#1131

W piątek przed pracą tak coś mnie podkusiło żeby zajrzeć pod samochód… nie, bzdura, nie coś, tylko pamięć o tym głośnym nieprzyjemnym dźwięku, który dobiegł stamtąd jak wjechałem na coś jadąc polną drogą. No i oczywiście znajomy mi już widok (bo już tak miałem) – naderwałem osłonę pod silnikiem (czy jakkolwiek się to ustrojstwo nazywa). No to oczywiście humor na cały dzień spieprzony doszczętnie. Bo ciągle jeszcze jak coś mi się nie uda („nie uda”, haha, a to dobre, delikatnie powiedziane), to natychmiast włącza mi się: „jestem do niczego”. Oczywiście nie pozwalam sobie na takie myśli, nie pozwalam im nawet zaistnieć, bo już to wiele razy przerabiałem – dokładnie tak się wpada w depresję, we wszystkie negatywne emocje i dalej w fobię społeczną. Więc myśli nie, ale samo nieprzyjemne uczucie trudno stłumić.
Oto jakim jestem świetnym kierowcą. No już naprawdę chyba byłoby mi wstyd znów iść do mechanika. Na szczęście to tylko plastikowa osłona, zgadało się ze znajomym w ten sam piątek po południu, wymyślił jak można to naprawić (w sumie sam to już wcześniej wymyśliłem, ale nie miałem narzędzi, a on owszem). Część skleić (przy okazji wypróbowałem swój pistolet do klejenia na gorąco, który mam od dwóch lat i jeszcze nie używałem) – to popękane nadkole, ale szczerze mówiąc ładnie udało się je złożyć do kupy i skleić, a resztę – wywiercić po dwie dziurki i plastikowymi tymi takim ściągnąć (tego by sam klej nie chwycił). I tyle, nie zamierzam tego wymieniać, bo szkoda zachodu. I nie zamierzam już jeździć po polnych drogach do tego stopnia niepewnych. Szczęście, że to tylko tyle. Ale i tak… No takim jestem kierowcą. Ja jakoś nie mogę samochodu wyczuć, w ogóle nie docierają do mnie odległości czy nawierzchnia – chcę gdzieś wjechać to wjadę, a efekty są jw. :/ Czemu większość ludzi nie ma problemu z takimi w sumie prostymi czynnościami jak prowadzenie samochodu? Szczerze, to jest mi wstyd. Ale właśnie dlatego też o tym piszę, bo jak zwykle – to pozwala się zdystansować, uwolnić tak jakoś… może przerobić, zaakceptować…
A ja mam tak często wrażenie, że no ja się nie nadaję do niczego. Naprawdę bardzo się staram znaleźć coś w czym byłbym naprawdę dobry i… nie jest łatwo. „Do niczego” bo okres, w którym ludzie planowali swoją przyszłość ja przewegetowałem myśląc o śmierci i modląc się o cud. W takich chwilach chyba chciałbym żeby diagnoza pod kątem ZA była pozytywna – chyba poczułbym się lepiej wiedząc że to jeszcze coś innego, coś wrodzonego, nie tylko transseksualizm skrzywił mi życie. Ale tak czy siak i co by to nie było, mam nadzieję, że można nad tym popracować (chociaż szczerze: nie wiem jak). Mam na myśli z psychologiem i znów jestem zdecydowany się umówić z tym online.
Ale jak napisałem: żadnych negatywnych myśli, więc najlepiej wejść na jakieś forum związane z przesyłkami – jak patrzę jak ludzie nie ogarniają, a przede wszystkim nie umieją walczyć o swoje prawa (na poczcie, na policji, w sądach) to tak sobie myślę, że tyle to ja przynajmniej umiem i w sumie to też jakośtam cenna chociaż prywatnie umiejętność (szkoda, że nie zawodowo).

Wracając do wątku znajomego co mi pomógł przy samochodzie – to są sytuacje dla których warto mieć znajomych (bo poza nimi, to serio nie mam ochoty na angażowanie się w takie związki). Brzmię teraz interesownie? Już sam nie wiem z czego to wynika, ta moja nawet niechęć teraz do jakichś koleżeńskich spotkań z większością ludzi. Ale ja chyba po prostu… tak jestem zmęczony koniecznością interakcji z innymi w pracy, że marzę tylko o świętym spokoju w samotności i przed kompem. Przez cały wolny czas.
Pamiętam jak moja babcia mówiła (w okresie kiedy byłem bezrobotny), że to niedobrze tak, siedzę w domu sam i dziczeję. Bzdura. Nigdy wcześniej, NIGDY w czasach kiedy większość czasu spędzałem samotnie, nie czułem się tak bardzo niedopasowany do ludzi jak teraz kiedy spędzam z nimi po 10h na dobę (i więcej…). Jak tak myślę, to nawet nie sama praca, tylko właśnie konieczność interakcji z ludźmi (i czasem też nuda) męczą mnie w tej pracy najbardziej. Może powinienem jednak zrobić wszystko żeby zostać gdzieś moderatorem zawodowo i móc pracować w domu, w samotności… jeśli już praca, to taka mi się marzy. Myślę, że wtedy miałbym większą ochotę spotykać znajomych w czasie wolnym. To by mi odpowiadało.

Co mnie jeszcze wkurza, to że nadchodzącego weekendu chyba „nie będzie” (w tym sensie, że nie wyśpię się). Planowałem w sobotę przejażdżkę nad morze, a tu mam odebrać znajomą mamy (pojechać odebrać, odwieźć na miejsce pracy, wrócić – jakieś 150km łącznie, przed południem), „lekko” się zirytowałem (zwłaszcza, że można to było inaczej rozegrać, aaale nieee, bo przecież po co, przecież ja jestem… :/ ). Bo ja rozumiem – można pomóc, jasne, naprawdę nie mam nic przeciwko, ale nie kosztem swoich planów… Bardzo mnie irytuje jak muszę zmieniać plany, zwłaszcza takie, to praktycznie ostatni weekend, bo potem już wrzesień i co raz cieplej nie będzie się robić. Morza i tak nie odpuszczę, pojadę w niedzielę (o ile w ogóle będzie w miarę ładna pogoda w weekend), no ale to oznacza 2 kolejne zarwane noce i to te, w których powinienem odsypiać. Nie wiem co to będzie. Chyba czas włączyć sobie autosugestię „jestem wyspany” po 4 godzinach snu. W sumie czemu miałoby to nie być możliwe? Niektórym tyle wystarcza.
Jak to jest że tryskam życiem i energią w godzinach 22:00-2:00 (a pewnie i dłużej gdybym się na siłę nie położył), nawet gdy zeszłej nocy się nie wyspałem, a w godzinach 6:00-12:00 zasypiam na stojąco. Swoją drogą jak wspominam teraz szkolne czasy, gdzie spałem 00:00-7:00 i uważałem, że się nie wysypiam bo za krótko, to chce mi się śmiać. Jak mi się przypomina jak chodziłem spać po północy i ludzie mówili: „zobaczysz jak pójdziesz do pracy, będziesz padać o 22:00” to chce mi się śmiać jeszcze bardziej. Sypiać 7h poza weekendami to teraz dla mnie niewyobrażalne (nawet w weekendy to nie zawsze się udaje, tyle że śpiąc 6:00-12:00 jestem o wiele bardziej wyspany niż np. 00:00-6:00). W tej chwili jak sypiam 00:00-6:00 to i tak jest SUPER, bo zwykle się nie udaje. Bardziej 2:00-6:00 (choć przyznam że czasem +1,5 po południu). I pracuję fizycznie. I jakoś nie padam o 22:00. Padam o 6, 7, 8, 10, 12:00 rano :D Może rzeczywiście mam przestawione fazy snu (zespół opóźnionej fazy snu). Ale ja lubię moje fazy snu! I nie zamierzam się ze względu na pracę przestawiać, bo dla mnie praca to coś przejściowego. Stałym stanem jest wolność ;) Ja nie zamierzam się przestawiać, mają się zmienić zewnętrzne okoliczności!

No to się wyżaliłem tak trochę. Na koniec trochę linków w trans-tematach:
– najpierw coś zabawnego: „Orientation Police” (ale w sumie fajne)
– coś smutnego: „Eugenia Falleni – oszustka, morderczyni czy mężczyzna uwięziony w ciele kobiety?”
– coś naukowego (nie tylko o TS): „Mózg i tożsamość płciowa”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • kopia komentarzy:

    Isi-S

    Część 1:

    „”Do niczego” bo okres, w którym ludzie planowali swoją przyszłość ja
    przewegetowałem myśląc o śmierci i modląc się o cud.” – denerwuje mnie,
    jak coś takiego widzę u Ciebie na blogu. Znaczy nie Ty mnie nie
    denerwujesz i nie to, że to piszesz (to dobrze, że piszesz :P ), tylko
    ogólnie to zjawisko, że czujesz się gorszy, a tak naprawdę nie ma ku
    temu żadnych powodów. Bardzo ciekawa jestem, co te wszystkie osoby, przy
    których Twoim zdaniem wypadasz gorzej robiłyby na Twoim miejscu, jak
    produktywnie wykorzystywałyby swój czas i jak potoczyłoby się ich życie
    gdyby musiały zmierzyć się z takimi problemami jak Ty… Szkoda, że nie
    możesz obejrzeć takiej symulacji, na pewno z miejsca byś inaczej na to
    spojrzał. Bo patrząc na większość ludzi i na ich „problemy” ja nie mam
    wątpliwości, że będąc dokładnie w Twojej sytuacji, wypadliby od Ciebie o
    wiele gorzej (dlatego sobie takich problemów przed narodzinami nie
    wybrali, bo ich by to przerosło :P ).

    3 lata temu, 12:14 (29 sierpnia)

    Isi-S

    Część 2:

    Dlatego właśnie mnie denerwuje, kiedy widzę, że uważasz się za gorszego
    od takich* osób (*już nie użyję słowa „gorszych”, bo gorsi nie są, choć
    osobiście – niezależnie od siebie – ich za takich uważam i wiem, że się
    trzeba będzie w którymś z kolejnych wcieleń za to wziąć i przestać ich
    tak postrzegać :P no ale w moich oczach to wygląda właśnie tak, że oni
    są gorsi od Ciebie, a Ty się uważasz za gorszego od nich i to jest
    frustrujące ;) ).

    A czasu nie ma co żałować – sam wiesz, że nie mogłeś postępować
    inaczej… To tak samo jak żałowanie źle wydanych albo zgubionych
    pieniędzy – nic nie daje ganienie się po fakcie. Zresztą każdy coś
    traci, tylko Ty na to nie patrzysz – a wielu ludzi traci całe lata na
    trwanie w nałogach, na życie samą pracą bez zajmowania się hobby i
    własnym rozwojem (to ci, od których się czujesz gorszy), ludzie tracą
    całe majątki…

    3 lata temu, 12:14 (29 sierpnia)

    Isi-S

    Część 3:

    A takie straty są wliczone w życie i w rozwój, dlatego właśnie człowiek
    nie żyje przeciętnie powiedzmy 20 lat tylko więcej, żeby się czegoś
    nauczyć. Ja tam robię o wiele, wiele mniej niż Ty (w sensie praca,
    zbieranie środków, różne zajęcia, aktywne spędzanie czasu), ale nie
    czuję, że wegetuję – to inni wegetują (a raczej „śpią”) zajmując się
    tylko i wyłącznie przyziemnymi sprawami, z których może teraz coś mają,
    ale na sam koniec i tak nic z tego nie nie będą mieli. Zresztą moim
    zdaniem to Ty wykorzystujesz bardzo produktywnie swoje życie i nic
    więcej praktycznie zrobić nie mogłeś, żeby wykorzystać je lepiej ;)
    Jeśli Ci przeszkadza to „opóźnienie” w stosunku do innych, to i tak nic
    takiego, bo zawsze ich możesz jeszcze dogonić :) Przecież nie jesteś na
    skraju śmierci, jeszcze dużo życia przed Tobą ;) Kiedy mi się zdarza
    myśleć, że „nic nie robię”, wtedy przywołuję sobie bajkę „Żółw i zając”
    (ja jestem oczywiście żółwiem :D ) oraz jej zakończenie :P

    3 lata temu, 12:14 (29 sierpnia)

    Isi-S

    Część 4:

    Bo niestety nie nie przychodzi mi teraz do głowy żadna poważniejsza
    historia, gdzie główny bohater powiedzmy cały film „przewegetował”, a na
    końcu wygrał :D (albo historii, w której bohater poświęcił życie na
    zajmowanie się czymś pozornie bezproduktywnym, a okazało się to czymś
    przydatnym, czego nie mieli inni). A co do auta, to ja też nie mam
    wyczucia odległości, żeby nie mieć stłuczek czy wypadków zachowuję
    przezornie większą niż inni odległość od innych pojazdów, mijanych
    rowerzystów itp. ;) Unikam parkowania w zatoczce albo tam gdzie jest
    ciasno (tym lepiej dla mnie, bo nikt inny mi auta nie uderzy wyjeżdżając
    no i jest okazja żeby się więcej ruszać idąc dalej pieszo :P ) Przodem
    samochodu nie raz dotknęłam słupka czy klombu (przednia tablica jest
    wgnieciona :P ), kołami często zdarza mi się ryć o krawężniki, parę razy
    porysowałam tył o jakieś słupy.

    3 lata temu, 12:15 (29 sierpnia)

    Isi-S

    Część 5:

    Kiedyś podobnie jak Ty uderzyłam o coś na dole (to był kamień wystający z
    ziemi na jakimś podwórkowym parkingu) – był huk i od tego dnia tłumik
    głośno pracował, wspomniałam o tym mechanikowi (ale on zajrzał i
    stwierdził, że wszystko jest OK i że ten „ryk” auta o taka bajera,
    „tuning” zrobiony przez poprzedniego właściciela :D ), dopiero na
    corocznym badaniu się okazało, że rura od tłumika jest urwana :P Ale mi
    tam wcale nie jest z tego powodu wstyd i te wpadki mi nie przeszkadzają o
    sobie myśleć jako o świetnym kierowcy :D (tym bardziej jak widzę, że
    mój ojciec po kilkudziesięciu latach pracy jako kierowca miewa podobne
    wpadki, a inni uważają, że jest świetny). Bo to zależy jaką przyjąć
    definicję „świetnego kierowcy” – niektórzy powiedzą, że to chodzi o
    właśnie o wyczucie auta, płynność jazdy… spotkałam się też z opinią,
    że dobrego kierowcę można poznać po tym, że mu auto nie gaśnie :P (mi
    czasem gaśnie, więc nie załapałabym się :P ).

    3 lata temu, 12:15 (29 sierpnia)

    Isi-S

    Część 6:

    Ale moim zdaniem świetny kierowca to taki, dla którego jazda to coś
    naturalnego i nie wywołującego w żadnych warunkach stresu, ktoś kto
    jadąc autem czuje się tak samo dobrze i pewnie jakby szedł o własnych
    nogach albo i lepiej i w tę definicję się wpasowuję :D (a że mam wpadki
    to nic wielkiego, na co dzień też ciągle niechcący w coś uderzam, coś
    psuję, coś mi wypada z rąk – niezdarna po prostu jestem i tyle ;) tylko
    czasem tego nie widać, bo tak sobie wyćwiczyłam refleks, że zazwyczaj
    łapię to co mi spada zanim ktoś inny zauważy, że spada :D ) No Ty byś
    się akurat na tę moją definicję świetnego kierowcy nie załapał, bo
    mówisz, że się czujesz niepewnie :P Ale nie ma żadnego wymogu bycia
    świetnym kierowcą, wystarczy, że się jest dobrym kierowcą ;) (a jak dla
    mnie jesteś i na pewno jeździsz bardziej płynnie niż ja :) ).

    3 lata temu, 12:15 (29 sierpnia)

    wendigo

    @Isi-S: Jak zwykle odpowiadam po… 2 tygodniach ;)
    ale zawsze jak czytam komentarz (tzn. zwykle), to myślę sobie, że
    odpowiedzią „się prześpię” i czasem to mi tak schodzi… ;)

    Ale dzięki za komentarze, uświadomiły mi trochę inny punkt widzenia :)

    3 lata temu, 03:34 (15 września)