Koszmar zakończony :)

Koniec KONIEC K-O-N-I-E-C !!! Nie mogę uwierzyć :) że wreszcie koniec szkoły na zawsze :) (tzn. pewnie gdzieś się będę uczyć, ale raczej zaocznie, więc koniec z chodzeniem od pon do pt do szkoły).
Chciałbym więc zakończyć pewien etap mojego życia i zamknąć. Będzie dużo, ale po raz OSTATNI, nigdy już więcej nie chcę do tego wracać. Szkoła jest przecież miejscem gdzie spędzamy bardzo dużo czasu, ma ogromny wpływ na nasze życie. A ja jej nienawidzę… szczerze nienawidziłem od zawsze… Nie ze względu na naukę – to mi jakoś szło i to nawet niezbyt wielkim wysiłkiem, ale ze względu na wczesne wstawanie i na ludzi… nie lubię grup ludzi… nie znoszę… W jakimś blogu dziś przeczytałem: „Nielubię tych ludzi tak samo jak oni mnie” i coś w tym jest.
Więc od początku.
Zacznę od przedszkola (bo mnie się to też ze szkołą kojarzy, równie beznadziejnie było). Do przedszkola poszedłem mając lat 4. Prawie zawsze rano był wielki płacz, bo wcale nie chciałem tam chodzić. Byłem przyzwyczajony do tego, że jestem sam (w końcu jedynak, zawsze byłem sam i się nigdy nie nudziłem), dzieci nie lubiłem i wogóle ludzie mnie wkurzali, bo ja mówiłem, że jestem chłopak, a oni uważali to za świetny żart ;) I nie lubiłem jeszcze obiadów. A, i jeszcze czegoś nie lubiłem: nie lubiłem zabawy w wilka i owce, nie wiem dlaczego akurat tej zabawy nie cierpiałem ale chyba dlatego, że nie lubię jak mnie ktoś goni, jak muszę przed kimś uciekać. Przedszkola w sumie to nienawidziłem nawet bardziej niż szkoły, bo tu jeszcze w dodatku musiałem czekać aż mama po mnie przyjdzie. Zawsze przychodziła dość szybko, prawie najwcześniej, ale czasem jej coś wypadło i szlak mnie trafiał ;)
Z tego okresu zapamiętałem jak nam opowiadali legendę naszego miasta. Nie wiem czemu znajomość tej legendy była taka ważna. I pamiętam jak pierwszy raz próbowałem Coca-Coli :) ktoś wtedy przyniósł i pozwolił wszystkim spróbować. Pamiętam, że pomyślałem sobie wtedy, że był to najlepszy napój jaki kiedykolwiek piłem (i zostało mi to przekonanie do dziś).
Teraz zerówka. Byliśmy pierwszym rocznikiem obowiązkowej zerówki. Tu poznałem mojego wieloletniego kumpla. Choć wtedy jeszcze nie był moim najlepszym kolegą, bo bawiłem się raczej z dziewczyną taką jedną. W sumie nie różniło się to za bardzo od przedszkola.
Z tego okresu pamiętam zupy mleczne, których nie znosiłem i nigdy nie jadłem, zawsze zostawiałem nienapoczęte talerze (aż do czasu kiedy jeden rodzaj mi posmakował, wtedy w jeden dzień tygodnia zupę jadłem, a w resztą nie, bo każdego prawie dnia tygodnia była inna).
Wreszcie szkoła podstawowa. Najpierw nauczanie początkowe czyli pierwsze 3 lata (jedna nauczycielka, ta sama sala lekcyjna). Niespecjalnie się bałem, niespecjalnie zapamiętałem pierwsze dni, nie była to dla mnie jakaś wielka zmiana. Tak samo nienawidziłem jak przedszkola, z tą różnicą, że potem mogłem sam do domu wracać, więc odpadło przynajmniej czekanie na mamę. Trafiłem do klasy z kolegą z zerówki i już od tej pory kolegowaliśmy się bardzo. (Przezywali nas czasem „zakochana para”, ale dla mnie było to głupie, on był tylko moim kumplem. Bo tak na prawdę to nie wiem czy wyobrażałem sobie kiedykolwiek prawdziwą przyjaźń z dziewczyną…). Ponadto trafiłem do klasy największych bogaczy z miasta. Rodzice to byli w dużej częśći właściciele lub dyrektorzy firm, zakładów, sklepów… miało to też czasem swoje plusy, jak różne gratisy, darmowe wycieczki czasem itp :> Zawsze była to ‚najbardziej uzdolniona klasa’, ale też taka no… no wiecie…
Pamiętam wycieczki, zarówno te bliskie „edukacyjne” jak: zwiedzanie apteki czy Straży Pożarnej i zapoznawanie się z obowiązkami ludzi tam pracujących, jak i te dalsze wycieczki: Poznań, Wrocław, Karpacz dość sporo ich było. Byłem chyba na każdej. I pamiętam też zabawę (moją, kumpla i dwóch koleżanek), w którą się prawie na każdej przerwie przez długi czas bawiliśmy. Była to zabawa w ganianego ale żeby wszystko nie było takie oczywiste, to było w niej parę wymyślonych przez nas dodatkowych elementów :) świetnie było.
Teraz szkoła podstawowa, ale klasy 4-6, (wielu nauczycieli, bieganie na każdą lekcję do innego gabinetu). Miałem głupią wychowawczynię (która w końcu zrezygnowała i poszła sobie na urlop, zostaliśmy bez wychowawcy, aż w końcu wzięła nas inna, ta już była ok).
Tu wycieczek było już mniej, ale też bywały i też jeździłem na wszystkie chyba. Nauczyciele… hmm… różni byli. Niektórzy fajni (dwóch szczególnie dało się lubić :) zabawni byli i to było fajne), niektórzy tacy, że cieszę się, że już ich nie spotykam.
Pamiętam jak na przerwach taką zabawę klasową sobie urządzaliśmy w przepychanie się, stawaliśmy przy ścianie i się pchaliśmy na siebie z jednaj i drugiej strony, kto wypadał ze środka, ten szedł na koniec którejś ze stron i pchał dalej :) to było super :P . Nigdy też nie zapomnę z tego okresu lekcji muzyki. Ja lubiłem sobie pośpiewać, ale tak żeby mnie nikt za bardzo nie słyszał, bo przecież nie lubię swego głosu, więc jak śpiewaliśmy wszyscy to było ok. Ale baba była taka, że śpiewać MUSIAŁ każdy pojedynczo na ocenę przynajmniej 2 piosenki w semestrze. Nie ważne, że ktoś mógł fałszować – najwyżej śpiewała z nim, ale KAŻDY śpiewał. Bardzo dobrze do dzisiaj pamiętam: „My, Pierwsza Brygada”, „Piechota”, „Rota”, „Gdybym miał gitarę”, „Płonie ognisko”, „O mój rozmarynie”, „Białe róże”, „Czerwone maki na Monte Cassino”, „Przybyli Ułani”, „Bardzo smutna piosenka retro”; trochę mniej: „Pałacyk Michla”, „Kleszczmy rękoma”, „Jak dobrze nam”, „Wszystko co nasze”, „Leśni”; i jeszcze trochę innych było, liczę to razem z gimnazjum, bo mieliśmy tą samą nauczycielkę. Najbardziej podobała mi się „Od nocy do nocy” (tak, to to z „Nocy i Dni” :) ), ale i tak nigdy nie umiałem tego czysto zaśpiewać.
Gimnazjum i oczywiście my – rocznik doświadczalny. Gimnazjum absolutnie niczym nie różniło się dla mnie od podstawówki, ta sama klasa, wszystko to samo. Ale po roku coś tam się zaczęło z klasami mieszać i ja chętnie poszedłem do innej klasy, to było ryzyko, bo nie wiedziałem na kogo trafię. Ale to była dobra decyzja (jednak z kumplem kontakt się urwał – tego żałuję). Trafiłem do klasy nawet spoko (dziś mogę stwierdzić – najlepsza klasa jaką miałem). Tam już nikt raczej nie był „bogaczem” (a wręcz przeciwnie), no i jak w tamtej klasie byłem zupełnie przeciętnym uczniem, to tutaj byłem niemalże geniuszem ;) Wychowawca też był spoko.
Wycieczki były, ale już po woli nie chciało mi się jeździć, zwłaszcza z klasą do której coraz mniej pasowałem (ta pierwsza), a jak zmieniłem klasę to tu już wycieczek raczej nie było.
Najlepiej pamiętam kłótnie z katechetką o to, że nie mam katechizmu ;) I jedną lekcję religii, usiadłem sobie wtedy z chłopakiem z klasy (jeśli chodzi o chłopaków, to z nimi idzie się szybciej dogadać niż z dziewczynami :> no i są jakieś tematy) i świetnie się bawiliśmy na tej lekcji :) mieliśmy niby śpiewać jakieś piosenki, a my sobie jaja robiliśmy i było fajnie :)
W końcu liceum. W brew pozorom dla mnie to to się również niczym nie różniło od podstawówki czy gimnazjum. Klasa moja nie była zła, (ale wolałem tą ostatnią z gimnazjum). Z kilkoma osobami nawet częściej zacząłem gadać dopiero w trzeciej klasie. I wogóle to z klasą gadam częściej przez gadu-gadu niż normalnie ;)
Cóż więcej pisać? Zbyt świeże są wspomnienia… Ogólnie nie było źle, gdybym miał wybierać to wybrałbym jeszcze raz tą szkołę (tyle, że technikum).
Nauczyciele… to zależy którzy, ale niektórych to już mi brakuje :) a innych nie chcę nigdy więcej widzieć ;) Ale pamiętam jak zobaczyłem wychowawcę… jakieś 10 lat starszy od nas… no normalnie w szoku byłem początkowo, toż on był w wieku faceta, który ostatnio mi się podobał ;) jakoś tak głupio, no ale się przyzwyczaiłem. W sumie to lepiej mieć młodych nauczycieli, bardziej nas rozumieją. Sporo miałem młodych w liceum.
Z innymi nigdy nie byłem zgrany. Nie dlatego, że nie chciałem, ale dlatego, że nie potrafiłem. Nie wiem jak, nie wiem dlaczego, ale zawsze się różniłem i nie pasowałem do reszty. Jedyne co było dobre, to to, że nauczyciele chyba mnie lubili. Zawsze mi ufali i najczęściej nie musiałem nawet usprawiedliwień przynosić, bo wiedzieli, że jak mnie niema w szkole, albo jak sobie poszedłem do domu po iluśtam lekcjach (nawet bez zwalniania się), to coś musiało się stać ważnego, bo ja nie uciekam. I tak było. Ale coś w tej sympatii nauczycieli mnie też wnerwiało. W gimnazjum wychowawca sobie umyślił, że powinienem być przewodniczącym w klasie, bo się dobrze uczę. Musiałem mu jasno i dobitnie powiedzieć, że NIE BĘDĘ NIGDY PRZEWODNICZĄCYM, bo nie i już! Nie będę załatwiać żadnych spraw, ani nic w tym stylu. Może sobie mnie wpisywać gdzie mu się podoba, a ja i tak nie będę. I poskutkowało najwyraźniej :) Później była propozycja żebym był do pocztu sztandarowego. (Jaaasne… już pędzę tam, znowu w babskich ciuchach oczywiście :) no nie rośmieszajcie mnie). Nigdy nie dałem się wciągnąć w takie rzeczy :>
Dziś wychodząc ze szkoły usłyszałem jakiegoś zazdrosnego młodszego ucznia: „Zakończenie roku mają… i kurwa pół roku wakacji” hehehe :D
Napewno niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy że można tak nienawidzić szkoły jak ja nienawidziłem… I pewnie dlatego niezbytnim optymizmem pałam do kontynuowania nauki…
Wczoraj jeszcze byłem nerwowy, bałem się co dalej, ale dziś tak jakoś jestem spokojny :) cieszę się z wakacji (no prawie wakacji) i czuję, że jakoś to będzie :)
Ale się lekko czuję ;) nie wiem czy przez napisanie tego czy przez te wakacje :)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.