerze, że jak na muzeum najpierwszego obozu koncentracyjnego, to ekspozycja jest skromniejsza niż się spodziewałem (ale i tak mógłbym spędzić tam i z miesiąc jakbym chciał wszystko przeczytać ;) ). Najbardziej zainteresowały mnie propagandowe artykuły z gazet z lat trzydziestych, ale jako że pisane prawie wszystkie były gotykiem, to zrobiłem trochę zdjęć żeby w domu poczytać, bo tam zajęłoby mi to za dużo czasu (a i tak za dużo już zajęło :P ), no i może po tych zdjęciach które udało i się zrobić znajdę sobie więcej w internecie.
Po 17:00 ruszyłem w dalszą drogę. Dopiero też wtedy zjadłem tego precla, także po obfitej kolacji w poniedziałek wieczorem miałem głodówkę, choć nie trwała całe 24 godziny ;) Nie pamiętam ile przejechałem kilometrów zanim postanowiłem się trochę przespać, ale jeszcze nie było ciemno. Potem tego żałowałem, bo właśnie szkoda, że nie wykorzystałem czasu kiedy jeszcze było jasno – przegapiłem pewnie sporo ładnych widoków… (a nie byłem jeszcze wtedy tak bardzo zmęczony żeby koniecznie musieć spać). Po jakiejś drzemce może ze 2 godzinnej, może półtora, ruszyłem dalej i za następne ileś godzin (może znów za dwie czy jakoś tak) zatrzymałem się na nocleg, tzn. tak chciałem żeby jednak nie jechać ile się da, tylko przespać noc i jechać jak się będzie rozjaśniać (ze względu na widoki). Spałem kilka godzin i wtedy mi się zrobiło zimno w samochodzie :P Także jednak pojechałem dalej, ale też tylko tyle by samochód się rozgrzał i kiedy to nastąpiło znów stanąłem na nocleg i tam już spałem do jakiejś 6:30 lu 7:00.

Jak wstałem 21.08 w środę, to znów było zimno ;) ale już się rozjaśniało więc pojechałem dalej i na śniadanie zajechałem pod Netto niedaleko celu :P Miałem szczęście, bo mieli Quarktasche :D (jedno z tych Netto, gdzie były świeże wypieki), Colę też kupiłem, więc miałem dobre śniadanie ;)
Jako, że w nocy padało to się martwiłem że może będę miał kiepską pogodę w środę, ale się zawziąłem i postanowiłem, ze życzę sobie ładnej pogody i że chmury przechodzą itp. i faktycznie pogoda w środę znów była super :D (także na całym wyjeździe udało mi się z pogodą). W każdym razie zajechałem pod Bastei (btw. z Monachium nie widać gór, tzn. z ulicy, bo jak wjechałem na wieżę widokową to już było je widać :) potem właściwie gór już też nie widać jak się jedzie dalej, ale po jakimś czasie „wracają” :P nie wiem kiedy no bo jechałem po ciemku, tylko znów widziałem że autostrada prowadzi po pagórkach, a dalej w pobliżu Bastei też są góry i dalej w kierunku Polski też), stanąłem na parkingu (za 5,50€) i ruszyłem zwiedzać… Jest to też bardzo piękne miejsce, skały wyglądają super :) przechodzi się czasem między nimi, czasem po nich itp. Jedna część trasy (ta najładniejsza) jest płatna (2€ ale za to w tym samym kiosku były najtańsze widokówki, więc też tam 2 kupiłem :D ). Szlaków jest tam kilka i dość długie, poszedłem jednym, wróciłem z drugiej strony, jeszcze się trochę wahałem którą trasę wybrać dalej, ale w końcu chyba wybrałem dość dobrze :) Na końcu już miałem jechać ale coś mnie tknęło, że jeszcze gdzieś tam widziałem jeden punkt widokowy z oddali, na którym nie byłem i tak ruszyłem trochę na oko ale znalazłem go i bardzo dobrze, bo to chyba był w sumie moim zdaniem najładniejszy punkt :P więc też jestem zadowolony że tak się wszystko udało :) Kilometrów znów sporo zrobiłem ;) Na koniec też zjadłem sobie loda. W ogóle tam dużo było Polaków ale to nic dziwnego, bo to blisko Polski (więc też zwiedzić polecam). Potem pojechałem już w kierunku domu w PL i dalsza podróż minęła właściwie bez niespodzianek, tylko ostatnia część trasy po Polsce była kiepska bo mnie jakimiś dziurami prowadziło ;)

Koszt:
paliwo kosztowało jakieś 150€, nocleg 97€, inne wydatki: jedzenie (32,75€), parkingi (16,50€), wstępy itp. (18,50€), inne (5,20€) = 72,95€, podsumowując około 320€ za wszystko. Choć chyba powinienem odliczyć koszt standardowej podróży do PL (co najmniej 50€), co już daje 270€, czyli faktyczny koszt wycieczki to poniżej 300€ – super! Spodziewałem się sporo większego wydatku :)

P.S. – W Polsce jeszcze jednego dnia wybrałem się zwiedzić jeden z Fortów poznańskich, mianowicie zacząłem od Fortu VII (bo od którego ja mógłbym zacząć ;) ), a innego dnia dwie sztolnie (Walim i Osówka) kompleksu „Riese”, taakże doświadczam ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

O seksie znowu ;)

Tą notkę zacząłem wieki temu, jakoś nie skończyłem, może nie chciałem za często się powtarzać ;) Potem notka u Panny Lumy też mnie zainspirowała, ale jednak nadal nie dokończyłem swojej. Teraz doszło nowe doświadczenie, więc teraz jest odpowiedni czas, na jej opublikowanie.
Choć będzie to zlepek różnych moich wniosków w tematyce okołoseksualnej. Coś może się czasem wydawać wyrwane z kontekstu… ale jednak jakoś na to wpadłem ;)

Pamiętam z moich rozmów z psychologiem jego częste pytanie: „Co ci to robi, że ktoś…?” – no właśnie, co mi to robi? Otóż właściwie to nic mi to nie robi :D Potrzebowałem miesięcy żeby to zrozumieć, a może i lat; nadal mam z tym problem w innych kategoriach, ale w tematach okołoseksualnych akurat już nie. Co mi to właściwie robi, że jakiś napalony facet myśli, że byłby szczęśliwszy jakby miał dwie „dziury” zamiast jednej i penisa? (takiego spotkałem jakiś czas temu na jednym poro-portalu, stąd też użycie przeze mnie akurat takich słów, oni takich używają – „holes” – ja tylko spalszczam ;) ) Nic. Niech sobie ma swoje małe fantazje :D jeśli go to uszczęśliwia… nawet jeśli są takie niecodzienne :D Powiem nawet więcej – nic mi to nie robi że ktoś sobie wyobraża, że ja mam dwie dziury, z których mógłby zrobić użytek. Niech i tutaj ma swoje małe fantazje. Ale nie mam – i może w tym jest klucz (bo gdybym miał, to byłoby mi z tym gorzej). Tak czy inaczej, w którymś momencie nauczyłem się nie brać tego wszystkiego do siebie i nie cierpieć z powodu fantazji innych osób. To bardzo przydatna umiejętność jak się jest ts. Ale może do tego trzeba lat po tranzycji.
Ludzie fantazjują o gwałtach, choć jednocześnie każdy wie, że gwałt to nic przyjemnego. A dla mnie to fantazje tego samego rodzaju :D – czyli z rodzaju tych, których nikt by nie chciał spełnić (nawet jeśli mu się wydaje, że by chciał).

Mogę być dumny z mojej tranzycji – ktoś mi kiedyś napisał. Nie jestem dumny, bo to znowu coś… no ok, może trochę na to wpływ miałem przynajmniej, bo jednak trzeba było wykazać się jakąś aktywnością. Ale wcale nie aż tak dużą jakby się mogło wydawać ;) A w kwestii wyniku, to dumny może powinien być mój chirurg w końcu to jego zasługa :P

Teraz nawiązanie do wyżej wspomnianej notki – ciałopozytywność itp., hmm…
Serio, jakbym mógł wymienić jedną rzecz, która mnie w życiu najbardziej pchnęła w rozwoju (uwolniła, odblokowała), to było to rozpoczęcie aktywności seksualnej (a mówiąc jeszcze bardziej wprost: umówienie się na przygodny seks). Dlatego mam potrzebę po raz kolejny o tym napisać – właśnie dlatego, że mało kto o tym mówi, że ludzie uważają to za coś nagannego (często). A dla mnie to był chyba najbardziej pozytywny przełom w życiu.

Czasem słyszę opinie jakie to bardzo jest… brak mi słowa… jak nisko trzeba upaść żeby budować poczucie własnej wartości na swoim ciele (albo „puszczaniu się” – o, to brzmi jeszcze dobitniej :D ), ale powiem coś wszystkim mądralom ;) otóż nie miałem od dawna potrzeby budowania poczucia własnej wartości na niczym innym gdyż na wszystkim innym już jest dawno zbudowane :D to właśnie ta kwestia była moim kamieniem milowym, serio – ja nie wiedziałem jak tą przepaść przeskoczyć… po czym okazało się, że wystarczy zrobić krok – i żadnej przepaści tam nie ma :P To kolejny powód, dla którego o tym piszę – pewnie inni mają też takie swoje przepaści… czasem warto w nie wejść żeby się tak właśnie przekonać, że żadnej przepaści tam nie ma…

Mogę do końca życia płakać nad tym, że nie mam penisa 20cm (ani nawet połowy z tego, a nawet do tej połowy duuużo brakuje :P ) albo rzeczywiście spróbować z tej cytryny zrobić lemoniadę – i to się może nawet udać ;) A pewność siebie można zbudować tylko na pozytywnych doświadczeniach. I to nie jest coś, co może z powrotem lec w gruzach – o tym z kolei rozmawiałem z jednym kolegą wracając do domu po grupie kiedyś. Że po tylu pozytywnych komunikatach, nawet jakby ktoś mi teraz coś niemiłego napisał, chamsko skomentował mój wygląd – no to cóż z tego, będzie tylko jednym (z niewielu), reszcie się podoba, a wszystkie te wyrazy uznania, to jest coś, czego nikt nie może mi zabrać. I to jest świetne!

Na koniec opiszę sobie ostatnie doświadczenie. Mianowicie na (również wyżej wspomnianym) portalu porno kieeedyś napisał do mnie facet. Facet z „drugiego końca świata” właściwie. Ale szybko się okazało, że pochodzi z miasta nie tak bardzo oddalonego od mojego obecnego miejsca zamieszkania i bywa w nim kilka razy do roku. I chciałby się spotkać. No hmm… Powiem szczerze: nie taki był cel mojego zakładania tam profilu i nigdy tego nie chciałem. Nie chciałem mieszać mojego życia w realu z fantazjami, które sobie tam spełniam, wyobrażam, nagrywam… No ale cóż, życie bywa nieprzewidywalne i ryzyka tak całkiem nie da się ominąć. Zgodziłem się i spotkaliśmy się w miniony weekend. Nowym doświadczeniem jest bycie pasywnym w seksie oralnym i cóż mogę powiedzieć… ;) nooo, noo… tak, poproszę częściej ;D (na to to akurat jest wielu chętnych, tylko… nie ze mną XD oni by wszyscy chcieli jak największe rozmiary :P ).
Ale właściwie coś jeszcze wyniosłem. No bo znaliśmy się z wymienianych wiadomości, może jakichś mniejszych fetyszów… a potem przychodzę i spotykam faceta, który… na pierwszy rzut oka wydaje się tak samo nieśmiały jak ja :P i to było takie: „no hej, wszyscy naprawdę jesteśmy podobni”. Fajna świadomość, fajne doświadczenie, które również sobie zapamiętam i które pomga w rozwoju. Tak jak w tej notce. A swoją drogą facet był jeszcze starszy niż poprzedni, ale szczerze mówiąc nie odczułem tego, może się przyzwyczaiłem ;) Poza tym starsi są generalnie chyba jednak grzeczniejsi od dzisiejszej młodzieży, a ja lubię grzecznych ;)
Choć przyznam, że na spotkanie wychodzić mi się bardzo nie chciało, podekscytowania też specjalnie nie czułem – rozleniwiam się co raz bardziej ale to temat na inną notkę ;) (ale oczywiście dobrze, że poszedłem i wszystko super).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Polskie gazety i takietam wnioski

Poszedłem ostatnio do polskiego sklepu i niestety w drodze do kasy mijam regały z gazetami (a kolejka tam potrafi być na kilka metrów i chcąc, nie chcąc człowiek stoi tam i musi na to patrzeć), a tam takie kwiatki:

Ale miałem ubaw. Przez chwilę.
Jakbym kiedykolwiek chciał sparodiować prawicowe/konserwatywne media, to dokładnie takie tytuły dałbym im na okładki (i grafiki w sumie też), bo uważam że śmieszniej się nie da. A to jest chyba tak na poważnie. Jak to w ogóle skomentować? „Chcą zniszczyć cywilizację. Rozdeptać wszystko, czym byliśmy (…)”, „Idzie potężny atak (na Polskę)” – ja się pytam: co ćpali redaktorzy? To jest po prostu nie do uwierzenia, że można aż tak odlecieć. To byłoby śmieszne, gdyby nie było takie straszne.
Wystarczy jeden rzut oka na te regały i od razu sobie przypominam dlaczego mieszkam tu, a nie w Polsce…
Ja staram się wszystko zrozumieć: 123 lata zaborów, wojna I i II, potem ZSRR… ale no gdzieś są granice tego absurdu chyba.
Innym takim smaczkiem są gazety typu: „Czego lekarze ci nie powiedzą”. Czekam jeszcze na gazety omawiające płaskość Ziemi.

Jeszcze na YT też się wdałem w dyskusję… w której ktoś mnie usiłuje przekonać, że marsze równości są bez sensu bo kiedyś nie było i on nie słyszał o LGBT, a teraz słyszy i po co to :D i nie wiem czy w końcu dotarło, że właśnie po to żeby usłyszał. Ale chociaż ta dyskusja (jak na razie) jest kulturalna, a to warto podkreślić, bo to się rzadko na YT zdarza…
Choć i ja się zastanawiam czy to warto dyskutować w ogóle. Bo trafiłem na film: youtube.com/watch?v=DYdVtT12lpg a tam gdzieś w komentarzach… że to tylko kobieta z trzeciorzędowymi cechami męskimi – aż chciałoby się zapytać kim jest dla niego kobieta i mężczyzna. Czy tylko kariotyp? a gdzie jest ta granica? Ale nie wiem czy chcę zaczynać taką dyskusję, bo się czuję jakbym z małpą gadał – coś tam niby podobieństwa do istot ludzkich jest, ale nie podyskutujesz XD (bo ci sensownie nie odpowie nawet). Ludziom się naprawdę wydaje, że wszystkie rozumy pozjadali – jak odsyłam do definicji płci do encyklopedii (czy do jakiejś innej definicji, np. definicji choroby w dyskusji o osobach homoseksualnych), to nie, bo on przecież wie najlepiej co jest NORMALNE (i co mu tam naukowcy będą opowiadać XD ). Jak dyskutować z wymyślonymi definicjami? Coś czuję, że taka gazeta o płaskiej Ziemi trafiłaby na podatny grunt…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

„Twój dziadek by to zaakceptował?”

Właśnie trafiłem na artykuł i aż muszę skomentować. Link: Maciej Musiał skrytykowany za poparcie Parady Równości. Opublikował oświadczenie

Te komentarze: „Twój dziadek by to zaakceptował?”
Normalnie aż muszę skomentować, bo ze wszystkich „argumentów” ten jest chyba najgłupszy :D A spotykam go nie po raz pierwszy!
Mój pradziadek pewnie strzelał do Polaków na wojnie. A drugi pradziadek był polskim partyzantem. Ciekawe czy jeden by drugiego zaakceptował XD
Ludzie, co ma człowieka obchodzić jakiś dziadek? Co to przodkowie nasi to jakieś guru czy coś? Głupota tego „argumentu” jakby miała skrzydła to by odleciała… Pewnie jakiś mój prapraprapraprapraprapradziadek myślał, że Ziemia jest płaska, i co mam teraz z szacunku do przodka też tak uważać?
Pewnie, ważne żeby dziadek, babcia, tata, mama, ciocia Klocia i sąsiadka z naprzeciwka akceptowali nasze poglądy, bo przecież najważniejsze jest zdanie wszystkich innych, a nie nasze własne :D
Gratuluję światopoglądu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Notre Dame

Pożar katedry Notre-Dame – straszne… wieży Eiffla nie byłoby tak szkoda, bo co tam wieża Eiffla – można wyciąć i postawić na nowo i będzie to samo… a katedra to było coś… najważniejszy moim zdaniem zabytek Paryża… nie powiem, ruszyło mnie to i sam się prawie popłakałem… (może dlatego, że moja wycieczka do Paryża jest dla mnie jakimś takim symbolem początku nowego życia… a może nie, bo innych też ruszyło bardzo…)
To dla mnie prywatnie, ale wracając do ujęcia tego takiego ogólnoświatowego, podobało mi się co napisał szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker: „Minuta po minucie śledzę pożar, który trawi katedrę Notre-Dame. To miejsce, które należy do całej ludzkości. Cóż to za smutny spektakl. Cóż za smutek.”
Natomiast nie podoba mi się, to co powiedział Andrzej Duda: „(…) jestem przekonany, że odbudowa Katedry może stać się symbolem odbudowy Europy. Odbudowy Europy na jej prawdziwym, historycznym, judeo-chrześcijańskim fundamencie” i Kardynał Dziwisz: „To (pożar Notre-Dame) symbol płonącej Europy.” Czy zawsze trzeba pierdolnąć coś w duchu chrześcijańskim? (jeszcze coś tak paranoicznego). Uważam, że taka budowla jest czymś dużo więcej niż chrześcijańską świątynią – jest kawałkiem historii ludzkości.
Ale dla mnie… cieszę się, że mogłem zobaczyć Notre Dame zanim to się stało… cała ta historia dla mnie osobiście jest znakiem, że warto podróżować i zwiedzać, a nie odkładać coś na później tylko dlatego, że mi szkoda dwieście euro (czy nawet pięćset), bo tego „później” może już nie być… I lepiej zobaczyć coś dwa razy niż wcale.

Więc śledziłem wczoraj serwisy informacyjne i, niestety, zaglądałem także na komentarze… Jaki to trzeba mieć naprawdę zryty beret… nic jeszcze nie jest jasne ale polscy internauci oczywiście już wiedzą, że to muzułmanie/uchodźcy zrobili! Bo oni WIEDZĄ! Oglądali na jutubie! (nigdzie indziej pewnie z resztą muzułmanina/uchodźcy nie widzieli). W sumie to ja nie wiem po co sobie to robię, po co w ogóle zaglądam na sekcję komentarzy – jakoś jeśli chodzi o LGBT to nie zaglądam, a jak mi się trafi, to co najwyżej się uśmiecham z politowaniem i spływa to po mnie bez jakichkolwiek emocji, nawet bez irytacji. Ale ci „oświeceni” („przebudzeni” – tak siebie nazywają) jakoś mnie irytują jeszcze nadal, trzeba nad tym popracować. (Btw.: Meczet Al-Aksa w Jerozolimie płonął w tym czasie co katedra Notre Dame – ciekawe czy też jakiś „mondry” powie, że to też spisek muzułmanów…)
Natomiast już tak racjonalniej: teraz pewnie szukać będą winnego, bo nawet jeśli to nie było podpalenie tylko wypadek, to ludzie już jakoś tak mają – znaleźć winnego (albo przynajmniej kogoś kogo da się do winy pociągnąć), ukarać i… i właśnie nie wiem co? Ulży to komuś? Ok, nawet jeśli pożaru winny jest jakiś błąd człowieka, to czasu nic nie wróci, a jesteśmy tylko ludźmi… i mówię to nawet mimo, że też jest mi bardzo szkoda.
Oglądałem również wczoraj program jakiś kryminalny o zgwałconej i zamordowanej dziewięciolatce – dokonał tego 16 latek, dość spontanicznie jak mu się taka okazja trafiła (właściwie dwa dni więził ją związaną pod łóżkiem i prawdopodobnie kilkukrotnie gwałcił) i, jak to określili, chciał zaspokoić fantazję… A potem jeszcze były różne inne „ciekawe” komentarze. Tak jakby to cokolwiek zmieniało. Dobrze, że to chociaż był program w tv, to nie było komentarzy, które znowu skusiłoby mnie czytać, bo pewnie bym się jak zwykle w takich sytuacjach naczytał o ucinaniu, przypalaniu oraz mordowaniu na tysiąc możliwych sposobów tym razem tego mordercy. TAK JAKBY TO COKOLWIEK ZMIENIAŁO. Nic nie zmienia poza tym, że wzbudza moje obrzydzenie. Do komentujących. Bo jeśli ktoś nie ma oporów przed napisaniem takiego komentarza, to nie wiem czy nie miałby przed popełnieniem podobnej zbrodni w sprzyjających okolicznościach (a raczej niestety wiem…). A oni (ci komentujący) się jeszcze uważają za takich bohaterów. Cóż, prawda jest taka, że różne straszne zbrodnie zawsze będą się wydarzały. Będą się wydarzały nawet jeśli wszystkie rodziny będą idealne i w idealny sposób będą wychowywały dzieci, a wszyscy ludzie będą żyli w dostatku i szczęściu. A to choćby zwyczajnie dlatego, że tak jak rodzą się syjamskie bliźnięta, kobiety bez macicy albo dzieci z rozszczepem podniebienia, tak zawsze w naturze może pójść coś nie tak i wystąpić jakaś nieprawidłowość w mózgu… Tak po prostu jest. Czasami nie ma winnych. A czasami są ale ukaranie ich niczego nie zmieni (nie mówię, że nie należy karać za takie zbrodnie, w tej ww. sprawca dostał dożywocie, prawdopodobnie słusznie). Ale jeżeli pożar Notre Dame wyniknął z czyjegoś błędu, a nie złej woli, to karanie winnego nie ma moim zdaniem sensu.

Na koniec jeszcze takie coś: Łukasz Orbitowski: Katedra Notre Dame zgasła zalana potokiem bzdur – nie żebym się z całą wypowiedzią tego gościa zgadzał, ale z tym się zgadzam:
„Bredzi się o symbolicznym końcu starej Europy (której dawno już nie ma), albo o miejscu na nowy meczet. Każda awantura, każda tragedia pozwala stwierdzić, jak wielu ludziom rozum odjęło.
i z tym:
„Średniowieczna katedra, moim zdaniem, ucieleśnia wszystko co w nas, ludziach, najlepsze: miłość do piękna, wyrażoną w projekcie, potęgę techniczną konieczną do wzniesienia tak imponującego budynku (używając do tego sprzętu sprzed ośmiuset lat), siłę ciała i woli robotników, którzy pracowali przy budowie solidarnie i wspólnotowo, tracąc nieraz życie.”

Ale o ile wczoraj było mi bardzo przykro, tak dzisiaj myślę, że widać taka kolej rzeczy… Ogień to też natura i widocznie tak musiało być, wszystko się zmienia, nawet to co stoi od setek lat…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Komentator prasowy #1 – Biskupi o warszawskiej deklaracji LGBT

Ponieważ zbyt często tutaj nie piszę – w moim życiu nie ma jakichś pasjonujących zwrotów akcji, ale co najważniejsze nie ma też jakichś dramatycznych, więc jestem całkiem zadowolony :P Ale no ponieważ mniej piszę o sobie, pomyślałem sobie, że z komentowanych artykułów zrobię jakąś „serię”, czyli po prostu będę te notki oddzielnie numerować (znaczy razem też ;) po prostu też osobno, z jakimś nagłówkiem np. „komentator prasowy” żeby mi potem też było łatwiej wyszukiwać itp.). Artykuły będą różne. No i oczywiście nie jest to pierwszy raz kiedy komentuję jakiś artykuł, ale no trudno, numerować zaczynam od teraz ;)

Link: Biskupi pokazali, co myślą o deklaracji LGBT+. Straszą gender i demoralizacją dzieci
Jak zwykle cytaty z moimi komentarzami:

„A potem dodali, że „proponowane alternatywne wizje człowieka nie liczą się z prawdą o ludzkiej naturze, a odwołują się jedynie do wymyślonych ideologicznych wyobrażeń”. „

– hit! jestem „alternatywną wizją człowieka” XD – to będzie mój nowy nick, jak będę musiał gdzieś się zarejestrować: „alternatywna wizja człowieka” :D
A tak poważniej… przez jakąś chwilę całkiem na serio się zastanawiałem czy by nie przeszukać jakichś mądrości Adolfa Hitlera i nie znaleźć czegoś podobnego o „prawdzie o ludzkiej naturze” w kontekście rasy, to by odniosło lepsze wrażenie, a znalazłbym na 100% bo to po prostu jest podobna „argumentacja”, ale mi się nie chce, bo szkoda czasu na polemizowanie z bzdurami. Już nie powiem kto tu ma ideologiczne wyobrażenia.

„Nie tylko są całkowicie obce europejskiej cywilizacji, ale – gdyby miały stać się podstawą normy społecznej – byłyby zagrożeniem dla przyszłości naszego kontynentu”

– jak wyżej… zagrożeniem dla przyszłości kontynentu… pewnie takim samym jak rasa semicka dla rasy aryjskiej przed II WŚ :D
Ktoś również trafnie skomentował ten sam fragment:
„Ciężko ich stanowisko nawet skomentować. Zagrożenie dla kontynentu, deprawacja komórki społecznej jaką jest rodzina, niszczenie dziecięcej psychiki. Brzmi jak jakaś broń masowego rażenia!”
XD

„Według przedstawicieli Kościoła, dokument może doprowadzić do „oswojenia dzieci z różnymi formami relacji płciowych”

– straszna sprawa… to najlepiej żeby dzieci z różnymi formami relacji płciowych oswajał pedofil? Czy w ich głowach nie przewiało przynajmniej myśli, że właśnie dlatego aby ochronić dzieci przed czymś, czego mogłyby sobie nie życzyć, treba zapoznać je z tym wszystkim?

Na szczęście społeczeństwo już ich zastrzeżeń nie łyka, a wręcz skupia się na czym innym ;) Jeszcze takie były np. komentarze:

„Chcą żeby było jak zawsze: religia w szkole a wychowanie seksualne w parafii?”

„To jest temat, który tak naprawdę podnieca mężczyzn w sukienkach.”

:D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Karta LGBT

Trafiłem ostatnio na takie dwa artykuły i po prostu nie mogę sobie odmówić komentarza:
„Można obronić dzieci przed zapisami Karty LGBT”

„- Podpisana przez prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego Karta LGBT stanowi zapowiedź działań ograniczających wolność ludzi; wprowadza indoktrynację od pierwszych lat życia – przekonuje w rozmowie z portalem tvp.info dr Tymoteusz Zych z Instytutu Ordo Iuris.”

– tak tak. Bo przecież jak ludzie (hetereonormatywni) obrażają nie-ludzi-LGBT to wtedy jest wolność ludzi, a jak nie mogą obrażać nie-ludzi-LGBT to wtedy nie ma wolności ludzi.

„Karta LGBT narzuca pewien ideologiczny kanon poprawności, (…)”

– no nie! A np. w Konstytucji jest zapis że zabronione jest znieważanie ze względu na kolor skóry – no jakżeż LUDZIE mogą znieść taki ideologiczny kanon poprawności!

„„Latarnik” ma być w zamierzeniu rzecznikiem popierającym osoby, u których dopatrzy się preferencji LGBT i ma takie osoby „popierać”. To ewidentnie funkcja o charakterze politycznym. Nie wiadomo dokładnie, na czym miałoby polegać to „popieranie”.”

– nie „popierać” tylko „pomagać” (ale też na „po!”), czytać też nie umieją?

„Nie wiadomo, dlaczego faworyzowanie ma jedynie rozwiązywania konfliktów przez faworyzowanie jednej strony.”

– po jakiemu to jest? Dalej jakiś dziadek z powstania (link), no cyrk na kółkach.

Artykuł drugi: „Patryk Jaki o karcie LGBT w Warszawie: To wprowadzanie deprawacji do szkół” – zajebiste zdjęcie, z lewej godło, z prawej krzyż – sto punktów do lansu.

„– W zamian za to wprowadza nam tramwaj różnorodności, będziemy mieć hostele dla LGBT… co to w ogóle jest? – pytał gość radiowej Jedynki.”

– czuję pewne zażenowanie… wiceminister sprawiedliwości, kandydat na prezydenta Warszawy, który chwali się tym, że ćwierć miliona ludzi na niego głosowało – więc nie jest to jakiś Kowalski ze szwagrem tylko człowiek jakośtam szerzej rozpoznawalny, nie wie o czym rozmawia!
Mnie by było wstyd.
A jemu nie jest, jeszcze się tym szczyci. Cóż, mnie jest wstyd za niego.

Najlepszym komentarzem jest chyba komentarz z forum Transpomocy, który pozwolę tu sobie zacytować:

A: Wicie rozumicie, Ordo Iuris chce mieć monopol na indoktrynację dzieci i som zazdrośni x:

– trudno się nie zgodzić :D

A gdyby ktoś chciał coś bardziej rzeczowego w temacie poczytać:
Warszawska Deklaracja LGBT+
„Zobaczyli przy Karcie LGBT słowo „masturbacja” i krzyczą „ratujmy dzieci!”. Czysta ignorancja [WYJAŚNIAMY]”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

co ludzie powiedzą i inne dramy ;)

Dramy, wszędzie dramy. Na forum Transpomocy to nawet nie wiem o co ludziom chodzi, więc pozostawię to bez komentarza :D Napiszę lepiej kilka słów o mojej pracy. Albo o ludziach. Albo o tym, że znowu ich nie rozumiem ;) Niektórzy ludzie, mam wrażenie, sami sobie szukają problemów. Jest taki jeden facet z logistyki, jak tylko wchodzi do kantyny, od razu robi mi się gorzej :D bo wiem że zaraz się zacznie wzdychanie, prychanie, jęczenie i cokolwiek on mówi, to mówi takim tonem, że robi się gorzej. I nie, że go nie lubię, to mógłby być całkiem sympatyczny facet, gdyby nie był tak negatywny we WSZYSTKIM co robi. On wszędzie widzi tylko to co złe, a jak nie ma nic złego, to wyszukuje na siłę jakieś artykuły w gazecie („Bild” leży często na stole – no to tam nietrudno jakieś negatywne pierdoły znaleźć :D ). Śmieję się ale poważnie – ciężko jest to znieść. W czasie pracy jak ma uzupełniać nam regały, to też już na pięć metrów słyszę te westchnienia albo jakieś beblanie pod nosem. I szczerze, to już choćby ze względu tylko na niego, wolałbym pracować na innej zmianie… Tym niemniej, i tak mi go żal, bo przecież to musi być straszne życie. Niektórzy mówią, że on jest samotny i dlatego w pracy musi sobie pogadać… hmm, ja też byłem samotny i jakoś nie musiałem (a już na pewno nie w takim tonie). On jest po prostu inny i tylko można współczuć. Narzeka że to jest nienormalne jak dużo ma pracy (jakoś inni jeśli wykonują te same obowiązki, nie narzekają ;) ), ale kiedy brygadziści mu mówią: nie musisz uzupełniać regałów dwa razy, nam wystarczy na całą zmianę, wystarczy jak zrobisz to pod koniec… jego odpowiedź: „to co mam robić?” – tak jak mówię: on po prostu musi narzekać, taki typ, bo gdyby nie miał na co, to by sobie problemy wymyślił.
Co gorsza, jest jeszcze jeden taki przypadek, tym razem na naszym dziale, a co jeszcze gorsza… odwożę go do domu (płaci, jasne, ale po kilku tygodniach stwierdzam, że wolałbym nie mieć tej kasy i jeździć sobie sam). On jest najlepszy, najszybszy, wszystko umie i wszystko robi najlepiej, a jeśli nie to i tak wystarczająco, a jest taki niedoceniany – oczywiście jego zdaniem. I że jak to może tak być, że ludzie umieją o wiele mniej, a dostali umowę, a on nie (pracuje przez firmę pośredniczącą). A kiedyś, kiedyś jak mi przeżywał (chyba przez cały tydzień), że ktoś powiedział że on jest pupilkiem jednego brygadzisty – no jak śmiał ktoś tak powiedzieć! :D To była drama na całą firmę, gdzieś go tam brali z nim rozmawiać na osobności (btw. jak z kolei przy ostatnim rozdawaniu umów on nie dostał, to też jego niezadowolenie zaskutkowało jakąśtam rozmową i podobno mu powiedziano, że mu nie ufają przez tamtą sytuację /co mnie wcale nie dziwi, ja bym mu też nie ufał/ ), jak się dowiedział, kto najprawdopodobniej „go pomawia” to rozważał całą drogę do domu czy go nie oskarżyć – poważnie :D Pomawia… heh… To był z pewnością tylko zwykły żart, ot tak jak tam ludzie sobie gadają, gdyby ktoś powiedział to o mnie, nie wziąłbym tego na poważnie nawet, prychnąłbym najwyżej wzruszając ramionami i za minutę o tym zapomniał, a nie robił aferę na całą firmę jakby mi ktoś rodzinę zabił. Uznałbym to za żart o którym nie pamiętałbym po dwóch minutach! A on wraca do tych „pomówień” od trzech czy czterech miesięcy… Ale ile razy on powiedział choćby mi coś, o co też mógłbym się obrazić to nawet nie zdaje sobie sprawy :D (jestem pewien, że gdyby ktoś powiedział to jemu, byłaby następna drama). Takich ludzi ciężko znieść, przynajmniej mi ciężko i w sumie to są takie zakłócacze całkiem spoko płynącego, spokojnego życia. Jasne, że mnie też coś czasem w pracy zirytuje, jak muszę po kimś poprawić, jak komputer kontrolujący odwala jakieś nic nie mające wspólnego z rzeczywistością błędy… ale no… wychodzę z pracy i zapominam, bo po co to roztrząsać? Nic by mi to nie dało ani w niczym nie pomogło. Z resztą praca to nie jest sens mojego życia.
Piszę o tym, bo tak sobie uświadomiłem, że ja właśnie jestem obok, generalnie nic nie mówię i w nic się nie angażuje, wykonuję po prostu zadane obowiązki (a na przerwach nadal czytam tylko książki :P ), ale tym razem to pozytywna inność i tak mi pasuje. Tak jak napisałem – praca nie jest sensem mojego życia. Więc tym razem chętnie stoję poza nawiasem społeczeństwa ;) (choć też bez przesady, negatywność tych dwóch wyróżnia się szczególnie, inni też to widzą).
Jeszcze jedna historia co do tego drugiego. Jedziemy raz i gadamy na temat zarostu, bo pozazdrościł innemu i postanowił zapuścić brodę. Ja tam nie wiem, nie zazdroszczę XD No w każdym razie jakoś tak zeszło na zarost u kobiet (nie chodziło o Conchitę ;) raczej o kobiety z zaburzeniami hormonalnymi) i na raz słyszę: „Ja bym nie mógł być z taką kobietą… co by ludzie powiedzieli?!” …haa… XD po prostu mnie zatkało :D w pierwszej chwili pomyślałem, że to żart, ale nie. Facet dziesięć lat starszy ode mnie się przejmuje co by ludzie powiedzieli :D (ale czy powinno mnie to dziwić w obliczu przejmowania się „pomówieniami”?) Zupełnie nie wiedziałem co na to odpowiedzieć, ale jakoś od razu temat się zmienił, i dobrze, bo gdyby drążył to już bym mu chyba powiedział, że ja mam trzydzieści lat, a nie trzynaście żeby mnie obchodziło co ludzie o mnie powiedzą XD No dobrze no, nie preferuję zarostu ani u mężczyzn ani u kobiet, ale no bez przesady ;)
Tak sobie myślę… być może straciłem pierwsze 20 lat życia, bo to w mojej opinii nie było życie, ale z drugiej strony może dzięki temu co przeżyłem w tamtym czasie, tak skumulowane na te 20 lat, teraz mam inną mentalność i nie muszę już czegoś takiego przeżywać. Nie muszę i nie będę i dzięki temu mam resztę życia na luzie, a niektórzy ludzie będą się męczyli ze swoimi stresami Bóg jeden raczy wiedzieć jak długo…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | 2 komentarze

Podsumowanie 2018

Pisząc podsumowanie jak zwykle zerkam na notkę sprzed roku – to dobry wyznacznik żeby sprawdzić co się udało, co nie… Więc odniosę się do tego, o czym pisałem rok temu.

Na kolejną poprawkę już się nie zdecydowałem. Oczywiście idealnie nie jest ale w sumie już mnie nic nie razi na tej klacie, nie zwracam nawet uwagi przez większość czasu, więc dajmy sobie spokój ze szczegółami ;)

Tradycyjnie o pracy – ta sama, od 6 miesięcy bezpośrednio… no cóż, na wypłacie to widać, a samopoczucie… takie, że nadal nie chce mi się o tym pisać ;) Nie no, nie jest źle, mogło być gorzej z pewnością… ale jakieś ekscytacji zbytniej to też nie ma. To nie L. i nie ma M…
Wyjazdowo – jeden krótki wyjazd do Włoch… w ogóle mało miałem urlopu przez tą zmianę umowy… ale nadrobię w pierwszym kwartale nowego roku, chciałbym chociaż na tydzień gdzieś gdzie jest ciepło ;) ale i żeby coś zobaczyć, zwiedzić… (i to drugie to jest jak zwykle priorytet, jak nic lepszego nie wymyślę, to albo Ateny albo jeszcze raz Włochy tylko inne miasta – może tak kilka miast i w każdym po jednym dniu… albo coś takiego). Taki jest plan, żeby nie było zbyt drogo booo… bo w tym roku zamierzam nabyć nowe obywatelstwo ;) i w drugiej połowie roku może tak wyjazd do USA sobie fundnę w prezencie z tej okazji ;) (a tam jak wiadomo dopiero tanio nie jest…).
Przeczytałem w tym roku 38 książek (no może 35 + 3 audiobooki), to bardzo dobry wynik, zwłaszcza, że już nie celuję w powyżej 12.
Warto jeszcze wspomnieć, albo możę po prostu chcę się jeszcze raz pochwalić :D – schudłem 8kg w 3 miesiące – wyczyn życia :D ciekawe ile przytyłem przez święta, mam nadzieję, że nie więcej niż 2kg :P (a i te 2 będzie trzeba jak najszybciej zrzucić…). Ale piszę o tym też dlatego, że z tego tematu łatwo przejdę w plany na rok przyszły – bo mianowicie no schudłem i fajnie ale nadal to nie jest to co chciałbym widzieć na swoim brzuchu ;) W pozycji pionowej jeszcze tam widzę za dużo, a jak się pochylę to skóra mi wisi :P (nie tylko na brzuchu z resztą…), faktycznie widzę to już pewne oznaki starości ;) albo też może wyraźniejsze zarysowanie mięśni by pomogło… Także ćwiczenia – to jest plan, tylko że to taki plan na czas, kiedy już nie będę miał innych rzeczy do zrobienia… aczkolwiek mam nadzieję, że to wkrótce nastąpi bo:
Moje główne postanowienie/plan na przyszły rok jest taki: żeby robić mniej i mieć więcej czasu wolnego (i na te ćwiczenia itp.) i być mniej produktywnym – wiem jak to brzmi :P wiem, ludzie zazwyczaj chcą czegoś przeciwnego, ale ja czuję się przytłoczony… A głównym moim problemem jest to, że no minimalizm fajnie, tylko że ja od człowieka żyjącego w świecie (wielu) przedmiotów, dotarłem do człowieka, który chce i dąży do tego żeby mieć mniej (i faktycznie ma), tylko że teraz ma obsesję szukania tym przedmiotom nowych domów :P I to samo w sobie jest fajne, spoko i godne pochwały, tylko no… nie do przesady. Sam ten proces oddawania przedmiotów (bo sprzedaję raczej mało i chyba już sprzedałem co do sprzedania było, teraz tylko oddaję lub sprzedaję ale na WOŚP) jest męczący… a mam wrażenie, że nigdy się nie kończy… Więc muszę się nauczyć po pierwsze więcej wyrzucać, a po drugie bardziej upraszczać. Bo czasem to wręcz jest mi wstyd jak ktoś pyta czy na urlopie odpocząłem, a ja no może i jakoś odpocząłem bo zmiana środowiska, to też jakiś odpoczynek, ale jednocześnie zmęczyłem się w inny sposób bo cały urlop fotografowałem, wystawiałem i wysyłałem albo coś takiego (nie mówiąc już o innych rzeczach, remontach, porządkach w domu rodzinnym bo też się różne graty, nie moje osobiste, nagromadziły)… Ja po prostu chcę mieć więcej spokoju i więcej lenistwa… (bo to jest zdrowe lenistwo uważam, takie wyluzowanie a nie to ciągłe napięcie, które ja mam). Może nawet nie tyle lenistwa, co czasu na inne rzeczy niż dotychczas (naukę języka, ćwiczenia…). Dziś np. od 9:00 rano do 16:00 fotografowałem i przerabiałem zdjęcia, układałem potem te przedmioty (nie wiem ile ich było – jeszcze nie policzyłem, ale zdjęć 350 /ale w tym ze 40 innych, nie przedmiotów/ ), kadrowałem zdjęcia… jeszcze to wystawić trzeba, a potem kontakty z nabywcami obsłużyć… Ale to już ostatni raz, na taką skalę ostatni. I o tym właśnie mówię. I to jest moje postanowienie. I w sumie od teraz, bo obiecałem sobie jedenak ten sylwestrowy wieczór spędzić na rozrywce i jutro też wyluzować :) Może coś tam zrobię, ale ogólnie -> relaks.

To jeszcze napiszę coś o M… btw., chce ktoś kupić Audi? :D bo sprzedaje, a jakby ktoś chciał to miałbym pretekst żeby się z nim umówić XD (dla siebie to niee, takie auto, ponad 20 tyś. € za używany, bałbym się dotknąć żeby nie zepsuć XD ). A tak swoją drogą… rok temu pisałem że go nie widziałem… w tym roku go parę razy widziałem :) albo raczej bardziej ten samochód właśnie :P (teraz będzie problem jak zmieni, będzie trzeba nowy wyśledzić ;) ).

Aale tak jakoś chaotycznie napisałem o planach i celach, to może tak podsumuję w skrócie. Mniej: robienia (wszystkiego, wszystkiego na raz), produktywności, rękodzieła, czytania książek, jedzenia syfu, stresu (przez dokładanie sobie samemu zajęć) itp. Więcej: ćwiczeń, medytacji, relaksacji, nauki języka/-ów, aktywności na stronach xxx :D iii… chcę się wziąć za rysowanie :)

P.S. – Ale g… się z tym wordpressem porobiło… nie mogę już pisać w html-u, bo jakiś edytor mądrzejszy ode mnie :/ szkoda tylko że nie rozróżnia akapitu od zwykłej nowej linijki :[ niee no, coś muszę na to wymyślić…
P.S.2. – Już wymyśliłem, na szczęście jest wtyczka przywracająca stary edytor (a do tego może jeszcze zadziała wtyczka pozwalająca pisać w html-u…)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | 4 komentarze

Autystyczne dziewczynki.. i jeszcze inny link

„Dziewczynki z autyzmem do perfekcji opanowują sztukę kamuflażu. Prześlizgują się przez niedoskonałe procedury diagnostyczne” – ciekawy link… i wydaje mi się, że u k/m jakieś spektrum autyzmu mogłoby się podobnie objawiać…

***
A drugi link jest już zupełnie w innej tematyce ale też ciekawy:
„Transseksualna prostytutka Hanna”

Czyli prostytucja była dla ciebie koniecznością? Po zmianie płci nie znalazłabyś innej pracy?
Przeciwnie. Prostytucja jest moim świadomym wyborem. Wiele osób w Niemczech parających się taką pracą, robi to, bo musi. To jeden z nielicznych zawodów, który nie wymaga wykształcenia, za to daje dobre pieniądze. Mój przypadek jest inny, ponieważ w prostytucji spełniam swoje fantazje seksualne.
W jaki sposób?
Moje fantazje seksualne są związane z potrzebą uległości. Realizuję się seksualnie, gdy jestem traktowana przedmiotowo.”

– uważam, że warto to zauważać i podkreślać, że to nie musi być tak, że ktoś się zajmuje prostytucją bo musi i jaki on biedny itp., tylko że właśnie można to lubić i ta praca może być też przyjemna.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Prezydent D…

Co powiecie o dwudniowym święcie Niepodległości? Cóż, skoro to jednorazowo, to jeszcze można przeżyć ten absurd, więc nie będę się znęcał (a chciałem ;) ), może tylko uzupełnię sobie notkę o kilka grafik ;)

Ale nasuwa mi się pytanie czy nie lepiej byłoby zrobić święto np. osób prześladowanych przez nacjonalizm?
Mam tu jednak jeszcze lepszą perełkę: „Andrzej Duda zainteresowany ustawą zakazującą „propagandy homoseksualnej””.
Prezydent wszystkich Polaków*

* – ale tylko białych, heteroseksualnych nacjonalistów (zapomnieli dopisać gwiazdki, więc uzupełniłem).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zabezpieczony: Rzym, Włochy – 20.10 – 24.10.2018 (+ zdjęcia)

Ta treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, podaj hasło poniżej:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

The Dark Factor of Personality (test)

Daaawno już nie zamieszczałem tu żadnych testów – bo i też żadnych dawno nie robiłem, nie trafiłem na nic ciekawego. Ale ten jest ciekawy.
Moje wyniki (wklejam wszystką, łącznie z linkami, bo może będę chciał do nich kiedyś wrócić):

If you like to know more about the Dark Factor of Personality, take a look at darkfactor.org or get informative summaries at Scientific American and Psychology Today.

Please find your score(s) on the D-factor and the specific dark traits (if you completed the longer version) below. For all scores, the scale ranges from 1 (very low) to 5 (very high). Below the score, your relative position (rank) compared to the other 53184 participants of this study is shown. For example, a rank of 80% means that your score is equal to or higher than the score of 80% of the participants.

In interpreting the results, please note that the participants of this study are not representative for the general population, so that the ranks are certainly inaccurate. Also note that the results can only be reliable to the extent that you responded seriously and honestly.

_Your D-Score_

The Dark Factor of Personality (D) specifies the basic principle underlying all dark traits. D is the tendency to maximize one’s individual utility — disregarding, accepting, or malevolently provoking disutility for others —, accompanied by beliefs that serve as justifications. Put simply, individuals high in D will ruthlessly pursue their own interests, even when it negatively affects others (or even for the sake of it), while having beliefs that justify these behaviors.
Your Score: 2.2
Your Rank: 25%

_Scores on specific dark traits_

D can be evident in quite different more specific dark characteristics. People with high scores on D will generally score high on various, if not all, of these traits.

Egoism
Egoism is the excessive concern with one’s own pleasure or advantage at the expense of community well-being.
Your Score: 2.14
Your Rank: 16%

Greed
Greed is the dissatisfaction of not having enough, combined with the desire to acquire more, i.e. an insatiable desire for more resources, monetary or other.
Your Score: 1.4
Your Rank: 6%

Machiavellianism
Machiavellianism is characterized by a cynical world view, manipulativeness, strategic-calculating orientation, and callous affect.
Your Score: 2.7
Your Rank: 43%

Moral Disengagement
Moral Disengagement describes a set of cognitive processing styles of decisions and behavior (e.g., dehumanization, misattribution of responsibility and blame) that allows to behave unethically without feeling distress.
Your Score: 2.17
Your Rank: 36%

Narcissism
In Narcissists, ego-reinforcement is the all-consuming motive, leading to the tendencies to approach social admiration by means of self-promotion and to prevent social failure by means of self-defense.
Your Score: 1.8
Your Rank: 9%

Psychological Entitlement
Psychological Entitlement describes a stable and pervasive sense that one deserves more and is entitled to more than others.
Your Score: 2.56
Your Rank: 53%

Psychopathy
Psychopathy is characterized by deficits in affect (i.e., callousness, lack of remorse or concern for others) and lack of self-control (i.e., impulsivity).
Your Score: 1.78
Your Rank: 14%

Sadism
Sadism is the tendency to engage in cruel, demeaning, or aggressive behaviors for one’s own pleasure and/or dominance.
Your Score: 1.55
Your Rank: 24%

Self-Centredness
Self-Centredness is the indifference or insensitiveness to the suffering and needs of others.
Your Score: 1.75
Your Rank: 18%

Spitefulness
Spitefulness is the tendency to harm others for pleasure, even if this entails harm to oneself.
Your Score: 2.17
Your Rank: 33%

_Your Honesty-Humility Score_

Honesty-Humility describes the tendency to avoid manipulating others for personal gain, feel little temptation to break rules, be uninterested in lavish wealth and luxuries, and to feel no special entitlement to elevated social status.
Your Score: 3.7
Your Rank: 72%.

I w sumie podobnych wyników się spodziewałem ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

o orientacji

Znów mi się kilka rzeczy w pliku zebrało, więc dziś taka dosyć wklejka. Z forum, które już zdążyło zniknąć (transprzyjaźń) ;) ale taki dobry post, niestety nie pamiętam autorki:

„uważam, że określenie orientacji seksualnej prostym „homo” „bi” „pan” „hetero” to jak określanie całej głębi ludzkiej osobowości określeniami „choleryk” „sangwinik” „flegmatyk” „neurotyk”. może się wydawać, że to przydatne uproszczenie, ale według mnie faktycznie takie postawienie sprawy jest oparte na stereotypach binarystyczno-amatonormatywnych. orientację podzieliłabym na kilka kategorii z których każda mogłaby zawierać w sobie jakąś skalę. na początek przychodzą mi do głowy:

preferencja genitalna (jakie partner/ka/rzy/rki posiadają cechy płci fizycznej)
preferencja tożsamości (jak partner/ka/rzy/rki się utożsamiają)
preferencja roli (jaką pełnię rolę w stosunku)
preferencja ekspresji (jaką ekspresję posiada/ją partner/ka/rzy/rki)
preferencja formy stosunku (jaki kształt przybiera stosunek, na który jestem zorientowana)
preferencja formy relacji (czy chcę uprawiać seks z osobami, które kocham, lubię szanuję, obcymi itd)
preferencja ilości partnerów (czy chcę uprawiać seks z wieloma partnerami na raz, czy z wieloma oddzielnie, czy z jedną osobą, czy chcę kontrolować ilość/wybór partnerów itd)

w ten sposób postawiona sprawa mogłaby zarazem znormalizować napiętnowane heteryckie orientacje nieheteronormatywne (np poliamoryczne, czy rozwiązłe) i pokazać, że nie ma jasnej granicy między „normalną większością” i „anomalią”, a raczej zachodzi między nami naturalna różnorodność. ludzie określający się w ten sposób nie musieliby się ranić dobierając się na podstawie preferencji genitalnej przy pełnej rozbieżności pozostałych czynników orientacji.

ale się zgadzam. Bo to tak się trudno czasem określić prostymi hasłami „homo, hetero, bi” ;)

A tak przy okazji, jak już kiedyś powiedziałem: ech, że też ten świat tak wygląda, że nie można po prostu facetowi powiedzieć: „hej, chcesz iść ze mną do łóżka?”
zamiast jakieś podchody robić :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

#1336 – o diecie, aktualizacja ;)

Jakiś czas temu napisałem: „są dalsze postępy – już mi się waga waha nawet do 52,8kg tylko nadal to nie wygląda tak jak bym chciał ;)” i nie dokończyłem notki ;) Teraz to się waha nawet 50,5-51,5kg (bo już jem 1700-1800kcal co jest moim zapotrzebowaniem właściwie) i… heh… być może to już skóra na brzuchu mi została i trzeba by coś zrobić żeby ją ujędrnić… ale do ćwiczeń ciężko się zabrać, bo… bo to jest tak, że strasznie nie lubię tych wszystkich czynności związanych z „obsługą” mojego ciała. Najgorsze, najgorsze ze wszystkiego jest zdecydowanie mycie zębów – mycie zębów jest najgorsze nawet jeśli liczyć spomiędzy wszystkiego: mycia, sprzątania, gotowania… nie ma gorszej czynności. Te dwie minuty odczuwam jak dwie godziny nie robienia niczego. I w dodatku efekt jest też żaden, bo jak sprzątam, to mam przynajmniej spokój na kilka dni, a to cholerne mycie zębów trzeba powtarzać codziennie… (już nie mówię dwa razy dziennie…). Więc to jest najgorsza czynność, potem długo długo nic i drugie jest golenie się.
I jak jeszcze mam do tego dodać ćwiczenia – kolejne minuty (a może i godziny!) czasu „straconego”…, bo ja zawsze sobie myślę ile można by wtedy książek przeczytać :P to ciężko. Ale no czytam „You are you own gym” i autor proponuje w miarę krótkie ćwiczenia, więc myślę, że się w końcu zbiorę…
Podsumowując: tak, chyba wreszcie porównując się do większości ludzi mogę powiedzieć, że jestem nawet szczupły – zawsze chciałem to powiedzieć :D Ale taka prawda, w obecnych czasach prawie wszyscy ludzie mają nadwagę.
Dzisiaj tylko taka krótka aktualizacja, mam jeszcze trochę notatek ale i tak rzadko piszę ostatnio, to nie ma już powodu ściskać wszystkiego w jednej notce ;)

***

Jakiś czas temu wypełniałem jakiś test typu MMPI, a tam takie pytanie:
„I have a daydream life about which I do not tell other people.”
– i tak się zastanawiam czy to miało być pozytywne czy nie :D

***

vismaya-maitreya.pl/zakryte_zagadki_zniewolona_rasa_ludzka_cz1.html – przeczytałem to może za dużo powiedziane, raczej „przejrzałem” to coś… i… to niesamowite! jaki ludzki umysł jest niesamowity! potrafi tworzyć takie historie, wszystko mu się jakośtam układa w logiczną (?!) całość… Nudno by było na świecie bez tego, prawda? ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

trochę wspomnień, trochę o tym co u mnie i trochę (dużo) o diecie ;)

Jakoś tak sporo ludzi oddaje się sentymentom za latami szkolnymi w ostatnim czasie… To i mnie tak jakoś natchnęło… choć w większej mierze dlatego, że mam koło domu akacje i kiedy ostatnio widziałem ich opadnięte płatki, przypomniało mi się jak mi mama zawsze mówiła, że akacje to znak wakacji (skądś w końcu wzięły swoją nazwę – tzn. chyba wakacje od akacji, a nie odwrotnie ;) ). I owszem, faktycznie tęsknię za dniami wakacyjnymi, kiedy nie trzeba niczego, kiedy mogłem z mamą chodzić do miasta, albo nad wodę… i owszem, czasami chciałbym żeby to wróciło, ale abym ja miał świadomość jaką mam dzisiaj… ale w sumie tylko za tym tęsknię :P A jak sobie przypominam szkołę i porównuję ją z dzisiejszym życiem… to naprawdę, dziś chyba nawet nie mam 1/10 tego stresu, który miałem wtedy (a tym razem nie liczę nawet rówieśników! gdybym zaliczył to dziś nie mam nawet 1/50 XD ). Nie wiem jakim trzeba być „dorosłym” żeby stresować się życiem bardziej niż dziecko szkołą… (przecież to był permanentny stres – a to klasówka, a to zapowiedziane odpytywanie, a to jakieś wypracowanie do napisania…). Ale może to tak jest – jak ktoś był dzieckiem zdolnym wszystko olewać, to w dorosłym życiu „się budzi”, a jak ktoś się wszystkim przejmował/stresował, to z czasem dochodzi do wniosku, że można wyluzować… I to bardzo można.

Ale ten mój sentyment do tego co minione, to czasami mnie jednak dopada… Choć nie tyle do sytuacji (bo do nich mam stosunek jak wyżej – coś mogłoby wrócić tylko pod warunkiem, że ja mógłbym to przeżywać z moją dzisiejszą świadomością, a nie taką, jaką wtedy miałem), bardziej do ludzi… co raz więcej ludzi odchodzi i przykro mi z tego powodu… mam na myśli choćby np. sąsiadów… więc ludzi z którymi w sumie relatywnie luźno byłem związany, a jednak pamiętam ich – pamiętam ich ton głosu, pamiętam niektóre rozmowy… To przykre, że coś się kończy i już nigdy nie wróci – w takich momentach mi przykro, tak jakbym coś tracił… Ale z drugiej strony gdyby czas się zatrzymał, to zostałbym tam, w tamtych chwilach, nigdy nie zamieszkałbym tutaj, nie poznał M… Czy chciałbym żeby tak się potoczyło? No nie chciałbym…

A więc lipiec, pół roku za nami… czas napisać co tam u mnie, bo nie pisałem – dawniej niż pół roku… w ogóle dawno nie pisałem tak typowo pamiętnikowo…
Bo tak naprawdę kiedy pod koniec 2015 skończyłem pracę w miejscu, w którym naprawdę mi się podobało) i gdzie był M…), to poczułem się jakbym coś dużego stracił. Nadal się tak czuję, chociaż właśnie dostałem nową umowę, w miejscu w którym pracowałem ostatnie 1,5 roku przez firmę pośredniczącą. To miejsce jest trochę podobne, fizycznie praca jest nawet lżejsza, ludzie są ok (chociaż wielu mnie męczy ale o tym za chwilę) i nawet jesteśmy podwykonawcą tego samego producenta ;) Tylko, że mnie się tam podobało i tamta praca, mimo że cięższa… I tak się czuję – jakbym dostał coś dobrego (wszak nie każdy dostał umowę), ale jednak nie najlepszego… jakby to co najlepsze nie było dla mnie… I to mnie smuci…
Ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy – dziś przyszedł do nas nowy, był tam dwa lata – też mu nie przedłużyli… czyli to co najlepsze jest chyba dla nikogo.

A z tymi męczącymi ludźmi to jest tak… że dlaczego ludzie po prostu nie mogą poleźć do pracy, zrobić swoje i iść do domu? Dlaczego chcą ze sobą rozmawiać?! ;) Przecież to straszne! Ja bym chciał w świętym spokoju poczytać sobie na przerwie książkę, a nie być rozpraszanym przez jakieś rozmowy – nie nawet że do mnie, ale obok… W pracy też – jakoś nie chce mi się skupiać żeby zabawiać innych rozmową… Ale poważnie: może miałem w życiu okresy gdzie żałowałem swojej samotności, ale na chwilę obecną zdecydowanie bym ją preferował. To mam na myśli mówiąc, że ludzie mnie męczą.

A na koniec coś weselszego – „robię” dietę i schudłem! :) I jeszcze nigdy tak łatwo mi się to nie udało… Ale od początku (bo patrzę że chyba nie pisałem nigdy o tym szerzej – albo nie otagowałem).
Pierwszy raz na dietę postanowiłem przejść z początkiem hormonów, była to „dieta Shangri-La” (w artykule nie zaznaczono jednej bardzo ważnej rzeczy! przez godzinę przed i po oleju/wodzie z cukrem nie tylko nie wolno jeść ani pić /znaczy wodę samą można pić/, nie wolno w ogóle mieć w ustach niczego smakowego! ani pasty do zębów, ani gumy, ani błyszczyka do ust – organizm nie może skojarzyć tej wody/oleju po smaku z jakimkolwiek innym pokarmem, bo nie zadziała). To w sumie nie dieta a sposób na „oszukanie” organizmu by czuł się syty po małej ilości kalorii z pokarmu. Mogę polecić (nie na wszystkich działa), ale odkryłem przy okazji obecnej diety coś jeszcze (dla siebie) lepszego :)
Potem miałem krótką przygodę z South Beach – nie polecam, źle się czułem, bo to nie dieta zgodna ze mną :P
Po kilku latach zrobiłem dietę 12 dniową – i byłem zadowolony. Nie schudłem jakoś spektakularnie ale 2-3kg mniej w 12 dni to już coś. Dlaczego takie dziwne diety wybieram? To bardzo proste – jestem wybredny, wielu rzeczy jeść nie lubię :) a „Shangri-la” niczego nie ogranicza, a ta 12 dniowa nie zawiera niczego, czego bym nie lubił. Lecz gdy znów chciałem ją zrobić 2-3 lata później, poległem niestety na kurczaku (no cóż, ok, tego aż tak bardzo nie lubię, zwłaszcza jak muszę sam sobie przygotować i to bez panierki…), nie dałem rady.
Ostatnio jednak moja waga wchodziła już w 59kg, co przy moim wzroście oznacza za dużo (56kg to mój „punkt równowagi” a to i tak też jeszcze nadwaga), spodnie się prawie nie dopinały itp., więc wiedziałem już, że coś muszę zrobić. Wcześniej trafiłem jeszcze na tą książkę: „Eat. Stop. Eat” i od czasu do czasu robiłem dzienną głodówkę (jak się dzień wcześniej najeść i nastawić psychicznie, to nie jest trudno wytrzymać), ale jednak za rzadko to robiłem (bo też jednak nie jeść cały dzień nie jest zbyt przyjemnie ;) ). Aż jakimś przypadkim trafiłem na dietę militarną! bez problemu do znalezienia w polskim necie, ja jednak wkleję sobie ten link, z którego ja korzystałem: dieta militarna – ta przykuła moją uwagę też tym oczywiście, że produkty lubię (poza tuńczykiem – nie przepadam ale mogę zjeść, i grejfrutem – to było najgorsze z całej diety, paskudny owoc). I tu się tak naprawdę zaczyna moja obecna dieta. Najpierw zrobiłem sobie jednodniową głodówkę, potem 3 trzy dni umiarkowanego jedzenia, następnie trzydniową dietę militarną (po niej na wadze było już 56,6kg!), a od tej pory po prostu dietę „ŻP” ;) (Żryj Połowę – jakby ktoś nie wiedział :D ), a tak poważnie – po prostu liczę kalorie :) Kalkulatory mówię, że przy mojej niezbyt ciężkiej pracy i ogólnie małej aktywności fizycznej (i niskim wzroście i ogólnie masie ciała) moje dzienne zapotrzebowanie kaloryczne wynosi około 1810 kcal, co oznacza, że jeśli chcę w bezpieczny sposób schudnąć, powinienem dziennie zjadać 1310-1410 kcal i tak też czynię. I ludzie… nie wiedziałem że odchudzanie może być takie proste! :) Wystarczy tylko liczyć te kalorie (kupiłem sobie piękny kalendarz i notuję ;) ), nie odmawiam sobie niczego (w odpowiednich ilościach). Nie czuję żadnego ograniczenia, a wiecie co mówią: jeśli nie widzisz siebie stosującego jakąś dietę przez dłuższy czas, to ta dieta nie jest dla Ciebie – a w tym ja siebie widzę! To liczenie kalorii to nawet fajna zabawa! (i zaspokaja potrzeby mojego wewnętrznego księgowego :D jak już schudnę, to chyba i tak ciężko mi będzie się od liczenia odzwyczaić :D ). Nie rozumiem czemu niektórzy ludzie mają z tym taki problem… ja dzięki temu wiele sobie uświadomiłem, sensowniej decyduję o tym co jem itp. Oooczywiście nie będę mówił, że się nagle zdrowo odżywiam, bo to jednak nie w moim stylu ;) znaczy jasne – staram się nie przesadzać z niezdrowym żywieniem, z resztą jak masz do dyspozycji 1300 kcal, to musisz tak wybrać, żeby się najeść, a wiadomo, że słodycze mają dużo kcal na mało masy… Ale nie znaczy to, że nie możesz zjeść kebaba i drożdżówki w jeden dzień – dokonałem tego :D (po prostu jesz na śniadanie pół drożdżówki podwójnej, na obiad kebaba, na kolacje drugie pół drożdżówki – całość ma właśnie miedzy 1300 a 1400 kcal, ale musiałem tak zrobić bo drożdżówki z PL przyjeżdżają do polskiego sklepu tylko jednego dnia tygodnia, a w pracy też chciałem kababa zamówić i akurat tego samego dnia zamawiali). Zmieniłem jednak o tyle nawyki żywieniowe… że nagle się okazało, że wcale nie muszę w pracy (przynajmniej na II i III zmianie) żreć bułki (300 kcal), a wystarczy jogurt (100 kcal) z łyżeczką… i tu się pojawia kolejny trick – łyżeczka łuski babki do tego jogurtu (to jest właśnie to „coś lepszego” od oleju i wody z cukrem – babka ma mniej kalorii a też pomaga osiągnąć uczucie sytości :) /a jeszcze jak sobie rozrobię z Danonkiem – czyli z jedynie 50g jogurtu, to robi się takie gęste jakbym ciasteczko jadł :D i naprawdę mi smakuje!/). I nagle się okazało, że po nocnej zmianie nie muszę rano w domu: „a krakersy sobie przekąszę, bo co tam 3/4 paczki krakersów, to takie nic…” (to „nic” ma ponad 750 kcal :D). Także zmiana II i III bez problemu, trochę gorzej jest wytrzymać na pierwszej… (znaczy w domu po pracy tyle godzin do wieczora itp.), ale też bez przesady, wiadomo że 1300 kcal to się za dużo słodyczy nie zmieści ale – inna zmiana nawyków – zamiast Grześka Maxi, ten mniejszy :D 36g – 190 kcal i wystarczy, a to nie jest aż tak dużo żeby tego nie można było w dziennej dawce 1300 kcal zmieścić :) Także wszystko się da, trzeba tylko mieć świadomość ile czego się zjada. I na całe szczęście moja Cola Light jest bez kalorii :D W ogóle wszystkie napoje powinny być bez kalorii, bo co to ma być, dostarczam ich z jedzeniem, to nie jeszcze z piciem ;) W każdym razie podsumowując: dziś rano 54,1kg! Chciałbym do 52 dobić… z resztą zobaczymy jak się będzie moja sylwetka kształtować… kiedyś w końcu wezmę się za ćwiczenia też ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Niekończąca się historia…

O, przypomniało mi się, że jeszcze nie napisałem o przedostatniej grupie (wsparcia)… (na ostatnią nie poszedłem, bo praca…)
Mianowicie rozmawiali o efekcie falloplastyki i jeden z chłopaków, który właśnie niedawno prawie skończył – czyli miał robioną plastykę żołędzia (na protezowanie chyba się nie będzie decydował), opowiadał jakie to praktyczne – idziesz, stajesz, sikasz przy pisuarze (podobno plastyka wygląda naprawdę dobrze), kończysz – proste, bardzo praktyczne :D No aż się zacząłem znowu zastanawiać czy by może… jednak… nie pójść w tym kierunku skoro to takie praktyczne :D Bardzo poważnie zacząłem się zastanawiać… aale potem… bo rozmawiali z chłopakiem, który raczej w ogóle nie planował tej operacji… jak zaczęli mu przedstawiać wizję możliwości typu: „możesz zostawić pod spodem to co masz teraz…” to już odechciało mi się słuchać :D (tak, dwa penisy sobie zostawiać… co ja mutant jakiś jestem? XD już nie mówiąc o tym, że po co w takim razie w ogóle coś dorabiać). Ale nie no, to nie o to chodzi że takie poboczne tematy mnie zniechęcają, bo domyślnie się przecież robi „normalną” falloplastykę. Po prostu czasem takie poboczne zniechęcające tematy przywołują mnie do rzeczywistości ;) czyli tego, że nie przekonuje mnie falloplastyka (najgorsze to chyba jest: https://www.youtube.com/watch?v=qaJCnMJvV60 – całe to pompowanie, a to genetyczny jest! a i tak dla mnie wygląda to po prostu… przykro – inaczej tego nie umiem określić, znaczy wiadomo że u nas każda opcja jest jakoś przykra ale dla mnie chyba jednak mikropenis jest najmniej przykry z dostępnych opcji ;) ).
No właśnie – nie przekonuje mnie. Ale… ale zawsze jest to „ale” i pewnie do końca życia będę się zastanawiał czy może jednak powinienem… Chciałbym mieć spokój od tego tematu ale spokoju chyba nigdy nie będzie (chyba że nastąpi jakieś przełomowe odkrycie i jakaś jeszcze inna opcja, na którą się zdecyduję).
Bo na razie to i pompowanie jest przykre i ryzyko jest mi niepotrzebne. Nie żeby to było aż takie ważne – zrobiłbym srs bez względu na ryzyko oczywiście, ale po prostu skoro u mnie tak dobrze poszło (nie mówię o rozmiarze :D ), to teraz już bym nie podjął każdego ryzyka ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

space cake

W poprzedni weekend byłem w Amsterdamie. Szkoda, że chyba tylko taka wycieczka w tym roku mnie czeka, bo miałem dużo wolnego, ale nie „urlop” i chyba takowego już nie będzie w najbliższym czasie… No ale nic, było też fajnie. I byłem w muzeum seksu :D Kupiłem sobie też kawałek ciasta, przywiozłem do domu, zjadłem tak jak zalecają i… nic szczególnego nie poczułem :D może odrobinkę rozkojarzenia jak po alkoholu i może większe odprężenie niż zwykle (np. zwykle jestem dość niezadowolony kiedy widzę moją listę zadań do zrobienia nie realizowaną, a tamtego dnia nic nie czułem w związku z tym :D ). Ale jak na kawałek ciasta za 7€, to jestem dość rozczarowany (zwłaszcza jak to ludzie pisali jakie to mieli silne efekty). A nie, sorry – byłem głodny jak cholera, głodny na tłuste (chipsy) i słodycze. Więc nie dość, że nic ciekawego to jeszcze na minus :P
Możliwości obstawiam dwie: a) podobno niektórzy są zupełnie niepodatni (no ale jednak głodny byłem bardzo…); b) jest tak jak z alkoholem – trzeba sobie „fazę wkręcić”. Tutaj nawet pisze: ” Inaczej czuje się introwertyk a inaczej ekstrawertyk pod wpływem maihuany”. Skłaniam się ku drugiej opcji (a nie zamierzam nic sobie wkręcać). Ale może jeszcze kiedyś, raz, dam szansę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

nieporównywalne

Na ostatniej grupie (wsparcia) rozmawiali o tym jaki jest sens oglądania przez biegłego zdjęć z dzieciństwa – przecież nie każdy k/m ma zdjęcia na których jest super męski (czy raczej chłopięcy) i to z różnych przyczyn, a więc zdjęcia właściwie nic nikomu nie powiedzą. W sumie racja. Ale kiedy tak o tym gadali, tak się trochę zastanawiałem i zastanowiłem nad czymś innym – że właściwie nic innym niczego nie powie, nie odda, bo np. takie uczucie (które w dzieciństwie towarzyszyło mi bardzo silnie, dosyć długo) – ten strach przed wiszącą w szafie sukienką (że będę musiał ją ubrać)… Dlatego myślę, że ile by nie było w ludziach nawet dobrej woli, to jest coś, czego nikt nie zrozumie – dlatego że ja dziś też nie umiem tego uczucia z niczym porównać! W tej chwili (ani od ostatnich 10 lat) niczego nawet podobnego nie odczuwałem, serio, tego się nie da do niczego porównać… a jak się mocno zastanowić, to może trochę do chodzenia do znienawidzonej pracy – chociaż w tym stanie od dyskomfortu rodzi się raczej gniew niż przerażający strach.
Taka krótka refleksja na dziś, bo w kolejnej notce będę chciał do zrozumienia też nawiązać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

social anxiety – wideo

1:18
1:37 (albo i całość od 1:18 do 1:46)
2:00
2:35
3:13 (i to wcale nie tylko w obliczu randek)
4:17 (z tym że to nie tylko lęk, ale też brak pomysłów na gadki-szmatki, a nawet nie tyle pomysłów co w ogóle o tym nie myślę :P )

Nie no, już tak źle nie jest, czasem nawet zamówię ta „kawę” bez ćwiczenia tego godzinami :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Ts i smutne narracje. Oraz trochę o życiu.

Kilka dni temu na forum pojawiło się pytanie: „jak postrzegacie „reprezentację” osób ts w mediach, obecnie, (…) uważacie, że takie smutne narracje są ok?” i się zaczęła dyskusja. Od kilku lat jest tendencja żeby nie było smutno, bo… argumentów nie chce mi się przytaczać ;) (no żeby nie robić z ts cierpiętników i takie tam), cóż, ja tu popieram zdanie A., który skomentował: „To nie są smutne narracje. To jest samo życie. Nasze życie.”
Ale potem zacząłem nad tym myśleć, jaka narracja byłaby najbardziej właściwa… Odpowiedziałem:

„Myślałem chwilę nad tym… i wymyśliłem! :) Proponowałbym przedstawić zwykłe życie spełnionej osoby, tak z 10-20 lat po tranzycji i do tego robić takie mega smutne wstawki z przeszłości – o, to by było moim zdaniem idealne odwzorowanie życia transa :P”

– tak właśnie uważam. A rozwijając tą myśl… myślę, że takie przedstawienie byłoby bardzo właściwe – osoba, która żyje normalnie („żyje normalnie” to mi się nie podoba, to określenie, raczej powinno być: która po prostu sobie żyje bez problemów na tle kwestionowania własnej płci), co najmniej normalnie, a może właśnie coś szczególnego osiągnęła, jest szczęśliwa (mnie uszczęśliwia właśnie to zwykłe życie, poprzez porównanie do tego co było, to… no nie ma porównania), więc generalnie szczęśliwa i pozytywna narracja. Ale dla kontrastu takie jakieś mocno smutne wstawki z przeszłości… taka historia miałaby wszystko co potrzebne – nadaje się na scenariusz filmowy :PP
Chociaż trochę się obawiam że nie udałoby się oddać tych smutnych momentów. Bo to są takie rzeczy, których osoby cis mogłyby nie zrozumieć…
Ale uważam, że najważniejsze to aby przedstawić kontrast – o tym też kiedyś na forum pisałem… że teraz nawet jak jest źle, to i tak jest o niebo lepiej niż kiedyś, więc teraz właściwe nigdy nie jest tak źle żebym sobie nie pomyślał, że i tak jestem szczęśliwy ;)

Ostatnio rzadko piszę właśnie dlatego – że jak jest dobrze, to właściwie nie mam o czym pisać, nie chcąc powtarzać się jak dobrze jest ;) Z resztą od zawsze odczuwałem większą potrzebę pisania kiedy było źle, niż kiedy było dobrze… I w ogóle nie chcę się powtarzać z jednej strony, ale z drugiej… to jednak jakąś potrzebę pisania mam nadal. Bo przecież jakaś moja droga samorozwoju nie skończyła się, właściwie to ona dopiero się rozwija, po prostu jest łatwiej i nie ma już na niej transseksualizmu… I chociaż nadal będę poruszał takie tematy jak w pierwszej większej połowie tej notki, to chcę chyba też pisać o innych rzeczach… i chociaż niby zawsze to robiłem, to jednak teraz mam potrzebę napisać o tym wyraźniej. Bo jest jeszcze ta kwestia, że trudno mi pisać teraz, że coś jest źle (a bywa, bo przecież jak u wszystkich, np. w pracy), bo po prostu – no to porównanie z przeszłością, w tym porównaniu co by się nie działo teraz, to będzie to cudowne i wspaniałe :P Taki to kontrast, tak – aż taki. Ale nie chciałbym o tym w kółko pisać, tylko czasem mi się wydaje, że muszę to w kółko powtarzać, bo bardzo by źle było jakby ktoś źle zrozumiał :P ), ale chcę się postarać jednak tego nie robić ;) Bo chciałbym więcej wpisów poświęcić jakimś zupełnie nie związanym tematom…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

Podsumowanie 2017

Znów chciałbym napisać „ale dawno nie pisałem” ;) Teraz zmobilizowało mnie zakończenie roku – jeszcze nie było tak żebym nie napisał podsumowania… i w tym roku też tak nie będzie. Tylko ja się rozleniwiłem, jeszcze bardziej… (ale i też brak mi energii często, pracuję nad znalezieniem przyczyny – w sumie niewykluczone, że to może zbyt mała dawka testosteronu, jeszcze na kontroli nie byłem ale wspomnę i o takim podejrzeniu).
Zanim jednak przejdę do podsumowania, to wspomnę (żeby już zamknąć wszystko co w starym roku się działo), że jestem po kolejnej poprawce – to jednak ta lekarka mnie operowała tym razem… no ale w dzień operacji to już jednak mówiła co innego ;) tzn. wtedy to już wyraźnie widziała konieczny do uzupełnienia ubytek :P (Ach, wcześniej jeszcze odbyłem pielgrzymkę po szpitalu w celu rejestracji – ale no to tak jak przed poprzednią poprawką, to już nie będę się powtarzać…). Miała być poprawka tylko prawej strony, a jednak stwierdziła, że na lewą też by można odrobinę – no ok. Tłuszczu (podobno) napakowała, że już więcej się nie dało ;) no faktycznie blizna została oddzielona od mięśnia (mięśnia? chyba raczej kości, bo tam było mi żebra czuć) i tam jest uzupełniony tłuszcz – efekt? Noo jeszcze za wcześnie by ocenić ile się przyjęło, ale jak na ten moment… no lepiej, na pewno lepiej. Nie idealnie – to wiadomo. Na tą chwilę nie wiem czy to koniec czy nie… ale przynajmniej już się „nie zginam” w tym miejscu w pionie ;) Z resztą tak jak to teraz wygląda, to już być może wystarczyłyby ćwiczenia (na rozbudowanie mięśni) i byłoby bardzo dobrze – być może. Jeszcze pomyślę. Póki co pas ściągający przeszkadza mi bardzo, bardziej niż po poprzedniej poprawce :/ nie wiem dlaczego, może dlatego że to większa liposukcja była (jeszcze jak chirurg powiedziała komentując sińce na moim brzuchu, że to dlatego że mało tłuszczu miałem, no to był komplement roku – ja mało tłuszczu! XD ), za to ten cholerny pas tak mi się wgniata, że aż mam teraz brzydkie wgniecenie na brzuchu i obawiam się, że to mi tak zostanie… aaale i tak lepiej wgniecenie na bardziej płaskim brzuchu niż tłuszcz :D

No dobra, tyle tytułem wstępu, a teraz czas na podsumowanie właściwe ;)
Tradycyjnie już piszę o pracy – kolejny rok, kolejna „nowa” praca… ech, właściwe to nie chce mi się nawet o tym pisać.
Życie seksualne też się zatrzymało, bo chyba mi się już znudziło ;) tzn. rzeczywistość i tak nie przebija fantazji, więc na ogół nie chce mi się angażować w cokolwiek z kimkolwiek, bo szybciej, prościej i wygodniej jest włączyć nudevista :P
Właściwie jeszcze coś się zmieniło – związałem się, z dziewczyną – noo to chyba temat na osobną notkę zwłaszcza, że o życiu seksualnym napisałem jakby obok ;) no, chyba kiedyś rozwinę…
Wyjazdowo było średnio – Bruksela i Berlin. O ile Bruksela to jeszcze jakaś atrakcja była, tak Berlin to raczej hmm… po najmniejszej linii oporu – po drodze do PL, praktycznie bez kosztów ;) ale właściwie ma potencjał i jeszcze kilka rzeczy chciałbym tam zobaczyć, więc na pewno nie po raz ostatni. Więc właściwie to fajne miejsce jak się nie ma za dużo forsy – zawsze można wpaść po drodze :P
Książkowo za to całkiem nieźle – 39 książek przeczytanych, a jak tylko skończę tą notkę to skońćzę czytać 40 ;)

Tak zerkam o czym jeszcze rok temu pisałem… o końcu psychoterapii – tak, skończyłem. I nadal nie mam tych negatywnych myśli… :) za to tak jakby wszystko mi zobojętniało :D ale w tym sensie, to akurat dobrze i to dość przyjemne.
A jeśli mam ocenić realizację moich postanowień z zeszłego roku, to tak: wrócić (do ulubionego miejsca pracy) się nie udało, ale próbę poczyniłem (i zamierzam jeszcze powtórzyć), bo lepszego miejsca pracy nie znalazłem (jedynie gorsze ;) ale powiedzmy drugie w kolejności… może chociaż w tym uda się zostać…). Ślub się przesunął :D Instagram… wrzucałbym gdyby nie to, że mi się na komórce krzaczył, co oczywiście mnie zniechęciło… W kierunku obywatelstwa to mi się na razie działać nie chciało, bo miałem sporo innych urzędowych spraw na głowie (hej, w tym roku stałem się (współ)-właścicielem nieruchomości, więc inwestycje i te sprawy ;) ), ale to nie ucieknie. Ćwiczyć regularniej to może nie tyle się udało, chociaż było tego trochę więcej niż w roku 2016… A i nietolerancję laktozy udało się potwierdzić – więc jednak… ale nie zawsze mi szkodzi… ale szkodzi, no w każdym razie przynajmniej trochę w tym roku zaczęło mi się poprawiać jeśli chodzi o problemy trawienne (ale to i po różnych Espumisanach – nic nie daje, oraz węglu – to daje). Z medytowaniem to podobnie jak z ćwiczeniami – było tego trochę więcej ale raczej na początku roku ;)

Czy mam jakieś plany na ten rok? Nie, tzn. postanowień nie robię :P

Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o M… (a raczej po prostu dziwnie bym się czuł gdybym nie wspomniał), zwłaszcza, że ostatnio znów więcej o nim myślę… Albo raczej o sobie myślę więcej – o tym, że mi brakuje… chyba tego pożądania… Może jestem dziwny, może jestem inny, może jestem inny niż wszyscy ludzie na świecie ale kurcze nie przechodzi mi (przypominam: od dwóch lat go nawet nie widziałem i na FB też daaawno już nic nie wrzucił), a ostatnio najbardziej dokucza mi myśl (złość właściwie to jest chyba, taka emocja), zły jestem że nie miałem okazji go lepiej poznać – być może czymś by mnie zraził a tak to… no taka złość.

Właściwe jeszcze jedna sprawa – jakiś czas temu dostałem maila z platformy blog.pl: „31 stycznia platforma blog.pl zostanie zamknięta” – hmm… no tak trochę smuto… to było moje pierwsze miejsce i mimo że się popsuło, to sentyment pozostał… ale cóż, wszystko przemija… Jak ktoś jeszcze tam bloguje, to pamiętajcie żeby się na czas przenieść!

Szczęśliwego nowego roku…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Przetoki, czerwienice i inne tam takie transowe sprawy (i plany jeszcze jednej poprawki mastektomii)

Dawno nie pisałem, choć właściwie miałbym o czym…
Dziś jednak o czymś innym, takie tam dwie (a może i trzy) transowe sprawy…

Jakiś czas temu na Niebieskim Forum ktoś szukał urologa – bo ma przetokę po metoidioplastyce… Strasznie mnie to tak jakoś poruszyło… pewnie lekarze polscy są mu w stanie tylko odwrócenie operacji zaproponować… i tak sobie pomyślałem ile ja w tym nieszczęściu jakim jest transseksualizm ogólnie miałem jednak szczęścia… wsparcie rodziny, w miarę szybka i bezproblemowa tranzycja, pieniądze na operacje też się jakoś znalazły, no i samo przejście tych operacji, zwłaszcza właśnie metoidioplastyki – bez żadnych komplikacji od momentu gojenia… warto to docenić…

Tym razem całkiem niedawno na tym samym forum pojawił się wpis kogoś o wynikach krwi – kolejna „normalka” na hormonach – szybująca w kosmos ilość krwinek czerwonych… Też dramatycznie zabrzmiało, zwłaszcza rokowania: „czerwienica nieleczona – 4 lata, leczona – 15 lat”. 15 lat życia w wieku 30-40 lat to tak średnio ;) ale… tak sobie pomyślałem, że co z tego – żyję już 10 lat, dokładnie 10 (hej, pod koniec września minęło 10 lat! – zapomniałem napisać o tej chyba jednak najważniejszej w moim życiu rocznicy!), a to już o wiele więcej niż kiedyś przypuszczałem… nawet gdybym miał umrzeć jutro, to warto było :) Nawet gdybym umarł pięć lat temu to i tak byłoby warto. No bo co to w ogóle za dylemat – jak żyć a nie żyć… bez korekty, to nie byłoby życie. Mojego obecnego życia, ani jednego dnia, nie zamieniłbym nawet za 80 lat tamtego „życia”.

Noo chociaż ja jeszcze mam przed sobą kolejną korektę mastektomii. Ta poprzednia, rok temu – jest teraz ładniej, jasne, ale idealnie nie jest, pewnie nie będzie. Pewnie nie wychodzi idealnie u niemal nikogo ;) Ale trochę żałuję, że nie poszedłem (na tą poprawkę znaczy) do jeszcze innego chirurga plastycznego – takiego, który transseksualistów dużo operuje, wtedy nie wiedziałem że mogę tam iść na konsultacje… myślę, że mogli zrobić tą poprawkę jeszcze bardziej, no i wiem że trochę inne opatrunki robią zaraz po operacji – może blizny w mniejszym stopniu by się rozciągnęły… a z drugiej strony może nie zalecają silikonowych kompresów, które miałem ja, a te z kolei widzę że super wpływają na fakturę blizn. No w każdym razie byłem miesiąc temu na kontroli… Przyjęła mnie zaś lekarka zamiast chirurga, który mnie operował. Babka jakaś taka mi się wydała: „dobra no, zrobiliśmy cośtam, nie jest najgorzej, idź pan już stąd” ;) ale się nie dałem spławić ;) Mówię, że jest ok, blizn bym już nie ruszał, ale to co mi przeszkadza, to jeszcze ta „dziura” z prawej i czy coś można z tym zrobić… Przyznała, że można jeszcze uzupełniać tłuszczem. Powiedziałem, że wobec tego chcę jeszcze pouzupełniać ;) Zadzwoniła gdzieśtam zapytać czy nie potrzebuję kolejnej zgody kasy chorych, ale jej chyba powiedzieli, że nie, no to: „Jak nie, to nie, to piszemy operację…” no i za 4 tygodnie będę mieć tą poprawkę – ma być już tylko jedna strona, uzupełnianie tłuszczem, niby niewielki zabieg ale jednak ze 2 dni w szpitalu i tydzień-10 dni zwolnienia… No i oczywiście ryzyka jak zawsze – może się nie przyjąć tłuszcz, może się mało przyjąć… wiem wiem, ale mam nadzieję, że się przyjmie wystarczająco dużo, bo wolałbym aby to była poprawka ostatnia… (zwłaszcza, że jak sobie pomyślę, że znów czeka mnie to samo co wtedy, to robi mi się gorzej…). Cóż, zobaczymy. I tak mam dobrze, że przynajmniej za darmo.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Berlin – 13.08 (+Gross-Rosen, +Ślęża, +OTM…)

Zanim mi znowu zaległości urosną w kosmos (choć już zaczęły rosnąć), opiszę sobie kolejną „wycieczkę”. Choć właściwie trudno to nazwać wycieczką, skoro po prostu zboczyłem lekko z drogi do PL i zatrzymałem się na jeden dzień w Berlinie żeby pozwiedzać, to to nie był wielki wysiłek (ani koszt) :P
Jak zwykle do PL się dosyć spieszyłem, chciałem do Berlina zajechać w sobotę, ale za punkty PayBack zamówiłem sobie powerbank i oczywiście nie zdążył przyjść… z dużymi wątpliwościami postanowiłem z tego powodu poczekać do soboty (może przyjdzie) i już bez dalszej zwłoki jechać w niedzielę. To był dobry wybór, bo powerbank przyszedł (i się przydał). Kolejne moje wątpliwości dotyczyły wyjazdu – czy na noc ruszyć i przespać się na parkingu pod miastem, czy wyspać się w domu ale wcześnie rano wstać i ruszyć… Osobiście uważam pierwszą opcję za lepszą, bo w jej przypadku wstaję i od razu zwiedzam, a nie zwiedzam po 3-4h jazdy (gdzieś tyle mam do Berlina). Ostatecznie zrobiłem jak zwykle jeszcze inaczej ;) mianowicie trochę pomiędzy: ruszyłem w środku nocy i tyko krótko przespałem się rano na parkingu… Potem wstałem i ruszyłem już na parking P+R przy samym Berlinie. Wcześniej oczywiście w necie obadałem wszystkie okoliczne P+R parkingi (tak, wszystkie z tej strony na mapie sprawdziłem) pod kątem tego, który by mi najbardziej pasował – to znaczy żeby był możliwie jak najdalej od centrum, a jak najbliżej autostrady A10 kierunku Hannover-Berlin (i w ogóle najbliżej jakiejś autostrady). Wybrałem kilka (zawsze tak robię, w razie gdybym na pierwszy nie trafił albo coś mi nie pasowało), jako pierwszy „P+R Wannsee” i na nim zostałem (bo trafiłem i wszystko było ok). Poza tym, że on nie jest tam gdzie pokazuje mapa (tam też jakiś parking jest ale płatny i to nie P+R), P+R jest wzdłuż Nibelungenstrasse, ale nie było trudno znaleźć, bo był szyld na Potsdamer Chaussee, którą nadjechałem (a wcześniej z A10 na A15 i to już było bardzo blisko). Więc odetchnąłem z ulgą, że tak łatwo poszło i nie wpakowałem się w jakieś centrum… Wprawdzie stałem prawie na skraju i trochę to takie było dla mnie średnie, ale wszystko było ok. Ruszyłem na stację… czegoś, żeby dojechać do centrum :D Najbardziej polecany był S-Bahn i to też wybrałem. Na przystanku automat biletowy, kupiłem bilet dzienny za 7,70€ (ale wystarczyłby ten za 7€, bo to była druga strefa jeszcze, nie trzecia, ale że nie byłem pewien, to nie chciałem ryzykować o 70 centów), trzeba go tam było też skasować – znaczy tak myślę :D na wszelki wypadek skasowałem ;) Plan na zwiedzanie miałem taki, żeby się dostać na Tiergarten i dalej spacerem w kierunku Bramy Brandenburskiej, Reichstagu itd… I tak też zrobiłem (S-Bahn na Tiergarten, dalej na pieszo). Na pieszo Kolumna Zwycięstwa, Brama Brandenburska, Reichstag, Pomnik Pomordowanych Żydów, (do tego momentu doszedłem jak zwykle z mapką wydrukowaną, ale już od chwili wcześniej zacząłem myśleć, że czemuż ja nie wydrukowałem jednak też mapki komunikacji miejskiej… nie wydrukowałem, bo zawsze jak do tej pory znajdowałem mapę gdzieś na miejscu – w Paryżu na recepcji hotelu, w Londynie chyba dostaliśmy od przewodnika, w Amsterdamie kiedyś mapę znalazłem, w Brukseli też znalazłem na ulicy, więc do Berlina pojechałem z tym samym przekonaniem – że jakąś znajdę na ulicy :D …i znalazłem! :D właśnie w tym momencie odchodząc od jednego pomnika i próbując znaleźć drugi myślałem o tej mapie komunikacji miejskiej i w ogóle wyraźniejszej mapie miasta… i idę i leży! – tak to się robi! ;D), Pomnik pamięci homoseksualistów prześladowanych przez nazizm (mało okazały ;) ) i tam dalej po drodze – Katedra Francuska, Katedra Niemiecka, Sala Koncertowa, Bebelplatz z „Pustą Biblioteką”, Katedra Berlińska, Wieża Telewizyjna, Czerwony Ratusz, aż do Alexanderplatz. A z Alexanderplatz metrem na Potsdamer Platz z jego Sony Center i… i zanim poszedłem dalej, zatrzymał mnie miły pan wyglądający jak z sekty (czarne spodnie, biała koszula :D ), znaczy paru ich tam było przy straganie z furą książek (znaczy jedną książką w różnych językach). I mi coś zaczął gadać o teście na stres. Nie zwykłem uciekać w popłochu od takich akcji (choć to, że będzie próbował coś sprzedać było bardziej niż pewne), to się zgodziłem. Podał mi tam jakieś urządzenie (dwie rurki, czy raczej dwa obłe kształty na kabelkach, które trzymało się w rękach), zadawał pytania (zastrzegając, że nie muszę odpowiadać jeśli nie chcę, nie odpowiedziałem tylko na jedno: „jakie przeżycia z przeszłości wywołują negatywny wpływ na twoje obecne życie” – przecież nie będę tłumaczył facetowi na ulicy kwestii transowych :P bo na pytanie: „czy coś z przeszłości ma negatywny wpływ” niby coś drgnęło na tej maszynie), ogólnie powiedział że jest ze mną nieźle (wiem, lata pracy nad sobą ;) ), jedynie kilka drobnych kwestii, a potem oczywiście przedstawił książkę „Dianetyka” (która na pytanie ile kosztuje, „kosztuje 20€ ale my tu sprzedajemy za 10€”). 40zł jak za książkę (choć grubaśną – przyznaję), to też niemało, ale szybko sobie pomyślałem, że poza tym (trzema widokówkami i tam jakimś Bratwurstem) nic tutaj nie zamierzam kupować, więc niech tam mam choć taką praktyczną pamiątkę z tego Berlina :D i wziąłem (oczywiście po Polsku, a jakże, polską wersję też mieli ;) gratis dostałem jeszcze dvd ale to już po niemiecku /jeszcze nie oglądałem, a do książki też nie zajrzałem, ale przyjdzie czas/). Do tego dostałem ulotkę, odszedłem i czytam: „Scientology Kirche Berlin” – haha, no mówiłem że sekta! :D (ale jako że „‚Sekta’ – oto jak większe religie nazywają mniejsze” to mnie to nie razi wcale, bo nie uważam że religia=dobro, sekta=zło, tylko religia=sekta, a poza tym poznałem Świadków Jehowy, katolicyzm /oczywiście/, satanizm, coś tam liznąłem religie dalekowschodnie, to chętnie poznam i scjentologów, nawet fajnie że się tak złożyło, a może z tej dianetyki da się coś ciekawego wyciągnąć /choć ni cholery nie wierzę w prawdziwość tego testu, zwłaszcza wykonanego w takich warunkach ;) a swoją drogą to był E-metr, można tu o nim trochę poczytać/).
Wracając jednak do relacji z wycieczki – no więc stamtąd poszedłem do muzeum „Topografia Terroru”, które oczywiście interesowało mnie najbardziej ;) i spędziłem tam ponad dwie godziny (przy okazji ładując komórkę z powerbanku – wybrałem w miarę mały, a możliwie dużej pojemności, wystarcza na 2,5 raza ładowania mojej komórki, więc super, na jednodniowe /nawet dwu/ wyjazdy świetna rzecz, jestem zadowolony zwłaszcza że naprawdę za darmo). Następnie udałem się na East Side Gallery gdzie oczywiście najpopularniejszym fragmentem był ten :D (mnie się nie udało zrobić zdjęcia bez nikogo na nim ;) ), a potem to już powrót na parking i w dalszą drogę do PL…
Oczywiście są miejsca, których nie zdążyłem odwiedzić (nawet całkiem sporo), Berlin ma potencjał… np. tam koniecznie chcę się wybrać, tam pewnie jest ładnie no i Reichstag od środka… Ale też nie miałem parcia, żeby wszystko na raz – to miasto mam praktycznie po drodze, zboczenie z trasy kosztowało mnie jakieś może 40km, więc to żaden koszt i żadna droga, można odwiedzić jeszcze nie raz :) I zapewne tak zrobię.
Całkowity koszt „wycieczki” to jakieś 25, może 30€, razem z drogą i zakupami :)

Żeby się nie rozgrabniać na kolejne notki, to powiem jeszcze:
19.08 – Muzeum Gross-Rosen
20.08 – Góra Ślęża
i oba dni bardzo udane :) a:
2.09 – MPS Hamburg i też było bardzo fajnie :)
I to tyle moich tegorocznych wojaży, bo środków na ten cel i na ten rok brak :P Aaale za to w przyszłym… miejmy nadzieję będzie lepiej ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | 2 komentarze