mając 40 mln… czyli o kasie, pracy itp… (+ debaty)

40 mln do wzięcia – Co zrobiłbyś po wygraniu tak wielkich pieniędzy? (większość starałaby się żyć jak do tej pory? taa, jasne, już wierzę).
Zacznę dziś od tematu debaty, bo mnie zainspirowała, przyspieszyła tą notkę i w sumie dobrze, bo co do pracy, to nie mam na co czekać, no ale po kolei. Pytanie brzmi co bym zrobił… 4mln podatku, więc zostaje 36mln. Na onecie był artykuł, że lepiej rozłożyć na kilka kont, no to jasne, tak bym zrobił. Zaniepokoiły mnie tylko komentarze, ludzie mówili, że mafia… i to że wiedzą od ludzi z totalizatora, no nie powiem – przestraszyłem się. Bo na pewno nie powiedziałbym nikomu, nawet rodzinie (ha, nawet bym tu nie napisał :P napisałbym najwyżej „mam już na trójkę”, nie napisałbym ile). No jak tak, trzeba by natychmiast wynająć pokaźną ochronę. Ale pomijając to, wiem dokładnie co bym zrobił, oczami wyobraźni już to widzę, aż dziwne, że to nie my wygraliśmy ;D Kupiłbym pewien budynek w moim mieście, nazwijmy go dawną fabryką. Stoi od paru lat i niszczeje, nie wiem do kogo należy, ale oczami wyobraźni widzę potencjał na świetną dyskotekę! Czemu tak? Bo mi pasuje ten budynek. Nawet bym go za bardzo nie zmieniał, tylko odremontował, szyby trzeba wymienić, parking obok zrobić… no i środek, a może i trochę powiększyć (nie wiem jak to tam dokładnie wygląda). Ale ja bym tu nie mieszkał, nie nie (kwestia bezpieczeństwa – wszyscy by wiedzieli kto to kupił, no a skąd miał kasę? wygrał). Kupiłbym dom, na początku w Niemczech, uczyłbym się języków na kursach (angielski i hiszpański) żeby docelowo zamieszkać jednak w sympatyczniejszym jak dla mnie klimacie. Poszedłbym do szkoły, tak tak, mając kasę nawet ja uczyłbym się. Oczywiście do takiej szkoły (we Wrocławiu też jest coś ciekawego), pokończyłbym kilka kursów z interesujących mnie tematów. Wtedy właśnie czułbym, że się na prawdę rozwijam (i jak tu nie mówić, że pieniądze pozwalają na rozwój… pozwalają, bo wiedza kosztuje).
O trójce nawet nie wspominam, bo już bym się umawiał z chirurgiem :P Ale najpierw kupiłbym ten dom, wracać tutaj po operacji to nie chcę.
Mógłbym olać tą dyskotekę mając taką kasę, do niczego nie potrzebuje interesu mogąc żyć z 40 tysięcznych miesięcznie odsetek… ale mi chodzi po głowie ten klub w dokładnie tym budynku.

Jednak nie wygraliśmy (więc na pewno następnym razem! /tak tak, autosugestia-mode-on ;) /), to muszę dalej myśleć o pracy…
I to jest ten temat, który miałem poruszyć też w najbliższym czasie, czemu więc nie dziś? Nie wiem co mam robić. Po prostu nie mam pojęcia na co postawić. Powiedzmy, że mam na oku tę firmę pośredniczącą w znalezieniu pracy w Holandii, ale… jakoś nie jestem przekonany. Różne są opinie o pośrednikach – to raz. Dwa – język. Ja wiem, że umieć nie trzeba (wystarczy ang. czy niem. no ale głupio być w kraju i nie znać, ja bym się nie czuł z tym absolutnie dobrze). Nie ukrywam, że wolałbym chyba jednak pracować w Niem… tam przynajmniej bym sobie poradził tak czy inaczej (np. internet bym sobie umiał kupić – bardzo ważny argument :D ). No i… może lepiej szukać pracy na własną rękę? (bez pośredników). Chociaż A. wciąż jest zainteresowana, czyli niby nie wyjeżdżam sam… chociaż życie mnie nauczyło, że trzeba liczyć przede wszystkim na siebie, jej się może zmienić na 2 dni przed wyjazdem. Ale jest jeszcze jedna opcja wydająca się być kuszącą… Ta opieka nad starszymi. Miesiąc pracy, niezbyt ciężkiej fizycznie, często bycie głównie osobą do towarzystwa (zależy jak się trafi). Na minus działa płeć – ludzie chętniej widzą w takiej pracy kobiety, ale to nie tak, że mężczyźni tak nie pracują. Na plus działa to, że niby podstawy mam jak najbardziej – język, a nawet jakieś tam obycie ze starszymi i chorymi (no tak to ujmijmy :P ), a niektóre firmy organizują szkolenia. Pracownikiem byłbym (więc zdolność kredytowa, a na trojkę i tak wezmę kredyt jak nie wygram, bo przecież nie będę pracował 5 lat żeby operację zrobić, no sorry, wolę zrobić i spłacać 5 lat, z resztą pieniądze mają to do siebie, że jak są to się rozchodzą, a tak wiedząc, że się ma kredyt do spłaty, to na te raty zawsze się jakoś wyskrobie), a miesiąc czy dwa pracy i miesiąc wolnego – to by mi chyba najbardziej odpowiadało z systemów pracy. No i skoro język znam, to internet mogę kupić (ja tylko o jednym :D no ale to ważne jest! :P to że wyjeżdżam do roboty, to jeszcze nie znaczy, że zamierzam sobie wszystkiego odmawiać, trochę luksusu mogę sobie zafundować, a z resztą internet to nie luksus w dzisiejszych czasach… podobno). Wszystko pięknie, tylko… może znowu się mylę? Tyle razy już się zawiodłem (te studia… teraz mi trauma rzutuje na każdą dziedzinę życia :D no… to wcale nie jest śmieszne…), skąd mam mieć pewność, że i tym razem się nie mylę? Skąd mam wiedzieć, które ryzyko podjąć? nie mam kurde zielonego pojęcia. I jak coś „samo się nie zrobi” to chyba poradzę się jakiejś wróżki. I nie żartuję tym razem. Na prawdę NIE WIEM CO ROBIĆ. (wdzięczny byłbym za każde sugestie w temacie pracy za granicą).

Skoro zacząłem od tematu debaty, to machnę i kolejną porcję zaległych tematów debat.

Czy się bać świńskiej grypy? – pozwólcie mi jeszcze jeden, ostatni raz napisać o teoriach spiskowych, bo mi to wyszło :D A więc z nudów oglądam sobie w pracy te wszystkie filmy na YT, bo są z napisami (to mogę bez dźwięku, więc nikomu nie przeszkadzam… btw. może mi coś ciekawszego polecicie na YT? bo tego mam już dość) i z jednego z nich wynika co następuje: do 2012 będzie 3 wojna światowa, między nami a Nimi (normalnie strach się bać kimkolwiek ci „Oni” są), bo ONZ próbuje rozbroić ludzi (to tak specjalnie), wszystkie rządy są połączone (bo Bush jest 13 kuzynem Księcia Karola, a wszyscy wywodzą się z Iluminatow, czy jakoś tak), ale żeby nie było tak źle – na koniec jest zawsze informacja jak się bronić (co za szczęście! – jeszcze możemy się przebudzić!). A najlepiej podsumował to jeden koleś: „Ściemę Wam walą a Wy sobie pompujecie ego, że jesteście wybrani i superinteligentni i reszta to ciemne masy.” (za to artykulik o miejskich legendach przeczytany przeze mnie w ten sam dzień był całkiem milusi :P )

Dzień Bloga 2009 – w sieci wolę pisać (tylko dlaczego wciąż kilometrowe notki co trzy dni – ze mną jest chyba coś ie w porządku XD no ale co… może po prostu nadrabiam sobie za to ile w życiu milczę), ale bardzo lubię też czytać i ubolewam bardzo, że obserwowane przeze mnie blogi są tak rzadko uaktualniane :P To już nie to co kiedyś było… A może powinienem poszukać też jakichś nowych, powiew świeżości, to dobra rzecz. O, wiem! Se Korwina-Mikke poczytam! :D Kurcze, czemu ja mam taką tendencję do podwyższania sobie samemu ciśnienia??
Chociaż znalazłem też takiego i tego se chyba poczytam, bo facet dobry komentarz na onecie dał (i stąd mam linka). Już pierwsza notka jest niezła :D

Czy wybaczyliśmy Niemcom wojnę? – normalnie już mnie to wkurza. Oni nam wybaczyli, myśmy im nie, Niemcy nas przeprosili, Rosja nas nie przeprosiła… Mam jedno pytanie: czy my nie możemy po prostu żyć, pamiętać o historii ale skupić się na współpracy międzynarodowej i na tym co się dzieje teraz?

Kanon lektur powinien zawierać głównie książki – pewno, że nowe. Można by bardziej współcześnie ukazać niektóre „ponadczasowe” problemy. Albo może porównując (jedna książka z klasyki, jedna z nowości). No i jestem za lekturami do wyboru – żeby popularyzować czytelnictwo w ogóle, niech przeczyta jakąś dowolną książkę i np. opowie ją klasie.

Za późno na żałobę? – zacznijmy od pytania dlaczego ja mam przymusowo nad czyjąś śmiercią dumać? Zmierzam do tego, że żałoba narodowa jest bez sensu. Stała się modna po prostu.

Wiecie, co z nim zrobić! – ja nie wiedziałem, że Peja będzie na Winobraniu, bo bym może pojechał (a czytałem program… albo ślepy jestem albo kiepsko to napisali), ja go lubiłem nawet ale teraz… no dość niepoważne zachowanie nawet jeśli tylko „żartował”.

Konserwy sprzed ćwierćwiecza – oo, zrobiła się afera, a mnie ta cała sprawa najwyżej śmieszy. No bo… 25 letnie mięso jest jadalne :D to zabawne. No ale badania wykazały, że nie wykryto nic co by dyskwalifikowało je do spożycia, więc… w czym problem? No i tera wszyscy się rzucają na mnie z tekstem: „To sobie dalej jedz”, na co ja spokojnie odpowiem: „Jak mnie coś smakuje i mnie to nie truje, to oczywiście i jak najbardziej zamierzam to w dalszym ciągu jeść i na prawdę wisi mnie co to jest, z czego to jest i ile ma lat” :D Jedynym kryterium (poza oczywiście śmiertelnością i poważnym zagrożeniem zdrowia) jest dla mnie smak. Z resztą jedna blogowiczka w notce napisała, że to po prostu afera medialna: „konserwy są tak zrobione żeby nawet po wielu latach nadawały się do spożycia, ale ‚mięso sprzed 25 lat’ – jak to medialnie brzmi”

No i to tyle.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.