Grecja, Ateny (8-12.11.2021)

Na początek może wspomnę krótko, że na moim drugim letnim urlopie, czyli tym w Polsce (w drugiej połowie sierpnia) wybrałem się na Zamek Czocha – całkiem ładny i było przyjemnie (25zł za wstęp na zamek ujdzie, ale „multimedialna sala tortur” za 14zł to… ekhm, moim zdaniem nie warto za tą cenę), a innego dnia do Torunia… odwiedziłem bunkier i Muzeum Piernika (za darmo, bo byłem w środę), i jeszcze „niewidzialny dom” – i tu o ile przewodnik był super, tak już cała ta atrakcja jest nieco przereklamowana i… no też wydaje mi się za droga i troszkę brakuje wrażeń poza dotykowymi (np. słuchowych, a przede wszystkim węchowych). Miasto jest ciekawe, żałuję tylko że nie kupiłem sobie magnesu z piernikowym ludzikiem w maseczce – był uroczy! :D ten taki zły ;) Ale przede wszystkim… było ciężko, bo to jednak ok. 300km w jedną stronę, a 2x taka trasa po Polsce jednego dnia, to nie na moje siły jednak i już nigdy więcej.
Potem, po powrocie z PL, pewnej soboty wybrałem się na górę Brocken. Też było fajnie i ciekawie, ale zdecydowanie za długa trasa piesza ;) szło się i szło, choć to była trasa i tak prawie najkrótsza. Tego rodzaju chodzenie po górach mnie nie kręci. Wolałbym stromiej, a krócej – no żeby po prostu wejść w linii prostej, a nie łazić i łazić przez pół dnia.

Po tychże wojażach właściwie nie planowałem zagranicznej wycieczki już w tym roku. Ale miałem jeszcze 4 dni urlopu do rozdysponowania i pomyślałem żeby może jednak jakoś fajnie je wykorzystać. Mógłbym może nie brać i wziąć sobie na święta ale za duże ryzyko, że nie będzie pracy w grudniu, i tak będzie wolne i stracę te dni (bo Federalny Urząd Pracy, który w tym przypadku płaci pracodawcy nasze wynagrodzenie stwierdzi, że nie zapłaci skoro ktoś ma jeszcze urlop i w pierwszej kolejności wyślą nas na zaległy urlop – skądinąd ma to sens, ale no…), no to nienienie, tak się nie bawimy, wziąłem urlop jak jeszcze jest praca! :D baa, jeszcze sobie skróciłem o 1 dzień urlop świąteczny żeby mieć pełny tydzień ;) No i zacząłem planować. Ogólnie: jest listopad, więc znów miło by było pojechać/polecieć gdzieś, gdzie jest cieplej… W grę wchodziły Włochy albo Grecja (i może jeszcze Wyspy Kanaryjskie, ale nie chciałem aż tyle wydawać na taki o niezaplanowany wcześniej urlop). Jeśli Włochy, to Flixbus, jeśli Grecja to samolot. Tylko że z tymi Włochami, to bardzo się wahałem, bo jednak listopad… Florencja, to może jeszcze, ale Wenecja w listopadzie? no niby można ale może trochę szkoda… (a jeśli Włochy, to planowałem zwiedzić tak ze 2-3 a może i 4 miasta). Bardziej stawiałem na Grecję (konkretnie Ateny), ale… ogarnąć taki wyjazd na tydzień przed, bez karty kredytowej (i/lub paszportu), przypomina wejście na Mount Everest w adidasach… TYDZIEŃ się z tym męczyłem, kombinowałem i już odpuściłem, bo jedna strona bookingowa pozwalająca zarezerwować hotel+samolot wymagała paszportu (po co, skoro do Grecji nie trzeba paszportu? nie wiem, bo tak), inne karty kredytowej, a jeszcze inna niby dopuszczała PayPal ale za 50€ więcej, no tak to nie, to sprzeczne z moimi zasadami ;) (z resztą choć to popularna strona, to opinie miała kiepskie, więc nie chcę czegoś takiego wspierać). Kombinowałem nawet żeby może kupić bilet lotniczy bezpośrednio u przewoźnika, no i da się ale przelewem, to można zapłacić najpóźniej 2 tyg. przed wylotem, więc… Sfrustrowany byłem już bardzo, bo skoro Włochy, to powinienem był ruszyć w piątek po nocnej zmianie, inaczej czasowo ciężko wszystko zaliczyć, a był już piątek wieczór… Z resztą wcześniej już się bardziej na Grecję nastawiłem, zacząłem już wybierać hotele… Zły okrutnie i zdesperowany (także dlatego że na 2-3 dni przed wylotem to i ceny hoteli rosną, a te najtańsze mnie wyjątkowo nie przekonywały…) znalazłem jednak jakieś rozwiązanie: hotel zabookowałem przez jego stronę – można było opłacić PayPalem, a za lot zapłaciłem na szybko wygenerowaną wirtualną kartą z mBanku. Też trochę kijowo, bo podwójne przewalutowanie nigdy nie jest korzystne (w sensie, że kiedyś przelałem € na polskie konto, a teraz musiałem zapłacić w Euro, więc drugie przewalutowanie, ile wzięli złotych to nawet nie chcę patrzeć, zostańmy przy tych 200€ ;) ), no ale przynajmniej się udało!! Do tego Flixbus do Berlina i z powrotem (bo wylot z Berlina ale przynajmniej bezpośredni) i już byłem gotowy. Noo jeszcze cały dzień planowania i szybkie pakowanie (szybkie, bo mogłem wziąć tylko bagaż podręczny, ale na 4-5 dni to wystarczy, musiało bo nie miałem zamiaru dopłacać za dodatkowy bagaż).
Wylot był w poniedziałek wcześnie rano, co dobrze pasowało z Flixbusem, który w dodatku z mojego miasta jechał prosto pod lotnisko w Berlinie, więc cały ten dojazd nie wydał mi się w ogóle męczący :) Przed podróżą musiałem tylko wypełnić… cośtam, bo przed wjazdem do Grecji trzeba wypełnić zameldowanie wjazdu.

Dzień 1, poniedziałek 8.11
Zajechaliśmy pod lotnisko, tyle że noc, ciemno i pusto, jakaś para która też tam zmierzała, też nie wiedziała jak się tam w ogóle wchodzi :P ale jakoś daliśmy radę po prostu idąc przed siebie ;) Na lotnisku jeszcze mnie jakiś starszy facet poprosił żebym mu powiedział gdzie ma iść, bo nie może odczytać z tablicy skąd lot do Bułgarii, no spoko, mogę pomóc, tylko byłoby łatwiej gdyby pan mówił jakimś znanym mi językiem ;) ale w końcu numery bramek chyba zrozumiał… Leciałem easyJet-em, więc odprawa była online, jak już odstałem się w kolejce do kontroli bezpieczeństwa, to reszta poszła dosyć sprawnie – oczywiście sprawdzają certyfikat szczepień i ten dokument wjazdowy wypełniony wcześniej. Lot był nawet przyjemy, samolot nie przepełniony, miałam dla siebie 3 miejsca, więc można było się trochę wygodniej przespać (we Flixbusie też już miałem nadzieję, że pojadę sam, ale nie, na pierwszym przystanku dosiadła się babka akurat do mnie…).
Dolecieliśmy, okazało się, że tam jest godzina później (tego nie przewidziałem, ale w drodze powrotnej w sumie mi się ta godzina odzyskana bardzo przydała ;) ). I teraz się zaczęło wyzwanie ;) W sensie, że nigdy jeszcze nie organizowałem sobie sam wycieczki z przelotem, a poza tym to jest kraj, którego języka nawet nie umiem przeczytać, nie mówiąc już o zrozumieniu (chociaż i tak łatwiej się czegokolwiek domyślić niż po rosyjskiej cyrylicy :P )., no ale oczywiście byłem dobrze przygotowany – jak dojechać z lotniska wiedziałem, a było to nawet proste. Tylko że autobus przepełniony, całą drogę stałem :/ i było mi GORĄCO, bardzo :/ Jak już dojechałem i doszedłem do hotelu, to byłem cały mokry. Nie wiem ile było stopni w Atenach ale tego (i następnego) dnia spokojnie można było nosić krótkie spodnie i t-shirt. Nie miałem krótkich spodni, ale specjalnie wziąłem „miękkie” jeansy, więc mogłem je bez trudu podwinąć. W hotelu spoko (też sprawdzali certyfikat szczepień – pan coś tam mówił, że chyba jego zdaniem to bez sensu ale trzeba ;) nie jestem pewien, bo aż tak dobry z anglika nie jestem, zwłaszcza jak mi coś tam ktoś sepleni pod maseczką ;) ), aha jeszcze powiedział, że nie sprzątają, bo teraz nie wolno im wchodzić do pokojów gości, chyba że będę potrzebował, to wtedy muszę powiedzieć – oczywiście nie potrzebowałem, w domu co 5 dni też nie sprzątam ;) swoją drogą może to będzie na stałe jakiś plus, który przyniesie korona? – to codzienne sprzątanie w hotelach to zbędna przesada.
Jak już się trochę odświeżyłem, ruszyłem w miasto a planowałem na ten dzień pojechać do Pireusu (port Aten). Bilet na komunikację kupiłem 5 dniowy, czytałem dużo opinii, że nie trzeba, bo wszystko prawie jest w centrum Aten i można dojść na nogach, a bilety pojedyncze są tanie, ale ten 5 dniowy też był tani – 8,20€… no to u mnie tyle kosztuje bilet jednodniowy XD (w ogóle w Grecji jest tanio – byłem tego dnia też w supermarkecie, a na obiad zjadłem pitę z kurczakiem i warzywami za 2,50€… chciałbym się za tyle najeść w Niemczech :D supermarketowe słodycze też tańsze, jedynie benzyna jest tak jak w DE, czyli drogo ;) ), ale jak zobaczyłem to metro… okropny skład ;) wyspreyowany i paskudny (ale nie każdy pociąg był taki dziadowski jak akurat ten kursujący do Pireusu), no ale cóż, Ateny też są wyspreyowane (choć nie całe aż tak paskudne ;) ), więc z tym się akurat liczyłem…

Dzień 2, wtorek 9.11
Na ten dzień zaplanowałem muzeum Akropolu, a potem sam Akropol i małe pobliskie wzgórza – taką kolejność też doradzała jakaś blogerka i chyba faktycznie było w porządku. Ponieważ byłem tam poza sezonem, bilety o połowę tańsze – bilet do muzeum kosztował 5€, a na Akropol 10€. Wszystko mi się podobało, a potem się jeszcze nałaziłem po wzgórzach Aeropagu i Filopapposa. Tego dnia było pochmurno, ale jak już wspomniałem – bardzo ciepło. Aha no i przed wejściem do muzeum też sprawdzają szczepienia.

Dzień 3, środa 10.11
Tego dnia chciałem zobaczyć „drobiazgi” jak Grecka Agora (tam jeszcze kupiłem bilet wstępu /5€/, ale na te mniejsze stanowiska nie – można je zobaczyć przez płoty tak samo dobrze, a za darmo ;) ) i te mniejsze. Potem Narodowe Muzeum Archeologiczne (6€) – i tutaj powiem szczerze, że mogłem sobie to muzeum odpuścić… to znaczy jest ciekawe ale za dużo tego, muzeum Akropolu by wystarczyło. Tutaj też chodziłem i chodziłem, to i owo robiło wrażenie oczywiście, ale w końcu kiedy już nogi bolą okrutnie, a Ty odwiedzasz trzecią salę z wazami, to już jakby mniej poświęcasz im uwagi ;)
Potem pofociłem „ateńskie trio” (Budynek Uniwersytetu, Grecka Biblioteka Narodowa i Akademia Ateńska) i myślałem, że największe wzgórze sobie odpuszczę, bo po prostu nie dam rady (już w muzeum moje nogi krzyczały o pomoc ;) ). Ale posiedziałem na ławce i stwierdziłem, że trochę odpocząłem no i jednak szkoda by było… więc się wspiąłem na Lycabettus. Najpierw od strony kawiarni ale nie lubię takiego czegoś, że się czuję zobligowany do zakupów, więc tam nie zostałem. Tylko nie bardzo wiedziałem jak przejść na drugą stronę wzgórza… nawigacja pomaga trochę (to jest naprawdę jeden z najważniejszych wynalazków świata ;) bez nawigacji na komórce nie wiem czy gdziekolwiek bym pojechał, a już na pewno nie do Aten) ale jednak wzgórze to nie ulica i trochę musiałem pokombinować, ale udało mi się przejść na „właściwą” stronę i obejrzałem powiedzmy zachód słońca ze wzgórza :) Ten dzień był pogodny choć już trochę chłodniejszy (no tak na długie spodnie i bluzę ale nadal bez kurtki). A wieczorem jeszcze zmianę warty na placu Syntagma i oświetlony Aropol po drodze do hotelu, a kawałek dalej odkryłem Pomnik Holocaustu ;) (piszę „odkryłem”, bo nie miałem tego w planie ani na żadnych przewodnikach nie był reklamowany). Przy okazji wspomnę, że okolica mojego hotelu była całkiem w porządku (w pobliżu stacji metra Thissio), nie widziałem tam nic niepokojącego, nawet wieczorem wydawało się dość miło ;)
Jednak tego dnia mi się wykrzaczyły zdjęcia i część się zapisała z godziną grecką, a część „naszą” (to o tyle problem, że zdjęcia z 7:00 i 8:00 rano mi się przemieszały, a tak być nie może), na szczęście to tylko tytuły, godzina zrobienia zdjęcia jest wszędzie w porządku, więc dało się to ogarnąć, ale musiałem skorygować nazwy…

Dzień 4, czwartek 11.11
Właściwie tą wyprawę planowałem na środę, ale potem stwierdziłem, że wolę najpierw zrobić „to co najważniejsze”, więc skupić się na zwiedzaniu Aten, a relaks zostawić na ostatni dzień czyli czwartek ;) Tego dnia pojechałem nad Jezioro Vouliagmeni, niestety tej zimy jest zamknięte (z powodu przebudowy infrastruktury), nad czym ubolewam bardzo, bo chciałem się tam wykąpać… Znaczy wiedziałem jadąc tam, że jest zamknięte, ale uznałem że i tak chcę je zobaczyć (i warto mimo wszystko). Wspiąłem się na wzgórze obok, widok piękny, ale na skalisty szczyt góry już nie wszedłem (choć jakaś para się tam wspinała i chyba dali radę). Posiedziałem tylko trochę na skałach podziwiając jezioro, a potem poszedłem na drugą stronę trasy 91 na plażę nad zatoką. W listopadzie w Grecji jest już chłodniej, ale jeszcze można się kąpać i trochę ludzi pływało. Też bym się wykąpał, ale gdzie rzeczy zostawić na plaży? (dlatego chciałem żeby jezioro było otwarte, tam są podobno szafki itp.), więc tylko nogi pomoczyłem i posiedziałem/poleżałem na plaży :) Po południu wróciłem do Aten. A w ogóle dojazd tam i stamtąd, to następne wyzwanie… Metrem do ostatniej stacji, a potem autobusem – noo i znowu ten język :/ W hotelu zapisałem sobie jak się ma linia nazywać i dokąd dojechać, a wyglądało to mniej-więcej (usiłując przedstawić naszymi znakami) tak: AIMNH (czyli: „Limne”). Jazda oczywiście z nawigacją otwartą na komórce, bo inaczej nie miałbym pojęcia kiedy wysiąść (pomijając fakt, że trzeba się wysilić żeby zapamiętać jakieś „AIMNH”, to nie jest z autobusu tak łatwo dostrzec nazwę przystanku…). Ale dałem radę, z nawigacją i chyba aplikacją od komunikacji miejskiej ;)
Jeszcze bardziej po południu ruszyłem na polowanie za miejscowymi słodyczami. To też następne wyzwanie, bo w polecanych sklepach nie zapisali po angielsku nazw… Jeden sklep był niby taki jak lubię – że mogę wejść i zobaczyć lady ale w sumie niewiele mi to dało (mimo, że miałem oczywiście na komórce już otwarte nazwy greckie żeby wiedzieć czego w ogóle szukam ;) ), bo jak były trzy formy, to wziąłem to za 3 różne rzeczy, a to było to samo tylko w 3 rozmiarach XD finalnie i tak musiałem z panią pogadać, ale była młoda i widać, że oni tam są nastawieni na zagranicznych turystów, bo mnie wyczerpująco obsłużyła ;) Kupiłem tam Galaktoboureko + Baklavę. Potem poszedłem kupić jeszcze Bougatsę w innym miejscu – to już tym bardziej chciałem odpuścić, bo mały sklepik i NIC nie opisane. No ale miał tak dobre opinie, że w końcu po 5 minutach krążenia wokół (no chyba nie oczekujecie, że człowiek, który no może już nie ma fobii społecznej, ale jeszcze pamięta jak to jest po prostu podejdzie w obcym kraju do lady i powie co chce kupić? nope ;) ), w końcu jednak zwyciężyła niechęć do szukania kolejnego polecanego miejsca z tym deserem i podszedłem tam kupić. Pan mówił po angielsku tak samo jak ja, czyli słabo :D nie no, żartuję, dogadaliśmy się bez większych problemów więc kupiłem co chciałem i wróciłem do hotelu. Te trzy desery ocenię tak: Baklava ujdzie ale bez szału, turecka jest o wiele lepsza, choć nie wiem jak z kupną, najlepsza jaką jadłem była domowa przyniesiona przez kolegę z pracy (normalnie top 5 na liście słodyczy, ale kupnej choćby zbliżonej w smaku nigdy nie jadłem, więc to może być wyjątek). Galaktoboureko to takie ciasto jajeczne, też ujdzie ale za bardzo jajeczne jak na mój gust, ale Bougatsa była bardzo pyszna, jak tam kiedyś wrócę, to na pewno znowu kupię :)

Dzień 5, piątek 12.11.
A to był już dzień powrotu. Zastanawiałem się czy by nie wydać więcej i nie pojechać metrem na lotnisko, bo po tym koszmarnym dojeździe z lotniska do miasta… no średnio miałem ochotę być znów mokry i to na początku podróży. Ale z tym metrem to chyba bardziej skomplikowane i to się niby nazywa, że metro, a trzeba się w pociąg jakiś przesiąść (przynajmniej takie rzeczy wyczytałem). No ale byłem na autobus wcześniej niż inni, więc tym razem miałem miejsce siedzące i jakoś to poszło. Na lotnisku też sprawnie, choć trochę się opóźniło, a potem po wylądowaniu też czekaliśmy na podjazd… (mój wniosek z podróży lotniczych: wcale lot nie jest aż tak szybkim sposobem transportu, no jasne, sam lot może tak, ale odprawa i wszystkie te kontrole bezpieczeństwa, czekanie w samolocie, czekanie na lotnisku, 2h przed wylotem poleca się być na lotnisku itp., to masakra i w sumie nie wiem czy nie wolałbym np. wsiąść we Flixbusa i jechać nawet więcej godzin ale bez przerwy niż takie to tu trochę uwagi, to tam, pospać nie można porządnie nigdzie, bo co 1,5h zmiana okoliczności i łazić trzeba; znaczy wiadomo że nie wszędzie się dojedzie autobusem, ale mówię ogólnie że nie – wcale nie uważam latania za mniej męczące,a szybkość to pojęcie względne).
Po przylocie tym razem nie miałem aż tak łatwo, bo odjazd Flixbusa do domu był już nie z lotniska, a z dworca w innej części Berlina… Tu mi się ta zwrócona godzina przydała, bo biorąc pod uwagę opóźnienie (niby małe ale jednak), w 2 godziny bym dotrzeć nie zdążył, ale 3 to było tak akurat czasu. Dotarłem, dojechałem no i tyle :)

Podsumowując: było fajnie, szkoda jeziorka ale można kiedyś nadrobić ;) już nie mam takiego żalu, że o Boże dlaczego wszystko się nie udało, bo jednak zaczynam widzieć, że wcześniej czy później braknie mi łatwych celów podróży, więc w sumie mogę wrócić gdzieś ponownie ;) (łatwe w tym sensie, że w miarę bliskie i tanie, USA, Ameryka Południowa czy Azja też są na mojej liście, ale te już nie są takie łatwe, bo o wiele droższe i trzeba im poświęcić więcej czasu niż 3-4 dni). Co jeszcze ważne jest dla mnie: to była pierwsza wycieczka lotnicza, którą sobie sam zorganizowałem, więc znów jakieś przetarcie szlaków i zdobycie nowej umiejętności ;) To jest ważne w moim życiu.

A dalej koszty, to już nudne (bo najpierw szczegółowo, potem kompaktowo), ale moja natura księgowego bardzo chce mieć taką pożywkę :D

bilet z lotniska: 5,50€ x2
bilet na komunikację (5 dniowy) – 8,20€

8.11:
bułka z serem – 1€
zakupy spożywcze (w tym napoje): 7,46€
Pita z mięsem i warzywami – 2,50€

9.11
Bilet do muzeum Akropolu: 5€
2x zakładka do książki = 3€
Bilet na Akropol: 10€

10.11
Bilet na grecką Agorę: 5€
Bilet do Muzeum Narodowego: 6€
mydełka + widokówki: 3,45€
Falafale w picie: 2,80€
zakupy w supermarkecie: 3,23€

11.11
Galaktoboureko + Baklava: 3,60€
Bougatsa: 2€
Supermarket: 1,69€

12.11
Precelek: 0,30€

Bilet w berlinie: 3,80€

Hotel: 239€ (+6€ podatek)
Lot: 205€
Flixbus tam: 17,99€
Flixbus z powrotem: 24,99€

A teraz bardziej kompaktowo:
Hotel: 245€ + wszystkie koszty transportów: 205+66 = 516€
Bilety wstępów: 26€ + pamiątki: 6,45€ = 32,45€
reszta (niemal same spożywcze): 24,58€
Razem: 573€
Tanio to czy drogo? Jak na 5 dni to może trochę drogo… wiem, że lot można złapać taniej ale wtedy nie można sobie wybrać terminu tak precyzyjnie. Hotel też można tańszy… ale hostele albo coś ze wspólną łazienką mnie nie kręci i odpada, więc cóż – każdy ma swoje priorytety ;) jeden nie oszczędza np. na restauracjach, ja wolę wziąć droższy hotel.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.