„Skąd się bierze nieheteronormatywność?”

„Skąd się bierze nieheteronormatywność? Prof. Jacek Kubiak: Nauka obala kolejne mity” – bardzo ciekawy wywiad! Nowe odkrycia i fajnie opisane co, skąd, proporcje i jak to jest w nauce :)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Bawaria – Eibsee, Königssee, Berchtesgaden, Salzburg, Regensburg… (4-11.06)

Tak jakoś wyszło w tym roku, że drugi urlop na zwiedzanie miałem zaledwie kilka tygodni po pierwszym (i że w ogóle dwa sobie zaplanowałem :D ). Tym razem tydzień na Bawarii, więc samochodem (choć rozważałem jazdę pociągiem… tzn. pociągami regionalnymi, bo „9-Euro-Ticket” na cały kraj, to oszczędność duża ale jednak nie dałoby się zorganizować tak wycieczki, gdzie się chce kilka miejsc zwiedzić jednego dnia ;) ). I tym razem w dużej mierze udało mi się zaplanować wcześniej co chcę zwiedzić… jednak i tak przed samym wyjazdem poświęciłem znów trochę czasu na zaplanowanie dokładne. Główna część miała być na samym południowo wschodnim „rogu” kraju, nad Königssee (nad Jeziorem Królewskim). Aaaale po kolei.

Dzień pierwszy – sobota 4.06
Wyjechałem około 8:00 rano i w planach miałem 3 miejsca w pobliżu Garmisch-Partenkirchen ale nie byłem jeszcze do końca pewien czy mi się uda, czy będzie mi się chciało… To jednak dużo km… Ale jechało się nadzwyczaj dobrze, zacząłem od Wieskirche (Kościół pielgrzymkowy w Wies), parking tam kosztuje 2€ no ale to nie jest wiele jak za zobaczenie takiego pięknego miejsca. Nawet mnie naszło wrzucenie monety jako darowiznę (miało być 50 centów, no bo nie jestem religijny ;) ale wyjęło mi się 1€, pomyślałem że głupio byłoby „zabierać”, wrzuciłem 1€, może dzięki temu miałem cały wyjazd szczęście? ;) ). Koło kościoła zjadłem podobno tradycyjnego Wies Kühle (2,50€) – to jest taki jakby płaski pączek, bardziej oponka z bardzo cienkim środkiem wokół którego jest grubsze ciasto, z cukrem i cynamonem, pycha…
Potem pojechałem dalej, zobaczyć Lechfall – taki wodospad niemal na granicy z Austrią (w Füssen), tam parking był darmowy tylko musiałem kawałek przejść, bo te najbliższe oczywiście zajęte… Miejsce też ładne, a woda ma naprawdę taki kolor jak na zdjęciach! To nie są filtry! :D (gdzieś tam czytałem dlaczego, to po prostu czysta woda ale i tak się załamuje światło na niej). Tam mnie jakiś dziwny latający owad ugryzł między palcami prawej ręki, jak to bolało… No ale wodospad widziałem, po lesie przeszedłem, wahałem się trochę czy nie wejść na ścieżkę w koronach drzew, ale było już krótko przed zamknięciem, poza tym po doświadczeniach z mostem wiszącym w 2019 roku, stwierdzam że ja chyba nie za bardzo lubię takie atrakcje, więc po co za to płacić :D
Całkiem późno jeszcze nie było, więc jednak zdecydowałem się na trzeci cel – Starnberger See (chyba to Sankt Heinrich w Münsing było), tam parking był darmowy i podziwiałem zachód słońca nad jeziorem :) Jasne, że to trochę nie po kolei jakby cele, ale według ważności, poza tym na tą noc nie miałem noclegu, więc trzeba było się zbliżyć przed wieczorem na jakiś autostradowy parking ;) Całkiem daleko jednak nie pojechałem bo raz, że mi się już nie chciało, a dwa że nie byłem pewien czy faktycznie jakiś lepszy parking minę (nie robiąc przy okazji niepotrzebnie dziesiątek kilometrów), więc stałem i spałem chyba na Autobahnparkplatz Seeshaupt. Zrobiłem tego dnia około 906km, tankowałem dwa razy – raz w trasie za 2,21€ za litr, ale jak na stację benzynową na autostradzie, uznałem że to nie jest na tyle drogo by tracić czas na szukanie tańszych po okolicy i za te 40€ zatankowałem, a potem koło Lechfall za – ludzie – sensacyjnie niska kwota w tych czasach!! i to na Bawarii! (wcale nie zauważyłem żeby coś tam było istotnie drożej tak btw. tylko język jest okropny :D ), jedynie 1,83€! :P Oczywiście do pełna, za taką cenę ;) (56,75€) Pogoda była ładna cały dzień, baa, nawet za gorąco aaaale mam od roku sprawną klimatyzację, więc jechałem wreszcie na letni urlop jak człowiek :D

Wieskirche:

Lechfall:

Starnberger See:

Dzień drugi – niedziela 5.06
Wyspałem się i około 5:00 rano ruszyłem dalej (po drodze fotografując kilka razy góry o wschodzie słońca ;) ). Na najbliższym darmowym Eibsee parkingu byłem około 6:00, co jest idealną porą (parking jest mały i szybko pełny, trochę dalej jest drugi, trochę większy i tam nawet odjeżdżając widziałem pojedyncze miejsca ale w szczycie sezonu pewnie też można o tym zapomnieć poza wczesnym porankiem). W każdym razie 6:00 rano nad Eibsee jest porą idealną! Byłem niemal sam, więc ludzie mi w kadr nie wchodzili, pogoda była piękna, więc wreszcie udało mi się zobaczyć to miejsce porządnie i przy ładnej pogodzie (czyli coś co się 3 lata temu nie udało, a rok temu ze względu na niepogodę odpuściłem zajechanie tu), obszedłem jezioro dookoła i tak, to naprawdę piękne miejsce! Podobno najładniejsze niemieckie jezioro (choć niektórzy mówią, że Königssee) i owszem, myślę że najładniejsze :) To była też dobra pora ze względu na odjazd – niedziela wieczór pogodnego dnia letniego, to by pewnie znowu była tragedia, jak te 3 lata temu… najgorszy korek w moim życiu – 4km ponad godzinę… (będąc tam sprawdziłem że ten odcinek miał około 4km).
Potem pojechałem w miejsce, które się nazywa Kuhfluchtwasserfälle – to też taki widowiskowy wodospad/wodospady. Parking tam przez pierwsze 2 godziny jest bezpłatny (ale trzeba pobrać darmowy bilet w automacie), a to wystarczająco by zobaczyć wodospad. I są tam darmowe, piękne, czyste, pachnące i przestronne toalety! a do tego naturalnie puste jeśli ludzi jeszcze nie ma na parkingu ;) (więc znów szczęście, bo już bardzo mi się chciało sikać :D ).
Trzecim celem na ten dzień, przed wyruszeniem w dalszą drogę do hotelu, było jezioro Walchensee. Tam parking na 2h – 2€ (ale są też droższe, ja stałem na Nachtparkplatz Einsiedel am Walchensee, Einsiedl Mautstraße, 82432 Jachenau), na tą biegnącą obok drogę płatną (5€) się nie zdecydowałem bo nie wiedziałem czy mimo tej opłaty parkingi tam też nie będą płatne dodatkowo… Więc objechałem jeziorko drugą stroną parkując potem jeszcze raz w Kochel – najpierw chciałem zaraz nad jeziorem, ale ludzi dużo, przejechałem ulicę (potem się okazało, że dobrze się stało, bo tam nie wolno było), wjechałem na najbliżej położony parking i chciałem nawet wracać… ale coś mnie tknęło (może to że chwilę wcześniej na tej trasie, dosłownie za mną mieli stłuczkę – noo to ja wolę nawet odrobinę czymś takim nie ryzykować i się tam z powrotem nie pchać ;) ) i pomyślałem że eee, nie będę się pchać w ten największy ruch, trudno już, kupię bilet na godzinę i chyba starczy żeby szybko przejść nad jezioro z parkingu i z powrotem. Ale zanim bilet kupiłem, znalazłem w parkomacie bilet całodzienny… moją pierwszą myślą było, że ktoś zapomniał, wyjąłem go i nadal chciałem kupić swój… a potem się rozglądam i myślę, że hmm, no jak zapomniał to się może nie zorientuje, że ten sobie wezmę? :D A potem zerknąłem na godzinę wydruku biletu – no raczej jakby zapomniał o 9:00, a była 14:00, to ktoś by już ten bilet wziął dawno ;) Tak więc najwyraźniej ktoś zostawił dla następnej osoby, to bardzo miło i ja bym chyba na to nie wpadł (chociaż bilety na komunikację miejską czasem na przystanku zostawiałem), ale teraz już będę tak robił – tamten z resztą też potem zostawiłem, bo choć mogłem zostać trochę dłużej niż godzinę dzięki niemu (i zostałem), to jednak trzeba było się zbierać w dalszą drogę, a było przede mną jeszcze jakieś 170km… Hotel (no bardziej pensjonat – „Haus Heimattreu”) miałem między Berchtesgaden a Schönau am Königssee (niby w tym drugim, a jednak pierwsze miasto było bliżej ;) spokojnie osiągalne na pieszo). Łącznie zrobiłem około 300km.

Eibsee:

Dzień trzeci – poniedziałek 6.06
Śniadania były w cenie, więc po obfitym, i muszę przyznać smacznym, śniadaniu, zaplanowałem sobie na ten również pogodny dzień Königssee – tam właściwie niewiele więcej można jak popłynąć w rejs po jeziorze (chociaż potem się dowiedziałem, że chyba jednak można je jakoś obejść… może dobrze, że wcześniej nie wiedziałem, bo bym pewnie chciał oszczędzić XD chociaż może nie, rejs to też atrakcja). Gospodyni jak się dowiedziała co planuję, poleciła mi się zastanowić czy na pewno dziś, i miała rację, bo tego dnia (Wniebowstąpienie Pańskie) jest w Niemczech święto… ale jednak to miał być najpogodniejszy dzień, więc nie zmieniłem planów – pojechałem rowerem (bo wziąłem mój mały rower) nad przystań i kupiłem ten rejs (tam i z powrotem 25€). Na jeziorze są dwa przystanki – przy malowniczym kościele św. Bartłomieja i Salet (na krańcu jeziora, z którego można się przejść jeszcze do mniejszego Obersee i nad największy w Niemczech wodospad Röthbachwasserfall. Można na nich wysiąść w dowolnej kolejności, ale gdzieś tam przeczytałem że polecają najpierw popłynąć do Salet, więc tak też zrobiłem. Na początku rejsu jeszcze facet opowiada o jeziorze – no fajnie, szkoda tylko że „po bawarsku” więc połowy nie zrozumiałem :D Potem zatrzymują na chwilę statek, wychodzi drugi i gra na… chyba trąbce ;) i echo odpowiada – fajny pokaz :) Tam też jest rzeczywiście bardzo pięknie, a Königssee to podobno najczystsze w Niemczech jezioro i woda ma kwalifikacje wody pitnej (a stateczki po nim pływające są elektryczne, właśnie dlatego że nie mogą być spalinowe). No kolor wody też jest niezły. Obersee jest trochę bardziej może mętne, ale okolica chyba jeszcze bardziej malownicza. Potem doszedłem do rzeczki i wodospadu – wspiąłem się też trochę wyżej nad wodospadem ale nie warto, nic nie widać, a na pewno nic lepszego niż z dołu, szedłem chyba po prostu za ludźmi. Potem wróciłem na przystanek promu/statku. Następnie wysiadłem koło kościoła, zrobiłem rundkę na pieszo… do „kaplicy lodowej” jednak nie dotarłem, bo było już późno, a droga zbyt ryzykowna – znaczy skończyła się ścieżka, był osypujący się piasek, po którym bym pewnie zjechał ;) jasne – dałoby się tam przejść (tam i z powrotem) ale czasowo na styk, to jednak trochę zbyt ryzykownie… A ja już i tak byłem wykończony tym całym chodzeniem… Więc powrót, niemal ostatnim statkiem/promem i do domu (noclegu ;) ) na rowerze… A jeszcze kupiłem sobie precla na obiado-kolację, a właściwe dwa precle (bo duże z serem mi wykupili, więc duży zwykły i mały z serem). Kupiłem też skarpety z wełną alpaki, pomyślałem że taka praktyczna na zimę pamiątka jest ok :D

Dzień czwarty – wtorek 7.06
Ten dzień miał być deszczowy (i był), więc zaplanowałem Salzburg, bo pomyślałem że miasto zwiedzać można też w deszczu (a lepiej miasto w deszczu niż chodzić po górach w deszczu…). Z kartą gościa (którą się dostaje w pensjonatach/hotelach) przejazdy komunikacją miejską są darmowe, a parkingi i atrakcje ze zniżką. No do Salzburga nie jedzie się całkiem za darmo, bo to już jednak poza granicą kraju, ale z kartą gościa dopłaca się tylko 6€ za bilet tam i z powrotem. Tak więc pojechałem – najpierw autobusem do Berchtesgaden, a potem 840 do Salzburga. Komunikacja miejska wprawdzie jakoś powalająco często nie jeździła spod mojego pensjonatu, ale jak już jeździła to była dość dobrze skomunikowana i wysiadając na dworcu w Berchtesgaden, od razu były autobusy praktycznie wszędzie. Choć jeszcze taki minus, że nawigacja coś z tymi autobusami słabo chciała współpracować i najczęściej nie wyszukiwała połączeń… No ale plan miałem w pdf-ie. Salzburg można spokojnie obejść w kilka godzin, zjadłem lody (w Eis Greißler gałka kosztuje wprawdzie 1,90€ ale można ją podzielić na dwa smaki i wielu ludziom wystarczy jedna, ja wziąłem dwie podzielone, smaki: ciasteczka maślane, mak, grysikowego…czegoś (Grießschmarrn) i malin /ostatnie to tak żeby coś wybrać jako czwarty ;) /) i waniliowego precla (na słodko to oczywiście nie precel, tylko bardziej ciasto ptysiowe uformowane na kształt precla z masą waniliową – smaczne ale za 5,50€ to chyba nie warto :D mogłem może wziąć pączkowego ;) ), kupiłem też Quarktasche (ale zjadłem dopiero w hotelu) i ooo, jakie to było dobre… na północy Quarktasche są raczej tylko z ciasta francuskiego, a to tutaj było co najmniej pół drożdżowe i jakie to smaczne… (2,80€). I kilka kulek Mozarta, to dla rodziny, też spróbuję ale to nie w moim stylu słodycz i raczej mi nie posmakuje ;) Następnie postanowiłem oczywiście wspiąć się na wzgórze widokowe – czyli Wzgórze Kapucynów i akurat dokładnie wtedy zaczęło lać porządnie… (wcześniej tylko sobie kropiło, padało…). Gdzieś tam w bramach odczekałem trochę ale w końcu wyjąłem moje poncho i tak uzbrojony (w sensie że w parasol – to już dawno i pokrowiec na plecak – to też dawno, a teraz jeszcze poncho na plecak i na siebie) ruszyłem pod tą górę. Wcześniej ubrałem bluzę, bo przed tym deszczem się zrobiło jakby trochę chłodniej (ogólnie to tam było cały czas tak ciepło, że nie musiałem wkładać bluzy), ale potem idąc pod tą górę zacząłem tę bluzę przeklinać, bo zgrzałem się bardzo ;) (a rozebrać się ciężko z tym wszystkim na sobie…). To już potem byłem mokry z wierzchu i od środka ;) W dodatku… tego dnia zrobiłem eksperyment – no bo mnie ogólnie bardzo pocą się plecy, przypuszczam że może dlatego że używam pod pachy dobrego dezodorantu, który blokuje pocenie, ale pot przecież gdzieś i tak musi ujść, u mnie upodobał sobie plecy… pomyślałem więc że może jak użyję dezodorantu w kremie (a więc słabszego) pod pachy, to plecy mniej się spocą, bo on blokuje tylko zapach a nie pocenie, tak też zrobiłem… No moooooże trooochę mniej spociły mi się plecy, za to cały się spociłem i ten zapach to też nie do końca zablokował, więc odechciało mi się takich eksperymentów :D O butach nie wspomnę… ubrałem wprawdzie inne adidasy (niestety mocniejszych butów nie znalazłem, chyba je oddałem…), bo wydawały mi się bardziej trwałe na deszcz no i faktycznie trochę bardziej trwałe były ale nie aż tak żeby wytrzymały cały dzień deszczu… A wszystko to niepotrzebnie, bo potem okazało się, że najlepszy widok jest z dołu – z tych murów obronnych wzgórza czy co to tam było :D Do końca dnia deszcz na szczęście zelżał, nawet momentami przestawało padać, więc poncho przynajmniej wyschło i miałem potem trochę mniej suszenia…

Dzień piąty – środa 8.06
Środa miała być słoneczno-deszczowa, do około 15:00 pogodnie, a potem gorzej… Ruszyłem więc jak najwcześniej (czytaj: około 9:00) na Kehlstein! Można tam wjechać autobusem widokowym, aaale 26€ to ja nie dam! :D Ja nie wiem, że tu wszystko musi kosztować dwucyfrową kwotę i to coraz częściej z dwójką z przodu… No ludzie, to jest góra, mogę tam wejść za darmo! Wprawdzie to sporo km, spod noclegu pokazywało mi 8km… no Google Maps, bo Here We Go twierdziła, że nie ma trasy… Ruszyłem i już po kilkuset metrach się okazało, że droga prywatna, nie ma przejścia.. Here jednak wiedzą lepiej… :D Nic to, na pieszo na dworzec w BGD, potem pod centrum dokumentacji (niestety w tym roku zamknięte z powodu przebudowy) i dalej na pieszo… Poszedłem za jakąś grupką młodych ludzi, ale jeszcze długo się wahałem czy jednak nie wjechać :D Ale nie, poszedłem! No i cóż… doszedłem… ale… nie polecam koszulki z gumowym logo z przodu na wędrówkę w góry XD bo po prostu… mokra jest i tak, tylko nie wysycha z powodu logo :P O plecach nie wspomnę, bo już dziś bez eksperymentów… koszulkę miałem tak mokrą, że jak ścisnąłem ręką, to miałem na dłoni wodę… Albo wymienię plecak na jakąś torbę na pas, albo… w ramach desperacji pomyślałem już żeby może pod koszulkę przymocować jakoś pieluchę :D ale pielucha jest za wąska, może podkład chłonny – zamierzam to przetestować chociaż jeszcze nie wiem jak :D No w każdym razie dowlokłem się do parkingu, tego na który dojeżdżają z dołu autobusy i dalej w górę można albo windą, albo jeszcze kawałek na pieszo. Ja ten kawałek chciałem windą i w ogóle chciałem przejechać tą windą Hitlera no ;) tylko nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji czy mogę – wszędzie pisało, że bilet autobusowy zawiera windę… ale z drugiej strony nie pisało też, że nie mogę, może po prostu jak już ktoś wchodzi tak daleko pod górę, to dalej też już chce wejść na pieszo ;) W każdym razie poszedłem do tej windy i nikt o nic nie pytał, więc wjechałem sobie nią na szczyt :P Na początku zachmurzona była jedna strona, cóż, cieszyłem się, że chociaż mam widok na drugą, ale potem rozpogodziło się i miałem cały widok. Jest pięknie. Na szczycie jest trasa widokowa po skałach – widoki jeszcze bardziej super, ale wędrówka nie tak całkiem łatwa… ale warto! Jest też kawiarnia (herbaciarnia się nazywa), ceny jak patrzyłem w kartę nawet akceptowalne, ale nie było tego na co miałem ochotę, więc nie zjadłem tam nic. Sikać mi się chciało, bo WC było na parkingu autobusów, tam gdzie winda, ale nie, po co miałem tam iść jak myślałem, że na szczycie też będzie, a chciałem oszczędzać wodę ;D no i może i było na szczycie (dla gości coś było na pewno), ale nie znalazłem… Więc poszedłem dopiero jak już zszedłem na parking (WC też całkiem ok, nie aż tak pachnące jak to niedzielne, ale o dziwo też udało mi się trafić na dość puste, no i też darmowe ale jeszcze by tego brakowało żeby tam było płatne…). Potem zejście z góry… niekoniecznie łatwiejsze, bo się z kolei leci i trzeba mięśnie wysilać żeby nogi powstrzymywać ;) a tak mi się już nie chciało, że czasami nawet zbiegałem, bo to było w pewnym sensie łatwiejsze ;) Potem powrót autobusem do miasta i postanowiłem jeszcze pójść na lody do „Manufaktury czekolady” – wziąłem 2 gałki: ciasteczkową i rabarbarową (do tego malutka jest gratis na spróbowanie: wziąłem maślankową i w sumie ta smakowała mi najbardziej ;) ). Przeszedłem miasto, potem jeszcze w górkę do jakiejś kapliczki, potem myślałem żeby iść na Keiserschmarrn do polecanej gospody… kolejny kawałek więc wahałem się, i spacerowałem, i wahałem się… i w końcu tam poszedłem (bo już byłem blisko), ale akurat mieli zamknięte… Może to i dobrze, bo bardziej miałem ochotę na słone ;) Więc na dworcu głównym coś małego w Burger Kingu też mi wystarczyło :D Po drodze natrafiłem jeszcze na drewnianą skrzyneczkę, a w niej słoiczki domowego przetworu i karteczka, że 14 latka je zrobiła – i cennik, jakoś tak mnie to natchnęło, że kupiłem mały za 1,50€ :) jeszcze nie wiem czy to będzie zjadliwe (wprawdzie pod daszkiem ale jednak słońce i nie wiadomo ile tam stoi) ale i tak nie uważam żeby to były pieniądze stracone, postarała się, a ja w jej wieku bym się też cieszył jakbym coś sobie zarobił. Do pensjonatu znów z buta… Jak usiadłem na krześle, to po godzinie nie mogłem wstać do toalety, uda tak bolały, że nie mogłem się ruszać, ale zrobiłem tego dnia jakieś 26km, większość po górach… Wieczorem masowałem te uda, bolało tak że to bardziej chyba głaskanie było ;) ale może coś dało, bo kolejnego dnia rano jednak jakoś wstałem… No i jednak cały dzień była pogoda a nie tylko do 15:00 :)

Dzień szósty – czwartek 9.06
Kolejny deszczowy dzień… na szczęście buty wyschły po wtorku, więc mogłem zmoczyć je znowu :D Ale plan jest plan, trzeba wykonać ;) Kolejny autobus i tym razem nad Wimbachklamm – wstęp 2€ (z kartą gościa). Nawet się zastanawiałem czy wejście będzie otwarte/możliwe w taką pogodę… ale nie byłem jedyny (choć ludzi było mało, tak mało że prawie jakbym był sam, co też znowu ma tą zaletę, że zdjęcia lepiej wychodzą :D no i mogłem się przejść tam, z powrotem i jeszcze raz tam zanim wyszedłem przez bramkę ;) tłoku nie było). To też jest piękne miejsce i zdecydowanie warto je zobaczyć. Dużo małych wodospadzików wygląda super. Stamtąd w kolejne miejsce doszedłbym i pieszo, aaale nogi trzeba oszczędzać, poza ty pada, więc autobus i dalej do Ramsau. To takie sobie miasteczko, które jednak ma pewien kościółek, z którym układałem kiedyś puzzle i koniecznie chciałem zobaczyć :) W ogóle myślę, że to super pomysł odwiedzać widoki z puzzli i będzie to chyba moje nowe hobby :D Niestety tego widoku nie udało mi się sfotografować dokładnie takiego samego jak na puzzlach, bo musiałbym chyba wejść na pole… wszedłem więc i zrobiłem zdjęcie tylko tak daleko jak mogłem. Tam już postanowiłem zatrzymać się w jakiejś kafejce, która zrobiła na mnie sympatyczne wrażenie i zjeść… Apfelstrudel! (ciepły, podobno domowy, z lodami waniliowymi i bitą śmietaną, do tego wziąłem czekoladę do picia ze śmietaną = 10,70€), no bo trzeba posmakować kuchni tradycyjnej :D I cóż mogę powiedzieć… ciasto dobre! :D nie no, umówmy się: tak jak nie ma niedobrych lodów, tak nie ma niedobrych deserów, ale jabłka to po prostu nie są moje ulubione owoce, więc ciasta z nimi nie są moimi ulubionymi ciastami, a jak już to ciasta z musem jabłkowym, a te jednak były w kawałkach… ale i tak dobre! :) Stamtąd dalej tą samą linią autobusową nad ostatnie jezioro: Hintersee. I cóż, przy pogodzie byłoby pewnie ładniejsze, ale deszczowa aura też ma swój urok. Obszedłem je naokoło i poszedłem na autobus powrotny. Z Berchtesgaden pojechałem jeszcze, tym razem autobusem, znów nad Königssee, bo chciałem tam kupić sobie jeden kamień – kamień słoneczny i zjeść Keiserschmarrn! (jedno z moich najulubieńszych dań, a pochodzi z tamtych rejonów ;) w sumie początkowo chciałem jeść je codziennie, ale wyszło jak widać tylko raz). Najpierw chciałem zjeść w restauracji… ale bary były tańsze i też miały niezłą opinię, a poza tym serwowali Kaiserschmarrn z powidłami śliwkowymi, a nie tylko musem jabłkowym (ja ogólnie najbardziej lubię z sosem waniliowym albo tylko cukrem pudrem, no ale wiecie, pamiętacie z wyżej: wolę śliwki niż jabłka ;) ), do tego lemoniada cytrynowa (bo głupio jeść na sucho, a to było najtańsze poza wodą :D razem: 11,60€). Chciałem też kupić precla na wieczór lub dzień następny ale nie było tego straganu na który liczyłem, więc odpuściłem. Potem już wróciłem na kwaterę, miałem jeszcze zapłacić za pokój dzień przed odjazdem (ja ogólnie wolę płacić od razu, ale tu jakoś tak wyszło, że zapłaciłem dopiero w czwartek).

Wimbachklamm:

Ramsau:

Hintersee:

Dzień siódmy – piątek 10.06
Wstałem z okropnym bólem głowy, nie wiem czy to po wieczornym piwie (które wcale mi nie smakowało, niesmaczne mają te lokalne piwa, a przynajmniej te dwa, których próbowałem) czy krzywo spałem… Na szczęście potem przeszło. Przed 10:00 się zebrałem i ruszyłem w kierunku Regensburga (Ratyzbony). Wyjazd z gór znów męczący, takie kręte drogi to nie dla mnie. Jechałem w kierunku Regensburga (Ratyzbony) nie będąc jeszcze pewnym czy w ogóle zatrzymam się na zwiedzanie… Po drodze zatrzymywałem się na kilka zdjęć widoków – m.in. na Zamek Burghausen – wow, robi wrażenie, też by było fajnie kiedyś zwiedzić! :) W końcu dojechałem nad Walhallę – trochę dalej niż dedykowany jej parking, jest parking darmowy do 3h, co jest wystarczająco żeby tam pospacerować (a jeszcze bliżej budowli były nawet, choć mniejsze, takie na darmowe 4h :D no aale ja chciałem zobaczyć też ruiny zamku, więc stanąłem na tym bliżej ruin). Stamtąd widoki też są piękne, znad Walhalli też. Co do samej budowli, to większość nie poleca wchodzić i twierdzi, że za 4,50€ nie warto. Ja wszedłem, bo to słowo („Walhalla”) przyśniło mi się jeszcze zanim dowiedziałem się że istnieje taka budowla, więc uznałem że powinienem zwiedzić ją lepiej ;) z resztą to nie drogo. Czy było warto? Dla mnie tak, to ładny budynek też w środku, a że spędza się w nim max kilkanaście minut, to cóż… ;) dla większości ludzi chyba faktycznie nie będzie warto.
Jednak nie miałem dość zwiedzania, więc do Regensburga/Ratyzbony też zajechałem. Parking P+R jest faktycznie nieźle napchany (jak porównać to z niemal pustym w Stuttgarcie… no ale kto by chciał jechać do Stuttgartu XD ;) ), ale na końcu udało mi się znaleźć wygodne miejsce, a kilka innych wolnych też było i ruszyłem do miasta. Stare miasto faktycznie nie jest jakoś bardzo rozległe, więc można je spokojnie obejść na nogach. Miasto zaskoczyło mnie na plus! Nie spodziewałem się, że będzie aż tyle ciekawych budynków, kurcze, podobało mi się chyba bardziej niż Salzburg :) Warto zobaczyć. Pochodziłem do zachodu słońca, kupiłem 2 widokówki (ale to jak wszędzie – już nawet nie wspominałem ;) ), Quarktasche (też bardzo smaczna, choć ta z Salzburga była lepsza) i lody (dwie gałki: lemon cheesecake i wanilia, plus gratis mała na spróbowanie owoce leśne), lody w Stenz, niestety nie mieli żadnych ciekawszych smaków ale za to lody ładnie podane – na górze wbity wafelek z logiem firmy ;) (również niestety nie pamiętam za ile była gałka, może 1,60€? tak policzę do rachunków…). W Mieście zostałem do zachodu słońca, który ładnie oświetlił nadbrzeże rzeki. Taki też był plan żeby potem wyjechać na autostradę i od razu na parking spać, bo do kolejnego celu miałem tylko jakieś 130km. Tak też zrobiłem (i nie bardzo miałem inne wyjście, zgasło mi prawe światło w samochodzie, ciężko by to było wymienić nocą na parkingu… w sumie w końcu dojechałem tak do domu /w Niemczech nie ma obowiązku jechać ze światłami w dzień/, za to następnego dnia pod domem to już żadna z przednich żarówek się nie paliła :D ). Tego dnia zrobiłem jakieś 380km.

Dzień ósmy – sobota 11.06
Kiedy się już wyspałem (a wyspałem się, co najmniej 7 godzin spałem, nawet chyba dłużej z przerwami, bo fakt że się od czasu do czasu budziłem i w trakcie nocy jednak trochę ubierałem, aaale dwa koce i bluza i nie zmarzłem ;) potem się z resztą zaczęło robić gorąco… Przed kolejną atrakcją też się wahałem, bo… dużo tego, no nie? ;) Ale jak już jestem w rytmie wycieczek i zwiedzana, to nie mam ochoty kończyć, więc jeszcze odwiedziłem jaskinię Diabła w Pottenstein – wstęp 7€ ale parking pod nią też 2€ (za 2,5h co jest wystarczająco na samą jaskinię nawet jeśli trzeba czekać aż się zbierze następna grupa, bo wstęp tylko z przewodnikiem). Miejsce ciekawe, 7€ to w porządku, ale 9€… no jeszcze ujdzie ;)
A potem ruszyłem już do domu. Pomyślałem jeszcze o Bayreuth i/lub Bambergu… aaale mógłbym tak w nieskończoność, a kiedyś w końcu trzeba wrócić do domu (i lepiej by było o takiej porze żeby jeszcze znaleźć miejsce parkingowe :D ). Pewnie jeszcze wrócę w te strony ;) Tego dnia zrobiłem 662km, a łącznie podczas całego wyjazdu 2148km…

Jeśli miałbym wycieczkę ocenić tak ogólnie… to może Wenecji nie przebija, ale prawie dorównuje! :) Naprawdę było fajnie, tam też jest pięknie i też pewnie będę chciał tam jeszcze kiedyś urlop spędzić i może jeszcze pochodzić po górach :) (bez plecaka i w koszulce bez plastikowego logo z przodu! XD ). A gdyby ktoś się zastanawiał: tam jest zdecydowanie ładniej niż nad Jeziorem Bodeńskim ;) (ale oczywiście oba miejsca warto zobaczyć, w ogóle cały świat warto zobaczyć, ale czy muszę o tym mówić? :) ).
P.S. – Ha! Osiem dni zwiedzania i tylko pięć noclegów płatnych – da się! :D

Podsumowanie kosztów:
– paliwo: w trasie to około 170€, niestety nie pamiętam czy ruszając miałem pełen bak, ale pewnie tak, albo prawie, to trzeba z 230€ łącznie policzyć… to jest drogo… (to już lepiej Flixbusem do Wenecji pojechać, taniej XD /i nie trzeba samemu prowadzić/ ),
– nocleg: 268€ (10€ zwrotu na Check24, taka promocja, więc może 258€ powinienem policzyć ;) ),
– wstępy, przejazdy, parkingi itp.: 48,50€
– pamiątki (widokówki + inne ale nie żywność): 3,50€ + 9,20€ = 12,70€
– żywność (pamiątki/prezenty + lody + inne): 12,60 + 10,40€ + 45,40€ = 68,40€
Łącznie: ok. 620€ …noo… prawie jak Włochy ;) a jak to zliczyć razem to 1300€ mnie w tym roku wycieczki kosztowały… ogromna suma jak tak spojrzeć… z drugiej strony niektórzy (np. koledzy z pracy) wydają tyle na samą (i to jedną) wycieczkę na jedną osobę (a jadą np. z rodziną), więc… chyba i tak jestem dość budżetowy :D (nie mówiąc już o tym, że na plaży w Turcji All Inclusive nie przeżyje się tyle co ja! ;) ).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Włochy: Piza, Florencja, Wenecja (23-30.04)

Jak zwykle obiecałem sobie zaplanować podróż wcześniej (bo że będzie w kwietniu, to już w grudniu zaplanowałem – pomyślałem że to dobry miesiąc na Włochy) i jak zwykle tego nie zrobiłem… (przestaję sobie obiecywać skoro obiecywanie nic nie daje, widocznie tak musi być, że nadwyrężam zdrowie i portfel i planuję wszystko na ostatnią chwilę, z resztą może co za różnica skoro ostatecznie wszystko fajnie się udaje, a po latach i tak się nie pamięta, że można było /być może/ oszczędzić ze 30€ na hotelu). Mimo tego zwlekania tym razem jednak przed wyjazdem byłem dosyć podekscytowany i chciało mi się jechać :)
Tak sobie zaplanowałem, że najpierw tydzień urlopu w PL, potem powrót (w czwartek miał być, w końcu był w nocy z czwartku na piątek) i w sobotę krótko przed 10:00 Flixbusem do Florencji. To znaczy od siebie do Monachium Flix-pociągiem, a z Monachium do Florencji Flixbus (na jednym bilecie). Na miejscu miałem być o 6:45… oczywiście dnia następnego. Nocą poprzedzającą wyjazd w ogóle nie spałem, bo nie miałem czasu :P Czasu, ale też pomyślałem, że jak nie prześpię nocy, to będę zmęczony i dzięki temu znaczną część tych około 21 godzin prześpię – to się nazywa efektywne wykorzystywanie czasu! ;) Tak też zrobiłem (no prawie, nie obyło się bez godzinnej drzemki w nocy) i faktycznie poszło świetnie, bo dużo spałem w podróży i nie przeszkadzało mi nic (nic typu pasażerowie czy zapowiedzi kolejnych przystanków).
Aha, przed wyjazdem trzeba było wypełnić deklarację wjazdu, no i być zaszczepionym (lub „przechorowanym” lub mieć test), a jako że we Włoszech korzystają głównie z aplikacji Green Pass do sprawdzania certyfikatu szczepienia, taką też zainstalowałem żeby nie komplikować.

Niedziela 24.04 – Florencja, Piza
Flixbus do Florencji przyjeżdża w miejsce które się nazywa Villa Costanza i jest trochę odległe od centrum ale nic to – dwie linie tramwajowe dość łatwo ogarnąć, bilet jednorazowy 1,50€ (tak tanio, że nie opłaca się kupować dobowego), był trochę problem bo początkowo widoczne automaty do zakupu biletów nie działały, ale nie tylko ja miałem z tym problem, więc szedłem po prostu za tłumem i podsłuchiwałem o co jedni drugich pytają w języku jakimkolwiek :D Serio, jeśli też nie lubicie sami pytać albo działać na oślep, to podsłuchiwanie się sprawdza, wielokrotnie w tej podróży ogarnąłem coś tylko dlatego że podsłuchałem :D nawet jak zrozumiałem tylko kilka słów, raczej załapałem o co chodzi.
Krótko po 7:00 na hotel było oczywiście dużo za wcześnie, ale na ten dzień planowałem pojechać do Pizy, no bo to obok Florencji, no więc tak – być obok i nie zobaczyć Krzywej Wieży?! ;) Wcześniej w internecie obadałem, że Flixbusem to nie wyjdzie ale pociągi na trasie Florencja-Piza kursują wiele razy dziennie, a bilety można kupić w automatach. Tak też zrobiłem i Boże, dzięki ci za te automaty! Dzięki nim zakup biletu jest prosty i bezstresowy :) no prawie, bo jak wybieram język inny niż włoski, to najpierw automat mówi (tak normalnie, głosowo i jeszcze w cholerę głośno) w danym języku, żeby uważać na kieszonkowców i coś tam jeszcze – i już wszyscy wokół słyszą że nie kupujesz po włosku :D (ale nie wiem, może po włosku też mówi tylko nie zwróciłem uwagi jak kupowali inni). Bilet z Florencji do Pizy kosztował 8,70€, więc też spoko. I to by było na tyle jeśli chodzi o to, co udało się prosto :D Nie obyło się bez problemów, bo pociąg zamiast przyjechać np. na peron 5 – tak jak w rozkładzie, to przyjechał na peron 1A… problem polega na tym, że główne perony na dworcu Santa Maria Novella kończą (albo zaczynają?) się od 5…, a przed nim pisze nawet „nie ma przejścia”, więc trochę musiałem się nawyglądać żeby dostrzec, że trzeba iść na 5 bo z niego są korytarze do tych wcześniejszych. Potem jeszcze kasowniki nie działały, przynajmniej na tym peronie (we Włoszech trzeba skasować bilet kolejowy zanim się wsiądzie do pociągu), zapytałem jakiejś kobiety (po angielsku), ona konduktora (po włosku) i przekazała mi, że to nie problem, bo przyjdą (?) nikt nie przyszedł, nikt nie sprawdzał ani tam ani z powrotem biletów na całej trasie :D
Podróż do Pizy trwała około godzinę, po drodze wyczaiłem że jeśli pociąg powrotny będzie jechał tą samą trasą (jechał) i jeśli wysiądę przystanek wcześniej (Rifredi), to do mojego hotelu dojdę nawet na pieszo, a jeszcze po drodze Lidla zaliczę! ;) W Pizie było ładnie… a potem zaczęło lać przeokropnie, tak że prawie przemokły mi buty… (ale plecak dał radę! Niezły jest nawet bez pokrowca!), na szczęście potem znowu wyszło słońce i równie szybko buty wyschły – to nie Niemcy jednak, gdzie w zeszłym roku w Rothenburgu o.d.T. cały dzień chodziłem w mokrych :D włoskie słońce jednak już w kwietniu potrafi przygrzać ;)
Krzywa Wieża i cały zespół katedralny to bardzo wdzięczne obiekty, na które przyjemnie się patrzy, nie chciało mi się stamtąd odchodzić :) niestety usiąść też nie ma gdzie (co jest dość normalne we Włoszech chyba, jak się później miałem przekonać…). Na samą wieżę nie wchodziłem, bo nie wydaje mi się to warte 18€ – no bo zapłacić tyle tylko po to żeby chyba móc się pochwalić że się było na wieży ;) no raczej nie dla mnie (chociaż przyznaję, że się wahałem :D ). Wszedłem jedynie do katedry, gdzie wstęp był darmowy (w tej to właśnie kolejce najbardziej zmokłem) – tu jeszcze była taka akcja, że w internetach piszą (i tam na tablicach z resztą też) że trzeba pobrać z kasy darmowy bilet… a przy kasie pani mówi, że bez biletu można wejść (kurcze, o tym samym chyba rozmawiali przy wejściu, ale tego to już nie zrozumiałem z podsłuchiwania :D ). Ludzi dużo i tak, naprawdę większość chyba robi sobie te zdjęcia z podpieraniem wieży ;) (bosz, jakie oklepane mi się to wydaje :D ). Potem jeszcze poszedłem zobaczyć ten słynny mural „Tuttomondo” i na lody (polecane w internecie… teraz już nie umiem inaczej podróżować jak z tymi poradnikami co zobaczyć i co gdzie zjeść ;) ). Lody były za 3€ trzy smaki, wybrałem ciasteczkowy, biała czekolada i śmietankowe. Bardzo dobre ale już nie pamiętam w której lodziarni. No i oczywiście kupiłem dwie widokówki ;)
Dodać jeszcze może warto, że w Pizie w wielu miejscach jest darmowe publiczne wi-fi (wi-pi, gdzie w miejscu „i” jest rysuneczek wieży :P ) i dopóki się jest w jego zasięgu, działa to całkiem nieźle, śmiga bardziej niż mój internet komórkowy tam, bo niestety zasięg komórkowy to miałem tam kiepski (na niemieckiej karcie, bo na polskiej to już w ogóle prawie go nie było).
Powrót do Florencji był podobny jak droga stamtąd, tylko tym razem udało się skasować bilet ;) Wysiadłem na Rifredi i poszedłem na zakupy do Lidla. Tam kolejna niespodzianka – wziąłem sobie dwie bułki z pieczywa i zadowolony spakowałem je do jednej torebki (tak jak to robię w Niemczech)… ale tak patrzę, że obok jakaś waga stoi i ludzie sobie to pieczywo ważą oraz drukują etykietki. WTF? Biorę dwie bułki, sprzedawane na sztuki, i jeszcze muszę sam sobie wydrukować etykietki, bo przy kasie tego nie ogarniają? Dziwne zwyczaje :D Zwątpiłem i tak patrzę co robią inni… myślałem nawet żeby kogoś zapytać i się upewnić, ale w końcu skorzystałem z internetu (zaprawdę powiadam Wam, cudny wynalazek dla fobików społecznych itp. ;) ), znalazłem że tak, we Włoszech trzeba sobie albo zważyć, albo to co jest na sztuki też oetykietować… na szczęście było to dość intuicyjne mimo mojej nieznajomości języka. Tylko szkoda trochę, że zużyłem dwie torebki zamiast jednej ;) Potem do hotelu. Mój hotel nazywał się: „B&B Hotel Firenze Nuovo Palazzo di Gustizia” i jak zwykle wybrałem go, bo był jednym z najtańszych z własną łazienką i nie był tak całkiem brzydki ;) (i można było zapłacić online, bo nadal wciąż nie załatwiłem sobie karty kredytowej…). W sumie był w porządku… ale było głośno. Nie tylko że słyszałem sąsiadów, którzy pierwszego poranka chyba się wyprowadzali, ale jeszcze słyszałem sprzątaczki… Także w tym hotelu to się akurat wyspałem niezbyt dobrze (byłem tam dwie noce) ale poza tym jestem zadowolony. Dodatkowo drzwi do pokoju otwierane na kod, więc przy wymeldowaniu nie trzeba przechodzić przez recepcję (no bo niczego nie trzeba zostawiać) – wygodne.
Hint, hint: jak już znajdziecie hotel, który się Wam spodoba na booking.com czy tam czymkolwiek innym, spróbujcie poszukać też prywatnej strony hotelu – ta sama rezerwacja zazwyczaj będzie taniej w przeciwieństwie do tego co próbują Wam wmówić strony pośredniczące (jak wspomniany booking) :P Tak zrobiłem, było taniej. Hotel kosztował mnie 143€ za dwie noce (+podatek turystyczny ale to już na miejscu, 9€ za dwie noce we Florencji).

Poniedziałek 25.04 – Florencja
Od rana dzień zaplanowany był na zwiedzanie miasta. Elegancko sobie sprawdziłem skąd najlepiej wziąć i co (okazało się, że tramwaj, tylko nimi w sumie we Florencji jeździłem ale przynajmniej nietrudno było ogarnąć), noo ale znów: co ja bym bez nawigacji w telefonie począł… Powiem Wam co bym począł: nigdzie bym nie pojechał i nic nie zwiedził bo za trudne ;) No więc wziąłem ten tramwaj, przejść trzeba było trochę za hotelem, na lewo i prosto do przystanku (a przynajmniej tak tą trasę zapamiętałem :D ). W tramwaju spostrzegłem, że telefon mi się wyłączył – gdyby coś mu się stało, byłoby to straszne (w plecaku miałem stary, jako rezerwę, no ale na nim nie miałem map Włoch i chociaż nawigacja i tak większość bierze z internetu w czasie rzeczywistym, to by nie było takie łatwe na niezaktualizowanym telefonie…), na szczęście chyba tylko się restartował, bo za chwilę wszystko wróciło do normy. Ale że też akurat w czasie wycieczki musi mi robić takie niespodzianki bez zapowiedzi ;)
Szybko się jednak zorientowałem, że choć grzecznie wziąłem power bank, to… już nie pierwszy raz… zapomniałem kabla :[ Niemal popsuło mi to humor na cały dzień, a w końcu stwierdziłem, że skoro ciągle go zapominam, to nie ma rady – muszę kupić dodatkowy i kupię go dziś, nie ważne za ile, najwyżej będę miał drogą pamiątkę z Florencji, za to praktyczną i już nigdy nie zapomnę kabla, bo będzie wciąż z power bankiem… W końcu kupiłem kabel w sklepie „wszystko po 0,99€” no i mam tą praktyczną, do tego tanią pamiątkę :D
Chyba dlatego, że Włosi mają święto 25.04, ludzi było tyle, że nie widziałem takich tłumów od czasu covida ;) a jak zobaczyłem tą kolejkę pragnącą wejść do Santa Maria del Fiore… uu, to powiem Wam, że niewiele kolejek jakie w życiu widziałem się może z nią równać :D Mnie samemu się odechciało – kolejka na godziny czekania…
Nie będę może wymieniać co widziałem, Florencja to nie Piza ani Rzym – nie ma Krzywej Wieży ani Koloseum, więc nie ma niczego co by na całym świecie było rozpoznawalne ;) mimo to każdy może sam sobie sprawdzić co zwiedzić we Florencji (jako i ja sprawdzałem ;) jak zawsze robię planując zwiedzanie…), w każdym razie widziałem wszystko ;) Zrobiłem wg. Steplera ponad 20 kilometrów (prawie 23 podobno). Po południu udałem się na Piazzale Michelangelo, gdzie zostałem do wieczora oglądając widok na Florencję. Wieczorem w drodze do hotelu zjadłem lody w Antica Gelateria Fiorentina (też 3€ aczkolwiek za 2 smaki…, aha – wcześniej tego dnia też już jadłem lody, w innej polecanej lodziarni ale też już nie pamiętam której) i pizzę z Pizzeria Da Michele. Tylko z tą pizzą to jest tak, że we Włoszech płaci się „za obsługę” jak się je na miejscu – dla mnie to zbędny wydatek (i żeby to jeszcze z 1-1,50€ było, a to najczęściej już jest 2€…), mogę przecież zjeść na wynos. Tylko we Florencji jest tak, że nie można usiąść na ulicy i jeść, choć z tego co mi wiadomo, zakaz obowiązuje tylko do 22:00, a było już po, więc chyba mogłem :D ale ja i tak nie chciałem siedzieć i jeść, chciałem iść i jeść! :D i tylko o jednym nie pomyślałem… – oni tam pizzy nie kroją… (najpierw myślałem że może na wynos nie kroją właśnie po to by ludzie na ulicy nie jedli, ale nazajutrz przekonałem się, że nie o to chodzi), w związku z czym jedzenie w drodze w ogóle nie było wygodne i ręce miałem wymazane sosem ;) ale większą połowę i tak w tej drodze zjadłem! :D Nic to, ruszyłem do hotelu niezwykle pewny siebie lecz gdy już wsiadłem do tramwaju, zaś mój telefon utknął gdzieś poniżej 3G, a w dzisiejszych czasach na takim zasięgu to mi nawet wyszukiwarka nie działa, nie mówiąc już o nawigacji… No to skoro nie wyszukam trasy i dokładnego przystanku, na którym mam wysiąść, usiłowałem sobie przypomnieć jakie przystanki mijałem i gdzie wsiadłem w drodze z hotelu, ale ciężko :P Swoją drogą nie pojmuję dlaczego do wyszukiwania drogi komunikacją miejską jest koniecznie ten internet potrzebny – kij z tym czy godziny będą aktualne, mogłoby chociaż bez internetu trasę i przystanki pokazywać, to się przecież nie zmienia… W końcu udało mi się odzyskać internet przełączając transmisję danych między kartami sim (i z powrotem), także jak macie dual sim, to jest to skuteczna opcja na to, żeby telefon złapał mocniejszy zasięg kiedy utknie na jakimś słabym ;) (choć może pomoże też tryb samolotowy na chwilę?) Skoro mi się to udało, szybko wyszukałem hotel: „B&B City Center…” – to nie ten, jest kilka „B&B” hoteli we Florencji, wiedziałem że ten w centrum jest i mój… wiedziałem gdzie mniej więcej mój jest, pamiętałem ulicę: Alessandro Guidoni, znalazłem, jadę. No spoko, droga jak zapamiętałem… no mniej-więcej… doszedłem do hotelu, szyld jest… a tam taśmy i „Covid cośtam closed”… i pusto i głucho. W pierwszej chwili mnie zamurowało i myślę sobie że co tu się stało od rana :D ktoś chory i zamknęli? i co ja mam robić? A potem jednak mi zdrowy rozsądek powrócił i zauważyłem, że chyba jednak nie całkiem tak mój hotel wyglądał ;) jakoś nie aż tak na rogu… a poza tym chybaby ktoś zadzwonił… a w ogóle gdzie ja jestem?! Alessandro Guidoni 101? eee, czyli jednak nie tutaj – no kamień z serca :D wróciłem się te kilka numerów i pod numerem 87 zastałem mój hotel taki, jak rano ;) Tak to jest jak człowiek tylko zerknie… ale też nie widziałem wcześniej, że dosłownie kilka numerów dalej jest hotel tej samej sieci… a przynajmniej był, bo może całkiem przez covid zamknęli, nie wczytywałem się ;)

Wtorek 26.04 – Florencja
Tego dnia opuściłem już hotel. Chociaż nie musiałem, i tak chciałem na recepcji zameldować, że wychodzę ale skoro akurat nikogo nie było, to się faktycznie nie pożegnałem. ;) Wiedząc wcześniej, że będę mieć taki czas, w którym będę musiał chodzić z bagażem, zapakowałem się tylko w taki standardowy plecak 42x30x20… trochę było ciężko się zmieścić ale udało mi się i nie żałuję – jasne że wolałbym więcej rzeczy wziąć, ale jednak wygoda i mobilność są ważniejsze :)
Ponieważ już właściwie wszystko miałem zwiedzone (poza tą bazyliką ale kolejka, choć może trochę mniejsza niż wczoraj, i tak mnie odstraszyła, tym bardziej jak poczytałem że aby wejść na kopułę to muszę kupić bilet na kilka atrakcji co kosztuje 30 Euro… no nie, to aż tak mi nie zależy ;) za taki bilet trzeba by zwiedzić te wszystkie atrakcje, a na to już nie miałem czasu), tego dnia chciałem więcej odpoczywać, może w jakimś parku posiedzieć… A może jednak Palazzo Vecchio odwiedzić? Generalnie nie miałem planów odwiedzać żadnego muzeum na tym wyjeździe, bo… bo mi chyba obrzydły po tych w Grecji :D znaczy one były bardzo interesujące… tylko wtedy to było za dużo i nogi miały dość ;) a to nie Luwr czy muzea watykańskie, nie muszę odwiedzać każdego muzeum na świecie ;) no ale skoro mam cały dzień… Przejazd do Wenecji zaplanowałem sobie na noc, ponieważ sprytnie sobie obmyśliłem że oszczędzę dzięki temu na jednym noclegu, śpiąc w drodze w pociągu tą jedną noc :P poszło to tak sobie ale o tym zaraz :D Chciałem odpocząć, pourlopować, dzień był pogodny (jak wszystkie kolejne, poza tą pierwszą niedzielą, nie padało już wcale), ale parki daleko, najbliżej park różany u podnóża Piazzale Michelangelo, więc znów tam wróciłem. Posiedziałem, podrzemałem, a potem popołudniem wróciłem do miasta. Chciałem jednak odwiedzić Palazzo Vecchio i tak to sobie czasowo zaplanowałem, że skoro jest do 22:00 czynne, to o 18:00 jak pójdę, będzie spoko. Zaszedłem nawet wcześniej, bo o 17:30, a tam patrzę, tylko do 19:00 :( (bez sensu, wszystkie strony podawały 22:00, nawet oficjalna) i znowu: jak mam płacić 12€, to 1,5 godziny to dla mnie za mało. Z resztą ja do muzeów nie chodzę na 1,5 godziny tylko na 4 to tak minimum ;) no chyba żebym zapłacił tylko po to żeby móc powiedzieć że tam byłem… ale znowu: to bez sensu. Nie poszedłem. Cóż, widocznie naprawdę miało tak być, że nie odwiedzę tym razem żadnego muzeum ;) Poszedłem jeszcze tu i tam, do fontanny z dzikiem na przykład bo ją dzień wcześniej jakoś przeoczyłem, potem na dworzec sprawdzić mój pociąg, gdyż mianowicie wyszukałem sobie taki krótko po 2:00, który do Wenecji miał zajechać trochę po 6:00 rano – czasowo spoko, wszystko idealnie. Poszedłem do automatów sprzedających bilety, pociąg był choć „wyglądał” trochę inaczej niż inne na liście… A na rozkładzie jazdy wyglądało jakby między 1:00 a 5:00 nie było żadnego pociągu, co trochę mnie zdziwiło, no ale nic… Wieczorem poszedłem na pizzę na dworcu (bo to też jedna z polecanych miejscówka) – Fratelli Cuore, ale pomny tych niezgodności godzinowych, tym razem poszedłem wcześniej i całe szczęście, bo już nie jest otwarta całodobowo tylko z tego co pamiętam do 21:30… Tam już postanowiłem zjeść na miejscu (żeby też gdzieś się podziać przez jakiś kolejny czas ;) ), czego jednak pożałowałem – pizza 7,50€ co jest spoko, 2€ za „obsługę” no cóż, też ujdzie skoro musi ale pół litra Coli za 4€ już nie… gdybym wiedział, darowałbym sobie tą Colę (miałem Colę z Lidla, mogłem wypić po kolacji – 3 razy więcej za 1/6 ceny). Aha i lody znów w Antica Gelateria Fiorentina (za każdym razem inne smaki). I widokówki, 2 za 1€.
A teraz przechodzimy do najbardziej emocjonującej części tego dnia ;) Po całym dniu w końcu i mi zachciało się sikać… i nie było otwartej toalety. Toalety na dworcu są o 20:00 zamykane. Tak, dobrze czytacie – toalety na dworcu we Florencji są zamykane na noc. Na mieście też raczej, bo żadnej nie znalazłem. Już zacząłem się zastanawiać czy pojechać na lotnisko (to koszt…) czy może jednak podjechać do jakiegoś miasta po drodze tylko po to żeby w pociągu pójść do toalety, czy może iść gdzieś do parku ;) – co w moim przypadku, wiadomo, byłoby bardzo niewygodne ale skoro mają taką durną politykę, to serio miałem ochotę sikać im tam gdzieś w publicznym miejscu na złość. Uważam że w takim przypadku obsikiwanie ulic jest uzasadnione, a nawet wskazane. Co to w ogóle za pomysł żeby nie było w nocy żadnej publicznej toalety otwartej?! :[ W końcu wymyśliłem McDonald’s! :D byłem wprawdzie pełen po dużej kolacji ale cóż, kupiłem śniadanie ;) To nie koniec przygód… do WC pobłądziłem, bo to duży lokal :D niby nic ale tam zaraz obok nie wolno było wchodzić i sprzątacz patrzył się dziwnie zanim mu powiedziałem, że do toalety chciałem. W jednej kabinie nie było zamka, w drugiej papieru ani wieszaczka na torbę ale jak już tam wszedłem… niewygodnie. Co jeszcze zabawniejsze: w trakcie całego wyjazdu NIKT nie zapytał mnie o Green Pass… nikt za wyjątkiem ochroniarza w tym McDonald’s, tym do którego wszedłem tylko po to żeby się wysikać :D (i jeść nie miałem zamiaru wcale, a jedynie zabrać zamówienie z sobą na śniadanie). Potem wróciłem na dworzec i chciałem bilet w końcu kupić, a tu automaty nie działają (kasy już dawno nie), na tablicy elektronicznej też jakoś brak pociągów do 5:00 rano oprócz jednego czy dwóch przed 1:00… no to dalej za komórkę i sprawdzam co jest, ostatecznie złapię Flixbusa… już zacząłem się zastanawiać czy nie zmienić tych swoich planów, Flixbusa przynajmniej znam i umiem kupić bilet przez internet… no ale Flixbusem będę za szybko, a ja chciałem w drodze spędzić trochę czasu żeby przynajmniej coś pospać… no ale jak mam tu utknąć do rana to jeszcze gorzej… no ale pociąg był taki jak sobie zaplanowałem, tylko nie z tego dworca :D No faktycznie, że może z domu to widziałem i sprawdzałem nawet ten drugi dworzec… a potem musiałem jakoś zapomnieć, mocno zapomnieć… znów zacząłem rozważać Flixbusa no bo jakiś akurat odjeżdżał z tego (choć nie wiem w którym dokładnie miejscu a miał być już zaraz), no ale musiałbym w Bolonii czekać jeszcze dłużej, a 2 Flixbusy oddzielne to jeszcze mniej snu… ale nic, mamy Here We Go, w pół godziny znalazłem się na właściwym dworcu (Campo Marte – ale wiecie, też nie tak lekko – na autobus trzeba machać, dobrze że nie tylko ja wsiadałem, potem trzeba pilnować przystanku… poszedłby na pieszo gdyby nie fakt, że 3km o północy we Florencji z buta, to może nie jest najlepszy pomysł…), no ale dojechałem, doszedłem, kupiłem bilet (tam automaty działały, no ale musiały działać skoro stamtąd pociągi odjeżdżały nocą także), siedzę z 2 innymi osobami w poczekalni zadowolony że tu nawet przytulnie i spokojnie można poczekać… przyszła ochrona zamknąć dworzec i nas wyprosili XD ale przynajmniej na zewnątrz WC na monetę było! WC na wagę złota w tym kraju :D przynajmniej nie mam problemu czy iść – doceniam że w ogóle jest gdzie iść XD
Jak się zaczęła zbliżać godzina pociągu, czekam z peronu 3 jak widnieje na rozkładzie, potem coś mówi megafon z czego zrozumiałem tylko „quatro”, czyli końcówkę numeru mojego pociągu :P jak bym się lepiej wsłuchał, to może bym jeszcze „5” zrozumiał (ale i tak bym nie wiedział do czego to przypiąć), bo oczywiście wszystko po włosku, no jakżebym mógł oczekiwać angielskiego… Ale tak patrzę że jakaś kobieta z pasażerami rozmawia, inni gdzieś poszli, to się zbliżyłem i słucham że chyba ich skierowała na piąty peron, potem zapytała mnie (najpierw po włosku, potem po angielsku, przynajmniej konduktorzy tam znają angielski całkiem dobrze) o bilet, coś tam sprawdziła i kiwnęła że dobrze, upewniłem się, że z piątego? Tak. Ok, przeszedłem, przyjechał, dojechałem (rozbieżność godziny dojazdu nie pozwoliła mi się dostatecznie wyspać, gdzieś tam była mowa że do Wenecji przyjeżdża wcześniej, ale w końcu przyjechał tak jak było na bilecie i w internecie – około 6:25, tylko że też ludzie – sporo ich i czasem mnie budzili; ale trochę spałem). Ogólnie wieczór i noc były dosyć męczące. Znacie to powiedzenie, że jeśli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie, a jak nie może to też pójdzie… znaczy no może ogólnie wszystko się udało, skutecznie pojechałem na urlop, dużo zwiedziłem itp. ale ja nie wiem czy nie można po prostu zrobić czynnych toalet? Czy na dworcu nie mogą powiedzieć komunikatu po angielsku? Czy pociąg nie może przyjechać zgodnie z rozkładem? :/

Środa 27.04 – Wenecja
Ponieważ nie byłem pewien o której ten pociąg w ogóle zajedzie, a jechał gdzieś dalej, ostatnie 40 minut nie spałem. Można powiedzieć, że wjechałem do Wenecji o wschodzie słońca ;) i było bardzo pięknie od pierwszej chwili. Na sam początek przeszedłem się na Tronchetto żeby sprawdzić gdzie mam w piątek wieczorem przyjść na autobus, do czasu aż będę mógł zameldować się w hotelu miałem dużo czasu, więc wyszukiwałem sobie tak zajęcia ;) Było za wcześnie żeby coś konkretnego zdziałać, więc zjadłem to śniadanie by Mc’Donald’s, trochę się toalety na dworcu naszukałem (ale znalazłem i tej CHYBA nie zamykają na noc…), potem jeszcze trochę posiedziałem w okolicy dworca, aż w końcu ruszyłem na jakieś zwiedzanie. Ogólnie wiedziałem, że tego dnia będę raczej zmęczony, więc dużo nie planowałem… a ściślej mówiąc to wcześniej nie zdążyłem w ogóle nic zaplanować :P (dobrze, że chociaż tej ostatniej nocy w domu zdążyłem zakupić jakiś nocleg, bo to też szło jak po grudzie ;) więc 3 godziny przed wyruszeniem w podróż dopiero kupiłem nocleg na jej drugą część…). Jedynie co przeczytałem o Wenecji, to było na komórce w pociągu z Florencji… No ale to już było coś, dzięki czemu zaplanowałem na tą pierwszą część dnia spacer po części północnej (Cannaregio), po tzw. gettcie czyli starej dzielnicy żydowskiej, aż do zatoki, potem z powrotem… ale byłem już tak daleko, że stwierdziłem, że zajdę aż na most Rialto, więc i tam byłem już pierwszego dnia. Pochodziłem po centrum, zerknąłem na pierwsze wystawy sklepów ze szkłem… na jednej przykuły moją uwagę różne małe szklane stworzonka ;) ale zrobiłem tylko zdjęcie żeby się namyślić… Lody chyba gdzieś tam też zjadłem i okrężną drogą zaszedłem z powrotem do dworca. Na tym etapie nogi już dość bolały i zmęczenie po słabo przespanej nocy w pociągu dało się już we znaki, aaale przecież ja sobie postanowiłem zakupy w supermarkecie i to nie pierwszym z brzegu, a tylko i konkretnie w Desparze który powstał w miejscu starego teatru (Campiello de l’Anconeta), a to znowu było w dzielnicy Cannaregio :D A mój hotel bliżej południowej strony… Około pierwszej dowlokłem się w jego stronę i stwierdziłem, że nigdzie już nie idę, spędziłem następne dwie godziny w parku drzemiąc trochę na ławce do czasu aż mogłem udać się do hotelu. No „hotel” to może określenie trochę na wyrost :D Nocowałem w „Venice Resort Guest House” na Salizada san Pantalon 38, to bardziej kwatera, do której „melduje się” samemu (po prostu zostawiają klucze wg. instrukcji, plus kod do domofonu). To bardziej dom z apartamentami, które są też w dziwny sposób w środku rozplanowane. Mój pokój był na trzecim piętrze, do którego prowadził wąski korytarzyk ze światłem na fotokomórkę… No cóż, pokój wyglądał trochę inaczej niż na zdjęciu ;) W ogóle wybór noclegu w Wenecji to był jak dotychczas mój najtrudniejszy wybór noclegu (i najdłużej trwał, przez kilka dni do tego wracałem i nic ciekawego znaleźć nie mogłem). Wenecja jest droga, tzn. ta część na wodzie, bo część kontynentalna (Mestre) przeciwnie – tam były hotele tańsze nawet niż we Florencji i przez chwilę nawet rozważałem czy by tam nie kupić noclegu, bo hotele były urządzone w nowoczesnym stylu (a takie wolę) no i tam bym nie żałował nawet na 3 noce… aaale jednak, hej! jadę do Wenecji i chcę spać w Wenecji „właściwej”! ;) nawet jeśli tylko dwie noce. Więc znalazłem ten „Venice Resort Guest House” i wybrałem go, bo był jednym z najtańszych i najładniejszych (przynajmniej na tamtym zdjęciu)… Choć jak już wszedłem do mojego pokoju, to zrobił on zdecydowanie gorsze wrażenie :D Strop nisko, okna zasłonięte, główne światło nie działa, a szafa z jednej strony wypada z zawiasu dolnego… no i za bardzo „w stylu weneckim” :D (ale poważnie: chyba nie znajdziecie w Wenecji /poza Mestre/ hotelu urządzonego inaczej… a ja jednak bym wolał w stylu nowoczesnym ;) ). Ale jak przynajmniej odsłoniłem zasłonę, otwarłem drzwi do łazienki, gdzie okna były nie zasłonięte okiennicami (btw. łazienka bardzo ładna, z pewnością remont był nie tak dawno jak remont pokoju ;) ), a drzwi szafy wstawiłem tak jak być powinny, to jednak stwierdziłem w sumie nawet może być ten pokój, nadal uważam że jest ładniejszy niż 90% tego co jest oferowane, no i chyba się polubimy ;) Resztę dnia spędziłem na planowaniu co będę zwiedzał przez kolejne dwa dni, a poza tym byłem tak zmęczony że spać poszedłem nawet wcześnie i przespałem co najmniej 10 godzin… a chyba prawie 12, co mi trochę wpłynęło na plany czwartkowe no ale ;)
Nocleg rezerwowałem przez check24, w tym przypadku akurat nie sprawdziła się porada z kilku akapitów wcześniej – najtaniej było na check24 (no i nie chcieli karty kredytowej…).

Czwartek 28.04 – Wenecja
Miało być jeszcze przed turystami, a było po 9:00, a zanim dotarłem na plac Św. Marka, to już 10:00 była. Po drodze kupiłem croissanty – jeden z „kremem” (to budyń moim zdaniem był), drugi z czekoladą i hmm… ten pierwszy pychota, tan drugi… ogólnie z rzeczami z czekoladą to jest taki problem, że albo to jest czekolada typu nutella, więc smaczna i super, albo czekolada co ma paskudny gorzki posmak czekolady (lody czekoladowe np. taki mają choć lody jeszcze można przełknąć), ten miał taką niedobrą czekoladę… ciężko było dojeść, więcej nie ryzykuję, mogłem wziąć dwa z budyniem, mam nauczkę na przyszłość :P
Bazylika już nie jest za darmo (wstęp 3€) za to można chyba zdjęcia robić – ludzie robili, ja też robiłem, nikt nic nie powiedział, brak szyldów że nie można, no to chyba można. No i można wejść z plecakiem do 40cm (chciałem wejść bez ale przechowalnia bagażu uaktywniana kartą kredytową… której… ech – wiem, obiecałem sobie przed kolejną wycieczką mieć, teraz już będę mieć mimo że tylko do Niemiec jadę, na wszelki wypadek bo nigdy nie wiem kiedy będzie jednak potrzebna :P ), ołtarz 5€, muzeum 7€, darowałem sobie… ale nie darowałem dzwonnicy, bo to widok na Wenecję – 10€. I to właśnie tam na górze, podziwiając widoki, miałem taki przebłysk… jeśli się czasem zastanawiam jaki ma sens życie to ma właśnie taki – żeby tu być, żeby patrzeć na takie widoki! :)
Tego dnia od placu Św. Marka przeszedłem aż na wschodni skraj wyspy i z powrotem dzielnicą Castello aż na północ, a potem znowu do miasta… W „I tre Mercanti” kupiłem sobie szeroko polecane w internecie tiramisu smakowe… (wybrałem smak owocu pasji) i hmm… szczerze to nie powala :D To znaczy dobre jest, jasne, ale 4,50€ to moim zdaniem nie warte :P Potem w „Antico Forno” kawałek „pizzy na grubym cieście”… to bardziej focaccia była i znowu – focaccię kupuję czasem w supermarkecie jak nie mam pomysłu na obiad, jest ok ale bez szału ;) (a już na pewno nie za 4,80€…), ale co kto lubi. No i widokówki (2 za 50 centów i 2 za 30 centów, chciałem tylko te tańsze, bo wolę te mniejsze, ale urzekły mnie też dwie większe, więc cóż ;) ). Wieczorem w hotelu zdałem sobie sprawę, że spiekłem sobie kark, nawet nie wiem kiedy… Cóż, we Włoszech o tej porze roku pogoda jest taka, że jak wieje wiatr, zwłaszcza jak się siedzi w cieniu albo chodzi między budynkami, to człowiek miałby ochotę nie tylko jedną bluzę ubrać, ale może i dwie… ale jak nie wieje i się jest na słońcu, to wali tak że ciężko wytrzymać nawet bez bluz ;) jak u nas latem albo i gorzej… ogólnie trzeba brać krem do opalania! którego ja nie miałem, więc w piątek to już z Buffem na szyi chodziłem (i pewnie wyglądałem jakby mi zimno było, a nie wręcz przeciwnie ;) ).
Około północy wyszedłem raz jeszcze – na inną polecaną pizzę ;) Pizzeria „Pizza al Volo”, kawałek pizzy za 2,50€ i ta wreszcie była bardzo dobra. Wyszedłem w sumie po to by obejrzeć też Wenecję wieczorem… ale wcale nie odniosłem wrażenia, że jest takim bezpiecznym miejscem :P więc poszedłem po prostu po pizzę i z powrotem do hotelu.

Piątek 29.04 – Wenecja

Na ten ostatni dzień zaplanowałem intensywne użytkowanie komunikacji miejskiej ;) Bilet 24 godzinny kosztuje 21€, więc niemało (ale jednorazowy 7,50€, jeśli nie podrożał bo 24 godzinny miał być za 20€…), więc trzeba wykorzystać maksymalnie ;) Zależało mi na przepłynięciu Wielkiego Kanału linią 1 lub 2 – tak jak to jest polecane w internecie, no i odwiedzenie wysp weneckich – najpierw myślałem tylko o Lido, a potem doczytałem i stwierdziłem że Murano też koniecznie. No właśnie, bo Murano znana jest z produkcji szkła i to też chciałem tam obejrzeć, chciałem nawet iść do muzeum szkła na wyspie ale… poczytałem opinie i ludzie pisali że nie ma tam żadnego wow, po prostu kilka sal z wyrobami szklanymi, że za te 10€ (tyle kosztuje bilet) lepiej kupić sobie coś szklanego w pobliskich sklepach, a muzeum szkła w Krośnie jest ciekawsze :D Więc darowałem sobie. Popłynąłem na wyspę, przeszedłem się po niej, odwiedziłem kilka sklepów ze szkłem i kupiłem sobie szklaną miseczkę ;) Bo już dzień wcześniej zdecydowałem, że tak mi się tu podoba, iż chcę coś mieć, jakąś pamiątkę, która by mi o tych pięknych dniach przypominała… Myślałem o świeczniku na podgrzewacze (czyli po prostu małej kwadratowej podstawce szklanej) ale w końcu urzekła mnie ta miseczka – zwyczajna, prosta, szaro-biała (więc pasuje lepiej do wystroju mojego mieszkania niż kolorowa podstawka :P ), kosztowała 8€, gratis dostałem szklanego cukierka ;) (warty 2€) niebrzydki i też szkoda się go pozbywać, będzie jako ozdoba choinkowa ;) Potem ruszyłem na przystanek tramwaju wodnego, a jak już do niego doszedłem… Bo w ogóle są dwa „główne” przystanki: „Murano Colonna”, na którym wysiadłem i tak jak planowałem, przeszedłem się w stronę centrum, do głównego przystanku „Murano Faro”, z którego chciałem popłynąć dalej na wyspę Burano, a stamtąd na Lido – wszystko miało być zaliczone, bo przecież elegancka trasa, wszystko pasuje, idealnie sobie to obmyśliłem! :D No tylko że nie ;) Bo jak doszedłem do Murano Faro, to mnie dosłownie zatkało jak zobaczyłem kolejkę do tramwaju wodnego… Stoję, patrzę, oczom nie wierzę… Nawet zacząłem się zastanawiać czy ja do wieczora stąd wrócę choćby do Wenecji czy już mam przebookować Flixbusa :D Spędzić tutaj teraz kilka godzin na niczym poza staniem w kolejce było tak przygnębiającą wizją, że na szczęście zanim się kompletnie załamałem, wymyśliłem że trudno – wracam na Colonna i płynę do Wenecji, stamtąd wsiądę w tramwaj, w który miałem wsiąść tutaj, ale mam nadzieję, że tam będzie ludzi dużo mniej i już kij z tym że będę tak pływać w tę i we w tę na tej samej trasie :D Już lepiej pływać niż stać w kolejce… Tak też zrobiłem i był to chyba dobry pomysł. Wprawdzie ten prom był z tych większych… ale ci na Murano Faro i tak się wszyscy nie załapali, ja natomiast wsiadając w Wenecji byłem jednym z pierwszych i miałem nawet siedzące :P Także kolejny mój tip: jak chcecie płynąć z Murano na Burano, to lepiej od razu o tym zapomnijcie, lepiej już chyba w odwrotnym kierunku…
Nic no, w każdym razie w końcu dopłynąłem na Burano, wiadomo – obejrzeć i pofocić kolorowe domki ;) Dodatkowo zjadłem lody w, polecanej oczywiście ;) lodziarni „Gellato di Natura”, chyba po 3,40€ były i w porządku ale szczerze mówiąc już nie pamiętam czy powalały czy tylko „w porządku” :D A potem jeszcze kawałek pizzy w pizzerii „Devil”, były tam też jakieś Polki – „To tutaj” – mówią i już się domyśliłem, że czytamy chyba te same blogi z poleceniami :D
Z Burano popłynąłem już zgodnie z planem na Lido, gdzie przeszedłem się na plażę (tą darmową, więc to też kilkaset metrów trzeba było iść), plaża przyjemna, podobno są szafki, mógłbym tam kiedyś przyjechać się wykąpać :) Może kiedyś nawet wezmę sobie nocleg na Lido… bo tak, myślę że tam wrócę (ale o tym za chwilę).
Z Lido, również zgodnie z planem, popłynąłem do Wenecji linią nr 1… Miejsce miałem całkiem dobre, bo przy wyjściu, więc mogłem oglądać budynki na kanale bez szyby i nikt mi nie zasłaniał widoku… no powiedzmy. Oczywiście lepsze miejsce byłoby z przodu lub z tyłu promu siedzące… ale jak Wam się wydaje, że można je tak po prostu zająć (nawet jak się stoi na samym przodzie, a to jest pierwszy przystanek promu), to nie, nie nie, nie! nic bardziej mylnego :D Gdyż po prostu są ludzie, którzy pływają nim tylko po to żeby sobie pooglądać, więc jak przypłynęli tutaj i mieli kiepskie miejsca, to poczekali aż inni wysiądą i oni zajęli te najlepsze miejsca zanim my z brzegu zdążyliśmy wsiąść… No nic, popłynąłem sobie i choć moje miejsce było stosunkowo dobre… to i tak nie polecam ;) Jeśli ktoś myśli sobie, że to dobry sposób na zwiedzanie, bo tak faktycznie radzą na blogach podróżniczych… to się może trochę rozczarować. No przynajmniej dla mnie to takie średnio przyjemne: stoisz tam jak sardynka w puszce i usiłujesz porobić kilka zdjęć nie upuszczając jednocześnie aparatu/telefonu do wody… Z jednej strony widok miałem dobry, ale już z drugiej prawie żaden, więc chcąc obejrzeć budynki po obu stronach kanału, musiałbym przepłynąć też z powrotem… Szczerze, to chyba lepiej wziąć sobie wodną taksówkę :P Wiadomo, że drożej ale żeby raz przepłynąć kanał, to chyba też nie majątek, a z pewnością ma się wtedy widok nieskrępowany i w ogóle… W każdym razie ja dopłynąłem tą linią 1 kawałek za most Rialto, bo inny jeszcze plan na ten dzień miałem… odszukać moje szklane, małe, białe stworzonko :D Nie wiedziałem czy to się w ogóle uda, bo ani nie wiedziałem gdzie był ten sklep (ani jak się nazywał), ani do której jest otwarty a było już dość późno… liczyłem jednak na to, że może znajdę po lokalizacji zdjęcia, a skoro to Wenecja to może i sklepy ze względu na turystów będą otwarte dłużej! Nie pomyliłem się ;) Jak zacząłem grzebać w telefonie, przechodząc w informacje o zdjęciu, a stamtąd na mapy google, to się okazało, że ta lokalizacja działa doskonale – doprowadziły mnie dokładnie pod sklep, z dokładnością do numeru (i to w Wenecji, gdzie nawigacja generalnie często się gubiła między wysokimi budynkami…) i sklep był otwarty! Kupiłem więc moje małe, białe stworzonko (powiedzmy że to maleńki miś polarny, udało mi się wybrać dosyć kształtnego ;) ) i stoi tu teraz ze mną, ale się cieszę ;) dosyć czułbym niedosyt, gdybym nie zdążył albo coś ;) I tak już do piekarni nie zdążyłem… (aha, bo nie wspomniałem o śniadaniu – chciałem spróbować takiego słodkiego czegoś, kremu w czymś suchym ale eee… to nie powalało smakiem, krem dosyć taki sztuczny w smaku :D pączek wenecki – „fritole” – był już całkiem smaczny ale pewnie bomba kaloryczna, bo tłusty jak cholera ;) w każdym razie dlatego właśnie na drogę chciałem kupić znów jakieś dobre croissanty, ale no – nie zdążyłem). Ale mówię Wam! – ta lokalizacja na zdjęciach… bajer! Wszędzie można trafić po zdjęciu! (tak, tak, wiem, inwigilacja XD ) Odkryłem nawet, że patrząc stamtąd widać na mapce kolorowymi obszarami ile gdzie zdjęć zrobiłem – też fajny bajer :P
Na koniec kupiłem jeszcze w supermarkecie Colę i prowiant na drogę, a kolację zjadłem w KFC – no mało tradycyjnie :D ale lubię też sprawdzać oferty fast foodów, bo się czasem różnią ze względu na kraj. KFC we Włoszech jednakże ma słabą ofertę (podobnie jak w Niemczech, nawet jeszcze gorszą). Potem udałem się na Tronchetto, bo już czas był kierować się do autobusu powrotnego… Początkowo planowałem płynąć komunikacją, ale w końcu jakoś mi tak wyszło, że bardziej pasuje dojść i tak też zrobiłem. Z tego przystanku odjeżdżałem tylko ja i jeszcze jedna osoba (w dodatku ona się spóźniła i wsiadła jak już odjeżdżaliśmy). W ogóle… Flixbus przyjechał, numer linii się zgadza, przystanki z grubsza niby też, a tam „Monaco” pisze. Myślałem, że czegoś nie przestawili, więc pytam: „Munich?” – „Ja, ja, Monaco!” :D noooo spoko… skoro „Monachium” to „Monaco” po włosku, to jak jest po włosku „Monako”? :D (tak samo, właśnie sprawdziłem ;) – „Principato di Monaco” vs. „Monaco di Baviera”), pułapki na każdym kroku ;) Dalej… miałem miejsce 24B, a to jest miejsce na dole… a dół jest „zawinięty” taśmą i nie można tam siadać. Ok, miejsc wolnych na górze było dużo, tylko nigdy nie wiadomo gdzie można usiąść, a gdzie jest jednak zajęte. Siadłem sobie w którymśtam rzędzie ale jak się spostrzegłem, że nikogo oprócz mnie tu nie ma, to przesiadłem się na sam przód, a co se będę żałować :D Na drugi przód dosiadła się potem jakaś kobieta, a zaraz potem jacyś ludzie mówią mi… coś po włosku :P Oczywiście domyśliłem się, że im o miejsce chodzi, ale mówię: „Nie rozumiem”, wydukali po angielsku, że miejsce, to ja mówię, że nie sądzę aby obowiązywały te nadane nam miejsca, bo ja mam miejsce na dole, a nie mogę tam usiąść – nie wiem ile z tego zrozumieli, ale włączyła się ta kobieta z drugiego miejsca z przodu i chyba to samo im po włosku powiedziała, jednocześnie powiedziała, że może im ustąpić i usiedli tam i potem już do końca drogi nikt się o moje miejsce nie upomniał, więc przejechałem sobie z przodu aż do Monachium :D A to było dobre miejsce, bo fotele już były lekko położone (za mną było zejście na dół, więc nikomu to nie przeszkadzało), a przede mną dużo miejsce… oraz można sobie było położyć nogi na półeczce pod szybą :D także do spania – bardzo wygodnie ;)
W Monachium znów zwątpiłem bo Flix-pociągów w ogóle nie było na papierowym rozkładzie… na szczęście na elektronicznym przy peronach się pojawiały, a ten mój w dodatku podstawili sporo wcześniej, więc wsiadłem i dalsza podróż też bez niespodzianek minęła. Tylko jakoś w tę stronę nie chciało mi się aż tak spać i droga dosyć się dłużyła… dwa filmy na smartfonie obejrzałem z oferty Flixa :D ale trzeba przyznać, że ten internet we Flix-pociągu działa całkiem dobrze (a przynajmniej Flix Entertainment :P ).

Podsumowując… było super! Zmieniłbym tylko tyle, że wziąłbym 3 noclegi w Wenecji i przyjechał do niej już we wtorek wieczorem/po południu. Między Florencją, a Wenecją jest jednak zbyt mała odległość żeby się spokojnie wyspać w drodze między tymi miastami. Poza tym Florencję mogłem spokojnie wcześniej opuścić, na mnie większego wrażenia nie zrobiła ;) owszem, widok ze wzgórza ładny i w ogóle no wiadomo – fajnie było miasto zobaczyć ale jednak krócej by wystarczyło. Piza była ciekawa, a Krzywą Wieżę warto zobaczyć na żywo ale Wenecja… „Nazywana najpiękniejszym miastem świata” – i jestem skłonny się zgodzić! :) Tak, Wenecja podobała mi się najbardziej ze wszystkich miejsc, które do tej pory odwiedziłem! Oczywiście też były budynki wymagające remontu, nawet całkiem sporo takowych ;) ale jakoś cała reszta… te wszystkie kanały… to wszystko ma taki urok i tak mi się podobało, że te ruinki, chyba po raz pierwszy w życiu, mi nie przeszkadzały zupełnie :P Dodatkowo uważam że Wenecja to również najczystsze miasto jakie widziałem, naprawdę bardzo mało tam śmieci na ulicach (bo może mało ulic :D ), pewnie woda wszystko zabierze ;) no ale tak czy inaczej… śmieci mało widać.
To chyba takie miejsce, do którego chciałbym wracać, takie moje miejsce… :)

Podsumowanie kosztów:
– hotel Florencja: 143€ (+9€)
– hotel Wenecja: 167,40 (+8€)
– Flixbus tam: 88,98€
– Flixbus z powrotem: 54.98€
– pociąg z Florencji do Wenecji: 29,50€
– pociągi Florencja – Piza – Florencja: 8,70€ x2
(= 518,26)
– komunikacja miejska we Florencji: 1,50€ (x5) = 7,50€
– komunikacja miejska w Wenecji: 21€
– wstępy: 13€
(=41,50)
– widokówki: 1€ + 0,60€ + 1,50€ + 1€ = 4,10€ (chyba)
– inne pamiątki (miseczka: 8€, stworzonko: 3€, kabel: 0,99€, mydełka: 4,50€): 16,49€
– supermarkety: 7,64€ + 3,43€ + 3,05€ = 14,12€
– lody: 3€ + 3€ (x2) +3€ + 3,40€ = 15,40€ (to możliwe, że jedne pominąłem…)
– pizze i inne: 7,50€ + 13,50€ (i cola… i coperto…) + 4,80€ + 2,50€ + …nie pamiętam może około 3€… + 8,10€ (KFC) + 2€ (McDonald’s) = 41,40€
– jeszcze inne jedzonki: takie ciasta na wagę na targu we Florencji (jeszcze o tym zapomniałem w opisie :P ): 9,70€ + croissanty 2,60€ + tiramisu 4,50€ + …nie pamiętam ile za tego pączka i coś z kremem, to powiedzmy z 5€… = 21,80€
(=113,31)
wszystko razem: jak jeszcze doliczyć toalety i Lidla w Monachium to z 680€… oo, to trochę więcej niż się spodziewałem :P No ale to prawie tydzień na „wycieczce objazdowej” we Włoszech, w tym w „najdroższym mieście świata” ;)

Zdjęcia (Piza, Florencja x2, Wenecja x5):

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

wojna reality show

Niemal równo dwa lata temu napisałem notkę koronawirus reality show i proszę bardzo, teraz wirus też jest już passe ;) bo oto 24 lutego Rosja zaatakowała Ukrainę (datę to zapisuję pamiętnikowo) i ludzie głupieją chyba jeszcze bardziej. Znaczy jasne, to jest jakoś nie do pomyślenia w cywilizowanym świecie… ale jednocześnie jak widzę jakieś oburzenie, że ktoś mimo tego żyje normalnie (i np., o zgrozo, wrzuca wesołe zdjęcie na instagram!), jakieś: „jak tak można, tam ludzie giną!” to… jakby… ale wy wiecie o tym, prawda? że to nie jest jedyna współczesna wojna? Czy może tamte są/były mniej straszne, bo toczą się daleko od nas? Uważam, że moje zdjęcie wrzucone na instagram (albo czyjekolwiek inne oczywiście) nie ma żadnego znaczenia, to że go nie wrzucę nie powstrzyma wojny. Z resztą przewiduję to samo: za kilka miesięcy, może tygodni, ludzie się oswoją i wszystko będzie tak samo (albo gorzej, bo jak wiadomo Polacy nie lubią obcych, przez chwilę może się zachłysnęli niesieniem pomocy ale już słyszę głosy, że jak to Ukraińcy dostają ubezpieczenie za darmo…). A ja, szczerze mówiąc… jakoś nawet nie mam prawie potrzeby śledzić co się dzieje i czytać tych newsów…
Inni zaś głupieją w taki inny sposób. O właśnie, to jest dobra okazja żeby napisać o takiej tej tendencji, którą widzę u wielu ludzi… (nie u wszystkich z okazji wojny, niektórzy już wcześniej to mięli)… tej takiej w typie: „będę trzymać gotówkę, bo to najpewniejsze” (a jeszcze lepiej zamienić pieniądze na coś, np. na złoto). No i ok, ja bym to nawet zrozumiał gdyby to mówili jacyś biznesmeni czy inwestorzy… ale kiedy osoba siedząca w ezoteryce, taka która od lat powtarza że transformacja będzie już wkrótce, ludzie otworzą umysły i świat się zmieni (będzie bardziej duchowy, mniej przywiązany do materializmu), że świat materialny się nie liczy… no to tak trochę jakby… coś tu nie pasuje :D Jeśli ktoś liczy naprawdę na jakąś transformację i przewartościowanie, to chyba tym bardziej powinien najpierw sobie przewartościować. Tak, być może to nas czeka – strata pieniędzy, oszczędności… no i? Świat będzie stał tak jak i stoi od wieków, nawet wtedy :) Ludzie tracili wszystko, a potem żyli dalej i wszystko dostawali od nowa (po raz kolejny zauważam jak wiele daje czytanie wspomnień z okresu IIWŚ, jak wiele daje w zrozumieniu różnych zupełnie aspektów). „Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana”, smutny ten kto tego nie pojął. Ja natomiast nie pojmuję jak można aż tak się tym przejmować, a raczej nie pojmowałem… sprecyzowała mi książka, która (jak to często bywa) pojawiła się w moim życiu akurat w odpowiedniej chwili :) Mowa o „Największym sekrecie” (R. Byrne). Zacytuję:

„Świat jest pełen smutku.
Korzeniem smutku jest pragnienie przywiązania.
Drogą do życia bez smutku
jest wyzbycie się przywiązania”.
Anthony de Mello SJ, Rediscovering Life [Odkrywanie życia na nowo]

i dalej:

„Tylko jedna rzecz powoduje nieszczęście – to przywiązanie.
Przywiązanie pojawia się, gdy kurczowo trzymamy się czegoś ze strachu przed stratą, przekonani, że bez tego nie zaznamy szczęścia.”

Cóż, ja od dawna czuję, że przywiązanie to jest coś, od czego chciałbym się uwolnić ale chyba jestem na bardzo dobrej drodze skoro ja nie mam takich obaw ;)

***

I tylko teraz jest zdecydowanie gorzej (niż 2 lata temu) jeśli chodzi o ceny paliwa ;) Jak wtedy się cieszyłem z 1,12€, tak teraz bym się w sumie nawet z 2,12€ ucieszył XD a tu co raz trudniej poniżej 2,20€ znaleźć, a pewnie będzie gorzej*. Obstawiałem 3€ w czerwcu, ale możliwe, że się pomyliłem… i po tyle będzie już w kwietniu XD Ceny tak szybko rosną, że powstaje mnóstwo memów na ten temat…

* – a jednak moooże nie będzie tak źle (tą część notki napisałem z tydzień temu), ostatnio trochę spadło i o odpowiedniej porze, to moooże nawet za 2,02 uda mi się zatankować ;)

***

Na sam koniec jeszcze jeden cytat z „Największego sekretu”. Jest genialny i dokładnie podsumowuje to co i ja uważam. Polecam przeczytać go ze zrozumieniem, a przynajmniej z refleksją. Zwłaszcza przez tych, którym się wydaje że to oni właśnie posiedli jakąś wiedzę, a reszta to ciemne masy ;)

„Wszyscy mistycy – katoliccy, chrześcijańscy, niechrześcijańscy, bez względu na wyznawaną teologię i religię – zgadzają się w jednej kwestii: że wszystko jest dobrze. Chociaż wszędzie panuje chaos, wszystko jest dobrze. Nie ulega wątpliwości, że to wielki paradoks. Niestety większość ludzi nie widzi tego, że wszystko jest dobrze, ponieważ śpią. I mają koszmary”.
Anthony de Mello SJ, Awareness: Conversations with the Masters [Świadomość: Rozmowy z mistrzami]

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 komentarze

O przemijaniu, rodzinie, przyjaciołach i ich braku i samotności… (ale nie całkiem pesymistyczna notka…)

Jeszcze coś się stało w 2021, o czym zapomniałem napisać w notce podsumowującej… – zmarł jeden k/m, założyciel grupy tu mojej regionalnej… dość niespodziewanie i nie miał jeszcze sześćdziesięciu lat (choć trochę chorował). Dla wszystkich była to szokująca wiadomość, dla mnie też była bardzo smutna, choć nie jestem tu ani tak długo ani tak bardzo nie byłem zaangażowany… ale spotkałem się kiedyś z nim dwa razy prywatnie i hmm… no miałem poczucie, że dobrze się rozumieliśmy i tak naprawdę chciałem z nim jeszcze porozmawiać…
W ogóle dużo myślałem w zeszłym roku o przemijaniu, właściwie nie wiem dlaczego, a może właśnie dlatego, że się o nim dowiedziałem i jakoś podświadomie to kierowało moimi myślami? Myślałem o tym ilu ludzi, których znałem już na tym świecie nie ma (dawni sąsiedzi, pradziadek, prababcie, dziadkowie), taki jestem sentymentalny że jednak wspominam ich i na razie jeszcze dość dobrze pamiętam wyraz twarzy pradziadka, kiedy nas rozśmieszał, ton głosu sąsiada kiedy sprawdzał mój akumulator… i… no nie ukrywam, że przykro mi kiedy pomyślę, że już ich nie spotkam na tym świecie. Czuję stratę, oczywiście. A co jeszcze gorsze, to prawdopodobnie nie koniec strat… mam jeszcze wielu starszych krewnych, a ciężko sobie wyobrazić życie bez nich… I właściwie na tym chciałem zakończyć tą notkę, dodając jeszcze jeden, jednak bardzo inspirujący cytat, który mi pomaga:

„Nawet, jeśli z jakiegoś powodu coś się kończy, odchodzą konkretni ludzie, sytuacje, relacje czy okoliczności to przecież ich echo pozostaje w nas na zawsze. W sercu, w umyśle, w przekonaniach czy choćby w rzeczach, które pozostają. Możemy z tego czerpać. To, co było, na zawsze nas zmienia i w pewnym sensie kształtuje w ten czy inny sposób.”

– tak, to z pewnością prawda. I to jest pocieszające, bo rzeczywiście mnie ukształtowali, więc nie odeszli tak całkiem :) I tej myśli warto się trzymać.

Więc chciałem na tym skończyć ale jest jeszcze inny aspekt tego przemijania, który wiąże się z tematem, o którym chciałem kiedy indziej napisać… ale w sumie czemu ich nie połączyć skoro się łączą…
No bo większość ludzi coś traci (swoich krewnych) ale i coś zyskuje (dzieci, potem ich mężów/żony, potem wnuki itp.)… u mnie prawdopodobnie będzie się działa tylko ta pierwsza część… Ale to też jest trochę taki wieloaspektowy problem (czy może po prostu wieloaspektowe zagadnienie), do którego potem wrócę, ale na razie trochę o tych dzieciach napiszę… Przyznam że z każdym dzieckiem mojego kuzynostwa, trochę mnie to boli… choć z drugiej strony wcale nie jestem pewien czy sam chciałbym mieć dziecko (im starszy jestem tym mam mniej pewności ;) )… W ogóle mnie czasem tak nachodzi że zazdroszczę ludziom ich żyć, tylko to w sumie trudno określić czego, bo jednocześnie nie chciałbym tego samego. Chciałbym chyba mieć dwa życia obok, w jednym mieć, a w drugim nie mieć dzieci, w jednym mieć zwyczajne życie i być zwyczajnym, a w drugim być jaki jestem ;) Więc co do dzieci, to w sumie którykolwiek scenariusz się spełni, to chyba nie będzie źle ;) No depresji raczej z powodu nieposiadania potomstwa nie będę nigdy miał, ale czasem trochę boli… tylko to boli raczej coś innego – chyba bardziej to, że ciężko jest ciągle nie być standardowym (i to że inni mogą tacy być i że mają lżejsze życia). Także tak, często zazdroszczę innym tego bycia kimś innym… a jednocześnie równie chyba często (a może i co raz częściej) cieszę się że jestem sobą ;) Zwłaszcza jak potem słucham historii choćby kogoś z rodziny, z perspektywy jeszcze kogoś innego… i już to się nie wydaje takie idealne życie, a co przyszłość jeszcze przyniesie to tym bardziej nie wiadomo… W sumie to że się ma rodzinę i dzieci, wcale nie gwarantuje, że się nie zostanie samotnym na starość (ani to że się nie ma, nie gwarantuje że się zostanie). No bo właśnie – oczywiście czasem mi też przemknęło że jeśli wszyscy mi bliscy będą raczej odchodzić niż dochodzić… to będę kiedyś prawdziwie samotny. I nie żeby mnie ten stan aż tak przerażał (w sumie dobrze, że na mnie padło, bo i tak jestem samotnikiem ;) dla mnie to może być dyskomfort czasem, ale są ludzie, dla których to mogłoby być prawdziwą tragedią), ale czasem myślę, że to i dla mnie może być dziwne, kiedy tak kiedyś np. w wieku 80 lat zatrzymam się i pomyślę, że nie mam nikogo, bo krewni z którymi byłem blisko już nie żyją, a to jednocześnie oni byli pośrednikami między mną, a resztą rodziny, bo ja jakoś słabo umiem pielęgnować te więzi z resztą… I o ile kiedyś uważałem, że przyjaciół można zawsze znaleźć w internecie, tak teraz… internet się zmienił. Fora upadają, wszyscy scrollują instagram i FB, a tam wszystko jest szybko i szybko przemija, blogi są już prawie tylko profesjonalne… to nie są miejsca, gdzie jest przestrzeń na poznawanie siebie nawzajem i nawiązywanie głębokich przyjaźni, czego bardzo żałuję. Nie chcę popaść w drugą skrajność i nie mówię, że nie można dziś znaleźć przyjaciół w internecie ale na pewno jest to trudniejsze niż 20 czy 15 lat temu… Dziś ostrożnie posługiwałbym się radą: „znajdź przyjaciół w internecie”. Ale żeby nie było tak pesymistycznie: nadal są kółka zainteresowań i inicjatywy sąsiedzkie, przynajmniej tu gdzie mieszkam, jeśli ktoś czuje się samotny, to na pewno można poznać życzliwych ludzi w realu z pomocą internetu. Z resztą jak miałem te takie wnioski, że może na starość będę samotny bez kontaktów nawet z rodziną… To jakoś niedługo później mama przeczytała mi swoją wymianę wiadomości z kuzynką… jak ja sobie pomyślałem, że tego nie muszę robić (tylko w nadziei, że na starość nie zostanę sam), to jednak myślę, że samotność jest niską ceną za oszczędzenie sobie tego :D I jeślibym kiedykolwiek wpadł w smutek, to sobie przypomnę czego wżyciu NIE musiałem robić – jakieś wstawanie i zabawianie dzieci, jakieś kurtuazyjne życzenia, wiadomości wnoszące mało treści itp., jakieś na siłę spotkania z rodziną i interesowanie się ich dziećmi, w ogóle to całe życie rodzinne, śluby, dzieci, kariera, to od razu mi przejdzie :D

A co do wytłuszczonego fragmentu – tak, zauważam to też co raz częściej, a to jednak bardzo pozytywna rzeczy. Ale o tym pewnie jeszcze będę wspominał w niejednej notce… (pewnie już nawet w następnej, bo jest jeszcze jeden temat, o którym muszę napisać).

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | 2 komentarze

Podsumowanie 2021

Chciałem kończyć ten rok z „inbox zero” i czystym pulpitem… poniekąd kończę, bo mam świeży system ;) ale jednak pliki nie „przerobione”… Cóż, tak wyszło – w poniedziałek padł mi zasilacz do laptopa, kabel był od dawna zmasakrowany (ze 4 razy łatany, popękany w wielu miejscach) więc miał prawo, zapas mam… ale do PL oczywiście nie wziąłem, bo pomyślałem że może akurat nie padnie, a jak padnie, to pójdę do komputerowego i kupię. Tak też zrobiłem we wtorek, ale nie było na stanie akurat do mojego modelu, miał być na dzień kolejny. A ponieważ od dłuższego czasu zastanawiałem się czy kupić nowy komputer czy może na razie wymienić dysk na SSD, zagadałem i zdecydowałem się wymienić dysk. Też miał być na środę i z klonowaniem ze starego. Jednak w środę się okazało, że stary dysk ma za dużo błędów i klonowanie się nie uda – może to i dobrze, po co klonować błędy. Więc na czwartek świeży system gotowy do pracy. No i wczoraj odebrałem (680zł z zasilaczem ale sam dysk 1TB to 520zł). Szczęśliwym trafem ostatnie kopie robiłem chyba ze 2 dni przed tą wymianą, więc luz, tyle że wiadomo – konfiguracja itp., to robota też czasochłonna. Jedynie poprosiłem jeszcze w serwisie o kopię plików z pulpitu ze starego dysku (kopii tego nie robię, bo to z założenia pliki tymczasowe i „do przerobienia” ale chyba zacznę, bo to przerabianie za długo czasem trwa ;) ) i folderu profilu Firefoxa… z jakiegoś powodu to drugie się nie udało ale to znowu szczęśliwy traf – synchronizacja online pozwoliła mi odzyskać wszystko, więc wystarczyło dodać plik chrome.css (a ten akurat miałem) i wszystko jest po staremu, a za to znowu uruchamia się szybko! Także… już nieważne te zaległości, ważne że w nowy rok wchodzę z tak szybko działającym komputerem (i przeglądarką!), że aż mi się płakać chce ze szczęścia ;) Poza tym wcześniej pozbyłem się 42 calowego telewizora z mieszkania (włączanego raz do roku – do oglądania Eurowizji :D ), zamiast tego albo kupię mniejszy (najmniejszy jak to możliwe) albo jednak nie i tylko monitor 14-15 calowy jako drugi, żeby się wygodniej jutuba oglądało robiąc jednocześnie coś innego ;) [aktualizacja: w trakcie pisania kupiłem tv 14 cali przenośny].
Ale przy tym kopiowaniu dokumentów z powrotem na nowy dysk rzuciło mi się w oczy, że coś jeszcze można by uprościć, wyrzucić, zminimalizować… po prostu niektóre foldery są dość spore, a to rzeczy, które chyba mogę odpuścić… i też to zrobię, choć już po nowym roku… No i ogólnie – ciągle mam przesyt wszystkim, chciało by się jeszcze bardziej minimalizować. Często widzę pytanie (wśród minimalistów) czy minimalizm to droga czy cel? I chodzi o to, żeby odpowiedzieć, że to droga. Ale dla mnie to jednak trochę też cel ;)

To był kolejny rok, w którym miałem sporo ekstra wolnego (np. teraz mam 4 tygodnie ciągiem) – kolejny piękny rok :) Podróżniczo też zupełnie dobrze i wszystko zgodnie z planem (a nawet poza planem zagranica w listopadzie). Pod względem zobowiązań (o których pisałem rok temu) i wewnętrznej wolności… jest lepiej ale jeszcze to nie jest to (choć dzięki temu wolnemu teraz po raz pierwszy od dawna czuję luz i odpoczynek, trochę lenistwa nawet, także jest dzień a ja nic nie muszę… nawet cały dzień, piękne, dawno tego nie było), trzeba jeszcze zmniejszyć ilość rzeczy na WOŚP, bo tak myślę sobie (aczkolwiek tak też myślę już od dawna ;) ), że coś mnie omija… lubię to, uwielbiam pakować przesyłki (a teraz Allegro InPostem super prosto i wygodnie się wysyła), ale przez to omijają mnie inne rzeczy, których być może aż tak nie lubię (bo wymagają trochę zachodu w innym sensie), ale chciałbym je przeżyć. Więc coś za coś, ale coś chyba trzeba jeszcze zmienić.
I taka zabawna ciekawostka rzuciła mi się w oczy w ostatnich dniach: większość ludzi jak gdzieś jedzie, to bierze głównie ciuchy, żeby się przebierać i elegancko wyglądać, np. jakieś kreacje wieczorowe na imprezy, takie różne. Ja ciuchów to biorę najmniej XD (zwłaszcza do PL) i czasem mi brakuje ;) i większość czasu w jednych spodniach i bluzie… chybabym nie znalazł wspólnego języka z większością ludzi ;)

Nie znalazł bym też z innych powodów… i chciałem dziś o tym napisać ale nie zdążę, więc to może w osobnej notce…

„Przeczytane” 83 książki (no wiadomo – więcej jak połowa przesłuchana w pracy…). Empik Premium jest spoko, bo kosztuje grosze, a jak się nie ma czego słuchać w pracy to coś tam znajdzie się zawsze :P Tak więc Empik Premium plus Legimi z biblioteki i się ustawiłem za grosze – wiem, jestem cwaniak, choć ktoś mógłby powiedzieć, że skąpiec :D Swoją drogą tak, mam chyba i w kwestiach wydawania pieniędzy też trochę inne zdanie niż większość ludzi.

Plany na nowy rok? – to co już wspomniałem między wierszami wyżej. I nadal: wszystkiego mniej, zwłaszcza rzeczy „do zrobienia”…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zapytaj bezdomnego…

Jakiś czas temu obejrzałem sobie wideo „zapytaj bezdomnego”, o kimś, kto był bezdomny: link (po niemiecku) i muszę przyznać, że dało mi sporo do myślenia, bo on opowiada o sytuacji, która jest dla mnie jakaś dziwna: trafił na ulicę w wieku chyba 16 lat, matka po prostu wystawiła go z domu (sama miała depresję, borderline), przyjaciel nie przyjął go nawet na noc i tak spędził 10 lat na ulicy, chodząc do szkoły, zdając maturę, ubiegał się o pomoc w urzędach jeszcze jako niepełnoletni i też nikt mu nie pomógł… A na pytanie dlaczego nie poszedł/nie chodził na nocleg do schroniska przedstawił kiepską wizję tych schronisk, gdzie inni nocujący „pachną ulicą”, poza tym trzeba oddawać rzeczy do przechowalni, więc nikt tego nie chce itp…
No przyznam, że zachwiało to trochę moim światopoglądem, który brzmi: nie wrzucam żebrakom i bezdomnym do kubeczka, ponieważ w dzisiejszych czasach nikt nie musi być bezdomny, a jak jest to jest to jego wybór, a ja czegoś takiego nie wspieram (nie, jedzenia też nie kupuję, bo to w istocie to samo – jak kupię komuś jedzenie, to jakbym umacniał go w jego sytuacji i poczuciu, że utrzyma się na ulicy i może dalej żebrać), oraz nie przekonywało mnie, że „każdemu może się noga powinąć, że wyląduje na ulicy” – w to w Niemczech też trudno uwierzyć, bo jak się traci pracę, to się idzie na ALG I, a jak się traci prawo do ALG I i nie ma się jakichś ogromnych oszczędności/własności, to się idzie na ALG II (a ALG II znaczy że urząd opłaca rachunki i mieszkanie i dostaje się jakieś kieszonkowe na życie), więc jak w ogóle można stracić mieszkanie w tym kraju? (nie będąc oczywiście jakimś asocjalnym typem, któremu wynajmujący wypowie z powodu zachowania, a nawet wtedy zapewne urząd wskaże jakieś inne lokum).
Oczywiście pod takimi filmami jest dużo komentarzy typu: „Respekt dla niego, że mu się udało! Podziwiam”, ale pojawiły się też komentarze, że ta historia jest trochę dziwna, bo jak matka może nie wpuścić syna do domu – na to były kontrargumenty, że w sumie nie wiadomo co on robił (bo o tym w filmie nie mówi, a nie każdy był świętym nastolatkiem), a poza tym matka była chora, więc też wszystko jest możliwe. Kolejna niewiadoma – jak przyjaciel mógł zgasić mu przed nosem światło, ale i tu jest odpowiedź: był niepełnoletni, jeśli jego rodzice nie pozwolili wziąć kolegi na noc, to cóż dzieciak może na to. Dziwny jest tylko brak reakcji urzędów do spraw młodocianych itp. także tu pozostaje taka dziwna niewiadoma (choć on tam mówi, że jeśli kilkakrotnie dostaje się odmowę pomocy, to potem nie ma się już siły prosić po raz kolejny – może ma rację, a może ktoś mógłby powiedzieć, że mógł się bardziej postarać, a może historia tak naprawdę wyglądała jeszcze jakoś inaczej).
Ta historia daje mi do myślenia nie tylko dlatego, że może zmieniła moje spojrzenie (w sumie mimo wszystko aż tak nie zmieniła), ale też dlatego, a może właśnie dlatego, że uświadamia iż nigdy nie mamy pewności jaka jest prawda (czy on mówi prawdę, czy niczego istotnego nie pomija)… i chyba nigdy nie będziemy mieć i ważną dla mnie jest nauką, że trzeba żyć mimo wszystko – trzeba żyć nawet nie znając prawdy. Może niekoniecznie trzeba o każdej takiej historii mieć własne zdanie… czy w ogóle musimy mieć na każdy temat jakąś opinię? Mam takie poczucie, że nie musimy… nie muszę wszystkiego wiedzieć, nigdy nie będę wiedzieć wszystkiego ale nie muszę też być we wszystkim idealny – mogę postarać się nie unikać wzrokiem bezdomnych i żebraków, mogę być miły jeśli ktoś z nich mnie zagada (postaram się nie unikać, choć unikam nie dlatego, że patrzę na nich jak na gorszych, a raczej z dyskomfortu i lęku, choć z tych historii wynika, że to oni jednak są bardziej lękliwi), ale nadal mogę powiedzieć: nie, nie dam ci pieniędzy ani nie zrobię zakupów, ale mogę zaprowadzić/pojechać z tobą do najbliższego schroniska, bo nadal wierzę, że można to rozwiązać inaczej.

Cóż, powiedzieć „nie wiem”, to chyba i tak o dwa kroki dalej niż być przekonanym, że się wie wszystko i o wszystkim… Pamiętam tą historię o tych 5 dziewczynach, które zginęły w Escape Roomie, raz mimowolnie przysłuchiwałem się wiadomościom czy „Uwadze” czy gdzie ta historia była wtedy przytaczana… słuchałem tych rodziców, którzy szukają winnych, taki miałem niesmak trochę. To jakby szukali zemsty… ale ich jeszcze jakośtam można zrozumieć, gorszy w sumie niesmak miałem słuchając komentarzy mojej rodziny.
Ale po co w ogóle o tym oglądać programy (jak moja rodzina)? Że też ludzie tak lubią się pławić w tych tragediach i co gorsza zawsze mają na ten temat coś do powiedzenia… ok, ja też zwiedzam obozy i czytam różne rzeczy, też by można powiedzieć, że się pławię w tragediach, ale moja motywacja jest jednak inna i z pewnością nie jest to ocena (a raczej zrozumienie psychologii ludzkiej).
A weźmy wypadki drogowe. Raczej to nigdy nie jest tak, że ktoś kogoś potrąci i „o wow, zabiłem se człowieka, ale fajnie”, tylko raczej jest sam zszokowany, roztrzęsiony i przerażony. Owszem, to go nie usprawiedliwia, ale też… ja nie wiem czy człowiek powinien być karany za popełnianie błędów (może by wtedy się nie bali i nie uciekali z miejsca przestępstwa) – tzn. nie za błędy w stylu kierował i potrącił kogoś (a bardziej już za błąd w stylu wsiadł za kierownicę po alkoholu). Ale w tym temacie to dopiero można się nasłuchać komentarzy, samych mistrzów kierownicy.
No w ogóle, ciężkie tematy, nie będę się już rozwijał, ja nie jestem takim mistrzem kierownicy. I po prostu męczy mnie, że większość ludzi musi coś powiedzieć o każdej sprawie i w każdym momencie i najczęściej jest jeszcze przekonana w 100% o swojej racji.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zabezpieczone: Grecja, Ateny (8-12.11.2021) [na hasło]

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę poniżej wprowadzić hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

„Tak to już jest” – Laurie Frankel (+ moje przemyślenia o wyborze, niebinarności…)

Dawno nie czytałem książki o tematyce transseksualności… choć tu powinienem powiedzieć dysforii płci (bo Poppy może się okazać „tylko” osobą niebinarną). Tej książki byłem szczególnie ciekawy, bo to pierwsze nie-wspomnienia czy też pierwszy nie-reportaż jaki przeczytałem (no i po latach przerwy). I książka jest fajna, taka powiedziałbym „miła” – dobrze się czyta, przyjemny, nawet wesoły język (były takie fragmenty gdzie można było się uśmiechnąć), kochająca i wspierająca rodzina, otoczenie które też prawie całe wszystko akceptuje itp… to jest takie ciepłe, sympatyczne no i fajne…
To znaczy ja tak ją odebrałem, bo niektórzy w recenzjach pisali, że smutna i im się łezka w oku zakręciła… hmm… oni ewidentnie nie wiedzą jak to jest być ts jeśli treść tej książki uznali w którymkolwiek fragmencie za smutną ;) trochę inaczej na to patrzę, bo wiem jak bardzo mocniej byłoby smutno gdyby Claude/Poppy nie miała wspierających rodziców ;)
I ok – oczywiście to tylko powieść ale cała treść wskazuje jednak, że jest co raz większa akceptacja, jest co raz lepiej. Myślę, że to jest dość realne, a nie jest to tylko wymysł i powoli ludzie nastawieni bardzo negacyjnie i wrogo zostają w mniejszości, nawet w Polsce. I jest jednak duża różnica w stosunku do książek sprzed 20-30 lat. I całe szczęście.

Ale książka skłoniła mnie też do pewnych przemyśleń i to będzie na końcu notki.

Miałem dużo fiszek i cytatów zaznaczonych ale kiedy zacząłem je przeglądać pisząc opinię na GoodReads, jakoś nie wiedziałem w jakim kontekście je przytoczyć… już mi nie pasowały i wyrwane z kontekstu tracą swoją wymowę… ale tutaj do kilku się odniosę:

„- Rozumiem. Ale chłopcy zwykle nie noszą sukienek w przedszkolu – ostrożnie zauważyła Rosie. – Ani rajstop.
– Ja nie jestem zwykły – odparł Claude. Później Rosie pomyślała, że już wtedy było to prawdą.”

„Wydaje mi się oczywiste, że pięciolatek, gdyby to miało zależeć wyłącznie od niego, wybierze paznokcie w kolorze tęczy zamiast naturalnych. To normalne. Żadna dysforia. Nie czyni to z niego dziewczyny, tylko dziecko.”

– słuszna uwaga, też tak myślę, ja też chciałem i nie uczyniło to ze mnie dziewczynki ;)

„- Dzieci uczą się w szkole wspaniałych rzeczy. Że po lunch należy ustawić się w kolejce. Że w pomieszczeniach trzeba rozmawiać, a nie krzyczeć. Że nie wolno popychać innych. To z całą pewnością ważne umiejętności życiowe. Sam codziennie z nich korzystam. Ale uczą się też innych rzeczy: dostosuj się, inaczej inni przestaną cię lubić. Bądź taki sam jak inni, bo łatka odmieńca nie jest niczym miłym. W domu Claude jest kochany bezwarunkowo. W szkole bywa odwrotnie: może być bezwarunkowo niekochany.”

– tia… tu nie trzeba chyba nawet komentarza…

„(…) dzieci starsze i silniejsze od niego wciąż dręczyły go pytaniem: 'Jesteś chłopiec czy dziewczyna? Jesteś chłopiec czy dziewczyna? Jesteś chłopiec czy dziewczyna?”. Nie znał odpowiedzi, więc nie odpowiadał. A ponieważ nie odpowiadał, wciąż go pytali.”

– no właśnie, to pytanie jest najgorsze chyba właśnie dlatego, że się nie umie udzielić na nie odpowiedzi…

„(…) noś, co ci się żywnie podoba, i miej gdzieś, co myślą inni. Bo inni będą sobie myśleć niejedno. I raczej tych myśli nie zatrzymają dla siebie, a wypowiadając je, nie zawsze będą uprzejmi.”

„Poppy nie rozumiał, dlaczego wszyscy ludzie na świecie nie chcą być dziewczynkami.”

– to jest dobre – miałem tak samo tylko odwrotnie :D

„Jeśli stworzysz sobie własne postacie, nie zawiedziesz się na nich jak na prawdziwych ludziach. Jeśli opowiesz własną historię, możesz wybrać zakończenie. Zwyczajne bycie sobą nigdy się nie sprawdza, ale jeśli wymyślisz sam siebie, możesz stać się kimś, za kogo naprawdę się uważasz.”

– to jest ciekawy cytat, ale nie podejmę się interpretacji… tak tylko zostawię go tutaj…

„Nie można wyprzeć się tego, kim się jest, prawda? I czasami cię to niszczy.”

– tak. A czasami częściej niż czasami…

„Obawiam się, że nie można mówić ludziom, kim mają być (…) Można ich tylko kochać i wspierać takimi, jakimi już są.”

– to na zakończenie…

Ale nie powiem, że wszystko mi się podobało w tej książce… Chociaż nie, „nie podobało mi się” to nie są właściwie słowa. To jest po prostu nieco męczące dla mnie kiedy mam bohatera, który… nie jest jednoznacznie transseksualny – może tak to ujmę ;) Tylko że Poppy to jest dziecko, pod koniec 10 letnie, sam byłem wtedy zagubiony, więc trudno mieć pretensje… I właściwie gdzieś tam rozumiem, że to jest dobre dać człowiekowi przestrzeń, by mógł odkryć siebie bez względu na to, co odkryje. Tylko że czuję pewną… trudność w kontaktach z osobami niebinarnymi – nawet mój świat staje się wtedy nieuporządkowany ;) ALE czytając tą książkę po raz pierwszy chyba pomyślałem, że w doświadczeniu dysforii płci jest być może pewien… hm, element wyboru. No oczywiście nie robić nic, to wybór jak w diagnozie raka: możesz się zdecydować na operację i pełne leczenie i będzie to walka o jak najlepsze życie jakie możesz mieć (nadal możesz przegrać, ale w sumie rokowania są co raz lepsze), a możesz zdecydować że nic nie robisz – i szanse że stanie się cud są bardzo małe, prawdopodobnie umrzesz cierpiąc (właściwie chyba nawet w przypadku raka masz większe szanse na cud niż w przypadku odczuwania dysforii płci ;) ). Ale jak daleko się posuniesz z korektą to już może być pewien element wyboru (przynajmniej dla niektórych) – oczywiście są tacy, którzy nie poczują się dobrze nie robiąc wszystkich możliwych zabiegów, ale komuś może wystarczą ubrania i posługiwanie się innymi danymi wśród przyjaciół i akceptacja tychże? A komuś może do tego tylko hormony i zmiana dokumentów, bez operacji albo tylko z jedną wystarczy… I żądać od ludzi żeby przeszli całkowicie „na drugą stronę” bo nam zaburzają obraz świata nie jest w porządku, ani nawet nie jest racjonalne z punktu widzenia medycyny (no bo po co np. operować jeśli ktoś może żyć bez tego, może być szczęśliwy bez tego, wtedy lepiej oszczędzić organizmowi operacji). Cieszę się, że mnie ta książka pobudziła do takiego nieco innego myślenia.

Na już naprawdę koniec coś na rozluźnienie. Dodawałem opinię o tej książce i wpadłem na taką recenzję na LubimyCzytać (to tylko fragment, aczkolwiek ten zabawny):

„Miesiąc temu Polskę obiegła wstrząsająca wiadomość. W jednej z parafii do grupy dziewczynek sypiących kwiaty podczas procesji Bożego Ciała dołączył mały chłopiec. Wieść niesie, że nieszczęsny malec, zapewne opętany demonem gender, sam domagał się powierzenia mu tej jakże niemęskiej roli, a jego nieodpowiedzialna matka, zamiast zapałać oburzeniem, wpaść w histerię i zacząć organizować egzorcyzmy, jak gdyby nigdy nic uczyniła zadość jego prośbie. I zadrżała ziemia, Bóg gorzko zapłakał, a gdzieś na świecie umarła mała panda. Kto tego nie dostrzegł, ten lewak i sługa Antychrysta.”

:D :D :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | 2 komentarze

Bundestagswahl 2021 (i inne takie…)

Nie wiem teraz czy pisać o wyborach czy o tym, o czym wspomniałem w ostatniej notce (tej na hasło) ;) a może i o jednym i drugim, bo monitoring jest jednym z punktów programów wyborczych…

Uch, muszę szczerze przyznać, że głosowanie w wyborach w Niemczech jest o wiele trudniejsze niż w Polsce! A to dlatego że w Polsce wiele jest do zrobienia, a zrobić to może tylko lewica, więc wybór jest prosty – oddać głos na lewicę, a ta w Polsce jest tak słabo reprezentowana, że niedługo trzeba się zastanawiać. W Niemczech to wszystko jest już właściwie zrobione :D więc też wybór jest trudniejszy… co gorsza wiele partii lewicowych dryfuje gdzieś niebezpiecznie w jakąś chorą ochronę środowiska… Zieloni to już odlecieli całkiem i zaczynają mnie przerażać, a inne partie jakby podążają za nimi… Kuźwa, jak rozwiązuję testy to mi wychodzi że powinienem zagłosować na prawicę XD Nawet mi CDU w jednym wyszło! Tego bym się w życiu nie spodziewał parę lat temu :D Aż przyszło mi do głowy coś, co mi kiedyś ktoś powiedział: jak się jest młodym, to się głosuje na lewicę, a z wiekiem przechodzi się bardziej na prawo – nawet pomyślałem po raz pierwszy że jest w tym ziarnko prawdy ;) Ale to nie tak, to nie że ideały mi się zmieniły, tylko właśnie te rzeczy o które kiedyś musiała walczyć lewica (Trans-ustawa, refundacja leczenia czy małżeństwa homoseksualne) tutaj już są i nie są zagrożone, a za to lewica postuluje jakieś… dziwne rzeczy typu ograniczenia prędkości na autostradach (a czasami i w miastach do 30km/h!), rozbudowanie komunikacji miejskiej itp. No rozbudowanie komunikacji miejskiej jest miłe i spoko, jeszcze żeby do tego szło rozbudowanie infrastruktury parkingowej (a nie wręcz przeciwnie), to byłoby lepiej. I nie że ja jeżdżę szybciej niż 130km/h, bo zdarza mi się to bardzo rzadko (bo za drogo :D zużycie paliwa drastycznie wzrasta), ale właśnie dlatego wolałbym żeby inni mogli – niech se jadą, a nie że będziemy wszyscy na kupie jechać 120 czy 130km/h – zawsze jak mnie ktoś przy tej prędkości wyprzedza, to się cieszę, że mam go z głowy, a jak będzie mi na ogonie siedział, to mnie chyba szlag trafi.
Generalnie jestem wyborcą Partii Piratów (no ja wiem, że to w Polsce śmiesznie brzmi ;) ale oni naprawdę zawsze mieli pasujący mi program, a dodatkowo nie ukrywam że jestem za złagodzeniem prawa autorskiego) ale niestety nie da się na nich głosować w moim landzie (ale dobrze no, obniżenie wieku umożliwiającego głosowanie do 14 lat to też pewien kosmos :D chociaż nie razi mnie aż tak jak bycie przeciw monitoringowi, no ale rozumiem czemu oni są).
Z resztą to nie jest tak że mam coś przeciwko niektórym eko-rozwiązaniom – nie przeszkadza mi zakaz rejestracji pojazdów spalinowych od 2030r., bo i tak mój następny samochód na 99,9% nie będzie spalinowy (i nastąpi to raczej w ciągu następnych 4 lat, bo zamierzam zgarnąć dotację :D ) ale ta w ogóle jakaś taka tendencja do dyskryminacji tego, że ludzie w ogóle samochody mają… obrzydza mnie wręcz. Nie mam też nic przeciwko zmniejszeniu emisji CO2 (wręcz przeciwnie) ale podnoszenie podatków albo podnoszenie cen lokalnych połączeń lotniczych jest niepotrzebne – jak dla mnie one i tak są drogie i to na tyle, że zawsze wybrałbym pociąg, a jeśli ktoś woli zapłacić 3x tyle tylko po to żeby być kilka godzin szybciej z Hamburga w Monachium, to cóż… niech już płaci 3x a nie 6x, dla mnie to i tak frajer i się nie opłaca ;)
Dalej… partie takie ostro komunistyczne (a są takie, nawet o takich ostentacyjnych nazwach jak „Marksistowsko-Leninowska Partia Niemiec” :D ) mają fajne w programach, że zakaz firm pośredniczących (w zatrudnieniu), ale jednak granice czynszu to nie popieram (to akurat mają i inne partie lewicowe – żeby państwo regulowało jaka może być górna granica czynszu wynajmowanych przez osoby prywatne mieszkań – no nie uważam żeby w coś takiego powinno państwo ingerować, jednak to powinien wycenić rynek, a państwo co najwyżej powinno dokładać ludziom, których nie stać by ten wynajem opłacić).
Btw. inne partie mogłyby się też zainteresować tematem likwidacji firm pośredniczących, a nie pierdołami typu ograniczenie prędkości do 30km/h w miastach…
Przez chwilę pomyślałem nawet że może Basisdemokratische Partei jest jakąś opcją – niby są za demokracją bezpośrednią a to w sumie nie jest głupie… ale na stronie jakieś takie antyszczepionkowcy, a to jest dla mnie znak że jednak – no nie ;)

Teraz będzie dygresja. Kiedy tak sobie jechałem na moim urlopie, na trasie pomiędzy Stuttgartem a Friedrichshafen, to sobie pomyślałem że wstąpiłbym do Ravensburskiego muzeum puzzli, ale była 6:00 rano w niedzielę, więc było oczywiście zamknięte… Pomyślałem jakby to było miło gdyby takie miejsca mogły być zawsze otwarte… ale oczywiście wiem, że nie ma sensu opłacać pracownika/pracowników tylko po to żeby może czasem ktoś jak ja odwiedził takie miejsce o 6:00 czy 3:00 nad ranem… ale gdyby tak nie był potrzebny pracownik? Wymyśliłem taki scenariusz na zwiedzanie różnych np. muzeów: zwiedzający wcześniej wypełnia formularz, podaje konto bankowe i podpisuje zgodę na ściągnięcie z konta dowolnej sumy jeśli coś zniszczy (ok – zgoda, to może być za mało jak ktoś poda puste konto ;) więc może konieczność podania karty kredytowej albo prywatnego ubezpieczenia OC byłaby tu lepsza), następnie na wejściu aby drzwi się otworzyły – mogłyby otwierać się na odcisk palca wcześniej zdefiniowanego, ale to mało higieniczne, więc lepiej na skan tęczówki oka – wtedy wiadomo kiedy człowiek (i że to TEN konkretny człowiek) wchodzi i kiedy wychodzi. Oczywiście muzeum byłoby całkowicie monitorowane. Myślę, że to dość zabezpieczeń z którymi ja nie miałbym problemu żebym tylko mógł zwiedzić dowolne muzeum o dowolnej porze, bo czasem po prostu tak jest, że gdzieś przejeżdżam w nocy…
To jednak temat tylko lekko związany z monitoringiem – ja mianowicie chciałbym żeby każdy skrawek przestrzeni publicznej był non-stop monitorowany. KAŻDY. To znaczy kamery wszędzie po opuszczeniu… no najlepiej mieszkania, ale jestem skłonny odpuścić klatki schodowe ;) Miło by było gdyby lasy i pola też mogły być monitorowane, ale to chyba na tę chwilę niewykonalne, więc to może kiedyś, jak będziemy mieć już tak dokładne satelity ;) więc niech to będą chociaż całe miasta. Dlaczego? Bo nie byłoby żadnych przestępstw – żadnych nocą zniszczonych samochodów przez nie wiadomo kogo, żadnych kradzieży, pobić, rozbojów, bo od razu byłoby widać kto to zrobił, skąd przyszedł i dokąd się udał. Większości z tych nagrań i tak nikt by nie obejrzał – nie byłoby fizycznie możliwe żeby każdą minutę ktoś śledził i z resztą nie ma takiej potrzeby – odczytanie nagrań mogłoby następować tylko na wniosek np. właściciela uszkodzonego czegoś (np. stwierdzam rano że ktoś mi porysował samochód – dzwonię na policję, a oni po nagraniach sprawdzają kto), albo ofiary pobicia czy jej rodziny. Gdyby nic się nie stało, nagrania byłyby kasowane, kwestia tylko po jakim czasie – najpierw myślałem, że krótki typu jeden dzień wystarczy ale to jednak z pewnością za krótko – ktoś może przecież być na urlopie i nie zauważyć uszkodzenia samochodu, a rodzina czy znajomi zaginionej osoby też niekoniecznie od razu odkryją, że jej nie ma… więc lepiej jakby tak z rok (albo chociaż pół) te nagrania były zachowane. Czy nie przeszkadzałoby mi, że byłbym ciągle monitorowany? Nie, nie przeszkadzałoby, a tobie aż tak przeszkadza, że ktoś może zobaczy jak dłubiesz w nosie albo drapiesz się po jajkach? Hej, wszyscy to czasem robimy, tak – to trochę krępujące ale nikt ci za to głowy nie urwie ;) A może robisz coś gorszego? No ja też czasem lubię XD ale coś za coś, tu się można ograniczyć. Tak samo jak z przechodzeniem na czerwonym świetle.

Wracając do wyborów… ja już głos oddałem – korespondencyjnie. Wybrałem taki sposób, bo nie bardzo chce mi się pół niedzieli spędzić być może stojąc w kolejce przed lokalem wyborczym – tak myślę, że może być kolejka ze względu na koronę i te odstępy… Poza tym oddając głos korespondencyjnie, przynajmniej dostałem całą listę partii i kandydatów i mogłem spokojnie, dokładnie wybrać. No nie powiem, że przeczytałem wszystkie programy wyborcze – wiele z nich miało np. po 65 stron A4, po niemiecku… żeby przeczytać je wszystkie, to potrzebowałbym chyba z rok ;) a miałem tylko 2 tygodnie (minus czas na dojście listu z wynikami…), ale prześledziłem powiedzmy kilka programów partii, ku którym najbardziej się skłaniałem, a jeszcze kilku więcej przeszukałem pod kątem słów: „ograniczenie prędkości”, „ograniczenie czynszu”, „monitoring” i coś tam jeszcze, czyli kryteria, które w tej chwili są dla mnie najważniejsze. Cały przeczytałem tylko program partii, na którą zagłosowałem. Wybrałem małą partyjkę, która pewnie nie ma szans, więc będę kontynuował tradycję z Polski pod tytułem: „co na kogo zagłosuję, to on od razu odpada” :D No cóż, ale przynajmniej mam poczucie, że się przyłożyłem i wybrałem najlepiej na miarę możliwości.

Partia Humanistów – partia, która powołuje się na humanizm ewolucyjny, postuluje racjonalność i wspieranie tylko tego co jest mierzalne i da się udowodnić naukowo. Dodatkowo popierają eutanazję, aborcję na życzenie do 20 tygodnia, zniesienie ograniczeń w handlu oraz legalizację surogacji, zrównanie pracy seksualnej – to z wikipedii, a z programu bezwarunkowy dochód podstawowy! (i żadnych odgórnych limitów na autostradzie, określania granicy czynszu itp., no wprawdzie coś tam o „możliwie wolnych od samochodów miastach” mają, ale ogólnie całość nie brzmi tak niezdrowo jak u innych). No i jeszcze pragną „poszerzyć tradycyjny obraz rodziny oraz żądają całkowitej prawnej równości jednopłciowych par łącznie z adopcją”. Eutanazję też mają w programie i zniesienie lekcji religii na rzecz etyki. Niestety odrzucają monitoring „po danych biometrycznych” (cokolwiek przez to rozumieją), no ale w obliczu reszty programu chyba mogę to przełknąć ;) (chyba muszę, z resztą jeśli odrzucają „po danych biometrycznych” to może taki zwykły monitoring jaki ja opisuję jednak by dopuścili… tak się pocieszam :D). Są też bardzo proeuropejscy. Ogólnie bardzo mnie się podoba o co postuluje ta partia (i okazuje się, że jednak nawet tutaj jest jeszcze coś do zrobienia ;) idealnie ujęli wszystko, o czym zapomniałem).

Btw. bezwarunkowy dochód podstawowy, to kolejne ciekawe zagadnienie, które może by było warto kiedy indziej poruszyć…

W każdym razie w taki to oto burzliwy sposób przedstawiało się moje oddanie głosu w tych pierwszych tutaj w mojej historii wyborach ;) i choć trudniej było niż w Polskich wyborach, to satysfakcja też większa.

A tymczasem w Polsce: Ostatni dzwonek na udzielenie odpowiedzi Brukseli. „KE czeka do jutra” – ech… lata świetlne.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , | 1 komentarz

Zabezpieczone: Jezioro Bodeńskie, Szwajcaria, Lichtenstein (Vaduz), Rothenburg ob der Tauber… (na hasło)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę poniżej wprowadzić hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

„tam zawsze będziecie gorsi” …???

Zacytuję sobie z Niebieskiego Forum, bo to jest tak dobre:

B.:
„Rozmawiałyśmy ostatnio z mamą o planach na przyszłość i ponownym wyjeździe za granicę. „Tu jednak jesteście u siebie, a tam zawsze będziecie gorsi.” Powiedziała tak, popatrzyła na nasze miny, po chwili wczytu doszło do niej i dodała „No tak, co ja pierdolę”. XD „

– :D :D :D

Swoją drogą taki zbieg okoliczności, bo dzień później dostałem info o tym, że się mogę zaangażować w pomoc przy komisjach wyborczych, jak każdy obywatel (ale chyba tylko nowi dostają takie info listownie :P ), bo w tym roku wybory! Na które oczywiście, ależ oczywiście, że pójdę! Nie po to się starałem o obywatelstwo żeby teraz nie iść! ;)
Swoją drogą jak to miło, że wreszcie mogę dodać tag „wybory” chociaż nie piszę o polskich wyborach :D

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

test osobowości, WOŚP 2021

Znów sobie zrobiłem test osobowości, tym razem po polsku, i już myślałem, że mi coś innego niż ostatnio wyjdzie, a jednak nie: INFJ-A:

Umysł:
4% Ekstrawertyk – 96% Introwertyk

Energia:
55% Intuicyjny – 45% Realistyczny

Natura:
44% Kierujący się logiką – 56% Kierujący się zasadami

Taktyka:
65% Planujący – 35% Poszukujący

Identyfikacja:
63% Asertywny – 37% Czujny

może to tylko trochę inne proporcje niż kiedyś (ale chyba czasami bywam INTJ ;) ).

Edit: a jednak to trochę inny typ niż kiedyś, jeśli to nie błąd ;)

—–

W tegorocznym 29 finale WOŚP na moich aukcjach Allegro zebrałem dla WOŚP 2338,48zł co stanowi pewne poprawienie rekordu z 27 finału… ale jak wspominałem – nakład energii, czasu itp. jak dla mnie nie jest tego wart i na pewno coś zmienię. Planuję może raczej mniej, a cenniejszych rzeczy. Na pewno już nie taką ilość…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Pornhub i te inne

To nie będzie grzeczna notka, bo mi się frustracja długo zbierała ;) Będzie niegrzeczna, brzydka, a nawet wulgarna choć na ogół to nie jest w moim stylu. No i trudno, raz można.

Jak z Pornhuba zniknęły wszystkie amatorskie klipy wideo użytkowników niezweryfikowanych (czyli większości) to troszkę tak się podśmiewywałem – no bo co to? nie ściągłeś se ulubionych pornosów na dysk? to masz za swoje! :D ja ściągam :D Ściągam wszystko co lubię i co się da, bo a któż to wie – może mi internet padnie kiedy akurat będę miał ochotę na konkretny filmik, a może przyjdzie przenocować w miejscu bez internetu, a może po prostu pójdę do sypialni czy łazienki gdzie wi-fi nie działa już tak dobrze… a może właśnie autor usunie (to się czasem zdarza), no generalnie ściąganie ulubionych filmów uważałem zawsze za konieczne (a poza tym wygodne, bo wygodniej pokatalogować na dysku w folderach i poopisywać sobie tak, żebym wiedział co to i czemu to lubię, żeby wystarczył jeden rzut okiem i: „ach to ten film i ten dziś chcę”) i jak widać zaprocentowało – ja chyba niczego nie straciłem ;) Oczywiście nie żebym popierał takie idiotyczne argumenty na usuwanie, ale to za chwilę.
Natomiast w niedzielę, to już wkurzyłem się nielicho jak się okazało że na jednym portalu, i to na tym na którym byłem najbardziej aktywny, zniknęły WSZYSTKIE moje treści z mojego profilu – nie oszczędzili nawet zdjęcia i tła profilowego. No żesz cholera, to nie można było najpierw poprosić o weryfikację, a dopiero potem usuwać mi zdjęć i filmów? No dobrze no, to że mi wszystko wyj**ali w kosmos, to jeszcze nie jest koniec świata – wszak jasna sprawa, że swoje materiały też mam elegancko poukładane (no przynajmniej tamte są poukładane elegancko, bo setki megabajtów nowych czeka jeszcze na swoją kolej…), fakt że one już miały swoje wyświetlenia i takie miłe komentarze, których trochę szkoda… ale no w sumie wtedy kiedyś mnie to podjarało, więc spełniły swoje zadanie tak czy inaczej :P Samo zweryfikowanie się to dla mnie też nie jest aż taki problem – nie mam schizy że o Boże cośtam, zrobię to pewnie. Ale po pierwsze wszedłem tam w niedzielę w nastroju na długą sesję zakończoną samozadowoleniem, a jak to wszystko zobaczyłem, to od razu mi się odechciało XD (a naprawdę takie miałem plany, akcesoria przygotowane, w sumie planowałem sesję na kamerkach na żywo, więc to już w ogóle). Po drugie wielu ludzi tego nie zrobi (nie zweryfikuje się) i stracimy bezpowrotnie mnóstwo fajnych amatorskich nagrań, a co w zamian dostaniemy? Filmy profesjonalne – czyli te z babami z cyckami, które wyglądają jak przyklejone do ciała… (a ja chociaż wolę chłopców, to w porno lubię kobiety… ale no nie takie sztuczne), z resztą to się tyczy każdej dziedziny porno – hetero czy gejowskie, ja chyba tylko amatorskie oglądam. Zerknąłem nawet na te pornosy zweryfikowanych profili z transami k/m… i wtedy to już całkiem ciężko było coś z siebie wykrzesać XD Zrujnowali mi wieczór :P No a jak wszedłem żeby się może zweryfikować… no spoko tylko wtedy muszę wrzucać płatne treści. Także nie wiem, może zmienię jednak portal, bo nie podoba mi się taki wymóg, a dlaczego nie mogę dzielić się swoimi filmami za darmo? Chyba są jeszcze takie portale? (tam też jakoś można te darmowe wrzucać… ale właśnie tak jakoś te darmowe to strasznie krótkie, nic tam ciekawego już chyba dla siebie nie znajdę, więc chyba podziękuję temu portalowi ostatecznie). Chociaż może to znak, że już powinienem zacząć na tym zarabiać? może wszechświat tym mi właśnie daje znaki? ;) w sumie jakby jakoś tanio udostępnić, to może wpadnie parę groszy, a zawsze to jakaś kasa za free. Pomyślę. No tylko czy z kolei nie wymagają jakiejś super jakości…

No ale wróćmy do początku całej tej porno-afery.
„The Children of Pornhub” (jakby Wam też stronę zasłaniał komunikat o loginie, to można treść po prostu skopiować i przeczytać z notatnika ;) ) – noo jeśli czyjeś życie się załamuje, bo film porno z nim trafił do internetu, to jest to bardzo smutny komentarz na temat dzisiejszego świata, no bo jak to? Fapać do kogoś to można, ale żeby go szanować, to już niee… Tak to wygląda? Serio? Nosz k… ty powinieneś/powinnaś po rękach całować tą osobę, że Ci zapewniła trochę przyjemności, a nie jeszcze nie szanować!!! :[ No k…, serio to jest takie ważne kto, kiedy, z kim, w jakiej ilości, w jaki sposób (jeśli nie krzywdzi nikogo i nie – „krzywdzenie” siebie się nie liczy), ile razy, za jakie pieniądze uprawia seks? Serio?! Po tym oceniasz człowieka? No brak mi słów. Że tak sparafrazuję ten cytat: „Bóg nie zapyta o Twoje wyznanie, zapyta o Twoją MIŁOŚĆ do bliźniego.” – osobiście uważam (choć wiem, że wielu ludzi się ze mną nigdy nie zgodzi), że o seks i porno też nie zapyta, ale miłość do bliźniego ujawnia się także w szacunku do niego nawet gdy ten jest aktorem porno albo prostytutką. I nawet kiedy robi to z przyjemnością!
Treści z tego linka skomentuję jednak za chwilę po polsku (a może będę skakać między jednym a drugim). Jednak trochę po tym newsie ukazał się ten, więc jednak są jeszcze normalni ludzie. Sam bym tej dziewczynie pomógł, gdyby była z okolicy. Bo w ogóle… że w ogóle potrzebuje pomocy ktoś tylko dlatego że porno z nim ujrzał internet, to ten świat jest chory. Kiedyś miałem jakieś wątpliwości co do siebie – co by było gdyby ktoś znajomy zobaczył moje? tak teraz już nie mam – no co by miało być? Albo by uznał, że to jest cool, albo co mnie obchodzi opinia kogoś, kto w pornosach widzi coś złego? Albo nawet nie tyle w pornosach, co w występowaniu w nich. W ogóle nie chce mi się z kimś takim gadać.
Dobra, teraz ten polski link: „Pornhub usunął ponad 10 mln filmów. To efekt wielkiego skandalu”:
„Jest jednak druga strona firmy: to witryna pełna filmów z gwałtami. Monetyzuje gwałty na dzieciach, filmy z ukrytych kamer przedstawiające kobiety biorące prysznic, treści rasistowskie i mizoginistyczne, a także nagrana duszonych kobiet z plastikowymi torbami na głowie. Gdy wpiszemy w wyszukiwarce frazy „dziewczyny poniżej18 lat (bez spacji) lub „14lat”, otrzymamy ponad 100 tys. wyników. Większość z nich to nie treści pedofilskie, ale takie również tam znajdziemy.”
– nigdy nie trafiłem (a sprawdzałem ale ok, nie twierdzę, że nigdy takie się tak nie zdarzyły). Poza tym skoro „większość z nich to nie treści pedofilskie”, to o co chodzi? Znaczy nie zrozumcie mnie źle, oczywiście pedofilia powinna być kasowana, ale w tym artykule w Timesie mają problem nawet właśnie z tym, że:
” A search for “13yo” generates 155,000 videos. To be clear, most aren’t of 13-year-olds, but the fact that they’re promoted with that language seems to reflect an effort to attract pedophiles.”
– serio? Macie ich za aż takich idiotów? Przecież to szkoda czasu na oficjalnych stronach szukać treści pedofilskich, pedofile to siedzą na TORze czy tam jeszcze Bóg wie gdzie, kiedyś można też było takie treści przez p2p znaleźć, a teraz to nie wiem. A to całe „promowanie takiego języka”, heh… czy to się komuś podoba czy nie, jest w pewnym sensie ewolucyjnie zakodowane, że młoda partnerka pociąga większość… no a chyba to lepiej że ktoś się podjara kobietą pełnoletnią która wygląda na mniej niżby miał faktycznie jakichś nastolatek szukać?! Bo przecież zakazy nie sprawią, że młode przestaną pociągać. Dalej… „treści rasistowskie i mizoginistyczne” – no śliska sprawa. Tak, to jest rasistowskie kiedy się uważa, że czarnoskórzy to zawsze mają duże penisy i tak się ich postrzega (mimo że to zdaniem wielu białych facetów jest zaleta, nie – to jest faktycznie rasistowskie), ale w porno… to jest fetysz dla wielu ludzi i to po obu stronach (także dla tych czarnoskórych, którzy mają duże penisy i lubią uprawiać seks z białymi kobietami, więc…). I tak – w porno jest dużo treści mizoginistycznych, ale znowu: jeśli kobietę podnieca bycie poniżoną, to jakie filmy ma oglądać jednocześnie wykluczając te w których… kobieta jest poniżona? Ja rozumiem, tu chodzi o weryfikację i nie neguję tej akcji… tylko że to wszystko nie tak powinno być uzasadniane i nie tak powinno się odbyć. A te kobiety z „torbami na głowie”… asfiksjofilia to też popularny fetysz, nawet jeśli niebezpieczny. Przecież nie można prewencyjnie zabraniać wszystkiego tylko dlatego że może być niebezpieczne. Jedzenie może być niebezpieczne – można się udławić.

„W przeciwieństwie do YouTube’a Pornhub umożliwia pobieranie takich filmów bezpośrednio ze swojej strony.”
– lol, i to robi jakąś różnicę? Ściągnąć film z YT to kilka kliknięć, a na tych wszystkich Pornhubach i xHamsterach to ja przez długi czas nawet nie wiedziałem, że jest opcja pobierania bezpośrednio, bo jak widzę na którejś z dziesiątek porno stron ciekawy film, to klikam swoją wtyczkę a nie szukam przycisków czy linków do ściągania :D bo szkoda czasu w ogóle rzucać okiem w poszukiwaniu tych linków do downloadu, tyle tych porno stron jest. Ale jeśli ktoś myśli, że taką wielką różnicę robi przycisk „Download” to… ok, niech tak myśli dalej XD Faktycznie jakby to miało coś zmienić, to zabrać tą opcję, dla mnie i tak nie ma znaczenia ;)

„Visa i Mastercard zrywają współpracę”
– Visa i Mastercard mają u mnie minusa jak stąd do Warszawy i z powrotem.

Ale już najgorsze co w tych artykułach przeczytałem, to to:
„It has also compiled a list of banned content. I obtained a copy of this list, and it purports to bar videos with terms or themes like “rape,” “preteen,” “pedophilia” and “bestiality” (it helpfully clarifies that this “includes eels, fish, octopus, insects”). Diapers are OK “if no scatophilia.””
– znaczy no spoko, wiadomo że to treści zakazane te z początku (chociaż jak „rape” jest udawany, niechby nawet nagrany przez te profesjonalne firmy, to co wtedy? między 31 a 57% kobiet, bo nawet nie mężczyzn, ma fantazje o gwałcie, a teraz nawet nie można wyszukać takich filmów? no heloł?!), ale chodzi mi o ostatnie zdanie. Ok, scat to jest dla mnie wyjątkowo odpychający fetysz, chyba najbardziej… ale kurcze, przecież nikogo nie krzywdzi. I nie wciska się jak ktoś nie chce, można znaleźć takie filmy, ale trzeba szukać, inaczej nie są nachalne. Więc co to kurde ma być że strona porno wartościuje fetysze?! Poważnie?! Strona porno???!!!! Poczułem się zniesmaczony tym zachowaniem daleko bardziej niż tym fetyszem (coś w rodzaju, parafrazując: „Nie podzielam twojego fetyszu, ale po kres moich dni będę bronił twego prawa do jego praktykowania.” ;) ).

Wracając do kwestii weryfikacji… że tylko ludzie zweryfikowani powinni móc wrzucać filmy – w sumie dla mnie jako potencjalnego aktora i producenta to nawet spoko opcja :P ja bym się zweryfikował i tym samym może zmniejszył konkurencję ;) Ale no raczej nie na portalu który już tylko na płatne treści stawia (bo po prostu nie popieram takiej idei). Więc trza będzie jakiś research zrobić i wybrać może jakiś inny… (tyle że Pornhub też mnie zniechęca, bo patrz wyżej). Choć przyszło mi też do głowy, że marzy mi się założyć portal porno, który by był wyłącznie za darmo, tylko za darmo, wszystko by było na nim obowiązkowo za darmo i żadni zarabiający na filmach nie mieliby tam wstępu (od razu byliby wywalani i blokowani pragnący na filmach zarabiać) – to też fajna inicjatywa :P tyle że oczywiście serwery kosztują… i niekoniecznie darowizny pokryłyby wydatki… Ale marzenie jest ;)

Jeszcze taki fragment z artykułu:
„“They made money off my pain and suffering,” an 18-year-old woman named Taylor told me. A boyfriend secretly made a video of her performing a sex act when she was 14, and it ended up on Pornhub, the police confirmed. “I went to school the next day and everybody was looking at their phones and me as I walked down the hall,” she added, weeping as she spoke. “They were laughing.””
– cóż, że nastolatki to idioci, to nie jest nowość. Może nawet nie tyle idioci, co po prostu wyśmiewają wszystko co możliwe. Ale że dorośli ludzie zachowują się podobnie, to jest to szokujące, zniesmaczajace i odpychające.

„She thought, “I’m not worth anything any more because everybody has already seen my body,” she told me.”
– no i kto jej takie idiotyczne przekonanie wpoił? No kto?! :[ Porno niszczy ludziom życie – och Boże, to może nie niszczcie tym ludziom życia, to ich życie nie będzie zniszczone?!!!
Jestem tak zły, że nawet mnie nie obchodzi czy ktokolwiek podziela moje zdanie. Wolę być sam jeden odosobniony w nim, niż podzielać jakieś durne normy moralne całej reszty.
A jeszcze mi się przypomniało że czasem np. na jakichś portalach pod profilami aktorek porno widziałem komentarze w stylu: „Ciekawe czy rodzice są z niej dumni?” – noo 10000000x bardziej byłbym dumny gdyby moja córka była aktorką porno niż gdyby wygłosiła pod czyimś profilem taki komentarz (wtedy to z pewnością nie byłbym dumny, uznałbym za porażkę wychowawczą, że nie przekazałem dziecku podstawowego szacunku do innych ludzi, natomiast jeżeli z szacunkiem do innych wykonuje jakąkolwiek pracę zarobkową, to ani to nie jest w mojej opinii powód do dumy ani /tym bardziej/ do wstydu). I tyle.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Podsumowanie 2020

Większość ludzi powie, że to był okropny rok (wiadomo czemu – bo korona i wszystkie z tym związane trudności) i na szczęście już się kończy i oby następny był lepszy… a dla mnie to był… piękny rok, w którym miałem 6 tygodni jakby dodatkowego urlopu (i dlatego właśnie był taki piękny :P ), nie 100% płatnego, ale prawie, i jak się pracuje na zmiany to ja tej różnicy właściwie nie odczułem, a 6 tygodni siedziałem sobie w domu i ogarniałem życie ;) I czas miałem jeździć do polskiego sklepu rowerem, czas się zatrzymać i odpocząć… Dla mnie to ważne. Czas dla siebie jest ważny, najważniejszy.
Podróżniczo… też właściwie zrealizowałem swoje plany – egzotyczna wycieczka kiedy jeszcze u nas była zima – tak jak chciałem (i kiedy jeszcze było można ;) ), a latem (no jesienią) krajowa. Wszystko tak jak planowałem. I kilka wypadów weekendowych, także jest naprawdę dobrze pod tym względem mimo takiego roku. Nie no, serio, ja nic negatywnego nie poczułem tylko wręcz przeciwnie. Aż wstyd pisać, bo ludzie w depresję popadają i pracę tracą (podobno). Aha, ja dostałem umowę na czas nieokreślony – tego się w ogóle w takim roku nie spodziewałem :D Czy to dobrze czy niedobrze, to nie wiadomo – jak w tej przypowieści z początku notki. Ale w tym roku też nie chce mi się pisać o pracy. Otwieram notkę sprzed roku i podsumowuję kolejne kwestie.
Najważniejsze osiągnięcie, to wiadomo: obywatelstwo. Przeczytałem 70 książek… no „przeczytałem” to za dużo powiedziane :P może bardziej „poznałem treść” ;) bo odkryłem że zmiana druga i trzecia świetnie się nadają do słuchania ebooków w opcji Text-to-speech ;) (tym trudniej mi teraz czytać tradycyjne książki, skoro ebooka mogę czytać, a kiedy akurat nie mogę, to puścić sobie żeby czytnik mi czytał). I po raz pierwszy od dawna tak trochę mi „wychodzą” książki do przeczytania – takich których chcę przeczytać i posiadam zostało kilka, może 10, może max kilkanaście… kilka książek chcę przeczytać (przesłuchać) ponownie, a potem trzeba będzie się przemóc i kupować ebooki ;) Ale najpierw napiszę do Allegro zapytanie co to w ogóle za idiotyzm, że nie można tam odsprzedawać ebooków – dla mnie to oburzające (tak, to nie za mocne słowo). Mogę przecież kupić książkę papierową, zeskanować ją i odsprzedać i wszystko jest super, natomiast nie mogę kupić ebooka, odsprzedać go i skasować? Ludzie już w tej walce z piractwem fiksują całkowicie. A serio – prędzej zrobiłbym sobie skan i odsprzedał książkę (zrobiłem tak z kilkoma) niż odsprzedał ebooka, którego równocześnie bym zatrzymał (tak nie zrobiłem nigdy i to wydaje mi się nie w porządku).
Jeśli już mowa o Allegro, to płynnie przejdę do kilku słów o przesyłkach. O tym nie pisałem już dawno, ale właśnie przed chwilą uporządkowałem dowody nadania starych przesyłek, to raz sobie znowu zanotuję ;) W 2018 (tak, jeszcze z wtedy miałem kwitki) wysłałem (no nie wszystko osobiście) 40 paczek, natomiast w 2019 już tylko 27 (ale i co 28 poleconych i co najmniej 28 przesyłek kurierskich oraz dużą ilość listów zwykłych), to dlatego że Poczta Polska przestała być konkurencyjna dla przesyłek kurierskich. W 2020 wysłałem 18 poleconych, co najmniej 28 kurierskich (nie na wszystkie miałem drukowane potwierdzenia, więc nie policzę dokładnie, 20 paczek i znów niezliczoną ilość listów zwykłych ;) ). I zaprawdę powiadam Wam, muszę z tym skończyć. Tzn. nadal bardzo lubię pakować, ale całe to fotografowanie, obsługa przedmiotów… no nie chce mi się już, chyba się starzeję ;) Wolę sobie konsumować YouTuba i grać w smoki na komórce (Merge Dragons – się wciągnąłem :D ). Znaczy fajnie wystawić coś na WOŚP… ale pójdę raczej w małą ilość droższych przedmiotów niż dużą tańszych – efekt będzie podobny tylko mniejszy nakład pracy. I ogólnie nadal – jak najmniej przedmiotów, jak najszybciej pozbywać się zbędnych, a teraz dochodzi jeszcze: nie trzymać za dużo (najlepiej nic) na WOŚP (a i tak coś się pewnie znajdzie na WOŚP pod koniec roku, więc nie trzeba tego trzymać cały rok).
A co do minimalizmu – wymieniłem w tym roku meble w salonie – bo tak mnie naszło, żeby były bardziej minimalistyczne ;-) I jestem zadowolony, teraz podoba mi się bardziej. Znaczy te stare kiedyś też mi się bardzo podobały… nadal mi się podobały ale już nie tak bardzo, a nowe podobają mi się bardziej ;) Kosztowało mnie to… no właśnie wyrzuciłem już wyliczenia, ale chyba coś koło 250€ mi wyszło odliczając to co odzyskałem na odsprzedaży starych (IKEA Besta, białe, fronty z połyskiem, część używana – wiem, miałem już białych mebli nie brać, bo się brudzą, ale nie mogłem się oprzeć :D ), w ogóle lol, bo fronty były o połowę tańsze w Polsce (więc tak kupiłem :P ), ale już np. półki były droższe (więc kupiłem u siebie :D ).
Co tam jeszcze podsumowują minimaliści… ;) wydatki odzieżowe ;) No to w zeszłym roku kupiłem buty zimowe (używane) za 15€ i Buff za… 18$ + 24$ (przesyłka). No wiem, chyba to nie było aż tyle warte :D ale ja się uparłem na konkretny wzór Buffa i mieli go tylko w USA z drogą przesyłką :P Ale poza tym nie kupiłem nic więcej, bo jakoś nie mam potrzeb odzieżowych ;) a wszystkich innych też mało.

Postanowienie na przyszły rok… no teraz to już nie robię chyba żadnych ;) Ale mocno jestem nastawiony na jeszcze większą wolność od tych wszystkich „zobowiązań”, które sam sobie narzucam – ogólnie jest z tym lepiej ale jak co roku od kilku lat: początek roku lepszy, potem trochę gorzej. Niby jakiśtam bilans odpoczynku i relaksu jest nie najgorszy, ale ostatnie dni, to znowu czuję presję czasu, że już zaraz wyjeżdżam, a tu jeszcze tyle trzeba ogarnąć (te aukcje itp.). Jak już wrócę do siebie, to dopiero wtedy będę odpoczywać – po świętach :D No ale kwarantanna, to też spokój, już się cieszę ;)
Aa, no i planowałem sobie zaszczepić się na covid jak najszybciej – bo tak! :D a tak z przekory! :D Aż tu usłyszałem nową teorię: pierwsze szczepionki będą jeszcze niegroźne, żeby ludzi nie zniechęcać. Aaach taak… To czy ktoś mógłby powiedzieć mi, będę wielce zobowiązany, kiedy już wejdą te trefne? Żebym wtedy mógł się zaszczepić :D Chociaż i tak, przekonany na 1000000% o tym jestem, będzie jakaś nowa teoria czemu mi nic się nie stało ;) No cóż, takie życie, inaczej byłoby zbyt nudno ;) A swoją drogą jak widzę tą reklamę o noszeniu maseczek, to zażenowany jestem, że w ogóle trzeba taką puszczać. Tak sobie myślę że zamiast na taki komunikat społeczny wydawać kasę, powinni na edukację – co by dzieci uczyć weryfikacji źródeł, bo to chyba tej umiejętności brakuje co raz większej liczbie ludzi posługujących się internetem…
Wracając do tego odpoczynku po świętach – właściwie moim głównym celem jest teraz żeby na takich świętach czy urlopie właśnie odpoczywać, a nie tylko ogarniać różne inne, często sobie samemu narzucone, sprawy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano | 1 komentarz

Obywatelstwo (cz.2) + zmiana dokumentów

Tutaj część 1, a teraz jak obiecałem będzie kontynuacja.
Czekałem tak sobie od stycznia, nastały czasy korony, całe tygodnie wolnego, byłem całkiem pewien, że nie przedłużą mi umowy. A jednak! Moja umowa została przedłużona, więc czym prędzej dosłałem ten dokument. I czekałem kolejne ponad 2 miesiące aż dostałem maila (wcześniej telefon, ale nie mogłem odebrać), że mój wniosek o obywatelstwo został rozstrzygnięty pozytywnie, proszą o kontakt w celu ustalenia terminu odbioru. Zadzwoniłem, umówiłem się (akurat zaraz potem miałem mieć urlop, ale udało się jeszcze wcisnąć przed nim ten odbiór). Normalnie akt nadania obywatelstwa odbiera się na uroczystości wraz z innymi kandydatami, gratulacjami itp. ;) ale w tym roku przez pandemię jak wiadomo nic nie jest normalnie, dlatego ja swój odebrałem po prostu w urzędzie. Trochę nie wiedziałem jak się na to ubrać ;) to niby tylko zwykła wizyta w urzędzie, więc garnitur to chyba nie bardzo, a z drugiej strony jednak jest to jakaś podniosła chwila… więc wybrałem najlepsze jeansy i sportową marynarkę oraz koszulę – tak pomiędzy strojem codziennym, a eleganckim :P I chyba był to dobry wybór. Była to też moja pierwsza wizyta w urzędzie od czasu korony – z maseczkami, dezynfekcją rąk na wejściu do pokoju itp. Oczywiście najpierw labirynt – to wiadomo ;) (ale wychodząc tym razem mi się chyba udało nie błądzić), potem miła pani znów pytała o Freizügigkeitsbescheinigung (w sumie przez telefon facet z którym umawiałem termin poprosił żebym to przyniósł jeśli jeszcze mam, jeszcze miałem więc przyniosłem), oddałem – od lat nieważny dokument, ale to chyba miało być tak uroczyście, że oddaję go, bo już mi nigdy nie będzie potrzebny – teraz jestem obywatelem i mam prawo tu przebywać dożywotnio bez żadnych warunków ;) Następnie zakomunikowała mi, że nabywam dzisiaj obywatelstwo, moje drugie (co ma swoje plusy i minusy np. takie że w kraju, którego obywatelstwo pozostawiam ambasada mi nie pomoże i podlegam jego ustawodawstwu – kiwam głową na co pani: „Ale to pan pewnie wie” – nie wiem czy wiem, ale to w sumie logiczne ;) ), wytłumaczyła mi, że zanim wystąpię o dowód koniecznie mam przeczytać załączone strony dotyczące dopasowania nazwiska do ustawodawstwa tego kraju. Potem miałem jeszcze powtórzyć po niej, że „Przyrzekam uroczyście przestrzegać konstytucji i wartości RFN…” Na końcu spytała czy mam konstytucję, chciałem mówić, że nie ale jest w internecie, ale po „nie…” dostałem ją po prostu w prezencie ;) No ok. I to by było na tyle. Mało uroczyście wyszło, no ale cóż, takie czasy ;)

Tu by opis mógł się kończyć i kończyłby się (no może jeszcze napisałbym o dowodzie) gdyby nie te imiona i ich zmiana…
A więc potem miałem urlop – przez 3 tygodnie nie robiłem nic. A potem umówiłem się do miejscowego Urzędu Stanu Cywilnego dopasować imiona i nazwisko. Bo to jest tak, że mam dwa imiona w sumie całkiem tutaj zrozumiałe, zapis drugiego nawet też przechodzi bez problemu (chociaż tutaj pisze się raczej inaczej), ale w pierwszym ludzie zawsze robią błąd – właśnie dlatego, że różnica miedzy polską, a zagraniczną formą jest minimalna… ale jest. Jako że ZAWSZE mi robili błąd, a ja jednak zamierzam tutaj spędzić życie, a nie w Polsce (gdzie z resztą jest to na tyle rzadkie imię, że połowa też je z błędem zapisuje ;) swoją drogą tutaj jest to jedno z 10 najpopularniejszych co roku imion :D także rozrzut spory ;) ), postanowiłem dopasować formę do obowiązującej tutaj. A ponieważ zrobiłem to z pierwszym imieniem, uznałem że drugie zostawiać przy tym po staremu to jakoś tak głupio i drugie też zdecydowałem dopasować. Takie czasy, że termin trzeba wszędzie, więc umówiłem go i poproszono mnie o przesłanie mailem aktu nadania obywatelstwa i aktu urodzenia wraz z tłumaczeniem. Spoko – akt obywatelstwa to nie problem, a co do aktu ur., to pewien byłem że urzędnik nie doczyta… i oczywiście dostałem maila zwrotnego, że mam przynieść prawidłowy akt na termin, bo przesłałem niewłaściwy :D Chciałem nawet odpisać i tłumaczyć, ale dałem sobie spokój, zabrałem ten sam akt i osobiście wytłumaczyłem, że to niestety jest prawidłowy akt, a ja jestem ts i tak to w Polsce wygląda, po czym wskazałem drobny druczek na drugiej stronie i tłumaczenie, pani się wczytała: „Ach tak.” i na tym się skończyło :) Ale zanim to nastąpiło to opiszę sobie drogę – bo to tym razem był inny urząd (ten, w którym wszystko dotychczasowo w tym mieście załatwiałem to tzw. „Urząd do spraw obywatelskich” – meldunki, obywatelstwa, sprawy imigracyjne, prawa jazy, karty pojazdu itp… ale imiona w USC, a to inny budynek, w innej części miasta). Trochę stresowało mnie to, że aby się dostać do tamtej części miasta, muszę kawałek przejechać, zwłaszcza że przez takie spore rondo którego nie lubię ;) W dodatku nie bywam tam i nie wiedziałem jak wygląda sprawa parkingu – stanąłem wzdłuż głównej ulicy, było przed 8:00, więc za darmo, ale już od 8:00 płatne. No nic, stanąłem i patrzę na ten urząd, a może ma swój parking? I miał, tylko trzeba było na tyły przejechać – wróciłem do auta i przejechałem. Potem wejście też nie było całkiem proste, bo korona i niektóre wejścia pozamykane. Ale dotarłem, załatwiłem. Aha, mogłem zmienić też nazwisko. I co ciekawe – jako że moje nazwisko jest dość polskie, mógłbym chyba wybrać sobie całkiem dowolne nazwisko! :P Ale jednak jako tako jestem do mojego przyzwyczajony, więc na początku chciałem zostawić jak jest, a w końcu usunąłem tylko polski znak (i tak nikt tu go nie pisze poza może urzędem meldunkowym). W sumie to było tak, że mówię, że chcę zmienić imiona. Ona pyta o nazwisko, a ja pytam czy powinienem :D ona że jak chcę i to moja decyzja, ja pytam czy to problem jak zostanie polski znak, ona że nie powinien być, po prostu nie będzie przez większość instytucji zapisywany – tak jak dotychczas, ja że ok. Wypisała dokument, czytamy, patrzy że zrobiła błąd w moim mieście urodzenia, poprawia, ja myślę nad tym nazwiskiem dalej ;) wydrukowała nowy papier, czytamy, ja stwierdzam że jednak usuńmy ten polski znak :D znów poprawia :D ale bez problemu, to jednorazowa decyzja, której nie można zmienić, więc lepiej zdecydować świadomie, a nie potem żałować, że bez sensu – zmieniłem imiona, a nazwisko z polskimi znakami nie wiadomo po co zostało ;) Ciekawostka: zmiana imienia i/lub nazwiska tutaj nie pociąga za sobą żadnych konieczności w Polsce – z tego wynika, że można nosić tam zupełnie inne imię i nazwisko niż tu i wszystko będzie legalnie, zgodnie z prawem :D Ja z resztą chyba nawet nie zamierzam zmieniać tego zapisu w Polsce, nie chce mi się ;) poza tym fajnie może mieć tu tak, a tam po staremu ;) Z resztą u mnie akurat to naprawdę drobna zmiana była.
Koszt: 38€.

Ok, jak już miałem imię, zrobiłem termin na złożenie wniosku o dowód (to znowu w tym urzędzie ds. obywatelskich, na szczęście). Noo terminy to tam są odległe… znaczy właściwe, to może w ciągu 2-3 tygodni ten termin miałem. Poszedłem, nawet było bliżej niż z papierami po to obywatelstwo (obywatele mają lepiej – nie muszę iść przez cały budynek żeby załatwić swoje sprawy XD ale jak myślicie, że trafiłem do wyjścia na stronę parkingu, to oczywiście nie tym razem :D ). Wątpliwości miałem takie, że mam już ponad roczne zdjęcie, którego użyłem też do polskiego dowodu – jak pani to zauważyła, to mówi, że już trochę stare i nie powinna go przyjąć… ja oczywiście wcześniej wsio poczytałem i wcale nie ma takiego wymogu żeby zdjęcie było nowe – polecane jest nie starsze niż 3 miesiące lecz to nie jest wymóg – ale akurat to zdjęcie mnie się podoba, a poza tym naprawdę się nie zmieniłem, więc mówię pani, że wyglądam dokładnie tak samo – nawet zdjąłem na moment maseczkę żeby się przyjrzała, westchnęła i przyznała mi rację i zdjęcie przyjęła bez dalszych dyskusji ;) Dalej: czy chcę z odciskami palców, dla formalności zapytałem co mi to daje (kwestie bezpieczeństwa, lepsza weryfikacja), oczywiście ja naczelny „nie wierzę w inwigilację i nie boję się podawać swoich danych, ile wlezie!” ;) tylko dla formalności zapytałem, bo od początku zamierzałem zostawić odciski ;) Na koniec dostałem karteczkę i informację, że jak dostanę list z PINem, to za około tydzień dowód będzie do odebrania. Ok, po 2-3 tygodniach list dostałem, aaaale dowód nie był do odebrania za tydzień, bo terminów na za tydzień to nie było :D terminy na odbiór dowodu (5 minut) dostałem na za chyba 6 tygodni… Nawet zadzwoniłem telefonicznie mając nadzieję, że może jakiś się zwolni wcześniej albo jest jakaś możliwość… nope, takie są terminy i koniec (dostałem termin na 16 grudnia…). Jednocześnie umówiłem termin na zmianę dowodu rejestracyjnego i karty pojazdu (na 24 listopada na 11:15) – czy się uda bez dowodu to mi miły pan na infolinii sam nie potrafił powiedzieć, ale powiedział, że powinno się udać, a jak będą robić problemy, to mam powiedzieć, że nie moja wina, że ten termin był szybciej i niech się skontaktują z urzędem od dowodów (znajdującym się z resztą w tym samym budynku), bo mój dowód tam sobie już leży. No racja, tak zamierzałem zrobić, ale ponieważ terminy ogólnie można umówić i odmówić przez internet, zamierzałem też polować, a nóż się uda szybciej. Polowałem, raz już mi się prawie udało – o widzę termin na następny dzień! Klikam, że chcę zarezerwować, trzeba czekać na maila, w którym jest link, który trzeba kliknąć by potwierdzić, a następnie odsyłają potwierdzenie. Czekam więc na maila, w którym trzeba kliknąć… – jest, klikam by potwierdzić, przychodzi mail: niestety nie udało się. No super :/ Polowałem wytrwale i w końcu, 23 listopada wieczorem widzę termin na następny dzień rano! Znów klikam, mail, potwierdzenie, tym razem się udało! Termin: 8:20 rano :D (a więc jak zwykle na drugiej zmianie około 5:00 poszedłem spać na niecałe 3 godziny, wstałem, pojechałem do urzędu po dowód, wróciłem spać na niecałe 2 godziny, wstałem, pojechałem do urzędu zmienić dowód rej., wróciłem spać na jakąś godzinę :D ). Niestety spanie na raty to u mnie nic nadzwyczajnego… No ale wracając do załatwiania: to ten bliski urząd, jakby to było lato, to szkoda by było samochodem, bo spokojnie można rowerem, ale nie było lato poza tym ja chcę spać ;) więc samochodem to chwila. Wchodzę po odbiór dowodu, pokazuję numerek rezerwacji, pani na recepcji wskazuje gdzie iść, tam poczekalnia (z szeroko rozstawionymi krzesłami), potem wchodzę do pokoju (też blisko, zaraz obok poczekalni), dowód odebrałem dość szybko, chociaż chwilę pani szukała, bo na akcie inne imiona, ale pokazałem też zaświadczenie o zmianie, dowód odebrałem! I cóż mogę powiedzieć? Ładna kolorystyka, ale czcionka nie dla niedowidzących ;) (polskie dowody mają brzydszy kolor, ale o wiele wyraźniejszą i ładniejszą czcionkę).
Po tych dwóch godzinach wróciłem wymienić dowód rejestracyjny i kartę pojazdu – wchodzę do tej samej recepcji, pytam tych samych pań :D ale mnie pokierowały do innej recepcji, półpiętro wyżej. No fakt, tam też wyrabiałem prawo jazdy w zeszłym roku i dowód rej. parę lat temu. Skoro dowód już mam, to dumnie mogłem podać :D i nie martwić się, że coś będzie nie tak. Karty pojazdu wymieniać nie musiałem, bo jest miejsce na drugi wpis, więc tylko dopisała. Też sympatyczna pani mówi, ze nieźle mam zachodu z powodu jednej litery, mówię, że tak, ale w duchu myślę sobie że to jednorazowo, a potem będzie spokój na zawsze ;) Prawa jazdy nie wymieniam, bo nie trzeba (nawet w przypadku większych zmian jak np. ślub – nie trzeba tutaj zmieniać danych w prawie jazdy, jedynie przy wyjazdach za granicę może być to polecane… no ale jak mówiłem – u mnie zmiana jest na tyle mała, że i tak widać że ja to ja ;) więc szkoda pieniędzy i czasu na taką zmianę), zresztą naprawdę – nie dokonałem zmiany zapisu imion żeby wszędzie świecić nowymi (i że taki jestem tutejszy ;) ), tylko żeby nie musieć wiecznie tłumaczyć i literować.

No i strasznie się cieszę, że mam już ten dowód, bo jak wcześniej zadzwoniłem do banku zapytać jak mogę zmienić dane (bank internetowy), to usłyszałem, że muszę się zweryfikować na poczcie – znaczy ja znam to postępowanie, tak samo zakładało się w nim konto, no ale to nie jest możliwe bez dowodu :/ Problem w okresie przejściowym polegał na tym, że taki tutejszy ZUS od razu mi wysłał coroczne rozliczenie z nowymi danymi (widać do nich trafia to automatycznie), więc chciałem jak najszybciej poinformować pracodawcę – to też nie problem, bo zaświadczenie o zmianie imienia wystarczy, ale jak informuję pracodawcę, to wypadałoby i bank, a bank… jak wyżej :/ Także jedne instytucje nie mają problemu z samym zaświadczeniem (kasa chorych na przykład – mieli formularz „załącz dokument” i zaświadczenie bez problemu przeszło, tak samo spółdzielnia od której wynajmuję mieszkanie – ci to mi jeszcze nawet ładnie zadzwonili potwierdzić, że przyjęli zgłoszenie ;) ), inne „prosimy skan dowodu listem lub faksem” (LOL – Payback chciał ode mnie skan dowodu, no komedia :D poważna firma, nie pogadasz ;) podczas gdy inny taki podobny program partnerski umożliwiał zmianę danych ot tak po prostu na stronie internetowej). Teraz jestem w trakcie załatwiania tej weryfikacji z bankiem – identyfikacja na poczcie była potrzebna jakby podwójnie – na imię i na obywatelstwo – sama kwestia obywatelstwa nie ma większego znaczenia dla większości urzędów, ale akurat banki warto poinformować, bo ma się podobno lepszą zdolność kredytową wtedy, co jest skądinąd zrozumiałe), ale to jeszcze nie wystarczy – zaświadczenie o zmianie imion też chcą :D (więc po jakiego grzyba była w ogóle ta poczta, od razu mogli poprosić o wszystkie skany listem, skoro i tak muszę im tą kopię listem przysłać). Drugi bank (ten akurat mam stacjonarnie – po co mi dwa banki, zapytacie? bo ja oszczędny człowiek jestem i bank musi być darmowy ;) ten pierwszy jest ale trudno tam pieniądze wpłacać /w ogóle się nie da za darmo/ a robię zakupy znajomemu i często zostaję z nadmiarem gotówki, więc jak znalazłem bank też darmowy ale z wpłatomatami, to założyłem drugie konto i nie – nie zamknę pierwszego, bo spodziewam się, że to drugie kiedyś przestanie być darmowe i to wcześniej niż pierwsze i będę musiał je zamknąć ;) ) odwiedziłem więc osobiście. Mówię co jest, pan na to: „O, to tak można?” ;) nawet mu chciałem powiedzieć, że wręcz trzeba ;) ale powiedziałem tylko, że tak, trzeba się zdeklarować i wtedy imiona zmienić można jeśli są nietutejsze. Pisał coś tam, pisał i trochę w tym banku spędziłem, podpisałem znów z milion podpisów (no ok, tylko 3 lub 4), zapytał czy koniecznie chcę zmieniać kartę, bo jak nie muszę, to możemy starą zostawić – jasne, szkoda zasobów środowiska marnować, więc oczywiście zostawić. W moim pierwszym banku też nie będę zamawiał nowej, a chyba automatycznie też nie przyślą.

Co tam jeszcze… w wielu miejscach już zmieniłem, ale w wielu jeszcze muszę zmienić… ubezpieczenia, abonamenty… ale to zdecydowałem zrobić jak już zmienią mi dane w banku – bo jednak zlecenia zapłaty itp… niech to wszystko ma ręce i nogi.
Oczywiście będę chciał kiedyś wyrobić także paszport, ale na razie korona, to szkoda, oszczędźmy termin ważności ;) ale po nowym roku pewnie wyrobię (zwłaszcza jeśli te terminy też są tak odległe jak na dowód…). Jedyne co mnie zdruzgotało, to kiedy się dowiedziałem z internetów, że i tak muszę mieć polski paszport jeśli chcę latać gdzieś z Polski :( Ponieważ dla celników w Polsce jestem obywatelem Polski… no niby ma to sens ale i tak mnie to przybiło bo wiecie, ja sobie wymyśliłem, że nie będę w ogóle polskiego paszportu odnawiał i jaka to będzie oszczędność! XD A tu lipa. No mógłbym np. nie latać z Polski, ale to tym bardziej nie będzie oszczędność, to już chyba wolę zrobić ten paszport jednak ;) Albo zrzec się obywatelstwa polskiego – w sumie wyszłoby najtaniej :D (to drugi raz kiedy mi ten pomysł przyszedł do głowy ;) trzeci to sytuacja z poprzedniej notki, a pierwszego już nie pamiętam ale też było to coś politycznego…). Ale twardy będę, nie miętki, już trudno, wyrobię te dwa paszporty ;)

Koszty:
– zmiana imienia/imion/nazwiska (zawsze tyle samo): 38€
– dowód osobisty: 28,80€
– dowód rejestracyjny: 12€
– (jak na razie) dwa listy: 2×0,80€ ;)

Tyle w kwestiach formalnych. A w emocjonalnych… nie poczułem się jakoś inaczej ;) właściwie odbierając akt nadania obywatelstwa niczego nie poczułem (poza radością, ale nie aż tak dużą jak się kiedyś spodziewałem), dopiero odbierając dowód to bardziej… Ale i tak nic aż tak silnego ;) Z drugiej strony jest to osiągnięty jakiś kolejny duży (jeden z najważniejszych, które sobie wymyśliłem) cel mojego życia – korekta, potem zamieszkanie tutaj, w końcu obywatelstwo… Mam takie poczucie, że coś osiągnąłem, co było dla mnie ważne. A z drugiej strony mam teraz wrażenie, bardziej niż kiedykolwiek, że życie to gra… wymyśliłem sobie cel – zdobycie obywatelstwa i świat się do tego dostosował, z pozytywnym finałem przeszedłem tą grę. A ta zmiana imion to już w ogóle – drobiazg, ale taki do którego jest się jednak jakoś „nakierowanym”. Drobiazg, bo to w moim przypadku tylko kilka liter (w końcu nie miałem na imię „Zdzisław” czy „Władysław” które to imiona chcąc się dopasować musiałbym chyba zmienić całkiem ;) ), a jednak z powodu tych kilku liter multum urzędów, instytucji czy firm musi mnie obsłużyć… I tak się kręci ten świat, i na tym to polega…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

17 lat bloga

Gdzieś tam niepostrzeżenie w zeszłym miesiącu minęło 17 lat od kiedy piszę bloga… Nie każdą rocznicę tu przeżywam, ale ta, choć nie okrągła, to jest wyjątkowo ważna, bo oznacza, że piszę bloga przez połowę mojego życia ;) Już nigdy nie będzie takiej rocznicy, każda kolejna będzie znaczyła, że już piszę przez ponad połowę życia ;) I chociaż teraz pełni on raczej inne funkcje niż kiedyś, to nadal jest to dla mnie ważna rzecz…
Piszę mniej, piszę mniej emocjonalnie, bo wszystko jest dobrze, więc nie mam potrzeby ;) Nie będę też robił teraz jakichś wielkich podsumowań – nie chcę się powtarzać, wszystko tu jest… a do podsumowań przyzwyczaiłem się na koniec każdego roku i wtedy lepiej można ogarnąć co się udało, a co nie. Chcę napisać tylko o kilku moich przemyśleniach z ostatniego czasu. A są one takie, że – tak jak myślałem – wcale się tak bardzo nie zmieniłem. Wiedziałem, że jako „dorosły” nie będę aż tak bardzo inny, nie będę uważał, że młodzież jest głupia i nic nie wie o świecie itp. gadki dorosłych i doświadczonych przez życie co to wszystko już o tym życiu wiedzą ;) Przeciwnie, niektóre rzeczy nawet jeszcze bardziej mnie złoszczą teraz, kiedy widzę że miałem rację. Np. ostatnio zapłaciłem ponad 1000zł za naprawę klimatyzacji w aucie, a i to jeszcze nie wiadomo czy przyniesie to skutek i już będzie ok. Ale oczywiście NIKT nie powie, że to jest pierdoła, wszyscy („dorośli”, hehe ;) ), powiedzą: „no tak tak, samochód, trzeba naprawić, wiadomo, wiadomo”. Ale kiedy byłem dzieckiem, słyszałem: „Nie wydawaj na głupoty!” kiedy chciałem coś kupić za powiedzmy 5zł. Czujecie to?! pięć złotych vs. ponad tysiąc złotych!! Ponad DWIEŚCIE razy tyle i NIKT NIC nie powie? Czy ten świat nie jest szalony? NIGDY W ŻYCIU moje dziecko (jeśli będę je kiedykolwiek miał, to temat na inną notkę do której się zabieram od stycznia) nie usłyszy ode mnie: „nie wydawaj na głupoty”. Bo jakie ma znaczenie to pięć złotych? Skoro „dorośli” wydają tysiąc, a i to często jakby wyrzucili w błoto (niewykluczone, że batonik, plastikowa zabawka czy cokolwiek innego na co poszłoby te 5zł miałoby więcej sensu nawet jeśli zostałoby rzucone w kąt po 3 dniach). No. Tyle chciałem powiedzieć w tym temacie.

Nie zmieniłem się też w tematach innych – chyba wszyscy wiemy co się teraz dzieje w Polsce – z tą chorą ustawą na temat zakazu aborcji w przypadku choroby/wady płodu (swoją drogą co za /autocenzura/ wymyślił, że zakaz akurat w przypadku choroby/wady, a już np. w przypadku kiedy ciąża pochodzi z gwałtu nie? no nie żebym był za zakazem w tym drugim przypadku ale tak jakoś chyba nawet to miałoby więcej sensu; ale co ja tam wiem, ktoś najwyraźniej ma jakieś zapędy sadystyczne – płód zdeformowany, i tak niezdolny do przeżycia ale co tam, niech się rodzi – niech pocierpi, niech przerazi rodziców i położne – wszystko fajnie). Ale nie mam już tyle zapędów do protestów. Aczkolwiek to jest trzeci raz w przeciągu ostatniego miesiąca kiedy przemknęło mi przez myśl, że może jednak zrzeczenie się polskiego obywatelstwa nie byłoby głupim pomysłem (a, bo dostałem obywatelstwo, ale o tym też będzie osobna notka, jak dokumenty pozałatwiam żeby sobie opisać).
Btw. u Tucholskiego na instagramie bardzo dobry tekst:

„Politycy prawicy przez wiele miesięcy straszyli nas, że przyjdzie zła ideologia i odbierze nam wolność poprzez narzucenie niechcianych wartości.

Mieli rację, tylko im się LGBT z kościołem pomyliło.”
(źródło)

– w punkt.

Inna sprawa… ponieważ blog powstał z powodu ts, wkleję sobie wreszcie pewną wypowiedź z forum, już dość starą (sprzed ponad rou chyba, może jeszcze dłużej) tylko jakoś nie mogłem się zebrać… więc na 17 lecie powstania bloga takie nawiązanie do korzeni ;) Ale nie ma w tym nic śmiesznego, wiadomość jest dramatyczna, ale to co mnie w niej uderzyło, to skomentuję za chwilę. To post S. z wątku o rodzicach (reakcja jej matki na wieść o transseksualności dziecka):

„Napisala mi taka wiadomosc:
'Trudno mi nazwac kim jestes, zadaje sobie bez konca to pytanie co czlowiek moze w zyciu zrobic tak strasznego, zeby Bog go az tak ukaral. Klade sie i wstaje kazdego rana, nie wiem po co i dlaczego otwieram oczy, placze, nie chce nigdzie isc ani z nikim rozmawiac. Boli mnie to, ze musze do kogos mowic, odpowiadac na pytania i sie usmiechac. Usmiechac? Usmiech? …. Juz nigdy szczerze nie bede sie usmiechac. Bol rozrywa mi serce. Wszystko to jeden bezsens. Zyje tylko bo wylaczylam myslenie. Musze z tad wyjechac, musze znalesc prace gdzie nie trzeba myslec, gdzie nikt nie bedzie mnie zmuszal do akceptacji czegos czego nigdy nie zakceptuje. Wtedy moze jakos przetrwam do konca . Bol przepelnia mnie kazdego dnia, robie cos I ciagle zadaje sobie pytanie „po co to robisz” nie wiem. Nie wiem po co cokolwiek robie bo mi nic juz nie jest potrzebne, nic mnie juz nie interesuje, niczego nie chce zobaczyc, niczego nie chce wiedziec.Czasami NADZIEJA przebudza mnie z otempienia. Jesli ja trace, trace wszystko, niczego nie chce I niczego nie potrzebuje. Nie chce juz istniec. Kiedys patrzac przed siebie widzialam horyzont, nie konczaca sie przestrzen. Teraz? Patrze przed siebie…. i moj wzrok tak daleko nie siega…. zawiesza sie…..w jakims martwym punkcie…. jestem martwa…. moja dusza jest martwa… moje oczy sa martwie nic juz w nich nie ma… nic juz we mnie nie ma.'”

– tak… bardzo ambiwalentne uczucia jak się coś takiego czyta. Chciałoby się współczuć w cierpieniu… i jednocześnie potrząsnąć i nawrzeszczeć. Faktycznie, Bóg pokarał transseksualnym dzieckiem, i „dlaczego mnie? i po co żyć, nie zaakceptuję… i w ogóle oh jej! I współczujcie mi, MNIE (nie mojemu dziecku), bo no świat mi się zawalił!” No mam taki niesmak. Bo z drugiej strony ta wypowiedź jest genialna, ona jest idealna – właśnie tak dokładnie czują się osoby ts! Całymi latami!! (nie „od trzech tygodni, od kiedy się dowiedziałam”, tylko czasami i trzydzieści lat). Tak więc jeśli coś takiego pisze rodzic, to właśnie ma okazję poczuć się przez chwilę, przez drobny wycinek czasu zanim sobie nie poukłada, tak jak my się czujemy przez całe życie. No i tyle. [Ja wtedy skomentowałem: Piękny opis – tak się właśnie częstokroć czują osoby ts, czasami „od zawsze”, od kiedy tylko są siebie świadome. Możesz jej to właśnie powiedzieć. (a ona od kiedy tak czuje? od kilku tygodni, miesięcy? to i tak „ma lepiej” niż my…).].

Na koniec też już trochę starszy news z jeszcze innej tematyki, ale umieszczę, bo też chcę coś ukazać: „IKEA w Niemczech umożliwiła setkom muzułmanów skorzystanie z parkingu podczas modlitwy. Mogli dzięki temu wspólnie się modlić, zachowując dystans społeczny.”
– czytam taki news i myślę sobie: wow! jakie to miłe! jakie to piękne! jakie to dobre! że Ikea (LUDZIE z Ikei), udostępniła swój parking w tym momencie nieużywany, LUDZIOM żeby mogli się modlić. Świat może być jednak pozytywny! Po czym czytam komentarze pod artykułem i jednak nie. Co jest z tymi ludźmi nie tak, że ja widzę dobroć i coś pozytywnego, a oni upadek cywilizacji?! Jak wszyscy których spotykam są tacy jak ci komentujący to czasem się poważnie zastanawiam jak żyć na takim świecie… Jedynie staram się pocieszać tym, że to może tylko frustraci krzykacze krzyczą najgłośniej, a zwyczajni neutralni ludzie się nie odzywają lub w ogóle nie czytają takich bulwarowych newsów… Miejmy nadzieję.

***
“Szczęście w Twoim życiu zależy od jakości Twoich myśli.”
– Marek Aureliusz

Nadspodziewanie dobrze pasuje mi ten cytat do tej notki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Zabezpieczone: Norymberga, Buchenwald, Flossenburg i pomniejsze ;) (Schwerin, Lubeka, Gniezno)

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę poniżej wprowadzić hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Zabezpieczone: Dubaj

Treść jest chroniona hasłem. Aby ją zobaczyć, proszę poniżej wprowadzić hasło:

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , | Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Prasówka #3

„Transseksualizm. Opozycjonistka w PRL Ewa Hołuszko opowiada o korekcie płci” – jest spojrzenie na transseksualizm jest mi bardzo bliskie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , | 2 komentarze

Prasówka #2

Taki artykuł: Fundusz Ziobry finansuje projekt o „przestępstwach pod wpływem ideologii LGBT” – już sam tytuł projektu jest idiotyczny…

„Jak wskazano w uzasadnieniu, celem projektu jest „doprowadzenie do wyeliminowania z polskiej przestrzeni publicznej przypadków łamania praw sumienia ludzi wierzących, którzy cierpią pod wpływem presji nowych lewicowych ideologii”.”

– bez komentarza

„sformułowanie „ideologia LGBT”, które jest używane przez środowiska prawicowe z przedstawicielami rządu na czele, nie ma swojego potwierdzenia w źródłach naukowych ani prawnych”

– no wreszcie ktoś to powiedział!

„Ministerstwo, które poprzez takie projekty stawia osoby wierzące w pozycji prześladowanej mniejszości, a w rzeczywistości prześladowane są osoby ze społeczności LGBT – powiedziała na konferencji prasowej posłanka Anna-Maria Żukowska.”

– no niczym lata ’30 w Trzeciej Rzeszy – naród Niemiecki też był bardzo prześladowany przez Żydów przecież ;)

***

Druga rzecz: „Nielegalny handel hormonami dla LGBT! Wstrząsający reportaż Tygodnika Solidarność jak transseksualiści deprawują polską młodzież” – tajne czaty, grupy trans-aktywistów, nagie zdjęcia XD Śmiechłem bardzo. Ściągnąłem sobie nawet specjalnie aplikację tysol (prawie jak „łysol”, ciekawe czy zbieżność celowa) bo za darmo można ściągnąć numer z tym wstrząsającym reportażem XD Taki wstrząsający reportaż to przecież muszę przeczytać! No i dowiedziałem się z niego, że jstem transaktywistą :D Nigdy tak o sobie nie myślałem, ale autor pisze o grupach (np. tych na Discordzie) jak o grupach dla transaktywistów – więc najwyraźniej wg. niego wszyscy są tam transaktywistami, a nie po prostu ludźmi, którzy szukają pomocy albo zwyczajnie chcą poczytać/pogadać. Cóż dalej? Oczywiście nadinterpretacje, wyrywanie zdań z kontekstu i wypowiedzi jednej tylko użytkowniczki tak przedstawione jakby były zdaniem wszystkich…

„Czym młodsze ciało, tym podatniejsze na hormony.”

– brzmi kontrowersyjnie? A chodzi wyłącznie o to, że po młodszej osobie będzie szybciej/lepiej widać efekty.

„Niektórzy uczestnicy czatów przyznają się otwarcie do okłamywania lekarzy co do własnych objawów, co wskazywałoby na stosowanie hormonalnej terapii zastępczej dla zabawy bądź z chęci eksperymentowania z własnym organizmem czy też chęci przystąpienia do danej grupy społecznej zapewniającej akceptację i poczucie przynależności.”

– LOL. Cóż to za domorosła psychologia? Ludzie okłamują lekarzy ze strachu. Albo dlatego że „wiedzą lepiej” ile hormonów powinni brać. (Tego drugiego nie popieram). Poza tym jakby autor naprawdę poznał grupy dla osób ts, to by wiedział że nie zapewniają akceptacji i poczucia przynależności – wręcz przeciwnie, często ludzie robią dramy na forum, że tego nie dostali :P

To jest tyle jeśli chodzi o ten „wstrząsający” artykuł. Naprawdę, artykuł jest dość krótki. Gdzie jest ten wstrząs to ja nie wiem, w osobie jednej Wiktorii? Która no owszem, głupoty wypisuje w dużej mierze ale tam są wypowiedzi tylko jej. I kogoś innego, kto w ogóle nie w Polsce się leczy i też nie napisał nic ponad to, że chętnie by pojechał do Tajlandii, gdzie hormony są dostępne bez recepty. Właśnie – są dostępne bez recepty w wielu krajach, i co? Jakoś ludzie tam jeszcze żyją ;) No naprawdę, robić sensację z tego, że ktoś napisał o hormonach dostępnych bez recepty, w krajach w których są one dostępne bez recepty… gdzie tu łamanie prawa? To ma być dziennikarstwo? Dla mnie to jest żenada. Ale faktycznie na coś mi ten artykuł otworzył oczy – jak bardzo można zmanipulować czytelników, często o tym zapominam.
Kolejny artykuł, zaraz za tym pierwszym, to rozmowa z psychologiem Agatą Borowiecką, który nie jest nawet taki głupi i ogólnie można się z nim zgodzić. Więc przynajmniej to ratuje jakoś tą wątpliwą publikację.

***

A tymczasem w Niemczech: „Pastor jest teraz Pastorką” – ale nie chodzi mi nawet o cały materiał, około 20 minuty bohaterka opowiada, że ktoś jej zarzuca że „złamała reguły gry”, a chodzi o to, że swojej partnerce oświadczyła się w szkole (gdzie ta partnerka chyba pracuje jak można wywnioskować), a ona tam żali się czy regułą jest, że nie można iść do szkoły i oświadczyć się kochanej kobiecie? Noo ja tak myślę sobie, że jakby w Polsce kobieta oświadczyła się swojej partnerce w szkole, to byłby to skandal na cały kraj XD A może nawet „złamanie praw sumienia ludzi wierzących” XD

***

Jeszcze taka ciekawostka:
The Matrix trilogy is a transgender allegory, says co-director Lilly Wachowski – ale wiadomo: wstrętne transy sieją swoją propagandę w mediach ;)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

#takietam-myśli

Oglądam ja jakieś wideo na YouTube i myślę sobie: Jakie to jest takie szowinistyczne i dyskryminujące, że po raz kolejny kobieta bierze po ślubie nazwisko męża!
– …powiedział facet, który już sobie panuje wziąć nazwisko „męża” jeśli tylko będzie nim M. :D ale to tylko dlatego że to takie dobrze brzmiące niemieckie nazwisko, co by sporo ułatwiło. A poza tym jest dość ładne :D inaczej to bym nawet nie rozważał ;)
#takietammysli

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

#jak-dobrze-być-sobą

Jej jak się cieszę, że nigdy nie urządzę żadnego ślubu – jakbym musiał znosić pijaną rodzinę (bo nie uszanowaliby wesela bez alkoholu), to uuu nienienienie…
#jakdobrzebycsoba

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | 2 komentarze

Transseksualne FAQ dla idiotów XD

Mam kilka takich krótkich cosiów do wrzucenia, więc porobię sobie z tego serie mniej lub bardziej poważne ;) Dziś „Transseksualne FAQ dla idiotów”, bo czasami ktoś myśli, że jest taki bardzo do przodu… że aż postanowiłem odpowiedzieć mu poważnie (choć wiem że miał na myśli coś zupełnie innego). Cytat z forum Transpomocy.

Pytanie: Czy zaburzenie płci spowodowane jest tylko jakimś defektem u człowieka zaburzonego, czy wpływ na to czy pojawi się zaburzenie, albo czy wyjdzie się z zaburzenia ma też drugi człowiek.

Moja odpowiedź: Natomiast na ostatnie pytanie to ja Ci mogę odpowiedzieć: no pewnie! Poszedłem do seksuologa, który mi przepisał hormony i wystawił opinię o ts – pomógł mi niesamowicie żeby wyjść z zaburzenia, bo wreszcie moje ciało zaczęło wyglądać tak, jak powinno. Potem poszedłem do psychologa i też mi wystawił opinię potrzebną do sądu – więc znów mi pomógł w tej mojej drodze do zmiany metrykalnej. Potem sąd – w miarę sprawnie przeprowadził postępowanie – też mi więc to pomogło. Potem chirurg wykonujący mastektomię – pozbyłem się balastu i cóż to była za pomoc! Jakby mi ktoś oddał życie :P A na końcu chirurg od srs-u – ooo, to dopiero cudotwórca! Nikt mi tak nie pomógł w wyjściu z dysforii jak on! :D W skrócie: tak, wpływ na to czy wyjdzie się z zaburzenia ma drugi człowiek a nawet większa ilość ludzi: lekarze :]

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Nadwydajność emocjonalna [książka: „Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” – Christel Petitcollin]

Idąc za ciosem zamieszczam tu opis kolejnej, tym razem świeżo przeczytanej książki (dzisiaj skończyłem). Tym razem nie tyle jest ona dobra, co jest ważną cegiełką w poszukiwaniu siebie.
Bo to jest tak, że człowiek (no ja) jak zaczyna widzieć swoją inność, to zaczyna się zastanawiać dlaczego. Oczywiście transseksualizm jest jednym z powodów, ale to jeszcze nie wszystko. Dalej fobia społeczna, ale ona nie wzięła się z niczego. Potem kiedy poszukiwałem pod pojęciem „Zespół Aspergera”, to jakoś gdzieś to było blisko, ale też nie do końca (przynajmniej nie wg. jednej z linii diagnostycznych osób dorosłych ;) ) choć nie całkiem źle. Teraz spotkałem się z pojęciem nadwydajności emocjonalnej/mentalnej i to jest całkiem spory filar… Dlatego tym razem nie jest to tylko opis dobrej książki, ale też mnie w jakimś sensie ;)
Tym bardziej opis muszę tutaj zamieścić, bo na goodreads mi się nie zmieścił :D

Kiedy usłyszałem o książce, już po tytule od razu pomyślałem: „To o mnie. No właśnie, jak mniej myśleć?” ;) Jak zacząłem czytać (na początku słuchać – jest darmowy fragment na YT), to nadal utrzymywało się moje przekonanie, że to o mnie. Potem jednak osłabło, bo nie mam problemu z dźwiękami… Jednak dalsza część książki przekonała mnie, że to jednak o mnie. Dźwięki może faktycznie mnie szczególnie „nie ruszają”, ale inne wrażenia owszem. Szczególnie zapachy – na szczęście raczej te przyjemne niż nieprzyjemne ;) najbardziej w tym sensie, że wiele kojarzę z zapachami, porównuję je, przyporządkowuję im wspomnienia i potem czując jakiś potrafię przywołać z czym mi się kojarzy, co pod nim wspominam itp…
Czy książka jest dobra, to nawet nie umiem ocenić tym razem, bo może zawsze można by coś napisać lepiej, szerzej? Pewnie zawsze by można, jednak cieszę się, że w ogóle ta książka jest! Nie znam podobnych.
Przejdę teraz do cytatów, wiele wyjaśniają.

„Z naukowego punktu widzenia Pierre i jego żarnowce są faktycznie braćmi. Kod genetyczny człowieka składa się z tych samych czterech nukleotydów, co wszystkich organizmów żyjących. Wystarczy to sobie uświadomić, by stopić się z przyrodą i czuć się spokrewnionym z każdą żyjącą istotą, nie wyłączając much i roślin. Ze swym uniwersalistycznym podejściem większość ludzi nadwydajnych czuje, że stanowi część większej całości, i odnosi się z wielkim szacunkiem do życia w każdej postaci.
Podobnie we wszechświecie wszystko składa się z atomów, nieustannie krążących w morzu energii. Ludzie nie stanowią pod tym względem wyjątku. W rezultacie jedyna różnica między nami a stołem sprowadza się do kilku atomów i częstotliwości wibracji. W sferze rzeczy zarówno nieskończenie dużych, jak i nieskończenie małych, potrafimy doświadczać wszystkich tych stanów w naszej prawej półkuli mózgowej.”
(s.42)

– to dosyć dobrze ujmuje moją wizję świata ;) Faktycznie to są rzeczy, na których się skupiam. Więc myślę, że konstrukcja umysłu również ma niemały wpływ na to, jakie wierzenia (np. jaka religia) do nas lepiej trafiają. To chyba niebardzo chrześcijańskie żeby wierzyć, że w istocie my i stół wcale się tak bardzo nie różnimy ;) Cieszę się, że przynajmniej z naukowego punktu widzenia wszystko się zgadza ;)

„Gdy dziecko z zespołem Aspergera uświadamia sobie swoją odmienność, przybiera postawę krytyczną wobec samego siebie i popada w przygnębienie. Wówczas ucieka w świat wyobraźni. Narażone na kpiny i docinki innych uczniów, zamyka się jak ślimak w skorupie i zachowuje się zuchwale. (…) Ale relacje społeczne
wywołują w nim lęk i wyczerpują je. Dlatego mały aspergerowiec bardzo potrzebuje samotności, żeby znów nabrać sił. Właśnie w samotności będzie szukał schronienia przez całe życie, a otoczenie rzadko będzie go rozumiało.”
(s.72)

– nic dodać nic ująć. Może jeszcze tylko wspomnę, że autorka gdzieś tam wspomina też, że być może Zespół Aspergera jest formą ucieczki od nadwydajności.

„Ucieczka w marzenie
Przysłowie mówi, że lepiej urzeczywistniać marzenia niż prześnić całe życie. Nadwydajni mentalnie niekoniecznie tak myślą. Nie mogą zrealizować swoich marzeń w ciasnej i ograniczonej rzeczywistości. Natomiast gdy wszystko idzie na opak, prześnić całe życie to bardzo pociągająca perspektywa. Już od szkoły podstawowej, aby nie umrzeć z nudów na lekcjach i ustrzec się przed ponurą codziennością, nadwydajne dzieci decydują się na mentalną ucieczkę. Mają tak bujną wyobraźnię, że ich marzenia stają się bardziej realne i oczywiście przyjemniejsze niż rzeczywistość. W ten sposób uczą się przenosić w świat wyobraźni, gdy tylko świat realny ich rozczarowuje lub dręczy. Ta wirtualna rzeczywistość może być bardzo rozbudowana, a także pełna cudowności. Odpowiada ich wartościom: wreszcie mogą być sobą i wykorzystać z całym spokojem wszystkie swoje umiejętności. Są tam otoczeni przyjaciółmi, którzy ich rozumieją i kochają takich, jacy są. Szczyt szczęścia! Grozi to jednak tym, że nadwydajne, zbyt marzycielskie dziecko przywyknie do przebywania w świecie wirtualnym dłużej niż w realnym, że ten ostatni będzie mu się wydawał coraz bardziej odpychający w porównaniu z wyśnionym rajem i że w związku z tym będzie ono miało coraz mniejszą ochotę czynić wysiłki, by się dostosować do świata rzeczywistego.”
(s.88)

– to jest dokładnie opis mojego świata wyobraźni z dzieciństwa ;) Mój obecny świat wyobraźni troszeczkę jest inny (nie potrzebuję armii wymyślonych przyjaciół w najdziwniejszy sposób pozbieranych z różnych filmów :D ), ale nadal jest :D Faktycznie nie rozumiem dlaczego prześnić całe życie miałoby być taką złą perspektywą :D

„PRAGNIENIE DOSKONAŁOŚCI
Niezależnie od fałszywego „self” z żelbetonu, nadwydajni mentalnie mają system wartości z hartowanej stali. Jeśli istnieje dziedzina, w której nie targa nimi żadna wątpliwość, to właśnie ta!
Ten system składa się z prawd absolutnych, a poprzeczka jest umieszczona bardzo wysoko. Nadwydajni mają dokładne wyobrażenie tego, czym powinny być sprawiedliwość, szczerość, lojalność, uczciwość, przyjaźń i miłość, uważając, że ich wygórowane kryteria są normalne i oczywiste. Codzienne życie stale ich frustruje, widzą bowiem, jak rozwiewa się ich pragnienie, by inni wyznawali takie same wartości. Wtedy spadają z obłoków i buntują się, dostrzegając niesprawiedliwość, złośliwość lub wiarołomstwo ludzi. Wykluczone jednak, aby wyzbyli się swych ideałów, bo są pewni, że mają słuszność.”
(s.98)

– faktycznie…

„W znacznej mierze właśnie z racji swego purystycznego systemu wartości ci filantropi mają wrażenie, że pochodzą z innej planety, i tak trudno im znaleźć sobie miejsce w naszym społeczeństwie. (…)
Dzieje się trochę tak, jakby ich ideał doskonałości sięgał sufitu, a rzeczywistość czołgała się po podłodze.”
(s.99)

– w sumie nigdy nie pomyślałem o tym, że może za dużo wymagam od rzeczywistości ;)

Kolejnego cytatu nie chciałem wklejać w całości, ale trzeba, żeby zobrazować o co chodzi:

„Mąż regularnie ubliża Maryse i bije ją. Od niedawna jestem jej coachem i staram się natchnąć ją odwagą, aby od niego odeszła. To nie taka prosta sprawa. Maryse przestrzega pewnych zasad, a zgodnie z nimi oczywiście należy dotrzymywać danego słowa i wywiązywać się ze swoich zobowiązań. Na tych dwóch wartościach opiera się jej małżeństwo. Opisuje mi przykrą scenę, w której mąż znów ją obraził, krytykując jako gospodynię i powtarzając w kółko, że nie potrafi nawet porządnie złożyć serwetek; pod tym pretekstem nakrzyczał na nią i ją zwymyślał. Mimo wszystko ona nadal o niego dba, nie szczędząc fatygi: prowadzi dom, pierze bieliznę, przygotowuje posiłki. Dziwi mnie tak wielkie poświęcenie. Moim zdaniem opryskliwemu mężulkowi korona by z głowy nie spadła, gdyby sam złożył serwetki i poszedł sobie usmażyć jajecznicę. Może by się wtedy trochę uspokoił! Czy Maryse się boi, że ewentualny bunt skłoni małżonka do jeszcze większej napastliwości? „Skądże – odpowiada. – Po prostu staram się
być uprzejma”. Sugeruję jej, że jeśli ktoś jest do tego stopnia uprzejmy, to już wykracza poza zwykłą uprzejmość. Ona wykrzykuje: „Och, zapewniam panią, robię to nie dla niego! Tylko dla siebie. Mam pewną wizję wspólnego życia i chciałabym być jej wierna. Znienawidziłabym siebie, gdybym dała się wciągnąć w jego małostkowe gierki i w spiralę odwetów. Postępując wobec niego tak, jak uważam, że się powinno postępować w związku małżeńskim, okazuję szacunek samej sobie!”.
(s.100)

– nie chcę przez to powiedzieć, że ja bym tak samo zachowywał się w związku, bo ja mam akurat inną wizję ;) ale mam swoje wizje różnych innych relacji z ludźmi, które pewnie inni oceniliby podobnie jak tutaj zachowanie Maryse, jednak ja też wszystko to robię dla siebie i z szacunku DLA MOICH przekonań.

„Jeśli wierzyć słowom tych poczciwych misiów, ich system wartości jest najlepszy pod słońcem. Zasadniczo mają rację: gdyby cała ludzkość stosowała go w sensie dosłownym, być może Ziemia stałaby się rajem. Tymczasem tak się nie dzieje, toteż pozwolę sobie na kilka krytycznych uwag.”
(s.102)

– cieszę się, że mam rację chociaż zasadniczo :D

„Stosunek do wszelkich autorytetów to często delikatna sprawa. Trudno się dziwić, że w tym systemie wartości, w którym nie istnieją zazdrość, zawiść i walka o dominację, traktuje się drugiego człowieka jak równego sobie, niezależnie od jego rangi i stanowiska. Wrażenie na nadwydajnych robią jedynie prawość, odwaga lub niezaprzeczalne kompetencje, które szczerze podziwiają i którym przyklaskują. W przeciwnym razie będą tak samo podchodzić do telefonistki, jak do dyrektora.”
(s.103-104)

– to prawda.

„Nadwydajni wiedzą o swoim roztargnieniu, niekiedy wręcz bezradności wobec drobnych problemów życia codziennego, lecz nie zdają sobie sprawy, że są w stanie efektywnie rozwiązywać wielkie problemy. Kiedykolwiek im się to udaje, nie kryją zdziwienia i twierdzą, że to nic trudnego. Tymczasem gdziekolwiek się znajdą, do czegokolwiek się zabiorą, odnoszą sukces. Szybcy, sprawni, wszystko robią dobrze i są tego świadomi, nie przychodzi im jednak do głowy, że tacy są tylko oni, nawet jeśli dostrzegają, że ich otoczenie nie umie sobie z niczym poradzić.”
(s.115-116)

– rzeczywiście jestem świadomy tego, że pewnych rzeczy nie potrafię, a które dla innych najwyraźniej są normalnymi drobiazgami. Ale dalszą część cytatu trzeba wyjaśnić: ja nie jestem świadomy że wszystko robię „szybko, sprawnie i dobrze”, tylko tego że jak coś robię, to to się sprawdza i działa i faktycznie nie rozumiem dlaczego otoczeniu to samo nie wychodzi ;) Także to jest ważny fragment, który postaram się zapamiętać (żeby może pamiętać dlaczego innym nie wychodzi zachowywanie miejsca pracy w określonym porządku, a sortowanie śmieci i pilnowanie tego przerasta ich intelektualnie ;) ).

Tu znowu przytoczę dłuższy cytat (następujący zaraz po poprzednim a kolejny będzie bezpośrednio po tym), bo muszę (choć pierwszy akapit jest tylko dla zarysowania tła):

Martine jest sekretarką i księgową. Kiedy zatrudniła się w pewnej małej rodzinnej firmie, dział administracyjny był tam zdezorganizowany, przeciążony, a płatności regulowano ze znacznym opóźnieniem. W ciągu niecałych dwóch lat nadrobiła zaległości, uporządkowała kartotekę, zreorganizowała dział i wprowadziła system zarządzania bieżącymi sprawami, działający tak skutecznie, że teraz Martine nie ma prawie nic do roboty i po prostu się nudzi. Nie może jednak zrozumieć, dlaczego koledzy nie są równie metodyczni jak ona: dla niej to dziecinnie proste! A jeszcze mniej rozumie powoli narastające wokół niej zazdrość i wrogość. Cóż takiego zrobiła, żeby sobie na nie zasłużyć? Jest naiwna, nie przyjmując do wiadomości, że intelektualnie przerasta swoje otoczenie, tymczasem ono widzi to jak na dłoni!
Naiwna? Chyba nie tak bardzo. Jak wszyscy nadwydajni mentalnie, Martine niestrudzenie usiłuje zamaskować swoją odmienność. Gdyby jednak głębiej się zastanowiła, musiałaby przyznać, że dziesięć razy dziennie zachodzi w głowę, jacy naprawdę są ci inni. Pozwalając sobie na odrobinę szczerości, uznałaby, że apatyczni, uparci lub ograniczeni. Ich ospałość czy brak rozsądku ją irytują, powściąga jednak emocje. Działają jej na nerwy banalność i powierzchowność ich rozmów. Ich opinie to frazesy, a wypowiadane przez nich uwagi świadczą o obcesowości. Miałaby niejedną okazję wytknąć im małostkowość, egoizm, a nawet, nie bójmy się tego słowa: głupotę. Ale nie, Martine unika wszelkiego wartościowania. To byłoby wejście w czeluść tunelu. Czym prędzej wracajmy do naszego salonu VIP!”
(s.116)

– ja nie jestem sekretarką ani księgowym, pracuję na produkcji. Ale zachodzę w głowę nad tym samym ;) Irytuje i działa mi na nerwy to samo (Bożeee, dlaczego innym tak trudno jest zrobić z niesprawną lampką cokolwiek innego niż wyrzucić ją do odpadów zmieszanych(!!!) ?!?!? ;) )

„A przecież nie przyjmując do świadomości swojej wyższości intelektualnej, wyrządzasz krzywdę normalnie myślącym. Wyobraź sobie mistrza olimpijskiego rywalizującego z amatorami i negującego swoją przewagę kondycyjną. Jego miażdżące zwycięstwa ośmieszyłyby i zdeprymowały tych żałosnych niedzielnych sportowców. I w dodatku ten fałszywy skromniś rozpowiadałby wokół, że nie jest pod żadnym względem wyjątkowy! Tamci mieliby prawo znienawidzić go i wykluczyć ze swojego grona. Ty natomiast, nie chcąc uznać swojej nadzwyczajnej inteligencji i pragnąc grać jak równy z równym z każdym pozbawionym twoich umiejętności człowiekiem, postępujesz niczym ten olimpijczyk. Co twoim zdaniem musi odczuwać normalnie myślący, gdy w ciągu kilku sekund rozwiązujesz problem, nad którym on biedzi się od kilku tygodni? A następnie, gdy twierdzisz, że to było bardzo łatwe i że nie dokonałeś żadnego wyczynu? Skromność nieuwzględniająca własnej wyższości może szybko stać się fałszywa, czy wręcz przekształcić w pogardę. Jeśli spojrzeć na sprawę pod tym kątem, trudno się dziwić, że systematycznie wzbudzasz niechęć, wręcz zawiść, prawda? Uważam, że taki rozdźwięk, dostrzegany przez pracowników niższego stopnia, a negowany przez tych stojących wyżej w hierarchii, często prowadzi do sytuacji mobbingowych.
Nie mylmy pokory z fałszywą skromnością. Możesz zyskać akceptację innych, nie zaprzeczając swojej naturze, lecz zwyczajnie ją uznając. Wystarczy, byś się zdobył na obiektywizm. Stwierdzenie faktu to nie przejaw samochwalstwa. Najbardziej rzetelnie potraktujesz sprawę, przyjmując raz na zawsze do wiadomości swoją odmienność.”
(s.117)

– ok, tak na to nigdy nie patrzyłem. Tak chyba mogę spojrzeć.

Trzeba jeszcze dodać: wcale to nie znaczy, że nadwydajni mentalnie są inteligentniejsi czy jakoś „lepsi” od normalnie myślących (bo cytaty, które przytaczam mogłyby się komuś wydać wysuwającymi taką tezę) – w testach IQ nie osiągnęliby dużego wyniku (choć te testy, m.in. dlatego, nie są miarodajne), ale też: wcale to nie jest lepiej rozwiązywać szybko duże problemy, a nie umieć sobie poradzić z codziennymi drobiazgami. To naprawdę nie jest lepiej. Jest po prostu inaczej.

„Możesz stąd wywnioskować, że do pławienia się w morzu powszechnej miłości, w poczuciu bliskości z naturą i innymi istotami ludzkimi, nie są zdolni normalnie myślący.”
(s.121)

– to znów odnośnie wizji świata i wiary.

„Normalnie myślący mają znacznie mniejsze potrzeby emocjonalne niż ty. Wystarczają im i całkowicie odpowiadają relacje, które ty uznajesz za powierzchowne. Chętnie rozmawiają o banałach, wymieniają się frazesami, dzielą poglądami, które nie budzą konfliktów, a spotykają się dla samej przyjemności przebywania razem. Lubią grupę, a nawet tłum. Lubią zabawę i rozrywkę. Nie potrzebują dyskusji na wyższym poziomie i nie mają pokusy zmieniać świata. Skoro powszechny sposób myślenia im odpowiada, po cóż mieliby szukać innego? Myśli zbyt radykalne ich przerażają, wręcz szokują. Niechętnie słuchają ludzi skłonnych do wynurzeń, bo to, co mówią, budzi niepotrzebny lęk. Dopiero gdy normalnie myślącym przydarza się coś złego, mają ochotę opowiadać o swoich sprawach osobistych. Wówczas doceniają wielką umiejętność słuchania i pokłady empatii tkwiące w nadwydajnych umysłach, ale gdy tylko poczują się lepiej, znów nabierają rezerwy i odzyskują komfort psychiczny, z przyjemnością prowadząc pogawędki na banalne tematy. Nadwydajny, który słuchając pochopnych zwierzeń, już miał nadzieję na serdeczną przyjaźń, przeżywa rozczarowanie. Rozgoryczony, wyciąga wniosek, że został wykorzystany, gdy coś było nie tak, a teraz, gdy wszystko jest w porządku, rozmówca ma go w nosie. To błędna interpretacja: dla normalnie myślących rozmowy na tematy intymne prowadzi się tylko w chwilach załamania.”
(s.122)

– to mi wiele wyjaśnia. Naprawdę jest to dla mnie odkrywcze i postaram się zapamiętać, żeby właśnie nie irytować się tymi rozmowami o banałach współpracowników. Ale będzie ciężko ;) I dalej:

„Normalnie myślący chętnie krytykują, szczególnie to wszystko, co odbiega od konwenansów. Dla nich krytykować nie znaczy odrzucać, lecz pomagać w doskonaleniu się. Lubią także komentować postępowanie swego otoczenia. Nadwydajni często źle przyjmują to, co uważają za obmowę czy plotki z magla. W swojej książce „Urodziłem się pewnego błękitnego dnia” Daniel Tammet zauważa, że wśród ludzi plotka pełni taką samą funkcję jak iskanie wśród małp: tworzy więź społeczną. Większą wagę niż samo obmawianie ma komentowanie czyichś postępków. Takie zachowania mają więc sens, którego nie dostrzegają nadwydajni. Oni przecież nie potrzebują żadnego iskania, bo zawsze czują się związani z innymi.”
(s.122-123)

– DOKŁADNIE ;)

„Florence wyjaśnia mi, jak to funkcjonuje: „Gdy tylko ktoś wchodzi w moje życie, już nie potrafię go wyrzucić. Życie jest jak sztuka teatralna: każdy musi grać swoją rolę. Gdy brakuje jednego aktora, trzeba pisać dramat od nowa, zmieniając fabułę i dialogi”. Napomykając o pewnym swoim związku, który ją niszczył, dodaje: „Zerwanie z tamtym facetem było jak odcięcie sobie ręki”.
Tym wyjaśnieniem Florence trafiła w sedno: myślenie niektórych nadwydajnych mentalnie jest do tego stopnia kolektywistyczne i globalne, że żyją w poczuciu niezróżnicowania: „Bliźni jest częścią mnie”. Dlatego tak trudno im zrozumieć indywidualizm normalnie myślących. Powiedzieć: „Inny nie jest mną”, jest równie bezsensowne jak: „Och, mam to gdzieś! Noga mi się złamała. Niech idzie do lekarza!”. (…)
Wyobrażasz sobie życie jako ogromny, ciągnący się w nieskończoność park, a ludzi – jako kępy drzew, krzaki, klomby. Park należy do wszystkich. Myślisz sobie: „Jak to dobrze, że mamy tu taką różnorodną roślinność. Gdyby nie ona, panowałaby straszna monotonia! Jednak czy będziemy porównywać zagajnik z klombem, żeby orzec, który jest lepszy? Zresztą, jak wymknąć się z tego krajobrazu? Nie możemy wyjść z parku, najwyżej trochę oddalić się jedni od drugich, choć i tak nasze drogi kiedyś będą musiały się skrzyżować”. Wyjaśnia to, dlaczego nadwydajni wykazują wysoki poziom tolerancji, akceptując różnice, lecz ciężko przeżywają zerwanie każdej relacji.
Dla lewopółkulowców ten sam pejzaż jest wyraźnie podzielony na odrębne ogródki. Nie powinno więc cię dziwić, że normalnie myślący czują potrzebę kategoryzowania ludzi, mierzenia ich i porównywania jednych z drugimi.”
(s.123-124)

– co ja mogę na to powiedzieć poza tym, że tak właśnie widzę świat jak w opisie o nadwydajnych? ;)

„Jak widzimy od samego początku książki, nadwydajni mentalnie myślą sercem. Co więcej, nie mogą do tego celu używać innego narządu: wszystko musi być zabarwione uczuciem, nawet przedmioty (przecież mają te same elektrony)!”
(s.131)

– no bo przecież mają! ;)

„Aby dobrze wybrać współtowarzysza, trzeba umieć żyć samotnie”.
(s.174)

– z tym się zgadzam.

„Przede wszystkim nie bierz do siebie krytycznych uwag. Wypowiadający je mówi w tej chwili więcej o sobie niż o tobie. Logika jest następująca: „Wytykam innym zachowania, na które sam sobie nie pozwalam” (jak oni mogą się tak bezwstydnie zachowywać!). Tak więc krytykując jakąś kobietę za jej prowokujący strój, zarazem informuję, że osobiście zabraniam sobie wyglądać seksownie. Im gwałtowniejsza jest reakcja, tym potężniejsza moja autocenzura. Teraz, gdy już masz odpowiedni klucz, spróbuj rozszyfrować różne tabu swoich krytykantów. To działa również w drugą stronę. Posłuchaj, jak sam kogoś oceniasz, i sprawdź, który z twoich wewnętrznych zakazów przejawia się w tej krytyce.”
(s.175)

– prawda…

„Nadskuteczne kobiety są bardzo męskie (pod względem funkcjonowania umysłu!), mężczyźni zaś – raczej kobiecy.”
(s.180)

– ciekawe spostrzeżenie. Faktycznie patrząc np. na hobby to mam raczeń żeńskie, więc też coś w tym jest.

„Wydaje mi się nawet, że sporo nadwydajnych mentalnie można znaleźć wśród homo- i biseksualistów – to przynajmniej mogłam stwierdzić w przypadku moich klientów.”
(s.180)

– no co Ty nie powiesz… ;)

No i to tyle.
„Inny profil neurologiczny” – po prostu.

P.S. – Nadal nie lubię wordpressa, nie wiem co musiałbym zrobić żeby te odstępy (pomiędzy moim komentarzem, a początkiem następnego cytatu) były szersze :[ edytor nie reaguje ani na enter ani znak nowej linii w html-u… Jest to wkurzające kiedy człowiek nie ma nad tym w prosty sposób kontroli.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , | 4 komentarze