Postanowienie

Z dniem dzisiejszym (no dobra… już wczorajszym) odmówiłem przyjęcia pracy na stanowisku recepcjonistKA (i to jeszcze w większej dziurze niż moja odległej o kilka km… ciekawe czym bym się tam miał dostać…), więc mnie wykreślono na trzy miechy z listy bezrobotnych (to tak to teraz jest? raz nie przyjmuję i ‚dowidzenia’? czy to tylko w przypadku tych bez prawa do zasiłku tak jest? z resztą nie ważne, różnicy wielkiej i tak mi to nie robi, bo jak mówiłem i tak byłem bez prawa do zasiłku). Ale czy ja wyglądam na kogoś kto wyglądałby jakoś na takim stanowisku? Buhahaha! Oszczędziłem tylko wstydu pracodawcy :D Bosz… przecież ludzie nie wiedzieliby jak mają do mnie mówić, a do recepcjonisty to trzeba jakoś Pan albo Pani :D Ale oczywiście nie dlatego odmówiłem. Odmówiłem, bo wolę w lipcu pojechać TAM, a po sezonie… no właśnie zaraz dojdę do sedna tej notki.
Miałem tą notkę napisać już dawno… Ale nie napisałem. Potem nie miałem nastroju. Potem znowu miałem. I nie miałem. Ale to myślenie ciągle o tym mnie już męczy. Muszę napisać. Wtedy nie będą chodzić mi po głowie fragmenty tej notki. Więc skoro mam już tą wenę to piszę.
Trochę nie wiem jak zacząć, jak to opisać, ale spróbuję…
Zdałem sobie sprawę z następującego ciągu rzeczy: (1) że moje życie jest beznadziejne i przypomina wegetację, (2) że tak się na dłuższą metę nie da i jak tego nie zmienię, to nie wiem, (3) że chcę coś zmienić, bo mam już dość (4) żeby to zmienić muszę się wyprowadzić i zamieszkać sam, bo tutaj/z rodzicami/z rodziną nic się nie zmieni, bo w takiej sytuacji nic nie będę potrafił zmienić.
Tak, muszę się wyprowadzić.
I myślę, że jest to wykonalne. W końcu już była mowa o tym. Przecież mam książeczkę mieszkaniową, którą trzeba kiedyś zrealizować, a jeśli to będzie za mało kasy, to babcia obiecała, że weźmie kredyt żeby starczyło na mieszkanie. No… i niby fajnie, tylko, że… jak już mam się wyprowadzić, to do jakiegoś dużego miasta. Bo wyprowadzanie się do odległej o 30-50 km dziury prawie takiej jak moje obecne miejsce zamieszkania, to chyba nie ma większego sensu :/ (właśnie nazwałem dziurą miejscowość, w której zdawałem na Prawo Jazdy i ktoś na ts forum nawet tam w sądzie miał składać pozew, ale cóż… no nie oszukujmy się, wielka metropolia to to nie jest).Tak więc, to musi być duże miasto. Ale w dużych miastach mieszkania są droższe… i nie wiem czy wtedy też babcia będzie mogła mi pomóc. A nawet jak mi pomoże, to i tak będę miał przeświadczenie, że jestem komuś coś winien… nie będzie to łatwe, nie lubię mieć „długów”… ale chyba nie mam wyjścia. Chyba raz w życiu będę egoistą i zachowam się w myśl zasady: Jak dają to się bierze, jak biją to się ucieka. A jak mieszkania będą za drogie, to może pomyślę o wynajęciu? Coś muszę zrobić.
Z resztą pozostaje sprawa szkoły. Gdzieś przecież muszę iść, a na pewno nie mam zamiaru więcej dojeżdżać 60 km do szkoły, więc że chcę się przeprowadzić nie będzie nikogo dziwiło. Jeszcze tylko muszę wybrać szkołę, w którymś z dużych miast i uprzeć się, że tam pójdę. Ale temat przyszłego wykształcenia, to w ogóle jest dla mnie masakra i przyjdzie jeszcze na niego pora, ale w tej notce chcę się skupić na mieszkaniu.
Niespecjalnie mi się podoba perspektywa przeprowadzki w kierunku wschodnim… tak jakoś pewniej czuję się mając 1,5 godź. drogi do zachodniej granicy niż gdybym miał np. 7 godzin drogi… ale cóż, trzeba myśleć logicznie. Trzeba zmienić swoje życie, a dopiero potem przenosić się na stałe na zachód (co oczywiście nadal mam zamiar zrobić rzecz jasna i nie wyobrażam sobie bym w Polsce miał spędzić całe życie, bo się po prostu zakochałem w TAMTYM miejscu).
Oczywiście są też inne niedogodności… moje mieszkanie musi mieć wannę (bo nie wyobrażam sobie mieszkać w mieszkaniu bez wanny, prysznic mi nie wystarczy), no i musi mieć internet, ale to chyba da się jakoś załatwić. Ostatecznie nawet neostrada nie jest taka droga. Co jeszcze? Ano wychodzę z założenia, że mieszkanie ma się tylko jedno, więc wszystko co moje musi się tam znaleźć. „Mieszkanie jest tam gdzie moje książki, płyty, filmy, komputer i telewizor” – tak mawiam i takie jest moje zdanie. I ogólnie to chyba nie ma z tym problemu. Mam swój telewizor, wieżę i nawet satelitę (bo też być musi, wszak co to jest 5 programów z anteny naziemnej? a kablówki nie uznaję, bo po co mam płacić jak do tego jeszcze nie ma większości niemieckich programów z tego co słyszałem). No i jeszcze wideo jest ważne (tego nie mam, ale ile może kosztować wideo na Allegro? 30zł? to znośna cena :P ). To nie chodzi o to, że muszę posiadać te sprzęty „bo tak”, tylko po prostu jestem maniakiem filmowym i źle się czuję jak nie mam dostępu do w/w rzeczy. Logicznie myśląc przydałaby się też pralka… lodówka niekoniecznie – ja zjem każde śmieci, to mogę jeść to co nie wymaga lodówki.
No ale wakacje to jak zwykle praca, więc coś tam zarobię jeszcze… No i rodzice są mi winni trochę pieniędzy. Choć w sumie trudno mówić o długach w rodzinie, gdyby nie oni, to bym przecież nawet tych pieniędzy nie dostał, więc na pewno nie będę się upominać. Ale gdyby mi oddali, to byłoby fajnie.
Są też argumenty przeciw. Naczytałem się ostatnio mało miłych rzeczy o blokowiskach… no cóż, ale ostatecznie i tak wolę ryzykować życiem na polskich blokowiskach niż żyć tak jak teraz.
Inna sprawa, to wygoda i przyzwyczajenia… W domu jest wygodnie, znam go na pamięć i mogę się poruszać z zamkniętymi oczami. A miasto… sklepy… wiem gdzie kupić najlepsze bułki, najtańsze chipsy, ulubione ciastka francuskie, wiem gdzie sprzedają doskonałe babeczki z owocami i drożdżówki z budyniem, a także wiem gdzie szukać innych rzeczy. Przeraża mnie myśl, że tego wszystkiego będę się musiał uczyć od nowa w obcym miejscu :( albo co gorsza nie będzie sklepu z TAKIMI i nie innymi babeczkami z owocami i bułki nie będą tak dobre… Przeraża strasznie, ale muszę to wytrzymać.
Muszę się usamodzielnić, bo inaczej nic się nie zmieni. A jak ma się nic nie zmienić, to ja od razu tu i teraz wolę umrzeć, bo takie życie nie ma sensu. Muszę się uniezależnić od rodziców, bo inaczej nie będę potrafił nic ze sobą zrobić. A ja chcę wszystko zrobić. Chcę sobie wreszcie zrobić np. taką prozaiczną rzecz jak tatuaż bez zbędnego marudzenia.
Muszę zamieszkać sam! To jest moje postanowienie!
Oczywiście rzadziej lub częściej miewam wahania i wątpliwości co do tej decyzji. Ale to jedyna moja szansa, więc jak jeszcze kiedyś będę się wahał, to opier***cie mnie po prostu :P Bo wiem, że nie ma innego wyjścia dopóki się stąd nie wyrwę. Oczywiście może się zdarzyć, że coś się zmieni w moim życiu, ale jeśli się nie zmieni, to nie mogę sobie pozwolić na wahania!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.